1941

Jest 13 września 1941. Minęło sześć dni od zdradzieckiego ataku Japończyków na Pearl Harbor. Jednak dla skośnookich to za mało, gdyż w okolicach USA pojawia się japoński okręt podwodny pod dowództwem komandora Mitamury, który miał pecha i nie mógł uczestniczyć w ataku 7 grudnia. By zmyć tą plamę na honorze, postanawia zaatakować… Hollywood. W tym samym czasie, życie w USA płynie pod znakiem strachu i paranoi, ale nie dla wszystkich. W LA mają odbyć się tańce, w domu jednej z rodzin zostaje przysłane działko przeciwlotnicze, a na niebie leci kapitan Kerso – psychol, który wszędzie widzi Japońców.

1941_1

Nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie przewidzieć, co tym razem wymyśli Steven Spielberg. Kiedy dostał do ręki scenariusz dwóch studentów – Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a – nie spodziewano się takiego szaleństwa. Choć akcja toczyła się podczas wojny, film był komedią i to tą z rodzaju szalonych i naładowanych absurdem jak kasza skwarkami. Wszystko tu jest przerysowane do granicy możliwości – narwani i szaleni wojskowi jak pułkownik Maddox czy kapitan Kerso, honorowi Japończycy jak ich dowódca, choć reszta załogi nie była zbyt rozgarnięta (nie umieli obsługiwać kompas, choć 10-latek z Hitlerjudeng umie!!!), a jedyny opanowany generał Stilwell wzrusza się oglądając „Dumbo”. Słowo „normalność” nie jest tu znane, zastąpione stanem obłędu, obsesjami, nawet miłość musi przejść ciężka próbę w postaci mordobicia między marynarzami i żołnierzami. Poczucie humoru jest tutaj naprawdę mocne: od prostych, slapstickowych gagów (wspomniana bójka czy strzelanie do Japońców z działka) po seksualne podteksty (próba poderwania sekretarki generała przez jego adiutanta w samolocie co spowodowało… potoczenie się bomby na lotnisko) aż do docinków japońsko-niemieckich (obserwator kapitan von Kleinschmidt). Nie wszystkim musi odpowiadać takie poczucie humoru, co spowodowało kasową porażkę w kinach. Jak widać nie wszyscy byli gotowi na pokazanie fajtłapowatych Amerykanów i Japońców, a pastisz w stylu tria Zucker-Abrahams-Zucker jeszcze nie był wtedy znany. „1941” zapowiadał ten parodystyczny styl i trafił do krainy zapomnienia, niesłusznie.

1941_2

Cała obsada jest tutaj kapitalna, koncertowo wcielając się w swoje postacie. Tutaj zdecydowanie się wyróżnia brawurowy John Belushi (kapitan Kerso – scena otwarcia puszki Coca-Coli w samolocie śmieszy za każdym razem) i Dan Aycroyd (sierżant Tree – dowódca czołgu, z brawurowym monologiem uciszającym zamieszki), choć nie mają żadnej wspólnej sceny, to działają jak hekatomba. Nie można też nie wspomnieć Toshiro Mifune z kamienną twarzą i krzyczącego w swoim ojczystym języku, krzykliwego Christophera Lee (kapitan von Kleinschmidt – jedyny rozsądny facet na okręcie podwodnym), Neda Beatty’ego (Ward Douglas) strzelającego z działka czy Slima Pickersa (drwal Holly P. Wood). A to i tak nie wszyscy wymienieni w tym szalonym świecie, gdzie słowo „Japoniec” wywołuje strach.

1941_3

Obłęd – tak można określić film „1941”, jedyną wariacką komedię w dorobku Spielberga, który nigdy później nie poszedł tak mocno po bandzie. Nie wszystkim się spodoba to poczucie humoru, niemniej warto porwać się na tą karuzelę. Jedyny taki film w dorobku Stefana.

1941_4

7,5/10


Dolina Krzemowa – seria 1

Dolina Krzemowa – miejsce narodzin wielu talentów oraz geniuszy świata komputerowego. I to właśnie tam szczęścia szuka czterech kolesi, napędzanych przez niejakiego Richarda Hendricksa. Facet wymyślił nowe cacko, które dokonywało dekompresji plików bez straty jakości. I Richard razem z kumplami zostaje wplątany w wojnę między Peterem Gregorym i Gavinem Belsonem, składający mu poważne oferty – 10 milionów dolarów albo dofinansowanie oraz kierowanie własną firmą. Tak powstaje Pied Piper, czyli nowy start-up.

