Infinite Storm

Małgorzata Szumowska już raz próbowała zrealizować film na rynek zachodni, jednak „Córka Boga” była wielkim rozczarowaniem. Być może wynikało to z miałkiego scenariusza oraz braku zaangażowania reżyserki. Nie zniechęciło to jednak Polki (wspartej reżysersko przez autora zdjęć Michała Englerta) do kolejnej próby, tym razem bardziej w swoim stylu. Czy oznacza to jednak, że „Nieskończona śnieżyca” jest filmem udanym?

infinite storm2

Bohaterką filmu jest Pam Bales (Naomi Watts) – ratowniczka górska, mieszkająca w okolicy Góry Waszyngtona. Kobieta mieszka sama w domu, z daleka od świata i cywilizacji. Znowu decyduje się wyruszyć w górę, jak robi to od dłuższego czasu. Tym razem jednak zbliża się śnieżyca, która może mocno popsuć wszelkie plany turystom. Pam trafia w połowie drogi na nią, co zaczyna poważną walkę o przetrwanie. Jakby tego było mało, dostrzega ona ślady butów (adidasy) na śniegu. Oznacza to, że ktoś jeszcze jest w górach. Nie ma możliwości ściągnięcia wsparcia, a znaleziony mężczyzna nie kontaktuje.

infinite storm4

Ktoś powie tutaj, że Szumowska opowiada bardzo prostą opowieść o przetrwaniu i walce z bezwzględną naturą. Do tego jeszcze mamy drugiego człowieka (Billy Howle), mogącego być przysłowiową kulą u nogi. Ale zanim do niego dojdziemy, dostajemy bardzo oszczędny, wręcz minimalistyczne kino. Kamera niemal cały czas jest skupiona na samej bohaterce, choć nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Dialogów jest w zasadzie tyle, co kot napłakał (pod koniec jest trochę więcej, ale tylko trochę), muzyki w sumie też. Jest tylko pięknie sfilmowana przyroda oraz niemal cały czas „przyklejona” kamera do bohaterki, bardzo naturalnie zagranej przez Naomi Watts. Aktorka gra bardzo fizycznie, nie nosi makijażu i twórcy nie próbują jej upiększać, trzymając całość na swoich barkach. Reszta postaci w zasadzie robi tutaj za anonimowe tło. Nawet „John” (bo jakoś trzeba się do tego człowieka zwracać) początkowo jest ledwo zarysowany i dużo, duuuuuuuuuuuuuużo później dowiadujemy się o nim troszeczkę więcej.

infinite storm3

Reżyserka mocno wierzy w inteligencję widza, bo niewiele zdradza na temat Pam jak i turysty. Właściwie pojawiają się tylko dwie retrospekcje, z czego ta ostatnia wali w łeb niczym łopatą. Niestety, im bliżej końca, tym więcej jest takich scen i dialogów mówiących wprost. Być może Amerykanie to mniej inteligentni goście i wiele rzeczy trzeba im powiedzieć wprost. Nie zmienia to jednak faktu, że „Infinite Storm” to zaskakująco solidne kino. Może bez zaskoczeń fabularnych, ale ogląda się to bardzo dobrze. Kolejna niespodzianka Szumowskiej i (oby tym razem) otworzyło to furtkę do ciekawych przedsięwzięć zagranicznych.

7/10

Radosław Ostrowski

Poziom mistrza

Czy można zrobić porządny, prosty film akcji klasy B, by trzymał poziom produkcji z wyższym budżetem? Oczywiście, że tak. tylko trzeba mieć na to pomysł, nie traktować filmu śmiertelnie poważnie, dodać parę znanych twarzy i czerpać frajdę z kręcenia. Czyli wszystko to, czego nie było w „W nieskończoności”.

