Sexy Beast

Brytyjskie kino gangsterskie pod koniec lat 90. XX wieku przeżyło swój renesans. Wszystko to miało być zasługą jednego gościa i gościa jednego tylko: Guy Ritchie. Inspirował się stylem Quentina T., przeszczepiając go swoim brytyjskim kolorytem oraz czarnym humorem. Troszkę w cieniu znajduje się inny film gangsterski, który preferował inne podejście do tego gatunku.

Film zaczyna się dość dziwnie: mamy palące się słońce oraz opalającego się dość pulchnego faceta. Upał jak fiut, cytując klasyka, piękna żona wraca z zakupów, hacjenda wygląda okazale. Żyć, nie umierać – też by zamienił deszczową Anglię na ciepłą Hiszpanię (chociaż jest tam za gorąco). I jedno dziwne zdarzenie: toczący się głaz uderza prosto w basen, omijając naszego bohatera, Gala Dove’a. a to dopiero zapowiedź wydarzeń, jakie mogą wywrócić spokój emerytowanego gangstera do góry nogami. Katastrofa ma na imię Don Logan i chce zwerbować Gala do nowej robótki: prostej, gładkiej, nieskomplikowanej. Tylko, że mężczyzna nie chce dołączyć do ekipy, ale Logan nie przyjmuje tego do wiadomości.

sexy_beast1

Reżyser Jonathan Glazer wcześniej realizował teledyski, ale już w debiutanckim „Sexy Beast” pokazuje, że będzie robił troszkę inne kino niż jego koledzy po fachu. Powiedzmy, że tutaj bliżej jest do „Nigdy cię tu nie było” niż do „Porachunków” czy „Przekrętu”. Może troszkę przesadzam, ale nie jest to klasyczny film w stylu heist movie. Sam skok dokonuje się w ostatnich 30 minutach filmu, niejako pod koniec. Bez poznawania szczegółów, zostajemy wtedy rzuceni w sam środek. Znaczy wiemy, co jest celem, kto to robi i ilu ludzi potrzeba. Nie dostajemy informacji jak ma to zostać zrobione, co w momencie realizacji było sporym zaskoczeniem. Przez dwie trzecie filmu mamy zwykłe życie Dove’a na emeryturze oraz próby przekonania przez psychopatycznego Dona, traktującego to bardzo osobiście.

sexy_beast2

Czy to oznacza, że Glazer przynudza? Abso-kurwa-lutnie nie. Świetnie się bawi formą, co pokazuje choćby scena toczącego się głazu pokazana z… jego perspektywy czy rozmowa o tym kto zleca robotę i co jest celem, która jest montażową perłą (repetycje, zbliżenia na postacie, ujęcie z obrotowych drzwi), a kilka operatorskich tricków (otwieranie drzwi pokazane tak, jakby kamera do tych drzwi się przykleiła czy zrobiony w jednym ujęciu szybki najazd z ulicy do skarbca) uatrakcyjnia tą statyczną historię. Są jeszcze oniryczne sceny z tajemniczym, czarnym diabło-królikiem, skręcające ku lżejszym filmom Davida Lyncha oraz troszkę surrealistycznego, nawet smolistego humoru.

sexy_beast3

Choć nie do końca dostałem to, czego oczekiwałem, jedna rzecz przyciągnęła moją uwagę od samego początku: aktorstwo. Całość tak naprawdę jest w rękach dwóch kreacji, czyli Raya Winstone’a oraz Bena Kingsleya. Pierwszy w roli Dove’a sprawia wrażenie takiego uśpionego miśka, który porzucił przeszłość i chce tylko odpoczywać w blasku słońca. Jednak pewne okoliczności zmuszają go do powrotu, niemal do samego końca próbuje zachować spokój. Z kolei Kingsley to prawdziwa petarda – psychol z wielkim ego, gadający niczym rozpędzony pociąg. Dla niego są dwa wyjścia: albo tak jak on chce, albo… tak jak on chce i chuj. Piekielnie groźny typ, jakiego nie chcielibyście spotkać na swojej drodze.

„Sexy Beast” bywa sexy pod względem formy oraz troszkę innego spojrzenia na oczywiste klisze kina gangsterskiego oraz konwencji heist movie. Nie wszyscy złapią tą konwencję, bo to specyficzne kino jest. Niemniej warto spróbować podjąć to wyzwanie, bo raz obejrzane, zostanie na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

Czarne bractwo. BlacKkKlansman

Dawno, dawno temu Spike Lee był traktowany przez czarnoskórą widownię niczym poważny, wściekły prorok. Młody gniewny twórca, bardzo uważnie przygląda się swojemu społeczeństwu pod względem rasizmu i nietolerancji. Ostatnie lata były bardzo chude, chociaż pewien renesans wskazywał zrobiony dla Netflixa serial „Ona się doigra” (telewizyjny remake reżyserskiego debiutu – ciągle do nadrobienia). Ale tym razem reżyser postanowił wrócić do pełnego metrażu z historią tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa.