dolina_krzemowa1

Komedie i HBO to dla mnie spory problem. Nie dałem rady przebić się przez „Iluminację” i „Dziewczyny” (nawet do połowy odcinka), tylko „Figurantka” się wybroniła (ale polityka amerykańska jest dość specyficzna). Za „Dolinę Krzemową” odpowiada aż trzech gości: Mike Judge („Beavis i Butt-Head”), John Altschuer i Dave Krinsky (obaj pisali m.in. „Bobby kontra wapniaki”). Tym razem jednak postanowiono zrobić satyrę na środowisko programistów i informatyków, którzy marzą o sławie oraz byciu drugim Stevem Josbem. A początki nie są zbyt proste, co jest źródłem masy gagów, głównie sytuacyjnych (tworzenie loga przez ulicznego artystę czy sprowadzenie osoby spoza przy kodowaniu w chmurze), a że przy okazji dochodzi do masy pokręconych sytuacji (spotkanie satanistów) działa tu tylko na plus. Tu każdy jest dziwakiem, próbującym odnieść wielki sukces, a że tutaj wszelkie chwyty dozwolone („trzeba być dupkiem”), to czasem humor staje się mocno gorzki.

dolina_krzemowa2

Siła napędową poza gagami (najbardziej chamski dotyczył masturbacji – i o dziwo, był kluczowy dla fabuły, a jednocześnie bardzo kreatywny) jest tutaj naprawdę doborowe aktorstwo, choć nie wszystkich. Zaledwie niezły jest Thomas Middleditch, czyli Richard. Jest to zakompleksiony mózgowiec, który jest jednak pozbawionych cech przywódczych (decyzja o zwolnieniu jednego z kumpli trwała naprawdę długo), ale odpowiednio wsparty, może zrobić wiele. Kapitalny jest T.J. Miller w roli Erlicha – przechwalającego kolesia, który ma 10% w niemal każdej operacji. Jest bardzo bezpośredni (czasami chamski), ma nawijkę oraz przejmuje rolę przywódcy, rozkręcając cała ekipę. Poza nimi jest jeszcze kontrastowy duet informatyków, którzy nie przepadają za sobą, ale żyć bez siebie nie mogą, czyli Gilfoyle i Dinesh (Martin Starr oraz Kumail Nanjiani) oraz piąty – spec od reklamy i znawca spraw ekonomicznych Jared (Zack Woods). Razem tworzą mocno pokręconą paczkę. Poza nimi warto wspomnieć dwóch znienawidzonych antagonistów – zarozumiałego Gavina Belsona (Matt Ross) wspieranego przez guru oraz stonowanego Petera Gregory’ego (nieżyjący już Christopher Evan Welch), który też ma spore ego, ale w odpowiedniej sytuacji (prośba dwóch osób o pożyczkę) potrafi trzeźwo myśleć.

dolina_krzemowa3

Już wiadomo, że będzie druga seria „Doliny Krzemowej”. I naprawdę jestem ciekawy, jak teraz sobie poradzą chłopaki z Pied Piper. Bo będzie jeszcze zabawniej. Przynajmniej mam taką nadzieję.

8/10

Radosław Ostrowski

The Grand Budapest Hotel

Rok 1968, w uzdrowisku Nebelsbad dawnej republiki Żubrówki znajduje się pewien podupadły hotel – Grand Budapest. Tam przebywa pewien pisarz, który poznaje właściciela, niejakiego Zero Mustafę, który opowiada mu historię swojego życia. Kiedy był małym chłopcem pracował jako boy hotelowy, kiedy ten hotel był kierowany przez konsjerża Gustava H. Był to czarujący dżentelmen przykuwający uwagę do drobiazgów. Całe jego życie ulega rozpadowi, kiedy jedna z jego kochanek madame Desgoffe-und-Taxis, która zapisała mu (Gustavovi) jeden cenny obraz, na co rodzinka zmarłej krzywo patrzy okiem. Tak bardzo, że konsjerż zostaje oskarżony o morderstwo madame.

grand_budapest_hotel1

Kiedy pojawia się film Wesa Andersona, wiadomo czego mniej więcej się spodziewać. To jeden z tych reżyserów, którzy w ostatnim czasie ciągle mnie zaskakuje i poraża z jednej strony nieprawdopodobną precyzją realizacyjną, skupieniem na masę detali (włącznie z kolorystyką), a jednocześnie jest to bardzo lekkie, zabawne i co najważniejsze – bardzo emocjonujące i wciągające, a to potrafi naprawdę niewielu. Jednak „Grand Budapest Hotel” podbija stawkę bardzo wysoko i jest to film, który bardzo trudno opowiedzieć – każdy powinien sam zmierzyć się z tym dziełem i w ogóle dorobkiem Andersona, który tym razem po prostu przebił samego siebie. Bo jak tu opowiedzieć o takich drobiazgach jak zatrzymanie w pociągu, pościgu w śniegu za zakapiorem Joplingiem czy finałowej konfrontacji w hotelu, gdzie próba zgarnięcia obrazu zamienia się w strzelaninę? A jednocześnie jest w tym wycyzelowanym świecie nostalgia za przeszłością i epoką, która już nigdy nie powróci. A może nigdy jej nie było?

