Złote dziecko

Tytułowe Złote dziecko to pochodzący z Tybetu chłopiec, mający ocalić świat. Jednak zostaje on porwany przez tajemniczego Sardo Numpsy’ego, by został zgładzony. Problem w tym, że chłopiec nie jest w stanie ulec siłom zła, nawet jeśli jest przez nich otoczony. Uratować go może tylko Wybraniec. Ma nim być amerykański działacz społeczny, Chandler Jarrell, specjalizujący się w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Problem w tym, że nie wierzy w całą tą historię oraz nadprzyrodzone moce.

Michael Ritchie jako reżyser specjalizował się w komediach oraz okraszonym humorem kinie sportowym. „Złote dziecko” ma być w założeniu hybrydą komedii, kryminału z elementami fantasy, czyli troszkę inny rewir. Sama historia wydaje się być prosta i balansująca między komedią a dramatem. Na papierze wydaje się wszystko działać, a sam początek (świetnie zrobiona scena porwania) obiecuje wielką przygodę. Niestety, coś poszło nie tak. intryga jest w zasadzie pozbawiona pazura, a przejście między scenami sprawia wrażenie gwałtownego. Zupełnie jakby parę scen zostało wyciętych, by zmieścić się w czasie. Tak samo rozmach ucinany przez zdjęcia, a dokładniej format obrazu jakby to był film telewizyjny (bardzo wąski 4:3). Antagonista nie ma zbyt wiele czasu na ekranie i brzmi jak wielu innych tego typu postaci (zmarnowany talent Charlesa Dance’a), sceny akcji są szybko ucinane, co pozbawia ich czytelności. Same elementy fantastyczne w zderzeniu z komedią wywołują silny zgrzyt, jakby jednego było za mało, drugiego za dużo i w dodatku nietrafionego.

Nie oznacza to jednak, że „Złote dziecko” to pełny niewypał. Ma kilka autentycznie zabawnych momentów (próba przemycenia sztyletu na lotnisku czy sen bohatera, gdzie mierzy się z antagonistą w formie telewizyjnego show), efekty specjalne nadal trzymają wysoki poziom, zaś scena zdobycia sztyletu potrafi trzymać w napięciu. Jednak kompletnie o „Złotym dziecku” bym zapomniał, gdyby nie świetny Eddie Murphy. W roli bardzo zdystansowanego do sprawy Jarrella autentycznie bawi, podnosząc całość na odrobinę wyższym poziomie. Kiedy on się pojawia na ekranie, robi się ciekawie oraz ogląda się to z przyjemnością. Jak go nie ma, film się robi nudny i pozbawiony duszy.

Strasznie zmieszany się czuje. „Złote dziecko” to pierwsza artystyczna wtopa w dorobku Eddie’ego Murphy’ego (w jednym z wywiadów nazwał film „kupą gówna”), lecz sama opowieść nie porywa. Brakuje tutaj lepszego, bardziej rozwiniętego scenariusza oraz wyrazistszych aktorów na dalszym planie. Z tego złota nie dało się stworzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Kiss Kiss Bang Bang

Shane Black to jest gość – scenarzysta z bardzo charakterystycznym stylem, który udoskonalił do perfekcji konwencję buddy movie. Dwóch niedopasowanych bohaterów, wspólna sprawa kryminalna, noirowy klimat, świąteczna atmosfera oraz ironiczny, cięty humor. Te elementy pojawiały się w jego scenariuszach, co wie każdy fan „Zabójczej broni”, „Ostatniego skauta” czy „Długiego pocałunku na dobranoc”. Po napisaniu tego ostatniego filmu w 1996 roku Black zniknął i powrócił niecałe 10 lat później jako reżyser. Jak myślicie, jaki film nakręcił? Dokładnie taki, jakiego należało się spodziewać.

Jesteśmy w Los Angeles w czasie zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. Tutaj trafił nasz bohater i narrator – Harry Lockhart. To drobny złodziejaszek ma pecha i szczęście jednocześnie, bo uciekając przed nieudaną kradzieżą trafił na… casting do filmu. Jako konsultant zostaje do dorzucony prywatny detektyw Perry van Shrike aka Gay Perry. Twardy facet, bezwzględny, inteligentny i… gej, a cierpliwości wobec Harry’ego ma bardzo niewiele. I w zasadzie nic specjalnego by się nie wydarzyło, gdyby nie kobieta o jakże cudnym imieniu Harmony – dawna dziewczyna Harry’ego. Najpierw tajemnicza kobieta zleca Perry’emu śledzenie osoby, co kończy się morderstwem. Do tego jeszcze poznana Harmony zostaje znaleziona martwa, a policja uznaje to za samobójstwo.