Jest początek lat 70., czyli czas, kiedy jeszcze była wojna w Wietnamie, działały Czarne Pantery, a czarnoskórzy obywatele zaczynali coraz bardziej zdobywać takie same prawa obywatelskie jak biali mieszkańcy. Do Colorado Springs trafia Ron Stallworth – czarnoskóry policjant, który zostaje przyjęty do zaszcza…, ehh, zaszczytnej funkcji… archiwisty. Podła robota, ale od czegoś trzeba zacząć. Ale nasz Ron jest uparty i zostaje przeniesiony jako tajniak, mający infiltrować środowisko młodych, czarnoskórych studentów. Ale całą jego prace zmienia jeden telefon. Telefon z ogłoszenia od Ku Klux Klanu. Przepraszam, od Organizacji, że chciałby ich bliżej poznać. I… bardzo szybko pojawia się odpowiedź. Ale przecież jest Murzynem, więc jak miałby zinfiltrować Ku Klux Klan? Powiedzmy, że zamiast niego będzie biały glina – Philip Zimmerman.

blackkklansman1

Lee wraca do swoich tematów, ale ubiera to w bardziej przystępnej, rozrywkowej formie. Historia oparta na wspomnieniach Stallwortha jest bardzo szalona. Mamy klasyczną infiltrację wrogiego środowiska za pomocą dwóch gliniarzy, którzy muszą stać się niejako jednym organizmem. Flip musi naśladować sposób mówienia Rona, z kolei Ron zwyczaje oraz pewne nawyki. Sama intryga jest dla reżysera pretekstem do pokazania realiów epoki, gdzie po jednej i drugiej strony widać silną nienawiść. Z jednej strony mamy ten Ku Klux Klan, który wszędzie widzi spisek Żydów, nienawidzi innych ras niż biała. Z drugiej strony są czarnoskórzy aktywiści związany z Czarnymi Panterami, którzy chcą siłą zdobyć swoje (należne) prawa i przywileje. Czy w ogóle jest możliwa inna droga niż konfrontacji, bezkompromisowej walki? Wydaje mi się, że Lee piętnuje obydwie postawy, stawiając na dialog oraz porozumienie. Nie brakuje tu śmiechu (świetne rozmowy telefoniczne, zwłaszcza z szefem KKK – puenta wali po łbie), odrobiny publicystycznych tekstów (bo wtedy młodzi rozmawiali o polityce, a nie o duperelach; chyba?), ale nie brakuje też bardziej poważnych tonów. Mocne wrażenie robi montażowa przeplatanka, gdzie mamy obok siebie inicjację nowych członków Organizacji + seans „Narodzin narodu” oraz wspomnienia starszego człowieka dotyczące śmierci jego znajomego podczas zamieszek.

blackkklansman2

Jednocześnie reżyser bardzo dobrze rekonstruuje klimat lat 70. Kapitalne są tutaj stroje i charakteryzacja (główne czarnoskórych bohaterów), ale też scenografia, samochody. Jednocześnie Lee bawi się formą, bo nie brakuje zarówno montażu równoległego, szybko wplecionych fotografii, plakatów (rozmowa Rona z dziewczyną na moście), komiksowy „podział” ekranu, a nawet jest jeden zabieg żywcem wzięty z kina tego okresu (bohaterowie „przesuwają się” przez korytarz). I to czyni seans „BlacKkKlansmana” jeszcze przyjemniejszym.

blackkklansman3

Ale dla mnie są dwie dość drobne, lecz istotne kwestie. Po pierwsze, więcej tutaj uwagi jest poświęcone Klanowi, który czuje się coraz bardziej przerażony obecnością Murzynów na świecie i nie potrafi się dostosować do obecnych czasów. Co troszkę powoduje, że środowisko czarnoskórych studentów, którzy są gotowi na konfrontacje jest ledwo zaznaczone. Przydałby się tutaj balans, chociaż rozumiem intencje twórcy.  Po drugie, na koniec dostajemy dokumentalne wstawki z obecnej Ameryki, gdzie dochodzi do spięć na tle rasowym. To przesłanie, że jest to problem nierozwiązany jest zbyt łopatologiczny, czego Lee unikał przez cały film.

I jak ten film jest cudownie zagrany. Choć rzadko pojawiają się razem John David Washington (Ron Stallworth) i Adam Driver (Flip Zimmerman), obydwaj są rewelacyjni, jednak ten drugi ma więcej czasu ekranowego. Niemniej jednak czuć chemię między panami, zaś Washington ma świetną nawijkę (głos w końcu odziedziczył po ojcu), a Driver znakomicie sprawdza się jako tajniak udający rasistę i ksenofoba. Choć na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, to na tym polu najbardziej wybija się Topher Grace jako David Duke, czyli szef KKK. To jest odpowiednia mieszanka rasizmu, pewności siebie oraz tępoty, że aż nieprawdopodobne.

