Interior

Filmowcy z naszego podwórka najchętniej obserwują młodych ludzi po 30-tce w kapitalistycznej Polsce. Oboje pochodzą z różnych światów, ale mają więcej wspólnego niż się wydaje. Maciej jest ze Śląska i pracował wykopując węgiel, jednak szef jest mu winien za nadgodzin. Kiedy próba odzyskania kasy kończy się niewypałem, kradnie szefowi jego auto. Z kolei Magda pracuje w urzędzie miasta nadzorując przygotowania do ważnej rocznicy. Jednak zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym zaczyna się wszystko sypać.

Marek Lechki stał się znany jako specjalista od obyczajowych dramatów i psychologicznych portretów młodych ludzi. Tak było z debiutanckim „Moim miastem” oraz „Erratum”. Po 10 latach od tego drugiego filmu powraca. Ale nie jestem przekonany do tego filmu. Nawet nie o to chodzi, że wraca do znajomych tematów. Bo to jest kolejny portret młodych ludzi zderzonych z brutalną rzeczywistością. Korupcja, nieuczciwość oraz bezsensowny upór – z tym mierzy się każde z nich, próbując się odnaleźć w tym całym bałaganie. Dla mnie jednak problem w tym, że scenariusz też jest jednym wielkim bajzlem. Każda z historii toczy się osobno, nie są ze sobą przeplatane i mają różny ciężar. Wszystko to zawiera tyle scen oraz próbuje zarysować tło swoich bohaterów, a także ich znajomych. One jednak wydają się tylko i wyłącznie zapychaczami przez co sens rozmywa się. Scena snu Maćka, o której wcześniej a potem zostaje zobrazowana czy jego rozmowa z dzieciakiem ukrywającym się w kościele – to wszystko wydaje się niepotrzebne. Tak samo jak scena uroczystości odbywająca się we mgle. Czyżby to miało symbolizować zagubienie naszego kraju? A może zagubienie reżysera w trakcie pisania scenariusza? Wszystko nagle się urywa i nawet scena spotkania naszych bohaterów wydaje się pozbawiona mocy, po prostu się dzieje.

Tak naprawdę nie chce mi się pisać o „Interiorze”, choć strasznie żal mi aktorów. Zarówno Piotr Żurawski, jak i Magdalena Popławska w rolach głównych robią, co mogą. Ale Marek Lechki swoim scenariuszem oraz reżyserią podcina im skrzydła, nie daje szansy na pokazanie czegoś więcej. Drugi plan, mimo znajomych twarzy (m.in. pozytywnie zaskakujący Tomasz Sapryk), w zasadzie rozmywa się. Wielka szkoda.

Tytuł sugeruje pokazanie wnętrza głównym bohaterom. Ale okazuje się ono wypchane czymś tak pustym, że po wyjęciu nie byłoby żadnej różnicy. Sztuczny, przeciętny snuj nie wiadomo dokąd zmierzający. 10 lat przerwy nie przysłużyło się reżyserowi, przez co stracił wiele sił.

5/10

Radosław Ostrowski

53 wojny

Czy można cierpieć na syndrom stresu bojowego bez stanięcia nogą na polu bitwy? Bez uczestnictwa w konflikcie zbrojnym? Odpowiedź na pytanie tylko teoretycznie wydaje się prosta. I nie brzmi ona nie. O tym właśnie opowiada debiutancki film „53 wojny”.

Cała fabuła skupia się na kobiecie o dość powszechnym imieniu Anna. Była fotografem oraz reporterem pracującym dla Gazety Wyborczej, gdzie poznała Witka. Mężczyzna jest korespondentem wojennym, który wyrusza gdzieś na kolejny konflikt. Jest rok 1992 i po jednej wojnie zaczynają pojawiać się kolejne. Po drodze rodzą się dzieci, wojny się kończą, a mężczyzna w domu pojawia się coraz rzadziej, rzadziej i rzadziej. I to zaczyna coraz bardziej oddziaływać na jej umysł, co kończy się trafieniem do oddziału psychiatrycznego. Diagnoza: syndrom stresu pourazowego.

53 wojny1

Od razu powiem to, żeby postawić sprawę jasno: to trudny, wymagający film skupiony na psychice głównej bohaterki. Trudno powiedzieć coś o fabule, bo jako takiej nie ma. Wszystko idzie niejako swoim rytmem: kolejne wyjazdy, kolejne wojny i kolejne czekanie. Na wiadomość, na śmierć, na cokolwiek. Wojna tutaj jest poznawana za pomocą opowieści męża, obrazków pokazywanych w telewizji. Jest brudna, brzydka i chropowata. Dla Witka jest narkotykiem, źródłem adrenaliny, a dla niej momentem grozy, źródłem strachu i niepewności.