Jak sami widzicie intryga przypomina klasyczny kryminał spod znaku Raymonda Chandlera, tylko uwspółcześniony. Fabuła się gmatwa, zawierając klasyczne motywy: wielkie miasto, spora kasa, wpływowi ludzie, oszustwo, zderzenie naiwności z brutalną rzeczywistością. No i wiele zbiegów okoliczności na granicy prawdopodobieństwa. A wszystko w trakcie świąt Bożego Narodzenia, co wydaje się jeszcze bardziej ironicznym żartem. Tak jak cały film, który jest zgrywą z konwencji stworzonej w latach 80. i 90. przez Blacka – nie mamy postaci z krwi i kości oraz własnymi problemami (może poza Harrym, który dostaje szansę na nowy start), a wszelkie klisze gatunkowe są podkręcone do absurdu (włącznie z potencjalnie przegiętym happy endem). I nie ma tutaj miejsca na popisy pirotechniczno-kaskaderskie.

Prowadzący nas po tym świecie Harry (wracający do pierwszej ligi Robert Downey Jr.) jako narrator jest równie nieporadny, co uroczy. Potrafi strzelić ciętymi tekstami, zdarza mu się też – opowiadając historię – zaciąć się i nagle sobie o czymś przypomnieć, z czasem nabierałem coraz więcej sympatii do tego faceta. Stara się być tym dobrym i ma serce tam, gdzie być powinno, tylko że los okazał się dziwką, a Harry miał pusty portfel. W zderzeniu z Perrym (kradnący szoł Val Kilmer) wydaje się po prostu pierdołą, która ma pecha być w złym miejscu i czasie. Ale kiedy pojawia się Harmony (cudowna Michelle Monaghan), wszystko staje się proste jak ustawa sejmowa. Wtedy reżyser podkręca tempo, dorzucając wiele świetnych, zabawnych dialogów, stylową formę kina neo-noir z obowiązkową jazzową muzyką w tle. Jednocześnie Black pozwala sobie na zaskakująco gorzką satyrę na środowisko hollywoodzkie, które karmi młodych ludzi z LA (oraz spoza niego) obietnicą sławy i sukcesu. Ale tak naprawdę na obietnicy się kończy, przełykając i wypluwając niczym gumę do żucia. I jak w tym wszystkim odnaleźć się? Na to odpowiedź otrzymujemy w bardzo satysfakcjonującym finale, śmiejąc się czasem do rozpuku.

Choć film nie okazał się kasowym hitem, Black pokazał się, że jako reżyser jest równie sprawny i wyrazisty, co pisane przez niego scenariusze. Świetnie zrobiony pastisz czarnego kryminału, z prawdziwie wystrzałowym duetem Downey-Kilmer. Black-reżyser dopiero się rozkręcał, ale warto ten debiut oraz powrót z zaświatów przypomnieć. Szybkie strzały, piękne kobiety oraz smolisty, czasem ironiczny humor z kryminalną intrygą w tle. Czego chcieć więcej?

7/10

Radosław Ostrowski

Święta w El Camino

Małe miasteczko El Camino leży gdzieś na pograniczu z Meksykiem. Panuje tu spokój, nuda oraz brak śniegu od 40 lat. Nawet w Święta Bożego Narodzenia. Ale wszystko się zmienia, kiedy do tego miasteczka przebywa mężczyzna o budzącym zaufanie imieniu Eric Roth. I nie, nie jest krewnym słynnego hollywoodzkiego scenarzysty. Przybył tutaj, żeby znaleźć swojego ojca. Problem w tym, że pewien narwany policjant bierze go za handlarza narkotyków i rusza za nim w pościg. Wszystko kończy się sytuacją w sklepie, zmuszając Erica do roli porywacza.

swieta el camino1

Ten film Netflixa nie zapowiada się na coś intrygującego. Dzieło Jacka Talberta to tak naprawdę próba pokazania swoich nudnych bohaterów, którzy wpakowali się w sytuację skrajnie absurdalną. Samotna matka wychowująca syna-niemowę, strasznie głupkowaty policjant, zmęczony glina z gorzałą w ręku, dziennikarka w ciąży zesłana na prowincję, lokalny pijaczek z wojenną przeszłością. Samo w sobie nie jest niczym najgorszym, ale problem w tym, że nie mamy tutaj zbyt wiele czasu na poznanie tych bohaterów. Dosłownie mamy po 2-3 sceny, gdzie mamy nasze postacie w zasadzie ograniczone do jednej-dwóch cech charakteru. Intryga jest kompletnie pozbawiona sensu, policjanci są tutaj albo aroganckimi bucami (postać Vincenta D’Onofrio), albo kompletnymi idiotami (zastępca grany przez Daxa Shepharda), którzy nie daliby z niczym rady. Jest to zwyczajnie nudne, nieangażujące oraz – co jest absolutnie najgorsze – nieśmieszne.