Muszę przyznać, że Spike Lee wrócił. „Czarne bractwo” to z jednej strony świetne poprowadzone kino sensacyjne, ale też ostrzeżenie, iż sprawy rasizmu nie zostały do końca rozwiązane. I oby się to nie skończyło wojną, co może sugerować bardzo gorzki finał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jak rozbić bank

Heist movie to pozornie filmowy samograj, bo zrobienie skoku zawsze serwuje pewne emocje oraz odrobinkę adrenaliny. Ale co zrobić, jeśli z tym gatunkiem postanowi się zmierzyć reżyser z Niemiec? I będzie próbował to ubrać w komedię? Nie brzmiało to zbyt dobrze, bo i niemieckie poczucie humoru nie należy do zbyt wysublimowanych. Jednak za tym filmem przemawiało bardzo mocne nazwisko twórcy: Wolfgang Petersen.

jak_rozbic_bank1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzech facetów zostaje oszukany przez bank. Chris to bokser, który lata świetności ma dawno za sobą, a teraz chciałby założyć własną siłownię. Peter kiedyś był popularnym aktorem, jednak teraz grywa w chałturach. Max z kolei jest ekscentrycznym, lecz skutecznym specem od PR-u, który odchodzi z firmy, kolejny raz olany w awansie. Cała trójka straciła pieniądze banku, a obwiniają o to doradcę finansowego Tobiasa. Tylko, że on zostaje zwolniony przez znienawidzonego szefa pod pretekstem niedopełnienia obowiązków. Panowie postanawiają odegrać się na banku i zrobić skok. Tylko, że nie mają o tym kompletnie pojęcia.

jak_rozbic_bank2

Petersen nie odkrywa Ameryki i prowadzi swoją opowieść jak po sznurku. Jest pomysł, przygotowania oraz realizacja, która nie do końca idzie idealnie. Oraz pewna komplikacja w postaci szefowej komórki policyjnej. Niemniej całość ogląda się naprawdę przyjemnie, humor głównie wynika ze zderzeń charakterów i parę razy balansuje na granicy smaku (akcja z papieżem – nie, to wariactwo). Na szczęście nie wywołuje irytacji, chociaż jest tu wiele zbiegów okoliczności (jedna z kochanek Chrisa okazuje się być żoną wroga, żona jednego z „drobnych cwaniaków” jest wyrozumiała i pomaga). Ale doświadczona ręka reżysera nie pozwala się nudzić. Realizacja jest solidna, w tle gra stylowa muzyka niczym z lat 70., a całość miejscami bywa zabawna.

Najbardziej znani z całej obsady są Til Schweiger (narwany Chris), Michael Herbig (zniewieściały Tobias) oraz Alexandra Maria Lara (Freddie, żona Petera), którzy dali z siebie wiele. Czuć chemię między bohaterami, choć film dla mnie kradnie szalony i przerysowany Matthias Schweighofer (Max) z wielkim ego, a także Jan Josef Liefers (aktor Peter). To zgranie między bohaterami jest w stanie troszkę podnieść całość.

„Jak rozbić bank” nie jest najlepszym filmem w dorobku Petersena, ani czymś zaskakującym w konwencji heist movie. Bywa miejscami zbiorem prostackich żartów, które się powtarzają, jednak nie przekracza granicy smaku i przy odpowiednim nastawieniu może dostarczyć odrobiny frajdy.

6/10 

Radosław Ostrowski

Suburbicon

Tytułowe Suburbicon to małe miasteczko wyglądające jak przedmieścia jakiegoś większego miasta, pod koniec lat 50. Jest spokojnie, wszyscy ludzie są sobie bliscy, serdeczni, przyjaźni oraz życzliwi. Ale wszystko się zmienia, gdy do miasta wprowadza się czarnoskóra rodzina Mayersów. Problem w tym, że mieszkańców bardzo się to nie podoba. Ale w okolicy też mieszka rodzina Lodge’ów – mąż, żona, jej siostra oraz syn. W czasie, gdy mieszkańcy stoją obok nowych lokatorów, rodzina zostaje zaatakowana i żona ginie.

suburbicon1

George Clooney wraca do stołka reżyserskiego i bierze na warsztat scenariusz braci Coen. Czuć tutaj motyw niby prostego planu, który coraz bardziej zaczyna się komplikować, ale z drugiej strony jest próbą zdemaskowania lat 50. oraz życia w idealnym miasteczku, z idealnie ostrzyżonymi trawnikami oraz mieszkaniami. Te dwa wątki prowadzone są niejako obok siebie, przez co można poczuć pewien dysonans. Początek wygląda wręcz bajkowo, z reklamówką życia w mieście – niczym telewizyjna reklama. Potem pojawiają się kolejne tajemnice, które – dla mnie – za szybko zostają wyłożone na stole, przez co łatwo można się domyślić o co tu tak naprawdę chodzi. Bardziej skupił moją uwagę ten wątek rasistowskiej nienawiści, gdzie biali ludzie mają – nomen omen – czarne serca i dla własnej wygody stoją pod domem, robiąc cyrk. Najpierw się tylko przyglądając, rzucając wyzwiskami, a następnie atakując. Tylko, że to jest tło dla bardzo niemrawego kryminału, gdzie w jednej scenie wszystko zostaje wyłożone kawa na ławę. Dodatkowo te wątki za cholerę, nie chcą się w żaden sposób połączyć.