53 wojny2

Reżyserka opowiada tą opowieść, próbując wejść w głowę Anki. I choć trudno się odnaleźć w fabule, pokazanie percepcji robi mocne wrażenie. Kamera niemal przyklejona jest do twarzy bohaterki, pokazując coraz bardziej narastający obłęd. Niemal ciągłe oglądanie telewizora, słyszenie różnych szumów, zniekształconych dźwięków, koszmarów, nawet majaków sennych. Ale im bardziej się to ogląda, tym bardziej film staje się męczący, trudny, wręcz depresyjny. Ciężko się to ogląda, a im bliżej końca, coraz większe są odloty (scena eksplozji).

53 wojny3

Najmocniejszym punktem całego tego filmu jest wielka kreacja Magdaleny Popławskiej. Aktorka wyciska maksimum z coraz bardziej popadającej w obłęd Anki. Jak z pełnej energii dziewczyny zmienia się w żywego trupa, pełnego nerwic, koszmarów oraz stanów nerwowych. Widać to zarówno w pustych oczach, niezadbanych włosach oraz niemal rozedrganym głosie. Bardzo łatwo było tą rolę przerysować, przeszarżować, ale na szczęście udaje się uniknąć wszelkich pułapek. Reszta obsady trzyma solidny poziom, choć stanowią tylko tło. Mamy Michała Żurawskiego (coraz bardziej nieobecny mąż), Krzysztofa Stroińskiego (operator Paweł) oraz Dorotę Kolak (matka Anki), będąc niejako wsparciem.

Bardzo trudny, wymagający, wręcz ciężki film. Poczucie coraz bardziej nasilającej się paranoi zaczyna męczyć, przez co można się mocno odbić. Ale kreacja Popławskiej jest tak magnetyzująca, że daje wiele satysfakcji.

6/10

Radosław Ostrowski

Podatek od miłości

Na hasło „polska komedia romantyczna” wiele osób reaguje alergią, agresją, strachem i wrogością. Nachalny product placement, bohaterowie wzięci z kosmosu (nie, że wyglądają jak Obcy czy inny Predator), zachowujący się w sposób co najmniej irracjonalny i mieszkający w mieszkaniach, na jakie ich zwyczajnie nie stać, pocztówkowo pokazany świat rodem z seriali TVN, niemal te same twarze non stop (Stramowski, Roznerski, Karolak, Adamczyk) oraz kompletny brak dobrych żartów. Jakim cudem takie filmy przyciągają ogromną widownię? Nie wiem. Szczerze mówiąc, spodziewałem się mniej więcej tego samego w przypadku „Podatku od miłości”, w czym utwierdziła mnie promocja. Dodatkowo całość wyprodukowało TVN, a przed kamerą stanął debiutujący reżyser Bartłomiej Ignaciuk. Idealny przepis na katastrofę, prawda?

podatek_od_milosci1

Punkt wyjścia jest dość prosty, czyli zderzenie dwójki kontrastowych bohaterów. Ona (Klara) jest sztywną, trzymającą się przepisów urzędniczką skarbową, mieszka z chłopakiem lubiącym bardziej zioło niż nią, z katolickim backgroundem oraz słoikowym rodowodem. On (Marian) nie jest młodzieniaszkiem, ale nadal ma w sobie masę uroku, utrzymuje się z… no właśnie, nie do końca wiadomo – coach, terapeuta czy męska dziwka. Już ich pierwsze spotkanie mocno elektryzowało, choć nie tak jak byśmy się spodziewali i już mieli się więcej nie zobaczyć, bo skończyło by się to wielką masakrą. Tylko, że Marian ma problemy ze skarbówką, a Klara ma zbadać całą sprawę.