swieta el camino2

Jeszcze bardziej bolesne jest to, że wykorzystano całkiem niezłych aktorów i nie dano im kompletnie pola manewru. Poza D’Onorfrio i Shephardem jest choćby Kurtwood Smith (szeryf), Jessica Alba (dziennikarka) czy Emilio Rivera (Vicente, właściciel sklepu). Tylko, że nie mają tutaj nic do zagrania, a dialogi brzmią w ich wykonaniu bardzo sztucznie oraz nieprzekonująco. Broni się z tej stawki jedynie Tim Allen w roli lokalnego pijaczka, który pod koniec ma parę poruszających momentów. Tylko, że nawet on nie jest w stanie udźwignąć całości w pojedynkę.

Całość jest pozbawiona świątecznego klimatu, zaś wizyta w El Camino wywołuje jedynie nudę, irytację oraz brak jakiejkolwiek więzi z jakimkolwiek bohaterem. Takie filmy są symbolem tego, co w Netflixie najgorsze.

2/10

Radosław Ostrowski

Na bank się uda

Heist movie to w sumie prosty pomysł, bo co może być trudnego w napadzie. Trzeba dać postacie, motywacje oraz pomysł na wykonanie skoku. W Polsce specem od tego typu kina był Juliusz Machulski, a następców nie widać. Choć jest nadzieja, którą zapowiada nowy film Szymona Jakubowskiego. Czy się udało?

Cała historia zaczyna się od mocnego uderzenia: w Krakowie dochodzi do napadu na bank. Zatrzymani zostają trzej dżentelmeni w wieku zaawansowanym, uzbrojeni po zęby i zamknięci w skarbcu. Nic nie zginęło, zabezpieczenia złamano, a prokurator Wojciech Słota ma duży zgryz. Bo nic tu się nie klei, dlatego prosi o pomoc policyjnego informatyka, Patryka Gajdę. Jest podejrzenie, że pomógł ktoś czwarty, lecz zeznania podejrzanych tylko mącą cały obraz.

na bank sie uda1

Więcej nie mogę powiedzieć o fabule, bo na odkrywaniu kolejnych elementów układanki skupia się cała strategia reżysera. Kolejne tropy, wątki są odkrywane stopniowo, by doprowadzić do zaskoczeń, niespodzianek. W tle mamy za to przekręty na szczytach władzy, bezduszny system pozwalający działać cwaniaków takim jak sprzedającym kamienice, by pozbyć się lokatorów, prezesom banków, co tworzą konta dla klientów w rajach podatkowych.

na bank sie uda2

Brzmi jak coś, co przypomina „W starym, dobrym stylu”? Inspiracja jest tutaj silna, bo mamy starszych panów w rolach głównych oraz to społeczne tło. Dla mnie jednak problemem jest to, że całość skupia się bardziej na Gajdzie (mniej drewniany niż zwykle Józef Pawłowski). Chłopak próbuje rozgryźć całą układankę, zaś nasi emeryci zostają zepchnięci na dalszy plan (a chciałoby się z nimi spędzić więcej czasu). A i sama intryga nie jest zbyt zaskakująca, prowadząc do przewidywalnych zwrotów akcji, za bardzo skupiając się na pobocznych wątkach.

na bank sie uda3

Także pod względem realizacyjnym szału nie ma. Zdjęcia są poprawne, a panoramy Krakowa niemal jak pocztówki. Wybija się tylko muzyka utrzymana w stylu przyjemnych jazzowych klimatów oraz miejscami dość szybki montaż. Plus jeszcze bardzo wyluzowane trio Dziędziel/Ferency/Dyblik w rolach głównych oraz szarżujący Maciej Stuhr jako prokurator.

No, niestety, ale „Na bank się uda” jest bardzo średnim filmem pozbawionym elementu zaskoczenia oraz czegoś, co pozwoliłoby zostać na dłużej w pamięci. Chyba już za dużo rzeczy obejrzałem w tym gatunku, by zadowolić się byle skokiem.