suburbicon2

Trudno powiedzieć coś złego o warstwie realizacyjnej. Świetną robotę wykonali scenografowie i kostiumolodzy, odtwarzając stylistykę lat przełomu lat 50. i 60., włącznie z fakturą oraz kolorystyką. To robi duże wrażenie, podobnie jak stylizowana muzyka Alexandre’a Desplata. Z jednej strony bardzo podniosła, wręcz sielankowa, z drugiej potrafiąca zbudować napięcie. Tylko, że to nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

suburbicon3

Aktorzy robią, co mogą, ale nie mają wsparcia. Choć Matt Damon dobrze się odnajduje w roli wycofanego, pakującego się w kłopoty Gardnera, to nie dało się polubić tego bohatera, ze względu na jego tajemnicę, chłód emocjonalny. Troszkę lepsza jest Julianne Moore w dwóch kreacjach (żony i jej siostry), dając spore pole do popisu, ale całość kradnie Oscar Isaac w roli cwanego agenta ubezpieczeniowego o aparycja Clarka Gable’a (niemalże). I to mógł być mocny pojedynek między nim a Damonem, lecz wszystko się potoczyło inaczej.

„Suborbicon” to dziwaczna mieszanka groteskowej satyry z bardzo nudnym, ogranym niby-kryminałem. Clooney nie zapanował nad reżyserią, a film rozpada się na dwie historie, mające w założeniu się połączyć. Gdyby Coenowie sami się wzięli, może byłoby to lepsze kino, ale tego się już nie dowiemy.

5/10

Radosław Ostrowski

Małżeńskie porachunki

Ib i Edward mieszkają w małym miasteczku Nibe, gdzie pracują jako budowlańcy. Powiedzmy, że pracują, bo bardziej to działa na zasadzie szantażu (drobnego i dyskretnego), robiąc troszkę na boku. Panowie czują się sfrustrowani, niespełnieni w sypialni, bo żony wolą salsę (oraz instruktora – szkoda, ze gej!) i wydawać ich kasę. Dlatego nasi poczciwi panowie chcą się rozwieść. Tylko, że oddanie połowy majątku (włącznie z kasą na boku) jest dość drogie. Dlatego pod wpływem alkoholu postanawiają zatrudnić wysokiej klasy specjalistę do spraw rozwodowych z Rosji – Igora Ladpolny’ego, która pomaga uszczęśliwiać ludzi.

malzenskie_porachunki1

Duńska czarna komedia z wątkiem kryminalnym – jak można przejść obojętnie wobec takiego smakowitego dania. Ole Bornedal w tej pozornie prostej historii robi wszystko, by pokazać trudności życia małżeńskiego. Czy jest jeszcze szansa na przywrócenie dawnego ognia oraz odzyskania energii? Nasze dwie małżeńskie pierdoły próbują cała sytuację odkręcić, tylko że to nie jest takie proste, zwłaszcza iż małżonki poznają ich plan. I wtedy się wszystko zaczyna pier…, znaczy się rozpada się niczym domek z kart. Jeden cyngiel, drugi cyngiel – przepraszam, specjaliści od problemów małżeńskich. Wiele rzeczy się dzieje dzięki niesamowitym splotom okoliczności, ale jak to wciąga i pokazuje, że zwyczajnie wystarczy w pełni się otworzyć i szczerze, w cztery oczy pogadać. Ale wtedy „Małżeńskie porachunki” by nie powstały.

malzenskie_porachunki2

Czasem poczucie humoru siada, idąc we wręcz „brodate” dowcipy w rodzaju przebieranek facetów w kobiety czy troszkę seksistowskich tekstów, ale to nie psuje odbioru. Ale kiedy rzuca różne zabawy stereotypami oraz siarczystymi bluzgami (scena jazdy taksówką z kierowcą-Arabem – perełka). Polane miejscami absurdem daje wręcz prawdziwego kopa oraz test dla naszych przepon (finałowa „terapia” czy wszelkie zgony), ale trzeba lubić takie miejscami smoliste żarty.

malzenskie_porachunki3

I jeszcze jak to jest zagrane. Zarówno nasz pierdołowaty duet Urlich Thomsen/Nicholas Bro, jak i bardziej zawzięte kobitki Lene Maria Christensen/Mia Lyhne, doprowadza do iskier, mocnych spięć oraz kilku ostrych tekstów. Ale to wszystko blaknie z jednego, prostego powodu – świetnego Marcina Dorocińskiego w roli Igora. Kiedy wchodzi, to tak, by wszyscy słyszeli (scena na lotnisku) i zawsze z gorzałą w ręku. I ten piękny akcent – cudownie się tego słucha.

malzenskie_porachunki4

„Małżeńskie porachunki” to typowa skandynawska czarna komedia, dająca wiele świeżości oraz frajdy w trakcie oglądania. Inteligentne, dowcipne, czasami chamskie, czasem prostackie – zawsze trafiające w punkt.