Co nie wyszło Antoine’owi Fuqua, udało się za to Joe Carnahanowi. W swoim „Poziomie mistrza” bohaterem uczynił byłego wojskowego, kapitana Roya Pulvera. Mężczyzna wpadł w pętlę czasową, co może brzmieć świetnie, ale nie jest. Bo po przebudzeniu nasz bohater jest atakowany i choćby nie wiadomo czego próbował, zawsze kończy się to śmiercią. Ale kto i dlaczego? Czemu się budzi tego samego dnia? Roy nic nie pamięta, jednak powoli zaczyna układać kolejne elementy układanki. Zwłaszcza, że jest to spowodowane wydarzeniami z dnia poprzedniego i jego byłą żoną.

boss level1

Taki „Dzień świstaka” polany sosem kina akcji? A czemu kurde nie. Reżyser jest świadomy z czym się mierzy i momenty repetycji przyspiesza montażem, by uniknąć nudy. Jeszcze jest polane humorem, głównie dzięki ironicznym komentarzom bohatera o aparycji Franka Grillo. Aktor dźwiga swoją postać kilogramami charyzmy oraz wyczyniając szalone piruety kaskadersko-pirotechniczne. Strzały świszczą na prawo i lewo, wybuchy są na porządku dziennym, nawet broń biała ma swoje pięć minut. Wszystko w bardzo pomysłowy i kreatywny sposób, pokazując pewną rękę Carnahana. Nieważne, czy mówimy o pojedynku na broń białą z Guan-Yin, włamaniu do siedziby złola za pomocą auta czy ucieczce z domu. Szaleństwo jest tutaj normą. Tak samo jak samoświadome poczucie humoru z masą odniesień do popkultury.

boss level2

Jednak najbardziej złapały mnie momenty, kiedy Roy przypadkiem spotyka syna i zaczyna z nim spędzać więcej czasu. Tutaj bardziej czuć stawkę dla naszego wojaka, pokazując jego ludzką stronę oraz szansę na poprawę relacji. Ale też daje możliwość dokonania wolty oraz doprowadzenia do poruszającego finału.

Grillo tutaj absolutnie błyszczy i jest najmocniejszym punktem aktorsko. Równie świetnie sprawdza się Mel Gibson jako czarny charakter o żądzy władzy. Ten błysk w oku pomaga w zbudowaniu postaci demonicznej, choć strasznie rozgadanej. Twarzy znanych jest wiele, choć wiele z nich ma tylko kilka minut jak Ken Jeong (szef knajpy) czy Michelle Yeoh (mistrzyni miecza Dai Feng). Ale i tak frajdy jest bardzo dużo.

boss level3

Prosta, bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie – tak opisać szalone dzieło Carnahana. I jest to zaskakujący przykład jak z ogranych, znajomych koncepcji spłodzić świeże, dostarczające kino. Bez ambicji i udawania, że chodzi o coś więcej niż tylko dobra zabawa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Na cały głos

Ostatnio o Rogerze Ailesie (a dokładniej o aferze związanej z molestowaniem seksualnym pracownic) powstał film „Gorący temat”. Ale parę miesięcy wcześniej stacja Showtime postanowił zrobić serial o karierze tego kontrowersyjnego człowieka mediów. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy ten bogobojny konserwatysta dostaje propozycję pracy dla Ruperta Murdocha, szefa News Corporations. Jest rok 1995 i powstaje Fox News – tuba bardziej prawicowej strony Ameryki, wierzących w Boga, rodzinę oraz prawo do bycia równiejszych od równych.

na caly glos1

Ekipa pod wodzą scenarzystów Alexa Metcalfa i Thomasa McCarthy’ego w ciągu siedmiu odcinków próbuje opisać tą 20-letnią pracę Ailesa w Fox News. Jeśli spodziewacie się uczciwego, obiektywne spojrzenie na USA, tego człowieka – bardzo świadomego jaką moc mają media – to nie interesuje. Zamiast informacji, slogany i wrażenia, rzucane hasła, ostre i bezpardonowe ataki na bardziej lewą stronę. Bo rację mamy my, którzy dzięki swoim wartościom tworzymy prawdziwą Amerykę. I dzięki temu udaje się dotrzeć do ludzi spoza establishmentu, uważający się za wykluczonych, odrzuconych, zapomnianych. Są to prości ludzie, do których trzeba dotrzeć nieskomplikowanym językiem oraz przekazem, stąd ten sposób formy. Dlatego oglądalność śrubuje wysoki poziom, ludzie są zadowoleni, zaś Ailes staje się coraz potężniejszy. I udaje się pokazać jak większą kontrolę zaczyna mieć ten człowiek, coraz bardziej pozbawiony kontroli oraz jakiejkolwiek smyczy.