5/10

Radosław Ostrowski

Szpieg, który mnie rzucił

Audrey to typowa Amerykanka, czyli ładnie wygląda, a w głowie niekoniecznie dużo. Ale to jest nic w porównaniu z jej postrzeloną przyjaciółką, Morgan. I ma strasznego pecha: praca taka sobie, do tego jeszcze rzuca ją chłopak. Za pomocą SMS-a. Co za upokorzenie. A spokojne życie tej dwójki zmienia się, kiedy są świadkami… zabójstwa eks-chłopaka Audrey, który okazał się szpiegiem. Przed śmiercią mężczyzna prosi swoją kobietę o dostarczenie figurki nagrody do Wiednia.

szpieg rzucil1

Z komediami zza Wielkiej Wody nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać. Ale jeśli mamy tutaj intrygę opartą na pomyśle, że mamy dwie nie za mądre kobity wplątane w szpiegowską aferę. Wydaje się, że to będzie samograj, dający spore pole do popisu. Bałem się tylko poczucia humoru, gdzie będzie sporo prostackich żartów. O dziwo, tak się nie dzieje, choć niektóre gagi i sytuacje są mocno na granicy smaku. Dominuje tutaj zderzenie dwóch kobit ze światem tajnych agentów, gonitwy za MacGuffinem, morderców, oszustw, fałszu itd. Same sceny akcji są zrobione tak, jak na rasowe kino sensacyjne przystało: strzelaniny są podkręcone adrenaliną (jatka w kawiarni mogła by się pojawić w którejś części „Kingsman” czy samotna potyczka agenta w podniszczonej Sali gimnastycznej), pościgi budują poczucie zagrożenia (ucieczka taksówką Ubera), zaś intryga ciągle się komplikuje. Nie wiadomo kto jest kim, kto udaje przyjaciela, kto jest zdrajcą – kolejne twisty, wolty oraz zakręty. Niemniej nie czułem się w żaden sposób zdezorientowany, tempo zachowywane przez większość czasu, a po drodze zwiedzimy kawał Europy.

szpieg rzucil2

A czy wspomniałem, że film ma R-kę? Czyli będzie krew, będą rzucane kurwy na prawo i lewo (nie w sensie kobiety, tylko słowo je opisujące), trupy będą pojawiać się często, zaś zgony są zrobione w sposób szalony i miejscami bardzo kreatywny. Ale tak naprawdę „Szpieg” jest historią o kobiecej przyjaźni, będącej bardzo silną więzią, mimo kompletnie różnych charakterów. Kwestie jak wiele można dla drugiej osoby zrobić, do czego się posunąć są pokazywane w sposób nienachalny, ani prostacki. Jedynie troszkę zawiódł mnie finał, ale do tego momentu zabawa jest naprawdę dobra.

szpieg rzucil3

Zwłaszcza, że reżyserka ma w garści bombę atomową w postaci Kate McKinnon, choć zrozumiem tych, dla których ta postać będzie irytująca. Rozpędzona swoim gadulstwem, bardzo energiczna oraz z dziką wyobraźnią, jakiej nie jestem w stanie sobie stworzyć. A jednocześnie nie jest do końca świadoma swojej głupoty, co doprowadza do różnych komplikacji. Tworzy bardzo świetny duet z Milą Kunis, której postać wydaje się o wiele bardziej stąpać po ziemi. Ta więź jest tutaj mocno zaznaczona i wybrzmiewa w każdej scenie. Cała reszta ekipy (zwłaszcza tutaj tajniacy grani przez Justina Theroux i Sama Heughana) tak naprawdę jest tylko wsparciem dla tego dość pokręconego duetu.

szpieg rzucil4

„Szpieg, który mnie rzucił” to buddy movie z kobietami na pierwszym planie pożenione z komedią sensacyjno-szpiegowską. Nie zawsze ten humor trzyma poziom (ukrycie pendrive’u w… nie, nie powiem tego), tempo oraz napięcie bywa stabilne jak elektrownia atomowa podczas rozczepienia uranu, ale to i tak jedna z pozytywnych niespodzianek w ostatnim czasie. Rzadki ptak to jest, choć moja ocena jest troszkę naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Pokemon: Detektyw Pikachu

Czym są Pokemony? To stworki posiadające potężne moce, uczestniczące w walkach, trzymane w pokeballach, należących do trenerów. Pod koniec lat 90. był prawdziwy szał na te istoty. Powstawały seriale, gry komputerowe, filmy. Pokemon Go przywróciło popularność tym stworkom, a jednym z efektów popularności był cykl gier na Nintendo „Detektyw Pikachu”. To były przygodówki, gdzie nasz bohater z głosem Danny’ego DeVito, rozwiązywał zagadki kryminalne. I tym tropem postanowili pójść twórcy amerykańskiego filmu o Pokemonach.