7/10

Radosław Ostrowski

Towarzysz detektyw

Rumunia lat 80. – kraj mlekiem i miodem płynący, zgodnie z obowiązującą komunistyczną ideologią. I to właśnie tutaj walczą ze złem, czyli skażoną, brudną, kapitalistyczną propagandą najbardziej uczciwi gliniarze oraz dobrzy komuniści: Gregor Anghel oraz Nikita Ionescu. Gdy ich poznajemy, próbują wytropić handlarzy narkotyków, lecz akcja kończy się zasadzką oraz śmiercią Nikity. Wtedy do naszego samotnego twardziela dołącza prowincjonalny glina, Iosef Baciu, który był przyjacielem Nikity i obydwaj próbują prowadzić śledztwo.

towarzysz_kapitan1

Podobno jest to wygrzebany z zakamarków przeszłości rumuński serial kryminalny. Ale cały dowcip polega na tym, że to nieprawda. „Towarzysz detektyw” to parodia propagandowych kryminałów zza żelaznej kurtyny, gdzie dochodzi do klasycznego starcia dobra (komunizm) ze złem (kapitalizm). Dialogi serwują wręcz tak propagandowe treści, m.in. o tym, co to znaczy być dobrym komunistom, jak zachód próbuje za pomocą popkultury dokonywać prania mózgu, że religia jest ogłupiająca, Bóg nie istnieje, donoszenie na innych jest ok itd., itd. Jednocześnie pozostaje on wciągającym, inteligentnie poprowadzonym kryminałem, będącym zaszczepieniem amerykańskich wzorców na wschodnią modłę.

towarzysz_kapitan2

Korupcja, przemyt zachodnich towarów, morderstwo i brud – jest to pogmatwane, dziwaczne (gra w Monopoly) oraz bardzo… zabawne. Podniosłe, patetyczne frazy oraz zabawa ogranymi schematami wnosi wiele świeżości. Stylizacja na lata 80. też jest strzałem w dziesiątkę zaczynając od strojów aż po wplecione piosenki („Flashdance… What a Feeling” śpiewane po rumuńsku – perełka) i pstrokato-kiczowate kolory. Tandeta wylewa się strumieniami, tak jak kontrast między oszczędną scenografią mieszkań czy komisariatu zderzona z willą filmowca lub finałową konfrontacją w imitacji ulicy Nowego Jorku.

towarzysz_kapitan3

Fakt, że mamy do czynienia z żartem podkreśla wykorzystanie angielskiego dubbingu do rumuńskiego filmu. Rumuńscy aktorzy grają naprawdę dobrze, a ich twarze są niepodrabiane, tylko że dubbing wykonany jest dość niechlujnie. W wielu miejscach głos całkowicie rozjeżdża się z ruchem ust, co jest absolutnie zamierzonym efektem i dodatkowym źródłem humoru. Tłumaczenie jest przesiąknięte bluzgami i żargonem, a także ideologicznymi podtekstami. Angielscy aktorzy dają z siebie wszystko (zwłaszcza duet Channing Tatum/Joseph Gordon-Levitt oraz Nick Offerman jako kapitan milicji), balansując na granicy powagi i zgrywy.

towarzysz_kapitan4

„Towarzysz kapitan” z jednej strony jest nostalgiczną podróżą lat 80., z drugiej mamy świat zza żelaznej kurtyny, pełnej przerysowanej, karykaturalnej wizji świata. Zgodnej z ówczesną ideologią polityczną, będącej źródłem dowcipu. Mam nadzieję, że powstanie ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Logan Lucky

Poznajcie braci Logan, którzy mieszkają w jakimś wygwizdowie gdzieś w Zachodniej Wirginii. I nie są oni spokrewnieni z TYM Logan aka Wolverine. Jimmy pracuje jako górnik w robotach fizycznych, kuleje na jedną nogę oraz próbuje utrzymać kontakt z córką, którą wychowuje jego była żona. Poza tym został zwolniony z pracy.  Z kolei Clyde walczył na wojnie, co przyniosło mu stratę dłoni i obecnie pracuje jako barman w knajpie. Dodatkowo ich cała rodzina jest „naznaczona” klątwą. Ale w końcu Jimmy ma plan na poprawę sytuacji – skok na tor wyścigowy NASCAR. Trzeba tylko zebrać zespół i zrealizować każdy element układanki.