podatek_od_milosci2

„Podatek” nie idzie do końca tropem klasycznego kom-romu, bo przez pierwszą połowę prowadzący jest wątek, powiedzmy, że kryminalny. Powoli zaczynamy poznawać bohaterów, którzy – w przeciwieństwie do swoich poprzedników – stąpają bardziej po ziemi i mają wiele problemów, pokazanych w sposób przekonujący. Ona nie chce mieć dzieci i skupia się na karierze, on z kolei próbuje pomóc swoim bliskim, pakując się w tarapaty. Momentami film potrafi poruszyć, nie brakuje miejscami ciętych, ironicznych dialogów (scena chrzcin) i przede wszystkim jest śmieszny: od slapstickowych gagów (bójka na imprezie) przez sytuacyjne scenki (obserwacja Mariana) i zderzenie charakterów. Jeśli w tle dodamy przyjemną, jazzową muzykę, płynny montaż, reżyser dostarcza wiele rozrywki. Jedyną rzeczą, do jakiej mógłbym się przyczepić jest zakończenie: niby zgodnie z konwencją, ale już za bardzo odlatuje i bazując na wielu zbiegach okoliczności. Na szczęście nie jest w stanie zniszczyć dobrego wrażenia.

podatek_od_milosci3

Jeszcze bardziej mnie zaskoczyła obsada. Fantastyczny jest Grzegorz Damięcki jako troszkę taki amant (uroku ma więcej niż Roznerski z Zakościelnym i Karolakiem razem wzięci), od razu budzący sympatię oraz mający spore pole do działania. Bywa czasem nieporadny (wspomniana bójka czy rozmowy z siostrzenicą), ale nigdy nie popada w przesadę czy przerysowanie. Jeszcze większym zaskoczeniem była Aleksandra Domańska – tutaj tworząc mieszankę uporu, sztywności, sarkazmu z wrażliwością i empatią. Idealna mieszanka, zachowująca wiarygodność aż do końca. Co najważniejsze, czuć chemię między tymi postaciami, podnosząc film na wyższy poziom. No i drugi plan ma tutaj co robić: od solidnej Romy Gąsiorowska (Agnieszka) przez dobrego Michała Czarneckiego (śliski szef Klary) po kradnącą film epizodzik Magdaleny Popławskiej oraz trzymającego fason Zbigniewa Zamachowskiego (sfrustrowany ojciec Klasy).

Powiem szczerze, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym debiutem. „Podatek od miłości” jest zabawny, ze zgrabnie poprowadzoną intrygą, sympatycznymi bohaterami oraz nie odlatuje (poza finałem) zbyt mocno od ziemi. To na pewno kino z Polski? Aż nie chce się wierzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Prosta historia o miłości

Mężczyzna. Kobieta. Przypadkowe spotkanie. Trochę kłamstw. Może zdrada. A na koniec parę łez. – taki wydaje się przepis na film o miłości. Problem w tym, że nie zawsze ta koncepcja działa i trzeba dorzucić coś ekstra, by przykuć uwagę, zaintrygować oraz wejść w to. Z tym zadaniem postanowił się zmierzyć Arkadiusz Jakubik w swoim fabularnym debiucie.

„Prosta historia o miłości” tylko z nazwy wydaje się prosta. Punktem wyjścia jest pociąg, ale nie jest to pociąg dwojga ludzi. Siedzi w nim para scenarzystów, kiedyś para nie tylko w pracy. W głowie zaczynają układać fabułę takiej miłosnej historii. I jak w każdej takiej historii musi pojawić się on oraz ona. Oraz pewien pociąg, zaś słowa naszych opowiadaczy zaczyna ożywać przed naszym ekranem. Najpierw w bardzo umownych dekoracjach, niczym z „Dogville”, by już wejść w prawdziwą rzeczywistość. Tylko, że to jest plan filmowy realizowany przez ambitnego reżysera Patryka Bergera, zaś główne role grają Marta i Aleks. Tylko, czy na pewno grają? A może jest coś więcej?

prosta_milosc2

Jakubik bawi się formą, konwencją, przez co może się to wydawać na początku dezorientujące. Innymi słowy jest to „film o filmie w ramach filmu”, bo jeszcze niektórzy bohaterowie (niczym w docu-dramie) wypowiadają się przed nami o pracy nad filmem. Prawie jak „Incepcja”, tylko że nakręcona przez Woody’ego Allena czy Richarda Linklatera. Czemu miłość pojawia się tak nagle, co nas przyciąga do innych ludzi, dlaczego uczucie zaczyna eksplodować i zgasnąć? Pewne dialogi zaczynają się powtarzać, w zupełnie innych scenach oraz kontekście. I nie chodzi o powtarzanie pewnej sceny przy toalecie, bo ciągle coś idzie nie tak, ale pewne dialogi z początku wracają pod koniec, opowiedziane zdarzenia. Życie i fikcja zaczynają iść ze sobą ręka w rękę, zmuszając do ciągłego myślenia, odkrywania kolejnych warstw.

prosta_milosc1

Wizualnie film wygląda jak kino niezależne (stonowana kolorystyka, naturalne światło), ale nie wywołuje to silnego bólu oczu. Również ładnie przygrywa muzyka w takim gitarowym stylu, dodając lekkości. Nie wspominając o łamaniu chronologii, rytmicznemu montażowi oraz dość zaskakującemu finałowi.