detektyw pikachu1

Cała opowieść krąży wokół Tima Goodmana. Jego ojciec jest policjantem w Ryme City, przez co trochę zaniedbał rolę ojca. Chłopak początkowo chciał być trenerem Pokemonów, plany jednak musiały zostać zweryfikowane. Jest agentem ubezpieczeniowym, mieszka sam (znaczy z babcią) i jego życie wydaje się spokojne. Jednak policja dzwoni do niego z informacją, że jego ojciec nie żyje. Trafia do miasta, gdzie ludzie z Pokemonami żyją ze sobą. Obok siebie. Kiedy chłopak trafia do mieszkania ojca, znajduje Pikachu, który rozumie słowa wypowiadane przez ludzi. Tylko, że nie pamięta kompletnie nic. Tim z Pokemonem ruszają ustalić, co się wydarzyło.

detektyw pikachu2

Film Roba Lettermana próbuje na nowo przyciągnąć ludzi do Pokemonów. Sama idea ludzi i Pokemonów żyjących obok siebie bardzo mocno przypominało mi „Zwierzogród”. Pojawiają się znajome Pokemony (wykonane ładnie w trójwymiarowych, szczegółowych animacjach) pokroju Bulbozaura, Meetoo, Psyducka czy Ditto, co dla fanów jest sporą gratką. Ich moce, ewolucje czy retrospekcje za pomocą hologramów mogą uatrakcyjnić opowieść. Problem w tym, że cała ta intryga oraz śledztwo są zwyczajnie przewidywalne. Fabuła jest prowadzona bardzo po sznurku, gdzie od razu wiadomo, kto jest kim oraz co się naprawdę działo. Jest po prostu strasznie, strasznie nudny. Ale też samo tło, czyli relacje ludzi z Pokemonami jest absolutnie niewykorzystane. Poza nielegalnymi walkami, tajemniczym laboratorium nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

detektyw pikachu3

Sytuację próbuje tutaj ratować Ryan Reynolds jako Pikachu. Jest rozbrajająco zabawny, rzuca ciętymi tekstami, a jednocześnie jest bardzo uroczy. Słodziutki jest i dźwiga ten film na swoich barkach. Partnerujący mu Justice Smith w roli Tima wypada całkiem nieźle, tworząc całkiem sympatyczny duecik. Ale można było z tego wycisnąć więcej. Reszta aktorów tak naprawdę jest tylko tłem, nawet Bill Nighy i Ken Watanabe stanowią tylko dodatek do całości.

Czy „Detektyw Pikachu” to najlepsza adaptacja gier komputerowych? Niestety nie. Czy fajnie wykorzystuje świat Pokemonów? Nie. Jest to zwyczajnie przeciętne kino, marnuje swój potencjał oraz talentu ekipy realizującej.

5/10

Radosław Ostrowski

Remo: Nieuzbrojony i niebezpieczny

Tajnych agentów ze służb, których nazw nie jestem w stanie wymienić. Każda zajmuje się tym samym: utrzymywaniem porządku w kraju. Kiedy wymiar sprawiedliwości szwankuje, oni wkraczają do akcji. Kimś takim stał się Remo Williams – gliniarz, który został uznany za zmarłego. Dostał nową twarz, dokumenty, ale musi jeszcze przejść szkolenie u mistrza sztuk walki.

remo1

Nakręcony w latach 80. „Remo” jest dzieckiem swoich czasów. Reżyser Guy Hamilton postanowił zrobić za spore pieniądze B-klasowy film akcji. Niby wydaje się być w stylu Bonda, ale sama fabuła jest pretekstowa. Intryga toczy się wobec dwóch wątków: szkolenia Remo oraz śledztwa w sprawie biznesmena branży wojskowej. A dokładnie jego projektu satelity, o którym niewiele wiadomo. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że twórcy postanowili się zwyczajnie zabawić i wrzucili wszelkie szalone pomysły. Czego tu nie ma: ucieczka z remontowanej Statuy Wolności (albo jej imitacji), chodzenie boso po świeżym betonie czy infiltracja fabryki i ucieczka przed cholernie zdolnymi… dobermanami. Jeszcze nigdy psy nie były tak kreatywne. Jednocześnie to wszystko jest wzięte mocno w nawias, nie traktuje się do końca serio, co czyni tą produkcję odporną na czas.

remo2

Jak na film klasy B jest bardzo porządnie wykonany. Odpowiedzialny za zdjęcia Andrew Laszlo daje odpowiedniej przestrzeni oraz sznytu, dzięki czemu sceny akcji wyglądają imponująco. W tle przygrywa odpowiednio podniosła mieszanka orkiestry z elektroniką. Ale najmocniejszą stroną jest tutaj relacja między Remo a Chiunem. Nie do końca jest to związek uczeń-mistrz, lecz serwowano najwięcej humoru i ciętych one-linerów, jakie zostaną w pamięci na dobre. Reżyser trzyma to wszystko na pulsie, by nie popaść w karykaturę.