grand_budapest_hotel4

Opowieść nabiera bardzo przyjemnego smaku, a reżyser świetnie żongluje konwencjami komedii, kryminału, a nawet horroru (ucieczka mecenasa Kovacsa w ciemnych salach muzeum) i wszystko wygrywa bardzo precyzyjnie. Jak to jest robione, nie mam pojęcia. Tam wszystko: od montażu przez dialogi po muzykę i nie nie jest dziełem przypadku.

grand_budapest_hotel3

A jeśli chodzi o obsadę, to od nadmiaru nazwisk może zaboleć głowa. Andersona chyba postanowił przejrzeć listę portalu IMDB.com i tak powybierał aktorów. Sprawdzonych wcześniej u Andersona  Bill Murray (tutaj epizod jako pan Ivan), Adrien Brody (wyjątkowo antypatyczny Dimitri, który dość groteskowo wygląda w czerni), Edward Norton (inspektor Henckels) czy pojawiający się w epizodzie Harvey Keitel (skazaniec Ludwig organizujący ucieczkę). Jednak tutaj pierwsze skrzypce gra niesamowity Ralph Fiennes, który rzadko miał możliwość pokazania talentu komediowego. Gustave jest po prostu perfekcyjnym kamerdynerem. Tak perfekcyjnym, że recytowane przez niego wiersze potrafią być do bólu nudzące. Poza tym jest czarującym dżentelmenem, który potrafi spełniać zachcianki starszych pań i elegancki do bólu, nawet w więzieniu (choć i mięsem rzucić potrafi). Partnerujący mu młody Toni Devoroli jako Zero jest po prostu czarujący i mocno zafascynowany swoim szefem, tworząc naprawdę wyborny duet. Nie sposób tez nie wspomnieć o wybornie grającym Willemie Dafoe (zakapior Jopling, który samym wyglądem budzi przerażenie) oraz czarującej Saoirse Ronan (Agatha, dziewczyna Zero).

grand_budapest_hotel2

Co ja więcej mogę powiedzieć – odwiedźcie jak najszybciej Grand Budapest Hotel, póki jeszcze jest czynny. Bo tam może zdarzyć się dosłownie wszystko o czym przekonał się pewien jeden osobnik, który wrócił totalnie oszołomiony.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Radio na fali

Jest rok 1966, rock’n’roll coraz bardziej wypływa na szerokie muzyczne wody. Jednak, co trudno to sobie wyobrazić BBC grało muzykę rozrywkową tylko w czasie krótszym niż 45 minut. Jednak w tym czasie działały pirackie rozgłośnie radiowe, które nadawały pop i rock’n’rolla cały dzień i całą noc. Do jednej z nich – Radio Rock znajdującej się gdzieś na Morzu Północnym – trafia niejaki Carl. To 18-latek, który został wyrzucony ze szkoły za palenie papierosów i jointa. Do statku chłopaka wysłała matka, żeby się poprawił. Nie wiem jak wy, ale ktoś tu zjarał o jednego blanta za dużo.

Boże błogosław Wielką Brytanię nie tylko za muzykę, ale też za kino. Zwłaszcza za Richarda Curtisa. Twórca „Jasia Fasoli” oraz scenarzystę nieśmiertelnych komedii romantycznych takich jak „Cztery wesela i pogrzeb”, „Notting Hill” czy „Dziennik Bridget Jones” od pewnego czasu próbuje swoich sił jako reżyser. Nie bez sukcesów. „Radio na fali” to jego drugie podejście na stołku z napisem director i radzi sobie tutaj więcej niż dobrze. Sama historia oparta jest na dwóch wątkach, które przeplatają się ze sobą – dzień z życia pirackiego radiowca  oraz próby rządu, reprezentowanego przez niejakiego sir Allistera Dormandy’ego do „zniszczenia” pirackich rozgłośni.