na caly glos2

I to wszystko pokazane jest w sposób przystępny, mimo masy nazwisk oraz postaci. Jednocześnie pokazuje się to bardziej prywatne życie, gdzie bohatera cały czas wspiera żona. Co troszkę mnie dziwi, bo mąż bardzo mocno ją ogranicza. Kiedy ma szansę pracy w dawnej firmie, decyduje się i… zostaje potem zwolniona. Ostatecznie staje się wręcz zaślepioną fanką, wspierającą jego działania w pracy. Ale jednocześnie do samego końca pozostaje nieświadoma relacji męża z innymi kobietami. Bo wątku molestowania oraz zmuszania kobiet do seksu nie da się uniknąć. Choć początkowo wydaje się ledwo naznaczonym tłem (oprócz wątku Laurie Luhn), to nawet w tych momentach czuć obrzydzenie, wstręt wobec tego zachowania. I dopiero ten wątek pod koniec uderza ze zdwojoną siłą, nadal potrafiąc uderzyć mocnymi scenami (rozmowy z kobietami przeprowadzane przez prawników najpierw w firmie, a potem w biurze).

na caly glos3

Nie ma tutaj jakichś formalnych zabaw – może poza krótkimi przebitkami montażowymi – niemniej ta historia fascynuje i angażuje. Akcja skupia się na przełomowych wydarzeniach: od odpalenia Fox News przez 11 września i kadencje Baraka Husseina Obamy (to drugie imię oczywiści przypisał mu Ailes) aż do upadku oraz odejścia Ailesa z Fox News. Mimo tych paroletnich skoków, udaje się twórcom zachować spójną narrację, bez poczucia dezorientacji czy przeoczenia czegokolwiek. A to nie jest takie proste. Niemniej mam pewne poczucie niedosytu, jakbym troszkę za mało czasu spędził z Ailesem. Albo inaczej: nie poznałem go zbyt dobrze i nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, co go uczyniło takim, jakim był. Nie, żebyśmy nie poznali przeszłości, bo nasz bohater troszkę o niej opowiada, niemniej było to dla mnie za mało.

na caly glos4

Choć udało się zebrać świetnych aktorów, powiedzmy to sobie wprost: „Na cały głos” to wielki show Russella Crowe’a. Aktor postanowił pójść drogą Christiana Bale’a i mocno przybrał na wadzę, by wcielić się w Ailesa, będącego tutaj niemal niepowstrzymaną siłą. Z jednej strony człowiek świadomy wielkiej siły mediów oraz dotarcia do innych ludzi. Nie można mu odmówić charyzmy oraz determinacji w przekazywaniu swojej wizji Ameryki, ale z drugiej jest bigotem, egotykiem, przekonanym o swojej nieomylności. Kiedy wybucha, balansuje na granicy groteski, ale nigdy nie przekracza granicy przerysowania. Drugi plan też ma wiele do zaoferowania, choć największe pole do popisu dostaje zaskakująca Sienna Miller (bardzo wyciszona, ale równie konserwatywna żona Elizabeth), dawno nie widziana przeze mnie Naomi Watts (dziennikarka Gretchen Carlson), poruszająca Annabelle Wallis (Laurie Luhn) oraz ostry jak brzytwa Seth MacFarlane (bezwzględny Peter Lewis).