Jakubikowi udało się zebrać świetną obsadę, zaś sam reżyser, razem z Agnieszką Matysiak, pełnią rolę scenarzystów. Czuć miedzy nimi silną więź, ale też wiele bólu, pretensji oraz miejscami ciętego humoru. A jak sobie radzi nasza para główna? Bardzo pozytywnie zaskakuje Rafał Maćkowiak (Aleks), zgrabnie lawirując między pewnością siebie, „miękkim” charakterem a pewnym magnetyzmem. Równie znakomita jest Magdalena Popławska, kompletnie skupiając swoją uwagę i balansując między delikatnością, seksapilem, lekkością a strzelaniem fochów, poczuciem „duszności” w związku. Ale film kradnie Bartłomiej Topa jako reżyser – dość trudny w obyciu, z wręcz dyktatorskim stylem pracy. Przeraża, potrafi rozbawić, ale jednocześnie kryje się w nim coś jeszcze.

prosta_milosc3

„Prosta historia o miłości”, podobnie jak „Prosta historia o morderstwie” jest prosta tylko z nazwy, zaś Jakubik bardzo bawi się formą, konwencją, dodając wiele świeżości. Takiej dekonstrukcji relacji damsko-męskich nie widziałem od dawna i już tutaj widać duży talent Jakubika jako reżysera.

7/10 

Radosław Ostrowski

Reakcja łańcuchowa

Warszawa i troje bohaterów: Marta, jej chłopak Adam oraz przyjaciel Paweł. Cała trójka należy do tzw. pokolenia Czarnobyla, czyli rocznika 1986. Nasza para ma wkroczyć we wspólne życie, ale zaginięcie poprzedniej dziewczyny Adama, Kasi wywraca wszystko.

reakcja_lancuchowa1

Kinowy debiut Jakuba Pączka jest jednym z najdziwniejszych kuriozum, jakie widziałem ostatnio. Początek jest poszatkowany i mętny (wybuch atomowy nad Warszawą – że co?; budząca się kobieta, budzący się mężczyzna w więzieniu, jakaś głowa i masa dziennikarzy) i parę minut wywołuje dezorientację. A wtedy wracamy do początku, czyli rozmowy w Urzędzie Stanu Cywilnego oraz nocnego przyjęcia-niespodzianki. Ale im dalej w las, tym balansowanie między dramatem obyczajowo-psychologicznym a kryminałem doprowadza do stanu schizofrenicznego. Na ekranie mamy młodych ludzi ze swoimi wydumanymi problemami (praca w ocenianiu pornosów ze strony Piździelec.com – o ja pierdolę, prezentacja o Czarnobylu, próby wyjścia z cienia dyktatorskiej matki) i reżyser stawia tezę, że współczesne pokolenie 30-latków jest tak zjebane, bo pili płyn Lugola – wiecie, takie cudadło, by chronić przed promieniowaniem. Dodatkowo jeszcze mamy zaginiecie, a działania policji poznajemy z… dialogów postaci czy serwisu informacyjnego, zaś jego przebieg oraz rozwiązanie to coś tak nieprawdopodobnego i głupiego, że tylko k***a jasnowidz mógł to wymyślić.

reakcja_lancuchowa2

Dodatkowo jeszcze reżyser próbuje gmatwać intrygę, pokazując bohaterów jako młodych, cynicznych ludzi, którzy nie mają się przeciwko czemu zbuntować. Do tego jeszcze są pewne elementy oniryczne (sen z „tonącym” bohaterem), sporo golizny i seksu – bo nic tak nie pomaga skupić uwagę jak sceny rozbierane – ale to wszystko wydaje się ogromnym bałaganem z dialogami balansującymi między kuriozum a błyskotliwością. I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać.