Ten pierwszy pozwala na przyjrzenie się buntownikom, którzy serwują muzykę, którą kochają do swoich słuchaczy (migawki, w których widać ludzi po kryjomu lub grupowo słuchających radia – a robił to co drugi Anglik) w dodatku o poglądach mocno hippisowskich, ten drugi nakreśla przy okazji nakreśla stosunek konserwatywnego społeczeństwa uważającego muzykę popularną za szkodliwą i deprawującą. Z dzisiejszej perspektywy, jak to mówią Anglicy: That’s bullshit, a dzisiaj takie oskarżenia padają wobec muzyki heavy metalowej, nazywając ją „satanistyczną”, ale to kwestia na dłuższą rozmowę.

radio6

Ale to nie są jedyne wątki, bo każdy z DJ-ów jest barwną i wyrazistą osobowością, która wyróżnia go z tłumu. Curtis w wątku młodego Carla (zwanego też Małym Carlem) idzie wyraźną i trochę schematyczną droga opowieści inicjacyjnej, przy okazji poznając pierwszą miłość, odnajdzie też swojego ojca i przede wszystkim fantastycznych kumpli, z którymi spędzi chyba najlepsze lata swojego życia. To właśnie miłość do muzyki staje się spoiwem łączącym grupę, fundamentem wszelkich przyjaźni, zaś wszelkie niesnaski (konfrontacja między Hrabią i Gavinem o zdradę pewnej kobiety zakończona wspinaczka na burtę w rytmie muzyki Ennio Morricone – genialna scena) zostają szybko rozwiązane i wybaczone.

radio8

Poza tym nie brakuje tutaj naprawdę dużej dawki humoru – od slapsticku i prostych gagów jak próba wypowiedzenia w eter słowa na „j” i nie jest to „jabłko” po rozładowujące powagę dialogi (ślub Simona z Eleonore czy wtedy, gdy ekipa decyduje działać dalej, mimo konsekwencji prawnych) i przede wszystkim kapitalnej muzyki z epoki, gdzie mamy gwiazdy tego okresu (poza Bitelsami i Stonesami) takie jak The Kinks, The Who, The Beach Boys, Jimi Hendrix czy Procol Harum. A sceny, w których pojawiają się te piosenki, to małe perły – takiego zgrania nie było od dawna.

No i w końcu to, o czym mówię zawsze w tym akapicie, czyli aktorstwo. Najwyższej próby, gdzie Anglicy (i jeden Amerykanin) wykazali się, kreując mocne i wyraziste postacie. Zacznę jednak przezornie od słabszych ogniw, a w zasadzie jednego – Toma Sturridge’a. Nie zrozumcie mnie źle, to naprawdę dobrze zagrana postać Carla, jednak zostaje ona mocno w cieniu innych bohaterów. Ale chyba tak powinno być. Panie są tutaj zredukowane do roli obiektów pożądania i dość wyzwolonych (seksualnie) z wyjątkiem kucharki Felicity (Katherine Parkinson) – jedynej kobiety na statku pełnym facetów. Jej położenie tłumaczy fakt, że jest ona lesbijką.

radio9

Jeśli chodzi o czarne charaktery (czytaj: te chamy z rządu), to wystarczy wymienić jedno nazwisko – Kenneth Branagh i więcej nie trzeba. Jako minister Dormandy jest wyjątkowo nieprzyjemny, ale mocno wierzący w swoją misję i konsekwentnie realizujący swój cel. W dodatku ma to, co każda gnida mieć powinna: elegancki i skrojony na miarę gajer,  uczesane włosy i okulary. W bonusie dodano jeszcze wąsy prawie jak od Hitlera. Wspierany jest on przez sprytnego i podstępnego Twatta (solidny Jack Davenport), którzy tworzą naprawdę mocny duet.

radio5

Ale i tak nasza uwagę skupiają DJ-e i osoby związane z radiem. I tutaj tu mamy naprawdę wyraziste postacie. Od brodatego Boba (Ralph Brown) i wprowadzającego w arkana seksu dra Dave’a (Nick Frost, który jest naprawdę przy kości) przez serwującego żarty Angusa (Rhys Darby), zakochanego Simona (Chris O’Dowd) aż do serwującego wiadomości Johna (Will Adamsdale) i dowodzącego całym tym cyrkiem eleganckiego Quentina (etatowy aktor Curtisa, Bill Nighy). Każdy z nich jest fantastyczny i razem tworzą prawdziwy koktajl Mołotowa.

radio7

Jednak nawet i w tym koktajlu, musi się pojawić wisienka. A tutaj są aż dwie. Pierwsza to nieodżałowany Philip Seymour Hoffman, czyli Hrabia. Jedyny Amerykanin na pokładzie, którego wyróżniają trzy rzeczy: broda, skórzana kurtka i wielka miłość do muzyki. Brytyjskie prawo ma gdzieś, do tego stopnie, że dla muzyki jest w stanie opuścić ten świat i ma tyle charyzmy, że wielu radiowców mogłoby mu jej zazdrościć. Ale ma godnego konkurenta w postaci fenomenalnego Rhysa Ifansa, który gra drugiego Amerykanina – Gavina Cavanagha, legendarnego DJ-a z wielką charyzmą, seksownym głosem, liberalnymi poglądami oraz kolorowym gajerkiem. Jak pojawia się tych dwóch dżentelmenów, naprawdę syczą iskry i dochodzi do walki.