Wydawałoby się, że już po „Newsroom” czy fragmentach „House of Cards” nie da się już niczego powiedzieć o mediach. Ale „Na cały głos” pokazuje, że nawet ograny temat można przedstawić w ciekawy, fascynujący sposób. A siłę tych mediów pokazały wyniki wyborów prezydenckich z 2016 roku, stanowiąc gorzki finał tego dzieła.

8/10

Radosław Ostrowski

Destrukcja

Davis jest pozornie zwykłym japiszonem, który kocha swoją pracę, ma piękną zonę, którą kocha. Dość spokojne i uporządkowane życie wywraca się do góry nogami przez wypadek samochodowy. On przechodzi bez żadnego zadrapania, ale żona ginie. I wtedy dochodzi do innego wydarzenia – próbując kupić M&Msy, maszyna z jedzeniem zacina się. Pismo do firmy odbiera pracownica Karen, która wieczora dzwoni do niego. Ona ma chłopaka i rozwydrzonego dzieciaka, zaczynają się spotykać.

destrukcja1

Dziwne to jest kino, choć dotykające ważkiego tematu – żałoby. Jednak zapomnijcie o delikatności i subtelności z „Nie ma mowy!”. Reżyser Jean-Marc Vallee po prostu idzie mocno po bandzie, pozwalając sobie na krótkie ujęcia, dość szybko montowane i przeplatane ze sobą. Dodatkowo jeszcze polane jest to mocno absurdalnym humorem, co wywołuje jeszcze większy rozgardiasz. Zdarzenia przychodzą i odchodzą jak w kalejdoskopie, zmieniając tempo oraz dorzucając kolejne sceny symboliczne (wyrwane drzewo, oddzielenie skarpetek od bielizny czy demolka własnego mieszkania). To wszystko powoduje, że trudno zachować sympatię do bohaterów – niedopasowanych do swoich ról outsiderów z popapranym życiorysem i nie radzącym sobie z niczym. Przechodzimy od sceny do sceny i… ja nie poczułem nic. Absolutne nic. Rozumiem próby łagodzenia pokręconym humorem, by mimo wszystko poczuć się lepiej, ale to kompletnie nie działa.

destrukcja3

Sytuację próbują ratować aktorzy i to częściowo się udaje. Ale czy może być inaczej, jeśli się zatrudnia Jake’a Gyllenhaala? Davis w jego wykonaniu sprawia wrażenie lekko stukniętego – nieogolony, ze słuchawkami na uszach i pustymi oczami. Bredzi od rzeczy i chociaż nie potrafi niczego naprawić, zaczyna brać się za majsterkowanie, a mówiąc wprost, za niszczenie wszystkiego. To ma być taki sympatyczny misio, który przeżywa żałobę, mając wszystko gdzieś i mówiąc to, co naprawdę myśli. Na przykład, że nigdy nie kochał swojej żony i nie zwracał uwagi na wszystko dookoła. partneruje mu Naomi Watts, której dawno (czyli od „Birdmana”) nie widziałem i jest równie pokręcona (jej postać) jak Davis. Samotnie próbuje wychować krnąbrnego i szczerego do bólu syna (fantastyczny Judah Lewis), a przy okazji pali zioło. Nieźle? Zaczyna się tworzą miedzy tą dwójką więź, ale trudna do jednoznacznej oceny – zauroczenie, współczucie, miłość? Wszystkiego trzeba się domyślić (to fajne), ale brakuje nawet poszlaki (nie fajne).

destrukcja2

Trudno mi ocenić „Destrukcję”. Z jednej strony ma mocnych aktorów oraz nietypową formę realizacji, ale z drugiej trudno mi było wejść w skórę naszego bohatera. To, co się z nim działo było mi w zasadzie obojętne, chociaż widać, że coś w nim siedzi. Wielu z was odrzuci dość mocna symbolika i nierówne tempo, podobnie humor. Potwierdza się teza, że aby zbudować coś nowego, trzeba wyburzyć stare.