lucky_logan1

Pamiętacie, jak Steven Soderbergh pięć lat temu się zarzekał, że nie nakręci więcej filmów i skupi się na pracy dla telewizji? Skłamał albo po prostu nie wytrzymał i musiał wrócić. „Lucky Logan” wydaje się takim typowym heist movie, gdzie mamy grupę ludzi przygotowujących duży skok na wielką kasę. Czuć tutaj mocno ducha „Ocean’s Eleven”, co jest na pewno zasługą pewnej i stylowej realizacji oraz eleganckiej muzyki jakby żywcem wziętej z lat 60. i 70. Z nieśmiertelnym Johnem Denverem oraz Credence Clearwater Revival na czele. Ale reżyser jest troszkę za sprytny, by skupić się tylko na kryminalne intrydze. Bo próbuje się skupić także na pokazaniu życia na prowincji oraz portrecie bohaterów, których marzenia nigdy nie miały zostać spełnione. Pozornie takie scenki poboczne (konkurs na Mała Miss Virginii, spotkania z córką czy wyścig NASCAR) mogą wydawać się odciągające od całej intrygi. Jednak to wszystko jest bardzo sprawnie poprowadzoną układanką, gdzie każdy detal ma znaczenie.

lucky_logan2

Jestem pod dużym wrażeniem pracy kamery – pozornie statycznej, opartej na długich kadrach oraz bardzo dobrym montażu, podbijającego rytm całych wydarzeń. Klimatyczna muzyka współgra idealnie ze sposobem realizacji, jakby żywcem wziętej z lat 70. Nie mogło zabraknąć pewnych drobnych komplikacji, finałowej wolty pokazującej skąd dochodzi do zmiany, bez zgrzytu, fałszu, ale za to z humorem (bomba czy bunt w więzieniu oraz reakcje naczelnika – perełki) czy nawet wzruszeniem (występ córeczki podczas konkursu).

lucky_logan3

Za to Soderbergh ma dobrą rękę do obsady, która daje z siebie wiele. Kolejny raz zaskakuje Channing Tatum (może to zasługa tej brody) jako Jimmy – prosty facet z dobrym sercem, zmuszony do przejścia na ciemną stronę życia. Trudno nie polubić takiego prostego faceta. Partneruje mu Adam Driver jako brat i czuć chemię oraz silne więzi między nimi. I jeszcze ten akcent, co brzmi cudnie. Ale i tak film bezczelnie kradnie Daniel Craig jako spec od eksplozji Joe Bang. Sam widok aktora w tlenionych włosach, lekko przypakowany i mający dużo luzu wobec całej reszty daje ogromną frajdę. Nawet drobne epizody Katherine Waterston (lekarka), Sebastiana Stana (kierowca rajdowy)  czy Hilary Swank (agentka FBI) są małymi wisienkami na torcie.

lucky_logan4

Czy „Lucky Logan” może mierzyć się z „Ocean’s Eleven” oraz jego sequelami? Myślę, że tak. To najbardziej komercyjny film Soderbergha jaki widziałem, ale jednocześnie posiadający jego własny styl wizualny. Inteligentnie poprowadzony, wodzący za nos daje nie tylko świetną rozrywkę, ale i pokazuje troszkę inne oblicze Ameryki.

8/10

Radosław Ostrowski

Volta

Lublin to jedno z piękniejszych miast w Polsce. I tutaj pracuje Bruno Volta – specjalista od politycznego wizerunku, czyli spin doctor. Pracuje podczas kampanii wyborczej na prezydenta, Kazimierza Dolnego, jednocześnie ma piękną partnerkę, mającą ambicję posiadania własnej restauracji. I to ona przypadkowo poznaje tajemniczą kobietę, Wiki. Wydaje się, ze uciekła z więzienia, a w swoim mieszkaniu znajduje pamiętnik oraz… koronę należącą do Kazimierza Wielkiego. Volta chce wykorzystać okazję i zgarnąć koronę, by ją sprzedać.

volta1

Dawno, dawno temu Juliusz Machulski to było jedno z najbardziej elektryzujących nazwisk polskiego kina. Prawdziwy spec od komedii inteligentnej, dowcipnej, zabarwionej wątkami kryminalno-sensacyjnymi. Ale od czasu świetnego „Vinci” reżyser coraz bardziej tracił wenę oraz formę. Pytanie, czy „Volta” to powrót do formy. Punkt wyjścia był interesujący, przypominające wspomniane „Vinci”, gdzie mamy cenny rekwizyt, grupę cwaniaczków liczących na łup oraz zabawa pt. Kto kogo wykiwa i kto orżnie? W tle mamy pięknie sfotografowany Lublin, łamaną chronologię oraz coraz bardziej komplikującą się intrygę. Cały problem polega w tym, że kompletnie to mnie nie angażuje. Machulski próbuje gmatwać, ale bardziej interesuje go satyryczne spojrzenie na swołeczeństwo (nie, nie jest to literówka) polskie – zakompleksione, ogłupiałe, czerpiące swoją wiedzę tylko i wyłącznie z Internetu. Ta megalomania najbardziej widoczna jest w postaci Dolnego (świetny Jacek Braciak), który nie chce być prezydentem, lecz królem, ciągle popełnia językowe lapsusy oraz wielkie ego.