Ale się rozpisałem, inaczej jednak się nie dało. To kolejny dowód na to, że brytyjskie komedie to najlepsza rzecz jaka przydarzyła się ludzkości. No i brytyjska muzyka, ale to powszechnie wiadomo.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Po pojawieniu się napisów końcowych oglądajcie dalej.

Knights of Badassdom

Wiecie co to jest LARP? Ja się dowiedziałem przed chwilą – polega to na graniu w „realu” w gry RPG. Wiecie, czarodzieje, rycerze, demony i takie tam. Jest takich trzech kolesi, którzy lubią się w to bawić. Joe pracuje w warsztacie samochodowym, choć chciałbym grać metal. Jakby tego było mało, kobieta go rzuciła. Hugh jest kurduplowatym wojownikiem, zaś Eric bawi się jako czarodziej. Ale cała może wziąć w łeb, kiedy Eric przypadkowo wywołuje demona z księgi. Takiego prawdziwego, a to się może skończyć w jeden sposób – krwawą łaźnią.

badassdom1

Co wyjdzie, gdy zmieszamy ze sobą fantasy, komedię i horror? Właśnie coś takiego. Niejaki Joe Lynch, który wcześniej nakręcił takie wybitne filmy jak „Droga bez powrotu 2” czy „Maraton filmów grozy” postanowił przyjrzeć się LARP-owcom, czyli osobom tak jarającym się RPG-ami, że postanowili je przenieść do prawdziwej rzeczywistości. Więc jest tu obowiązkowy Mistrz Gry, który prowadzi rozgrywkę, przywiązanie do stroju (wiadomo, zbroje, kolczugi, miecze itp.), broni (głównie plastikowych imitacji niż prawdziwych stalowych ostrzy), a nawet mowy. To musi robić wrażenie i robi. Sama historia nie jest niczym zaskakująca, ale ogląda się to naprawdę dobrze i jest autentycznie zabawnie (humor trochę oparty na bluzgach i nadmiernym przywiązaniu do gry niż trzymania się prawdziwej rzeczywistości, ale co tam). Głupawa historia, efekty specjalne i wygląd głównego monstrum może pozostawia wiele do życzenia, ale pasuje to do niepoważnej konwencji, spotęgowanej muzyką – rockową rąbanką, okraszoną „średniowiecznymi” nutami, zaś banan z gęby nie powinien was opuścić do końca (za krótki ten film).

badassdom2

Od strony aktorskiej, umówmy się – nie należy liczyć na nic wielkiego, ale wychodzi to całkiem przyzwoicie i wszyscy naprawdę nieźle się bawią. Od apetycznej Summer Glau (Gwen – jej strój będzie mnie nawiedzał i to dość często, a jak walczy!) przez poważnego Ryana Kwantena (Joe) po rozbrajających śmiechem Steve’a Zahna („czarodziej” Eric, którego śpiewane zaklęcia rozłożyły na łopatki) i niezaradnego Jimmy’ego Simpsona (Ronny, mistrz gry). Nie można też nie wspomnieć o Peterze Dinklage’u, czyli niskim Hungu – szkoda, że tak krótko się pojawia.

badassdom3

Jeśli macie w sobie ukrytego geeka, ten film powinien go wyzwolić. I to szybko, bo druga taka okazja może nie zdarzyć się szybko.

7/10

Radosław Ostrowski

Wiele hałasu o nic

Williama Szekspira przenoszono i przenosi się na ekran nieprawdopodobną ilość razy. Komedię „Wiele hałasu o nic” tez przenoszono wiele razy na ekran, a najbardziej znanej adaptacji dokonał Kenneth Branagh w 1993 roku. W skrócie chodzi o to, żeby wyswatać dwoje ludzi (Beatrycze i Benedicka), którzy bardziej plują wobec siebie słownym jadem, a łączy ich tylko niechęć do drugiej osoby. Ale do tego trzeba użyć intrygi, którą zaplanowali don Pedro z gubernatorem Leonato, który przy okazji chce wyswatać swoją córkę Hero z Claudio. Ale nie wszystko pójdzie tak łatwo, zwłaszcza że don John, brat don Pedro zrobi wiele, by nie dopuścić do ślubu.