6/10

Radosław Ostrowski

Mów mi Vincent

Vincent jest wyjątkowo antypatycznym typem – pijus, hazardzista, korzysta też z usług ciężarnej prostytutki i ma w mieszkaniu – jak to śpiewał zespół T.Love – „szarmandzki syf”. I jego dość spokojne i monotonne życie zmienia się pod wpływem nowych sąsiadów, który na dzień dobry rozwalili mu auto oraz urwali gałąź z drzewa. Ci goście to samotna matka Maggie z synem Oliverem.

sw_wincenty1

W zasadzie dalsze opowiadanie nie ma sensu, bo wiemy jak to się skończy. Reżyser Theodore Melfi jest świadomy, ze korzysta z ogranych klisz. Mamy zgryźliwego tetryka, młodego chłopaka stającego się uczniem tetryka, sympatyczną prostytutkę, nieprzyjemnego bukmachera oraz katechetę jajcarza. Widziałem to parokrotnie, ale reżyser powagę miesza z humorem nie pozbawionym złośliwości oraz ironii. jednak tak naprawdę jest to opowieść o przyjaźni oraz samotności. Prawda jest taka, że każdy z nas jest większym lub mniejszym egocentrykiem, tylko że nie umiemy się przyznać do tego. Finał jest znany, ale po drodze poznamy kilka niezłych żartów, uważnej refleksji na temat natury ludzkiej oraz przeżyjemy udar. A po drodze dostaniemy jeszcze świetny soundtrack, lekcję bijatyki, oszukiwania oraz… bycia człowiekiem. Może troszkę zakończenie jest lukrowane (nie pozbawione jednak humoru), ale i tak przyjemnie się to ogląda.

sw_wincenty2

I powiem to wprost: to jest one man show Billa Murraya. Może i grał już ten typ postaci (ironicznego zgreda), ale jak każda tego typu postać skrywa w sobie pewien ból oraz wrażliwość schowaną pod maską cynika. Cała reszta obsady, choćby nie wiem jak by się starała (a stara się bardzo), jest tak naprawdę tylko dekoracją dla niezmordowanego Murraya. Ale trzeba pochwalić zarówno Jaredena Lieberhera (Oliver), który ma silną chemię z Murrayem, troszkę poważniejszą Melissę McCarthy (matka Olivera) oraz mówiącą rosyjskim akcentem Naomi Watts (prostytutka Daka).

Słodko-gorzkie kino o zwykłych ludziach – tego typu produkcje nadal dobrze się bronią. Naprawdę udane kino o św. Wincentym.

7/10

Radosław Ostrowski

J. Edgar

Kim był J. Edgar Hoover – człowiek, który przez 48 lat był dyrektorem Federalnego Biura Śledczego? O tym spróbował opowiedzieć Clint Eastwood w swojej dwugodzinnej fabule.

Punkt wyjścia jest dość prosty i konwencjonalny – J. Edgar Hoover pod koniec swojego życia chce spisać swoje wspomnienia dotyczących FBI. W tym samym czasie Hoover próbuje się odnaleźć w latach 60. I zaczyna gubić swój polityczny nos.

j.edgar_1

Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon i różnie to wychodzi. Mamy pokazane zarówno silny wpływ matki, skrywany homoseksualizm oraz „romans” ze swoim asystentem, kilka głośnych spraw (w tym przełomowe dla biura porwanie syna Lindberga) oraz pewne nadużywanie swoich kompetencji przez Hoovera (szantażowanie prezydentów USA). I jak zawsze w próbie złapania tylu wątków pojawia się pewien chaos i nadmiar wątków działa tutaj odpychająco. Tak naprawdę nie wiadomo na czym się najbardziej skupić: na życiu zawodowym czy skomplikowanym życiu prywatnym, gdzie też działo się wiele. Obydwa te zostają niewykorzystane do końca, jednak udaje się stworzyć dość skomplikowany portret jednego z najbardziej kontrowersyjnych ludzi w historii USA, dzięki któremu współczesna kryminalistyka osiągnęła wiele.