volta2

Odkrywamy kolejne historie tej korony, chociaż sceny retrospekcji wyglądają zaskakująco biednie. Nie chodzi mi o scenografię czy kostiumy, bo te wyglądają tak jak powinny, ale o zdjęcia – mocno skąpane w mroku, nieczytelne, jakby miały zakryć niedostatki budżetowe. I to wszystko ma tak wolne tempo, że aż można było przysnąć. Humoru też jak na lekarstwo, chyba że lubicie bluzgi. Ewentualnie jesteście w stanie wyłapać ironiczne spojrzenie na rzeczywistość. Wtedy można się na tym parę razy pośmiać. Ale nie mogę pozbyć się wrażenia, ze takiego machera jak Machulski stać na wiele, wiele więcej.

volta3

Pod względem aktorskim jest też nierówno, zwłaszcza dotyczy to grających główne role pań. Olga Bołądź i Aleksandra Domańska nie mają tak naprawdę co grać, stanowiąc jedynie walor wizualny. O Braciaku już mówiłem, pokazując prawdziwą petardę podczas sceny wywiadu. Najlepiej się sprawdza tytułowy Volta, czyli Andrzej Zieliński, dając popis umiejętności wchodzenia w postać inteligentnego cwaniaka, otoczonego przez niemal kretynów. A kiedy obok niego pojawia się Michał Żurawski, to lecą iskry. Dycha w jego wykonaniu pozornie wydaje się typowym ochroniarzem, ale jest zaskakująco oczytany, inteligentny i ten duet (plus Braciak) robią największą robotę w filmie. Są jeszcze drobne epizody, z których najbardziej zapada w pamięć Cezary „Popek” Pazura.

volta4

„Volta” miała być wielkim powrotem mistrza Machulskiego do formy. Przecież jego każdy film zaczynający się na „V” był wielkim sukcesem. I w porównaniu do poprzednich filmów jest to krok do przodu, ale zbyt mały, by kogoś to obeszło. Bardzo skromniutka ta „Volta”, która obiecywała o wiele więcej niż mogła dać.

5/10

Radosław Ostrowski

Jak dogryźć mafii

Venice – nie mylić z Wenecją to kurort gdzieś w Kalifornii, pełen plaż, fajnych lasek oraz surferów, skejterów itp. Właśnie na tym rewirze pracuje Steve Ford – prywatny detektyw, znający miasto jak własną kieszeń. Nasz bohater ma ręce pełne roboty: chce odzyskać rodzinny dom, musi wytropić graficiarza robiącego obrzydliwe murale, odnaleźć siostrę-seksoholiczkę dla Samoańczyków, w końcu odzyskać wóz właściciela pizzerii przejęty przez handlarza narkotyków Spydera. I to ostatnie pakuje Forda w dodatkowo kłopoty, gdyż gangster kradnie jego psa. By go jednak odzyskać, musi wykonać pewną przysługę.

jak_dogryzc_mafii1

Bracia Cullen w swoim kolejnym dziele (poprzednio zrobili scenariusz do „Fujar na tropie”) robią bardzo niebezpieczny miks kryminału i komedii. Jest to raczej zbiór scenek niż spójna, sensowna fabuła, chodząca z punktu A do B. Wszystko to opowiada wspólnik naszego protagonisty, John, dodając odrobinę swoich docinków. Ale największym problemem, poza rozbitym na mniejsze epizody scenariuszem, jest bardzo mocno balansujące na granicy smaku poczucie humoru. Czego tu nie ma: jazda na desce bez ciuchów, kradzież psa, bzykanie się w aucie, atak na transwestytów. I ten dziwaczny koktajl nie wywołuje irytacji, lecz też niespecjalnie wywołuje śmiechu. Dopiero pod koniec zaczyna to wszystko nabierać rumieńców oraz bigla, lecz wtedy jest już za późno na satysfakcję. Logika nie jest mocną stroną, bohaterowie nie grzeszą inteligencją (co też ma być śmieszne), tylko że zestaw gagów jest tak wyświechtany (problem ze schwytanie graficiarza, gdyż czujka albo zasnęła albo… była zajęta czymś innym), że aż robi się to nudne.

jak_dogryzc_mafii2

Podobać się za to może miejsce, czyli Venice. Ładnie jest sfotografowane, pełne słońca, plaż i roznegliżowanych ciał, a w tle gra bardzo lekka, przyjemna muzyczka. Wygląda to bardzo przyzwoicie, bez poczucia wstydu oraz biedoty, co patrząc na wytwórnię (Voltage Pictures) jest pozytywnym zaskoczeniem.