remo3

Również aktorzy wypadają fantastycznie. Brawurowo w naszego protagonistę gra Fred Ward. Mieszanka pewności siebie, wręcz brawury zmieszany ze ślamazarnością. Początkowo można odnieść wrażenie, że jest wręcz kompletną pierdołą, ale budzącym sympatię od samego początku. Ale film kradnie Joel Gray jako Chiun. Początkowo ten wybór mógł się wydawać obraźliwy, wręcz rasistowski, bo Żyd (biały) ma grać Azjatę. Dziś coś takiego by nie przeszło, a sam aktor początkowo miał wątpliwości. Pomogła kapitalna charakteryzacja oraz odpowiednio dopasowany głos. Sama postać to bardzo konserwatywny facet, z niemal rasistowskimi uprzedzeniami oraz ostrymi tekstami. A sceny szkolenia oparte na absurdalnych pomysłach są niesamowicie zabawne.

Dzisiaj taki film jak „Remo” nie miałby prawa powstać. Mocno absurdalny, z troszkę pretekstową fabułą, łamaniem politycznej poprawności oraz wręcz szalonymi scenami akcji. Bez popadania w karykaturę, ale też nie traktujący się zbyt serio. Rzeczywiście niebezpieczny.

8/10

Radosław Ostrowski

Honor Prizzich

Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na zdjęciu. A co w przypadku, kiedy twoją rodziną jest mafia? Taką rodzinę w swoim życiu miał Charley Partana. Pracuje dla włoskiej rodziny Prizzich jako cyngiel, będąc prawą ręką Dominica Prizzi. Podczas ślubu oraz wesela mężczyzna zauważa pewną piękną kobietę, w której zakochuje się od razu. Panna Irene Walker wygląda pociągająco i apetycznie, ale szybko znika. Nie jest w stanie o niej zapomnieć, lecz rodzinne interesy są ważniejsze. Ktoś wykosił kasę z kasyna i trzeba odzyskać forsę (a także zabić złodzieja). A wtedy okazuje się, że stoi za tym… poznana dziewczyna ze ślubu/wesela.

honor prizzich1

John Huston pod koniec swojej kariery podejmował się kolejnych wyczynów z innymi gatunkami. Po filmie sportowym i musicalu, przyszła kolej na kino gangsterskie. Tym razem na warsztat wziął powieść Richarda Condona, która klimatem troszkę przypomina „Ojca chrzestnego”. Niby mamy to, czego się spodziewać: inicjacja krwi, bogate wesele, spotkania mafijne, układy z policją. Jednak reżyser to wszystko bierze w nawias, niejako parodiując kino gangsterskie. Niby akcja dotyczy wokół poważnych pieniędzy oraz honoru, ale jednocześnie wszystko podlane jest to czarnym humorem. Honor jest tutaj tak naprawdę tylko pustym słowem, pretekstem do kolejnych knowań i intryg. Dla mafii liczy się tylko forsa, konwenanse oraz „honor”. A najgorsze jest to, że przed rodziną Prizzich nie da się uciec – bezwzględnością biją wszystkich.

honor prizzich2

Sama intryga jest tutaj mocno pogmatwana. Miłość miesza się tutaj z wyrachowaniem i cynizmem, a dawne urazy wracają ze zdwojoną siłą. I co jest tutaj ważniejsze – uczucie czy pieniądze. A jednocześnie reżyserowi udaje się pokazać poczucie paranoi, nieufności oraz podejrzeń. Nie do końca wiadomo, komu można zaufać. Nawet czarny humor nie jest w stanie tutaj złagodzić tego niepokojącego klimatu. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie dość niewielka ilość przemocy. Pierwsza egzekucja jest poza ekranem, zaś krew pojawia się rzadko. Włącznie z nerwową sceną porwania.

honor prizzich3

Reżyser w samej formie zrealizował staroświecki w formie film. Nadal imponują kostiumy oraz scenografia, zaś w tle dużo gra muzyka klasyczna. Jeszcze w tym wszystkim mamy gorzki finał, którego się nie spodziewałem. Śmiech tutaj idzie z przerażeniem oraz niedowierzaniem.