j.edgar_2

Spora w tym zasługa Leonardo DiCaprio, który bardzo dobrze udźwignął skomplikowany charakter Hoovera – kreującego mit bezwzględnego egzekutora i strażnika prawa, a jednocześnie nieśmiałego, żądnego sławy i akceptacji człowieka. I nie jest w stanie tego zepsuć koszmarna charakteryzacja (postarzali bohaterowie wyglądają naprawdę słabo). Równie świetny jest też Arnie Hammer, wcielający się w lojalnego i szczerego współpracownika, Clyde’a Tolsona. Ten duet parę razy nakręca ten film, a kilka scen porusza. Nie sposób nie wspomnieć też o Judi Dench (matka Hoovera) oraz Naomi Watts (sekretarka Helen Gandy), która jednak robi tylko za tło.

j.edgar_3

Sam film pozostaje ledwie solidna biografia, która miała potencjał na o wiele, wiele więcej. Gdyby nie Leo w roli głównej, byłoby przeciętnie. A tak jest troszeczkę lepiej niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Birdman

Riggan Johnson kiedyś to był aktorem, którego wszyscy znali. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu był bardzo popularnym aktorem, dzięki roli niejakiego Birdmana – człowieka-ptaka. Ale to przeszłość. dwadzieścia parę lat, jeden rozwód i kilka milionów dolarów później facet jest nikim – duchem przeszłości, który marzy o coś więcej. Dlatego postanawia sam wystawić, zagrać i wyreżyserować sztukę Raymonda Carvera – wydaje się to takie proste, prawda?

birdman1

Alejandro Gonzales Inarritu jeszcze parę lat temu można było porównać do Krzysztofa Kieślowskiego. W końcu dostał propozycję zrobienia filmu w kraju zwanym Hollywoodem – miejscu, gdzie można zrobić karierę, pod warunkiem pójścia na ustępstwa. Chyba że jest się kompletnym świrem i wariatem. Niby temat niespełnienia artystycznego, walki ze swoim wizerunkiem oraz próbą udowodnienia, że jest się kimś innym – to wszystko już było, ale jeszcze nie w takim wydaniu. Jest to totalnie surrealistyczna i bardzo pokręcona tragikomedia, gdzie czasami dzieją się rzeczy nie do końca zgodnie z rzeczywistością (lot Riggana na miasto, który tak naprawdę był… kursem taksówką), ale dając też wiele do myślenia nad mechanizmami szołbiznesu. Szokuje tutaj precyzyjna realizacja – Inarritu wspólnie z operatorem Emmanuelem Lubezkim oraz montażystami (Stephen Mirrione oraz Douglas Crise) wykonują nieprawdopodobną robotę, jakbym mieli wrażenie „płynności” całej fabuły, kręconej niby jednym ciągłym ujęciem (oraz obowiązkową zielenią). Jednak ta operatorska sztuczka połączona z perkusyjną muzyka potęguje tylko dziwaczny klimat, w którym próbujemy wejść w psychikę głównego bohatera, gdzie fikcja z rzeczywistością tworzą tutaj nierozerwalną całość.

birdman2

Kim jest Riggan? W interpretacji Michaela Keatona jest postacią żyjącą na krawędzi niemal psychicznego wyniszczenia oraz wypalenia. Sprawia tylko wrażenie człowieka przekonanego o swojej ścieżce, którą teraz kieruje. Ale tak naprawdę to maska, zresztą jedna z wielu. Ambitnego twórcy, niespełnionego aktora próbującego „wyrwać” się z dawno określonego wizerunku superherosa (wyznaczającego współczesne trendy, lecz niedocenionego), ale nie potrafiącego odnaleźć się w świecie współczesnych mediów (rozmowa z krytykiem teatralnym Tabithą czy dyskusje, gdzie przewija się Twitter i Facebook), korci go, by jeszcze raz nałożyć strój Birdmana (aluzje z Batmanem chyba nie są przypadkowe, a może są – sam nie wiem) oraz małostkowego skurwiela, dbającego bardziej o swoją reputację i nieudolnie próbującego nawiązać relacje ze swoją rozbitą rodziną. Keaton bywa tutaj i poważny, i śmieszny, i żałosny, ale do samego końca pozostaje człowiekiem. Choć zawłaszcza ekran całym sobą (kwestie ze sztuki, które wypowiada Riggan na scenie nie wydają mi się zbiegiem okoliczności), to ma paru godnych sekundantów.