jak_dogryzc_mafii3

Sytuację próbują ratować aktorzy, tylko że twórcy ciągle podcinają im skrzydła. Najmocniej to czuć w postaci balansującego na granicy zgrywy i powagi Forda w wykonaniu Bruce’a Willisa. Aktor robi, co może, by uczynić swoją postać wiarygodną i nadal ma ten łobuzerski uśmiech, przez co efekt końcowy jest niezły. Dobrze sobie też radzi Thomas Middleditch ze swoim rozgadaniem oraz nieporadnością (scena w barze – rewelacja), podobnie jak niemal zblazowany John Goodman (Dave), rozkręcający się w ostatniej partii filmu. Ale najwięcej luzu ma Jason Momoa w roli niezbyt kumatego Spydera, nadrabiającego swoją fizycznością, a swoją obecnością sprawia wiele frajdy.

jak_dogryzc_mafii4

Film mógł być powrotem Willisa z otchłani tanich i tandetnych filmów do pierwszej ligi, ale realizacja mocno zawiodła. Cullenowie mocno balansują na granicy smaku, wrzucając różne pomysły i mieszają, by liczyć na to, że jakoś to zagra. Ale się bardzo mocno przeliczyli, a ja mam nadzieję, że nic więcej już nie stworzą.

5/10

Radosław Ostrowski

Baby Driver

Kim jest Baby? To młody chłopak, który z autem robi to, co wielu mężczyzn z kobietami. Innymi słowy – to szatan. Jest szybki i wściekły, a podczas jazdy lubi słuchać muzyki i to nie jest żadne tam disco polo czy hardkorowy rap, tylko klasyczne, melodyjne granie wszelkich gatunków. Pracuje dla niejakiego Doktorka, który jest mózgiem i planuje każdy skok. Młody w ten sposób spłaca dług wobec szefa. I kiedy wydaje się, że jeszcze będzie tych parę skoków, ale pojawia się Ona – imię jej Debora. To fajna dziewczyna, z którą można zacząć nowe życie. Tylko trzeba zrobić jedną robótkę, co może pójść nie tak?

baby_driver1

Jak możecie wywnioskować z tego opisu, nowe dziecko Edgara Wrighta to klasyczne kino kryminalne, z ogranymi kliszami rodem z podrzędnej opowiastki pulpowej. I w zasadzie to jest takie komiksowe kino, kierujące się swoją własną logiką i zasadami. „Baby Driver” to dziwaczna mieszanina komedii, sensacji, romansu i… musicalu. Jesteście zdumieni i lekko w szoku? Ja też byłem, zwłaszcza że ten koktajl smakował dla mnie bardzo zagadkowo. Początek jest mocny i wprawia w konsternację: napad na bank. Wszystko z perspektywy kierowcy, słuchającego muzyki. Właśnie, muzyka. Ona narzuca tempo, buduje klimat i wszystko jest jej podporządkowane, włącznie z montażem. Wystarczy obejrzeć początek, scenę przedstawienia planu skoku czy strzelaniny podczas kupna broni. I to wygląda po prostu rewelacyjnie podczas pościgów, strzelanin lub czołówki, gdzie fragmenty tekstu piosenki pojawiają się czy to w formie graffiti lub naklejek. Dla mnie problemem nie była realizacja, brak wyrazistych postaci albo komiksowa, wręcz bajkowa konwencja (może poza zakończeniem).

baby_driver2

Dla mnie problemem było to pomieszanie gatunków, przez co całość nie wybrzmiała tak mocno, jak bym tego chciał. Przyznam się (bez bicia), że liczyłem na więcej pościgów i akcji, chociaż wątek miłosny między Baby’m a Deborą poprowadzony był lekko oraz z gracją (tylko czułem lekkie znudzenie). Jest to przewidywalne, przerysowane (rzadkie, ale intensywne sceny przemocy), a także z kilkoma retrospekcjami, co mnie wybijało z rytmu. I jeszcze ten przesłodzony finał, po którym można było zacząć wymiotować tęczą.

baby_driver3

Aktorzy szarżują (nawet bardzo), ale jest to całkowicie zrozumiały zabieg. Ansel Elgort jest uroczy jako małomówny, wrażliwy chłopak, kochający szybkie fury i muzykę. I jak fajnie wygląda w tych okularach, ze słuchawkami na uszach. Jak się nie zakochać w takim ciastku. Na drugim planie mamy spokojnego Kevina Spacey (Doktorek) oraz prześliczną Lily James (kelnerka Debora), jednak całość kradnie dwóch psychopatów: Jamie Foxx (Bats) oraz Jon Hamm (Buddy), wnosząc sporo czarnego humoru.

baby_driver4

„Baby Driver” to taka ładnie opakowana, stylowa (nawet przestylizowana) bajka, niepozbawiona mroku i niepokoju. Sama historia nie jest może najciekawsza, ale sposób realizacji podnosi całość na wyższy poziom. Czegoś mi w tym miksie zabrakło, by utkwił w pamięci na dłużej i nie bardzo wiem co. Ale jako czysta rozrywka daje radę.

6,5/10

Radosław Ostrowski