reakcja_lancuchowa3

Aktorzy też niespecjalnie mają co robić – albo prowadzą rozmowy o niczym, albo pokazują jak cierpią (ale tak w środku), albo uprawiają seks, albo toczą ważne dyskusje. I to jest tak cienkie jak barszcz. I co tu robi w tym składzie Magdalena Popławska (matka zaginionej), zepchnięta całkowicie na trzeci plan i Janusz Chabior (policjant)? Młodzi na pierwszym planie coś próbują, ale potrafią zwrócić swoją uwagę tylko wzrokowo jak Małgorzata Mikołaczyk (Marta) czy Wiktoria Stachowicz (Asia). Najbardziej w pamięć zapada Anna Radwan, czyli chłodna matka Adama – kobieta wyrachowana i skupiona na sobie oraz Bartosz Gelner (Paweł) z kilkoma „niezapomnianymi” dialogami.

Film, który miał zaskoczyć i trzymać w napięciu, ale tak naprawdę jest kolejnym przykładem filmu o niczym. Ani postacie nie interesują, ani historia jest nieciekawa, zaś Czarnobyl jako tło wydaje się zbędny oraz niepotrzebny. Nie wywołuje żadnej reakcji.

3/10

Radosław Ostrowski

Atak paniki

Polifoniczna narracja to nie jest coś, czego byśmy nie znali. Stosowano ją od dawna, przez co urozmaicała sposób opowiadania historii. Nie inaczej jest z „Atakiem paniki” – fabularnym debiutem Pawła Maślony. Jest to historia kilku osób, która znajdują się w pewnym krytycznym momencie, doprowadzając do ataku.

atak_paniki1

Wszystko zaczyna się od pewnego samobójstwa młodego chłopaka. Strzał w usta, rozbryzgana krew z resztkami mózgu na ścianie, przyjemna piosenka jakby z lat 60., lecą napisy. A to dopiero początek imprezy. Kogo spotykamy w tej zabawie? Małżonków wracających z Egiptu mających problem z pasażerem, neurotyczna pisarka spotykająca się z byłym partnerem, kelner uzależniony od gier komputerowych, młoda kobieta uprawiającą samogwałt przez Internet oraz trzech małolatów jarających zioło – to są nasi bohaterowie. Maślona wprowadza zamieszania, a ja próbowałem się zastanowić czy te wszystkie postacie się spotkają, czy to tylko luźno powiązane scenki. Jest to pierwsze rozwiązanie, a odkrywanie kolejnych części układanki daje sporo frajdy. Humor jest dość specyficzny, który nie wszystkim się spodoba, a zapętlenie wydarzeń może doprowadzić do stanów przerażenia, wręcz apokalipsy w skali mikro. Jednych to rozbawi, innych przerazi, a jeszcze inni uznają to za błahostkę. Ale trudno odmówić realizacyjnego sznytu. Największe wrażenie robi fenomenalny montaż, gdzie przejścia z wątku na wątek są płynne i sprawiają wrażenie spójnej całości, a nie mechanicznego działania. Podobnie tempo podkręca pulsująca, czasami psychodeliczna muzyka, jeszcze bardziej nakręcając wydarzenia (jak w „11 minut”). Ostatnie minuty to popis realizacyjny, tylko że potem cała historia jakby się urywa. „Nic już nie zostało”, padają słowa, a przed tym widzimy poród, krzyki, walkę z bagażem, fajerwerki (jakby bomba miała eksplodować), pojawia się czarny ekran, lecą napisy końcowe. To już? – przyszło mi do głowy. Bo poczucie niedosytu miałem bardzo mocne, a niektóre dialogi potrafiły strzelić w punkt.

atak_paniki2

Te drobnostki wygrywa za to fantastyczna obsada, gdzie praktycznie nie ma jakichś słabych punktów. Kompletnie zaskakuje Artur Żmijewski, obsadzony wbrew swojemu emploi, pozornie sprawiający wrażenie oazy spokoju, ale oczy i twarz zaczynają wyrażać coś innego. Fason potwierdza też niezawodny Grzegorz Damięcki (Dawid) czy Dorota Segda (Ela), mocno swoją obecność zaznaczają współautorzy scenariusza: Aleksandra Pisula (Kama – sceny niezręcznych rozmów z nieproszonymi gośćmi są rozbrajające) oraz Bartłomiej Kotschendorff (nabuzowany Miłosz). Ale na mnie największe wrażenie zrobiła fenomenalna Magdalena Popławska. Neurotyczna i ciągle gadatliwa Monika, z lekko postrzeloną fryzurą oraz zestawem tików, skupia uwagę od samego początku, ale nigdy nie jest ona przerysowaną karykaturą, o co było bardzo łatwo.