halas1

Adaptacji tej komedii postanowił dokonać Joss Whedon. Tak, twórca „Avengersów” i innych fajnych rzeczy, za które jest kochany (seriale „Firefly” czy „Buffy: postrach wampirów”) w tajemnicy zamknął aktorów na 12 dni w swoim domu i nakręcił ten film. To by tłumaczyło, dlaczego on jest czarno-biały. Cała rzecz została uwspółcześniona, co jest ostatnio bardzo modnym zabiegiem. Zamiast koni i rycerzy są limuzyny, zamiast zbroi oraz mieczy eleganckie garnitury z pistoletami. Ale język oryginału pozostał niezmieniony, co na początku może budzić pewien dysonans i dezorientację. W dodatku samo uwspółcześnienie sprawia wrażenie zrobionego na siłę i niepotrzebnego (a gadżety takie jak telefon czy iPod nie maja żadnego znaczenia, są tylko rekwizytami). Jednak humor głównie oparty na dialogach i kilku slapstickowych scenach (podsłuchiwane rozmowy przez Benedicka i Beatrycze), ale jest on bardzo subtelny i trudny do wychwycenia (w dodatku polski lektor używa staropolskiego przekładu, co komplikuje odbiór filmu). Niemniej całość wypada zaskakująco nieźle, co jest zasługą pewnych prostych zabiegów jak łamanie chronologii, świadoma teatralność (poza scenami niedoszłego ślubu Claudio i Hero oraz finału) czy elegancką muzyką.

halas2

Także aktorstwo prezentuje się całkiem przyzwoicie z brylującymi Alexisem Denisofem (Benedick) oraz Amy Acker (Beatrycze). Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić nierozgarniętych policjantów granych przez Nathana Filliona i Toma Lenka (scena przesłuchania – kapitalna).

halas3

Efekt jest całkiem przyzwoity, choć nikt się po Whedonie nie spodziewał się tak kameralnego filmu. Choć nie jest on pozbawiony wad, to pozostaje udaną adaptacją.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bilet na Księżyc

Rok 1969 był ważnym rokiem w historii ludzkości. Albowiem Neil Armstrong razem z dwoma kolegami, których imion niewielu pamięta, stanęli na Księżycu. Parę dni przed tym zjawiskiem w małym miasteczku gdzieś na południu PRL-u, świeżo upieczony maturzysta Adam Sikora dostaje powołanie do wojska. Do Świnoujścia do marynarki. Jednak przed dostaniem kamaszy, jego starszy brat Antek postanawia zrobić z niego mężczyznę w trakcie drogi do koszar.

ksiezyc1

To już wiecie o czym nie jest ten film. Plan był taki, żeby powstała z tego komedia, a reżyserem został niejaki Jacek Bromski, który ostatnio skompromitował się nieudanym „Uwikłaniem”. Jednak w rozśmieszaniu widowni ma większą wprawę („U Pana Boga za piecem” najlepszym przykładem) i tutaj tylko to potwierdza. I tak jak spora część naszych reżyserów, odczarowuje PRL, pokazując bardziej kolorową stronę życia. A jednocześnie (poza realiami epoki – ze wskazaniem na scenografię i muzykę, niestety głównie zagraniczną) widać mentalność Polaków jako ludzi, którzy muszą (inaczej się nie da) kombinować, inaczej nie poradzisz sobie w życiu. Sama konstrukcja to ciąg scenek, w których widzimy bohaterów w interakcji z otoczeniem i innymi osobami, głównie dawnymi kolegami Antka z wojska, ale nie tylko. I te scenki wiernie odtwarzają realia tej epoki – podrywanie dziewczyn, imprezy, załatwianie pokoju w hotelu. W końcu pojawia się pierwsza miłość, która doprowadza do dramatycznej sytuacji (więcej nie powiem), ale zostaje to rozwiązane dość szczęśliwie. I zdarzyło mi się tu naprawdę pary razy porządnie zaśmiać (co w przypadku naszego kina jest czymś naprawdę niezwykłym).

ksiezyc2

Jest tu nostalgicznie i kolorowo (zdjęcia Michała Englerta to po prostu poezja), zaś aktorzy naprawdę dają sobie radę. Debiutujący na ekranie Filip Pławiak w roli nieporadnego i wrażliwego Adama jest po prostu uroczy i bardzo naturalny. Ale i tak cały film kradnie mu Mateusz Kościukiewicz, czyli jego starszy brat Antek. Inteligentny, cwany i bardzo zaradny, w dodatku serwuje najlepsze teksty (skrót PKP – mały cymes). Swoje też dodają małe epizodziki w wykonaniu takich aktorów jak Andrzej Grabowski (konduktor Kociołek), Piotr Głowacki (dźwiękowiec kapeli „Szrama”), Łukasz Simlat (narwany i nawalony ubek pan Leszek) czy Andrzej Chyra (pilot Barczyk), dodając odrobinę kolorytu. A Anna Przybylska? Ona tam jest i tańczy dla mnie :), a poza tym dobrze sobie radzi. I ładnie wygląda.

ksiezyc3

Dobra polska komedia? Brzmi to jak oksymoron, ale „Bilet…” pokazuje, że się da zrobić. Może następni filmowcy pójdą tym szlakiem? Czas pokaże, ale to dobry kierunek.