birdman3

Kimś takim jest wracający po pewnej przerwie (ale zawsze będący w formie) Edward Norton. Jego Mike bywa kapryśny i lepiej się odnajduje w obecnej rzeczywistości, jednak jak sam mówi: „Tylko na scenie jestem autentyczny” i gra to niemal z poświęceniem, czasem wręcz przesadnym. Nie można też nie wspomnieć o Emmie Stone, która chyba zagrała najciekawsza kreację w swojej karierze. Wracająca z odwyku córka Riggana Sam, wymagająca opieki, krucha i pogubiona dziewczyna zapadła mi mocno w pamięć (nie tylko przez swoje duże oczy), podobnie jak bardziej poważny Zach Galifianakis (nieunikający manipulacji producent Jake) oraz Naomi Watts pokazująca niepewność swojej postaci – aktorki Lesley.

birdman4

„Birdman” chyba wydaje się być czymś więcej niż tylko próbą rozliczenia Michaela Keatona z samym sobą oraz próbą powrotu do glorii i chwały. To także tour de force Inarritu pokazujące nieobliczalność Meksykanina, będące trafna satyrą na szołbiznes i sztukę w ogóle. Zgniecie was albo odrzuci – innego wyjścia nie ma. Zgadnijcie, po czyjej stronie jestem ja?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabić prezydenta

Jest rok 1974. Druga kadencja prezydenta Richarda Nixona odbywa się w cieniu afery Watergate. W tym nieprzyjaznym dla Ameryki czasie, żyje niejaki Sam Bicke – sprzedawca mebli w średnim wieku. Ten facet dopiero ma pecha. Nienawidzi swojej pracy, bo musi klientom wciskać kit, z żoną jest w separacji, próbuje stworzyć własną firmę, ale nie może dostać kredytu, gdyż jego wspólnik jest czarny. Zdesperowany facet postanawia wziąć sprawy w swoje i zrealizować szalony plan: porwać samolot i uderzyć nim w Biały Dom, by zabić prezydenta Nixona.

zabic_prezydenta1

Trudno w to uwierzyć, ale kiedy reżyser Niels Muehler opowiadał tą historię, był przekonany, że jest ona tylko wytworem jego wyobraźni. W trakcie realizacji okazało się, że to wydarzyło się naprawdę. I to od samego początku wiadomo, jak to się skończy. Jeśli widzimy facet idącego na lotnisko, ze spluwą w ręku, to raczej nie robi tego dla zabawy. Krok po kroku przyglądamy się upokarzającym sytuacjom Bicke’a, u którego coraz bardziej pogłębia się pewna psychoza oraz wiara w „uczciwość”, zaś sama próba zamachu to tylko ostatnie pół godziny. Całość w dodatku oparta jest na stonowanych zdjęciach (podkreślają stan emocjonalny), oszczędnej muzyce i świetnym montażu, gdzie używa się repety i zapętlenia (oczekiwanie na pocztę czy kończenie pracy).

zabic_prezydenta2

Ale to wszystko nie miałoby takiej siły ognia, gdyby nie fantastyczny Sean Penn, który zawłaszcza sobie każdą scenę. Sam Bicke (to chyba nie jest przypadkowe skojarzenie z Travisem Bickle, pewnym nowojorskim taksówkarzem) to facet, który sprawia wrażenie nieudacznika. Ale im dalej go oglądamy, tym większe wywołuje on przerażenie (jego taśmy do Leonarda Bernsteina, gdzie przedstawia swoje poglądy wywołują grozę), że zaczynamy podejrzewać chorobę psychiczną. A może jest to po prostu szukanie osoby odpowiedzialnej za swoje nieszczęścia? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi, ale Penn magnetyzuje. Poza nim jeszcze warto wspomnieć świetnych Dona Cheadle’a (Bonny, mechanik) i Naomi Watts (była żona).