atak_paniki3

„Atak paniki” to bardziej czarna komedia, próbująca być diagnozą współczesnego świata, pełnego zakłamania, tajemnic i czegoś, co nazwałbym wrodzoną nieufnością wobec innych. Może jeden wątek sprawia na początku wrażenie doklejonego na siłę, a początek wręcz budzi dezorientację (przeskoki z bohaterów, łamana chronologia). Ale im dalej w las, tym bardziej dochodzi do eksplozji, zmuszającej postacie do wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa. Co z tego wyjdzie? To już musicie sami opowiedzieć.

7/10

Radosław Ostrowski

Jestem mordercą

Był kiedyś taki czas, że krążyli po okolicy seryjni mordercy. O Karolu Kocie opowiadał antykryminał „Czerwony pająk”. A teraz pojawia się historia innego niebezpiecznego człowieka – „wampira z Zagłębia”, który w latach 70. terroryzował Śląsk, mordując 12 kobiet. Schwytano podejrzanego, niejakiego Zdzisława Marchwickiego, który został skazany na karę śmierci. Już o tej historii powstał film („Anna i wampir” z 1981 roku), ale teraz sprawę postanowił pokazać Maciej Pieprzyca – zdolny i coraz ciekawszy reżyser ze Śląska.

jestem_morderc1

Bohaterem tego filmu jest młody śledczy, porucznik Janusz Jasiński, dla którego może być to punkt zwrotny w całej karierze. Gliniarz dość niechętnie przyjmuje sprawę, wiedząc, że pakuje się w prawdziwą kabałę. Kobiety są znowu mordowane, a poszlak praktycznie nie ma. Sprawa jednak zostaje przyspieszona, gdyż jedną z ofiar zostaje siostrzenica samego I sekretarza partii. Kolejne, wręcz desperackie próby schwytania (ogłoszenie nagrody i lejące się niczym morze donosy, wykorzystanie komputera czy próba schwytania na wabia zakończona śmiercią kolejnej ofiary) nie dają żadnego efektu. Ale przynajmniej pojawia się podejrzany – niejaki Wiesław Kalicki. Zostaje on schwytany, a Jasiński zostaje bohaterem i pupilem władzy.

jestem_morderc2

Pozornie film Pieprzycy jest kryminałem retro, gdzie bardzo wiernie odtworzono PRL lat 70. Scenografia i kostiumy jest imponująca – te knajpy, pokoje milicyjne, przepych ludzi władzy (kolorowy telewizor, wypasione samochody), lejąca się gęsto wódka i dym spod papierosa. Jednak sama kryminalna intryga jest tylko pretekstem dla pokazania kompletnej zgnilizny oraz aktem oskarżenia dla systemu, gdzie nie można pozwolić sobie na jakikolwiek błąd. I kiedy wydaje się, że dochodzenie jest skończone, nagle zaczynają pojawiać się wątpliwości, ale co zrobić? Iść po trupach do celu (kariera, sława, sukces) czy zostać zgnojonym, rozniesionym w pył, ale z czystym sumieniem. Dodatkowo jeszcze otrzymuje rozgrywkę między Kalickim a Jasińskim, który chce złamać podejrzanego i zmusić go do złamania, zmuszenia zeznań. Atmosfera coraz bardziej gęstnieje, stawia się tutaj na psychologię bohatera, a widz nie jest tutaj traktowany jak kretyn mający wszystko podane na tacy. Dodatkowo klimat podkręca psychodeliczno-jazzowa muzyka, podbita rwanym montażem niczym z filmów Smarzowskiego.

jestem_morderc3

Jedyne, co mi psuje frajdę z oglądania to zakończenie, w zasadzie nie wnoszące niczego nowego, niczym w „Czerwonym pająku”. Za to jest tutaj bardzo wyraziste aktorstwo, ze wskazaniem na mało znanego Mirosława Haniszewskiego. Jasiński w jego wykonaniu to typowy produkt swojej epoki: na początku sprawia wrażenie niedoświadczonego chłopaczka, który zmienia się w bezwzględnego oportunisty, grzejącego się w blasku sławy. Po drugiej stronie jest tajemniczy Arkadiusz Jakubik jako Kalicki – skryty, małomówny i strasznie brodaty, a tajemnicza relacja między tą dwójką intryguje. Na ile to była próba złamania go, a na ile rodziła się sympatia – nie wiadomo. Drugi plan z kolei jest bardzo bogaty – kompletnie zaskakuje Piotr Adamczyk jako pozornie jowialny major Kępski, będący bezwzględnym skurczybykiem, zapada w pamięć Agata Kulesza wcielająca się w żonę podejrzanego (i ta śląska godka), wreszcie Magdalena Popławska, czyli żona Jasińskiego, coraz bardziej od niego oddalająca.