7/10

Radosław Ostrowski

AmbaSSada

Dobra polska komedia – ten gatunek kina wyginął w 2007 roku po premierze “Testosteronu”. Bo od tej nic mnie nie rozśmieszyło do rozpuku. Zdarzały się momenty niezłej zabawy („Rozmowy nocą” czy „Listy do M.”), ale większość tzw. „komedii” wprawiała mnie raczej w stan irytacji, rozczarowania i gwałtownej ucieczki w trakcie seansu, a parę z nich nawet nie interesowały mnie w ogóle (patrz: Kac Wawa). Jednak był w tym kraju jeden spec, który potrafił rozbawić, a imię jego Juliusz Machulski zwany też Komercjuszem Pierwszym. Ale ostatnio reżyser wolał zajmować się produkcją (m.in. „Wszystko będzie dobrze”, „W ciemności”), zaś jego fabuły nie trzymały już tego poziomu co kultowa „Seksmisja” czy „Kiler”. Dlatego z nadzieją, ale i obawami podchodziłem do „AmbaSSady”.

Przyznaje, że punkt wyjścia był naprawdę niezły. Otóż młode małżeństwo – Mela i Przemek, wprowadzają się do domu jego wuja Oskara, gdyż ten wyjeżdża. Kompletnie przypadkowo odkrywają, że winda na trzecim piętrze budynku prowadzi do… niemieckiej ambasady z 1939 roku. I to daje nieprawdopodobną okazję do zmiany losów świata oraz możliwość, żeby tego Hitlera…. killym go.

ambassada1

Reżyser bardziej niż na serwowaniu humoru, którego jest tutaj jak na lekarstwo stara się opowiedzieć ciekawa historię i do pewnego momentu ta intryga trzyma się kupy. Ale jest tutaj sporo zgrzytów – dlaczego winda tak działa (potem także szafa posiada podobny bajer), nie wiadomo. I czemu przenosi w czasie – brak wyjaśnienia. Druga sprawa to jakim cudem tych dwoje bohaterów, którzy pasują do siebie jak Żyd na zjeździe NSDAP są ze sobą? Może i przeciwieństwa przyciągają się, ale jakoś tej chemii nie widać. A i humor tez jakoś niespecjalnie porywa (może poza kilkoma scenami jak wejście sobowtóra Lepkiego – wzięte z „Człowieka w żelaznej masce” – z wąsami jak Wałęsa czy Ribbentrop grająca na gitarze „Dla Elizy” Beethovena kończący to słowami: „Wiedzieliście, ze zawsze chciałem być muzykiem”). Do tego jeszcze dodajmy słabe efekty komputerowe (cała przedwojenna Warszawa z budynkami i samochodami wygląda fatalnie), solidna scenografię oraz dobre zdjęcia (Witold Adamek) i muzykę (Bartek Chajdecki), to wyjdzie nam nowy Machul.

ambassada2

A aktorzy? Nie ma tu o czym gadać. Debiutujący na dużym ekranie Magdalena Grąziowska (wyluzowana i bardziej energiczna Mela) oraz Bartosz Porczyk (irytujący i sztywny Przemek oraz jego pradziadek Antoni) są po prostu sztuczni – ona przerysowana, on drewniany (choć jego drugie wcielenie troszeczkę lepsze). Z kolei Więckiewicz jako Hitler jest naprawdę przyzwoity. Tak naprawdę jest to koleś, który bardziej woli wypić wódkę niż walczyć. Ale i tak największym zaskoczeniem był Adam Darski ps. Nergal, który wciela się w postać Ribbentropa – i po prostu kosi. Do twarzy mu w uniformie (ciekawe czy na koncertach kapeli Behemoth tez nosi takie wdzianko), ma paskudne spojrzenie i szwargocze po niemiecku jak Niemiec. Ale tylko tyle można dobrego powiedzieć.

Obawiam się, że Machulski się skończył, a „AmbaSSada” potwierdza tylko zagubienie formy przez reżysera. Może powinien zrobić sobie przerwę od kręcenia filmów jak Władysław Pasikowski – i wtedy będzie k****a ostry jak brzytwa.