honor prizzich4

No i udało się zebrać prawdziwą śmietankę aktorską. Na pierwszy rzut oka Jack Nicholson do roli mafioza w średnim wieku, wydaje się nie pasować. Ale Partanna to nie jest typowy gangster: czyta magazyny, gotuje i… zakochuje się. Aktorowi udaje się zachować naturalność w każdym momencie, a jego otępiałe spojrzenie kryje więcej. Fantastyczna jest Kathleen Turner – jedna z bardziej pociągających aktorek lat 80. Odpowiednio balansuje między delikatnością a manipulacją, chce się jej wierzyć, choć nie powinno. Ale film kradnie dla mnie William Hickey jako don Corrado Prizzi. Może i wygląda jak zombiak, jednak jest bardzo przebiegły i podstępny. Tak samo wrażenie robi Anjelica Huston jako niedoszła żona Partanny. Choć pojawia się rzadko, trudno zapomnieć tej modliszki, mającej gdzieś honor rodziny.

Kto by się spodziewał, że pod koniec życia Huston nadal będzie miał tyle biglu. „Honor Pizzich” jest zgrywą z konwencji kina gangsterskiego, gdzie większą robotę robią sceny obyczajowe niż wątki kryminalne. I nadal potrafi rozśmieszyć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Gentleman z rewolwerem

Ten film jest oparty na faktach. Po części. Wyobraźcie sobie pewnego starszego pana, który jest elegancko ubrany, pełen uroku oraz spokoju. Pewnie bylibyście zdziwieni, gdybym powiedział wam, że Forrest Tucker jest… złodziejem, specjalizującym się w napadach na banki. Kiedy go poznajemy ucieka przed policją, w czym (nieświadomie) pomaga popsuty wóz pewnej kobiety o imieniu Jewel. Jednak na mężczyznę coraz bardziej zapętla się pętla na jego szyi.

gentleman_z_rewolwerem1

David Lowery zaskoczył kolejny raz, tworząc komedię kryminalną w bardzo retro stylu. Dlaczego retro? Niby jesteśmy w latach 80. (na początku), jednak duchem czuć bardziej klimat o dekadę czy dwie wstecz. Są tu jakby napady na bank, pościgi czy ucieczki, ale tak naprawdę są tylko dodatkiem, rzucone niejako przy okazji. Tego największego napadu nawet na ekranie nie widzimy, co jest pewnym zaskoczeniem, zaś pozostałe skoki wydają się dość szybko ucięte, jakby sam sposób był ważniejszy niż realizacja. Zamiast tego reżyser skupia się na naszym bohaterze, który wydaje się być wzięty jakby z innego świata. Niby bandyta i z bronią w ręku, ale nie pociągający za spust, nie krzyczący, pełen uroku oraz czerpiący z tego masę frajdy. Bo o tym tak naprawdę jest ten film – o czerpaniu radości z życia. Nawet jeśli wydaje się ono nie zgodne z prawem. Chociaż pojawia się pewna alternatywa dla tego „bandyckiego” życia, tylko czy nasz Tucker będzie chciał z tego skorzystać? Odpowiedź nie jest taka jednoznaczna.

gentleman_z_rewolwerem2

Sama realizacja jest pełna elegancji oraz stylu. Kamera prowadzona jest niespiesznie, dość wiernie odtworzono realia lat 80., chociaż nie ma tutaj muzyki charakterystycznej dla tego okresu. Być może dlatego, że jesteśmy gdzieś na prowincji, zaś nie w dużych miastach. Zamiast elektroniki i disco, mamy elegancki jazz, dodający klimatu retro. Do tego jeszcze dodajmy delikatny humor, bardzo ciepły, troszkę nostalgiczny klimat, przez co tworzy dość ciekawy miks.

gentleman_z_rewolwerem3

Wszystko tak naprawdę w ryzach trzyma Robert Redford, który – jeśli wierzyć wieściom zza Wielkiej Wody – postanowił stanąć przed kamerą po raz ostatni. Jeśli to prawda, jest to pożegnanie godne legendy. Aktor bardzo dobrze sobie radzi jako elegancki złodziej, pochodzący z zupełnie innej bajki. Ma masę uroku, ciepła i charyzmy, skupiając uwagę aż do samego końca. No i jeszcze ma dwójkę świetnych partnerów, czyli zdeterminowanego detektywa Johna Hurta (świetny Casey Affleck) oraz poznaną przypadkiem Jewel (cudowna Sissy Spacek), z którą można byłoby zacząć nowe życie.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, „Gentleman z rewolwerem” to przykład bardzo niedzisiejszego, troszkę refleksyjnego kina, ubranego w szaty kryminalnej komedii. Może nie idącego za współczesnymi trendami, jednak mającego w sobie to słynne coś, czego szukają kinomani.