jestem_morderc4

„Jestem mordercą” to przykład nieoczywistego połączenia kryminału, dramatu psychologicznego oraz krytycznego spojrzenia na okres PRL-u. Co najciekawsze, nie jest to tak nieczytelne, by widownia zza granicy nie byłaby w stanie tego zrozumieć. W końcu seryjni mordercy działają w każdym ustroju.

8/10

Radosław Ostrowski

Król życia

Edward to był gość – chciał być bokserem, ale teraz pracuje w Mordorze. I niestety, nie jest statystą w kolejnej adaptacji prozy Tolkiena, tylko pracownikiem korporacji. Zarabia dużo, ale jest sfrustrowany, ma mało czasu dla rodziny i czuje się wypalony. I tak dzień w dzień, ale wszystko się w końcu zmienia. Wszystko przez wypadek samochodowy i lekko uszkodzony mózg, przez co Edward „przestawia się”, dostrzegając inne wartości życia.

krol_zycia1

Ktoś doszedł do wniosku, że w Polsce potrzebny jest tzw. feel-good movie, czyli ku pokrzepieniu i z pozytywną energią. Zadanie realizacji tego dzieła podjął się ceniony operator Jerzy Zieliński, debiutujący w roli reżysera. Mocno tutaj czuć inspirację filmem „Odnaleźć siebie” Mike’a Nicholsa, opierającego się na podobnym pomyśle. A pomysł jest taki, że poważny wypadek fizyczny, zmienia całą psychikę i mentalność bohatera. Z cynicznego, zmęczonego życiem pracownika korpo w pogodnego, ciepłego, uśmiechniętego wariata – bez pracy, ambicji i kariery. Wydaje się słusznym kierunkiem, ale dla mnie to wszystko jest za proste i za łatwe. Poza wątpliwościami żony o stan Edwarda oraz strachu przed kończącymi się pieniędzmi, brakuje tutaj mocy. Wiem, miało być optymistycznie i pogodnie, a kilka scen jak Edward robiący za worek treningowy wobec sfrustrowanych ludzi to rewelacja, jednak czegoś mi tu zabrakło. Nawet krytyka Mordoru i tego stylu życia jest jakaś płytka i mało ciekawa, sprowadzona do bezsensownego owczego pędu i źródła frustracji.

krol_zycia2

Ten film byłby kolejnym średniakiem, gdyby nie Robert Więckiewicz, robiący tutaj wszystko, by uwiarygodnić ten świat. I jako Edward sprawdza się świetnie, tworząc dwa sprzeczne portrety (frustrat/optymista) człowieka odnajdującego złoty środek. Odskocznią i odrobinę luzu daje tutaj Bartłomiej Topa w roli menela „Kapsla”, który dzięki Edwardowi zmienia się na lepsze (świetna „indiańska” scena) oraz – jak zawsze – piękna Magdalena Popławska. Nawet drobne epizody Piotra Głowackiego (biznesmen), Jana Peszka (lekarz) i Jerzego Treli (ojciec) tylko dodają smaczku.

krol_zycia3

Nie jest to bez wątpienia najgorszy polski film i wiem, że nie miał ambicji poza wprawieniem w dobry nastrój. Jednak „Król życia” mnie znudził, a kilka realizacyjnych pomysłów (majaki Edwarda przypominające niemy film) nie zawsze kleją się w spójną całość. Jest tylko nieźle, a mam wrażenie, iż mogłoby być lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Wataha – seria 1

Tytułowa wataha to oddział Straży Granicznej na Bieszczadach, która pilnuje granicy i tropi przemytników. Dowódcą jest kapitan Wiktor Rebrow. Podczas imprezy wspominkowej z dawnym dowódcą dochodzi do eksplozji strażnicy, którą przeżył tylko Rebrow, dlatego prokurator prowadząca sprawę uważa go za głównego podejrzanego. Sprawa staje się trudniejsza, niż można się spodziewać.