Mocne kino psychologiczne z magnetyzującym Pennem. Przerażająca wizja.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Idealne matki

Roz i Lil są przyjaciółkami od dawien dawna. Lil owdowiała, zaś mąż Roz pracuje na uniwersytecie w Sydney, a obie kobiety są matkami. Ich dość spokojne i stateczne życie wywróci się do góry nogami. A wszystko zaczyna się od pocałunku jednego z synów… z matką drugiego.

matki

Kino kocha literaturę praktycznie od zawsze i zawsze z niej czerpie. Tym razem mamy do czynienia z adaptacją opowiadania Doris Lessing i potencjał na bardzo interesujący dramat obyczajowy był. Jednak reżyserka Anne Fontaine zrealizowała ten film, jakby to był kolejny odcinek telenoweli.Owszem, pięknie wyglądają tu plaże, bohaterowie też są piękni (poza matkami, które nie są specjalnie brzydkie, ale widać ich wiek), jednak realizacja mocno chłodna. Oglądałem to z dużą obojętnością i kompletnym brakiem zainteresowania. Między bohaterami nie ma żadnej chemii, mogła się pojawić refleksja na temat przemijania oraz pewnej toksyczności związków, ale to wszystko takie płytkie i nudne, zaś dialogi – bardzo średnie. I tylko żal mi tu grających Naomi Watts i Robin Wright, które dały z siebie dużo, ale para poszła w gwizdek. Absolutny średniaczek i przynudzacz.

5/10

Radosław Ostrowski

Niemożliwe

Rok 2004, Tajlandia. Tam na wypoczynek przybywa rodzina (Maria i Henry z synami – Lucasem, Thomasem oraz Simonem) w Wigilię Bożego Narodzenia. Ale wtedy następnego dnia pojawia się tsunami, które zalewa hotel i nasza rodzina zostaje rozdzielona. Cała piątka musi się odnaleźć.

Pozornie wydaje się, że to będzie kolejna hollywoodzka produkcja, ale reżyser Juan Antonio Bayona trzyma rękę na pulsie. Wie jak opowiedzieć historię tak, żeby poruszyć, chwycić za gardło i zaangażować, choć wszystko wydaje się bardzo proste. Pokazany jest kataklizm w skali mikro, gdzie przyglądamy się wydarzeniom w niemal paradokumentalnym stylu. Samo pokazanie tsunami jest naprawdę porażające, a zwłaszcza to, co robi żywioł z bohaterami naprawdę poraża. Mamy krew, bród, żółć i zieleń (świetna charakteryzacja i scenografia) – a jednocześnie zawsze bohaterowie i ich dramaty zawsze są na pierwszym planie. Ich desperacja, nadzieja, smutek, strach wynikający z braku informacji – to wszystko jest pokazane i  powiedziane w sposób całkowicie przekonujący, bez patosu i bez żadnego fałszu, co łatwo można było schrzanić (zwłaszcza w przypadku dzieci).

niemozliwe2

Poza konsekwentnie prowadzoną reżyserią oraz poruszającym scenariuszem, nie można nie wyróżnić aktorów. Na pierwszym planie są Naomi Watts i Ewan McGregor – jako poszukujący się małżonkowie są bardzo przekonujący i emocje malują się na ich twarzach, wierzy się im na słowo. Jednak najtrudniejsze zadanie mieli chłopcy grający braci: Tom Holland, Samuel Joslin i Oaklee Pendergrast (kolejno Lucas, Thomas i Simon). I wypadli świetnie, co w przypadku dzieci zdarza się naprawdę rzadko.

niemozliwe1

To jest jeden z tych filmów, który pozostanie w mojej pamięci na długo – nie mam co do tego wątpliwości. Dawno nie było tak poruszającego filmu z katastrofą w tle.

8/10

Radosław Ostrowski