7/10 

Radosław Ostrowski

Ant-Man i Osa

Pamiętacie Scotta Langa? Ten drobny złodziejaszek, który potrafi się pomniejszać oraz nawiązywać kontakt z owadami i mrówkami, ostatnio wpakował się w tarapaty. Po akcji na lotnisku (trzeci „Kapitan Ameryka”) otrzymał areszt domowy i stracił kontakt z wynalazcą Hankiem Pymem. Ale w zamian za to poprawił swoje relacje z byłą żoną oraz córką, a także z kumplami założył firmę specjalizującą się w zabezpieczeniach. Samego aresztu zostało mu raptem trzy dni i wygląda na to, że wszystko jest ku prostej drodze. Brzmi pięknie? Jednak dość szybko zostaje wywrócone do góry nogami przez Pyma oraz maszynę do przechodzenia w wymiar kwantowy.

antman22

Pierwszy „Ant-Man” był pozytywnie zaskakującą, lekką rozrywką ubraną w konwencję heist movie, dodając sporo świeżości do MCU. Wróciła ta sama ekipa realizacyjna, zaś cała intryga tutaj skupia się wokół odnalezienia żony Hanka, która ugrzęzła w wymiarze kwantowym. Problem w tym, że jest jeszcze przynajmniej jeszcze dwie strony, którym bardzo zależy na tym wynalazku. Cała historia zaczyna się gmatwać, a nawet pojawiają się mroczniejsze fragmenty związane z przeszłością Pyma. Akcja zaczyna się coraz bardziej komplikować, akcja zaczyna pędzić na złamanie karku i potrafi to sprawić masę frajdy. Znowu błyszczą wszelkie momenty, gdzie wszelkie pomniejszenia oraz powiększania postaci, przedmiotów oraz obecności mrówek (w tym niezapomniany Antonio Banderas). No i każde wejście Luisa to komediowa perełka – szczególnie scena z serum prawdy.

antman21

Sam wątek wymiaru kwantowego oraz jego funkcjonowania dodaje wartości, a sam wygląd jest imponujący. Pamiętacie wymiar astralny z „Doctora Strange’a”? To jest jeszcze bardziej podkręcone, barwne, ale i niebezpieczne miejsce, z którego samodzielny powrót (bez odpowiedniego sprzętu) jest praktycznie niemożliwy. No i jak to wali po oczach – narkotyki nie są w stanie dać takich wizji jak twórcy efektów specjalnych.

Ale mimo prób coraz bardziej uatrakcyjniania fabuły oraz ciągłego dziania się, coś się popsuło. Nie zrozumcie mnie źle, bawiłem się naprawdę dobrze i kilka zabawnych sytuacji naprawdę było w punkt. Niemniej czułem pewien niedosyt, a sam Człowiek-Mrówa zostaje zepchnięty na drugi plan do roli śmieszka. Z nowych postaci tylko Duch wydaje się intrygującą postacią. To nie jest klasyczny łotr, chcący rozpierdolić cały świat albo jest zły, bo tak. Złamana postać z bardzo mrocznym tłem, który wywołuje współczucie, co jest największą zaletą. Tak jak scena po napisach, która zmienia totalnie sytuację naszego bohatera.

antman23

Aktorsko nadal wszystko trzyma poziom. Paul Rudd ciągle sprawdza się w roli Scotta „Ant-Mana” Langa, czyli drobnego złodziejaszka z dobrym sercem oraz troszkę komediowego herosa (ten ciągle popsuty kombinezon). Nie da się go nie lubić, nawet jeśli miejscami zachowuje się niedojrzale. Pazurki za to bardziej pokazuje Evangeline Lilly, która ma kilka świetnie wykonanych scen akcji (no i jej kombinezon robi cuda). Twarda zawodniczka, sama dające sobie radę oraz kopiąca tyłki facetom – jak jej nie kochać? 😉 Ale film i tak kradnie Michael Pena (Luis), dodając masę humoru, lekkości oraz świetnych tekstów. Z nowych postaci świetnie wypada Hannah John-Kamen w roli Ducha (Ava), a także Laurence Fishburne jako dawny partner Pyma.

Powiem wam szczerze, że drugi Ant-Man nadal potrafi dostarczyć lekkiej, niezobowiązującej rozrywki w świecie Marvela. Nie mogę pozbyć się jednak wrażenia, że zamiast na bohaterach skupiono się bardziej na akcji (przyznaje, że kreatywnej) i troszkę mniej świeżości tu jest. Jednak finał potrafi chwycić i zadaje pytanie: co dalej?

6,5/10

Radosław Ostrowski