wataha1

Na hasło polski serial reaguje się czasami jak na polski film i można w zasadzie postawić takie same zarzuty – słabo słyszalne dialogi, logiczne bzdury, psychologiczna bujda i w ogóle brak pomysłu. Dlatego, gdy usłyszałem o nowej produkcji HBO robionej w Polsce, miałem wątpliwości. Zwłaszcza, że to miał być kryminał z górami w tle. Jednak pilnujący całości Michał Gazda oraz Kasia Adamik wzięli mnie z zaskoczenia. Po pierwsze, klimat. Bieszczady wygląda zarówno pięknie jak i mrocznie (świetne zdjęcia Tomasza Augustyniaka), choć ujęcia krajobrazowe wydają się tylko wizualnym ozdobnikiem, to jednak atmosfera osaczenia oraz tajemnicy jest namacalna. Czuć tutaj inspirację zarówno skandynawskimi kryminałami jak i choćby „Tajemnicami Laketop” Jane Campion.

wataha2

Dźwięk był bardzo porządny i czysty (poza dialogami z radiofalówek), dialogi jak najbardziej ok, a muzyka skręcająca w stronę etniczną jeszcze bardziej potęguje atmosferę. Można zarzucić, ze fabuła toczy się za wolno (ekspozycja trwa niemal połowę serialu), intryga zbyt oczywista, a pewne sytuacje są łatwe do przewidzenia, a pewne wątki pozostają otwarte (może będzie druga seria?), ale wciąga ten serial i naprawdę dobrze się to ogląda. Nawet postać tajemniczego znachora Szeptuna (niemy i niemal nie do poznania Marian Dziędziel) pasuje do tego świata.

wataha3

Wiadomo, ze sprawa zatacza szersze kręgi, choć podejrzewałem jednego z dwóch bossów przemytniczego półświatka – niejakiego Kalitę (dobry Mariusz Saniternik) i Ruska Metra (Oleg Drach), ale sprawa byłaby wtedy za prosta. Śledztwo zaczyna przeplatać się z codziennością pograniczników (nielegalny przerzut, morderstwo itp.), a w sprawie zamieszana jest grupa bardzo wpływowych ludzi. Finał pozostawia wiele znaków zapytania, jednak liczę na dalsze odcinki.

wataha4

Aktorsko tez jest tutaj bardzo ciekawie, choć trochę nierówno. Sprawdza się Leszek Lichota w roli Rebrowa, choć jego ból jest bardzo skryty, ale widać doświadczonego faceta znającego się na swoim fachu. Jeszcze lepszy jest Bartłomiej Topa, czyli Adam „Grzywa” Grzywaczewski – przyjaciel Rebrowa, który jednak skrywa pewną tajemnicę i jego motywy działania są niejasne. Poza nimi jeszcze z oddziału najbardziej wybijają się dwie postacie: komendant Markowski (Andrzej Zieliński pasuje do grania twardych facetów) oraz troszkę nadwrażliwa Natalia Tatarkiewicz (bardzo dobra Magdalena Popławska). Dość bogaty drugi plan uzupełniają także niezawodni: Jacek Lenartowicz (Michał Łuczak – kumpel Wiktora, zbyt krótko był na ekranie), Jacek Koman (kapitan Robert) i solidny – jak zawsze – Jarosław Boberek (policjant Świtalski).

wataha5

Jednak żeby nie było tak słodko, najsłabiej wypada tutaj Aleksandra Popławska jako prokurator Dobosz. Po pierwsze, jest to postać bardzo irytująca swoim głosem, ale też i zachowaniem. Traktująca głównego bohatera jako głównego podejrzanego (choć wiemy, że jest inaczej), wzbudza antypatię. To jeszcze dałoby się obronić, gdybym wierzył w jej kompetencje, ale to nie następuje („wizja lokalna” z Rebrowem czy próba przesłuchania dziewczynki, której zabito matkę). Choć potem gra do tej samej bramki jak reszta postaci, to niechęć i irytacja pozostały.

wataha6

Mimo pewnych wad i nielogiczności, „Wataha” zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie. Nie jest to może tak przełomowe dzieło jak „Breaking Bad” czy „Detektyw”, ale to światełko w tunelu, jeśli chodzi o produkcje polskie małego ekranu. Zarówno realizacyjnie nie mam poważnych zarzutów, a i sama fabuła była całkiem niezła. Po cichu liczę na ciąg dalszy, bo parę rzeczy wymaga wyjaśnień.

7/10

Radosław Ostrowski