4/10

Radosław Ostrowski

Własnym głosem

Lektor to ma klawe życie – musi tylko przeczytać to, co mu napisali i będzie w stanie zarobić kupę szmalu. Pod warunkiem, ze będzie w pierwszej piątce najlepszych lektorów (czytaj: będzie zasuwał do kilkuset reklam i trailerów rocznie). Do tego grona próbuje się przebić nauczycielka emisji głosu – Carol Salomon, córka legendarnego lektora. I pewnego dnia, trochę dla zabicia czasu, dostaje propozycje nagrania głosu pod trailer do filmu dla dzieci. Powoli dostaje więcej propozycji, aż nagle otrzymuje szansę nagrania zwiastunu do superprodukcji z użyciem słów „In a World…” wypowiadanych przez zmarłego Dona LaFonataine’a. Ale walka nie będzie łatwa.

glosem1

Aktorka Lake Bell kojarzona z drugoplanowych ról z takich filmów jak „Sex Story” czy „To skomplikowane”, tym razem postanowiła zadebiutować jako reżyserka. I wyszła jej dość zgrabna komedia o środowisku lektorów, przeplatana dość sporą ilością obyczajowych wątków, które troszeczkę mi przeszkadzały, lecz stanowiły główny motor humoru. Zdrady, skomplikowane relacje z zapatrzonym w swoje ego ojcem, galeria paru dziwaków (dominuje tutaj postrzelony Louis), kilka zabawnych sytuacji (obsesja bohaterki na punkcie aktualizowania swojej bazy głosów) – to pozwala doprowadzić do stanu śmiechu. Jednak przy okazji nasuwa się tu refleksja na temat pewności siebie i akceptacji swojego miejsca. Przy okazji też pokazuje, ze nie zawsze wygrywa najlepszy. Niby nic odkrywczego, ale nieźle się to ogląda.

glosem2

Do w dużej części zasługa samej Bell, która wciela się w Carol, kupując mnie od samego początku. Poza nią zdecydowanie warto wyróżnić Demetriego Martina (Louis – dziwaczny koleś od realizacji nagrań), Roba Coddry’ego (Moe, mąż Dani, siostry Carol) oraz pojawiające się w epizodach Evę Longorię i dawno nie widzianą Geenę Davis (producentka Katherine Huling).

Ogólnie całkiem sympatyczna produkcja. Tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Last Vegas

Dawno, dawno temu było sobie czterech kumpli. Billy, Paddy, Sam i Archie w latach 50. byli mocno zżytymi kumplami, którzy nawzajem sobie pomagali. I po 58 latach ich losy znów się łączą, bo Billy bierze ślub, więc reszta (poza mrukliwym Paddym) postanawiają zorganizować mu wieczór kawalerski. I to w Las Vegas.

last_vegas1

Komedia z emerytami w rolach głównych reklamowana jako „Kac Vegas” dla oldbojów. Więc czy można się spodziewać bluzgów, dragów i epickich imprez? Impreza jest jedna, ale z dużą armią gości (niestety, 50 Cent się nie załapał). Dragi – co najwyżej lekarstwa. Bluzgi – to kulturalni goście, których szczytem mięsa jest określenie „kutas”. Więc jest bezpiecznie, bardziej elegancko i parę razy można się porządnie pośmiać, ale bez przesady. Może i brakuje tutaj pieprzu, jednak jest to zaskakująco lekka i ciepła komedia o męskiej przyjaźni, która jest ważną wartością, nie zawsze łatwą do utrzymania i pielęgnowania. Tylko tyle i aż tyle.

Być może ten film nie oglądałoby się tak przyjemnie, gdyby nie naprawdę kapitalna obsada na pierwszym planie. Panowie są całkowicie wyluzowani i grają naprawdę z wielka frajdą. Ale czy może być inaczej jak mamy Michaela Douglasa (trochę za bardzo opalony i jedyny nieżonaty Billy), Roberta De Niro (mrukliwy, ale sympatyczny Paddy), Morgana Freemana (imprezujący Archie) i – najlepszego z nich wszystkich – Kevina Kline’a (nieporadny Sam). Razem tworzą mocny koktajl Mołotowa, a jak dołącza do grupy dawno nie widziana Mary Steenburgen (piosenkarka Diana), to już niektórzy trafili do raju.

last_vegas2

Nie jest to jakieś wielkie dzieło, ale i chyba nie o to chodziło. Ma być miło i sympatycznie, a seans naprawdę lekki i przyjemny.

6/10

Radosław Ostrowski