Wolne miasto

Wolne Miasto Gdańsk było tworem powstałym po zakończeniu I wojny światowej. Państwo-miasto podlegające Lidze Narodów jednak po objęciu władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera sytuacja stała się w nim bardzo napięta. Wyczuwa się w powietrzu napięcie między Polakami a Niemcami, wręcz parcie do konfrontacji. I to w tym mieście doszło do jednego z pierwszych starć II wojny światowej, czyli obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. O tym epizodzie postanowił opowiedzieć Stanisław Różewicz i to w roku 1958.

„Wolne miasto” zrobione jest w tym samym stylu, co późniejsze „Westerplatte”. Innymi słowy jest to paradokumentalna historia skupiona na grupce postaci. Pracownikach poczty, różnych pod względem wieku, zderzonych z nieprzyjemnie nastawionymi do nich obywatelami niemieckimi. W szczególności tych, co nosili uniformy oraz byli zafascynowani ideologią nazistowską. Oprócz naczelnika oraz jego zastępcy do urzędu trafia pochodzący z Warszawy Konrad. Nie wiadomo czym się zajmuje, ale spodziewa się najgorszego i chce przygotować budynek do potencjalnego ataku. Ten następuje 1 września, a pracownicy są zbrojeni w karabiny, granaty oraz broń maszynową. Jednak w starciu z niemiecką armią nie mają zbyt wiele szans.

Sam film można podzielić na trzy części. W pierwszej Różewicz obserwuje ostatnie dni przed wojną, by pokazać nastroje w mieście. Co najbardziej zaskakuje, reżyser nie pokazuje Niemców tylko w sposób negatywny, pełnych nienawiści czy wrogości. To są drobne epizody, ale przełamują zero-jedynkowe stereotypy. Bardziej to przypomina dokument, z kilkoma obyczajowymi scenkami, bez jakiejś konkretnej fabuły. To, że jest to tak bardzo przyziemne oraz bez nachalnej propagandowej agitki (a to jest końcówka lat 50.) wprawia mnie w konsternację. Równie zaskakuje przywiązanie do szczegółów – Niemcy mówią po niemiecku, sprzęt oraz uzbrojenie – a także bardzo surowa wręcz forma. Atak na pocztę pokazany jest niemal zgodnie z faktami (nie widzimy ucieczki kilku osób), zaś oszczędnie pokazana przemoc robi mocne wrażenie. No i oszczędnie pokazany finał, pozbawiony nadziei, gorzki, bez podniosłych mów i patosu. Tak samo udział mniej znanych twarzy, które dopiero z czasem miały zabłysnąć (m.in. Jan Machulski czy Piotr Fronczewski).

„Wolne miasto” reklamowano jako pierwszy polski film o wrześniu ‘39. I tak samo jak późniejsze „Westerplatte” unika zabawy w agitkę, skupiając się na odtworzeniu pierwszej konfrontacji z nazistowskimi Niemcami. Surowe, niemal dokumentalne, ale szczere, poruszające oraz angażujące.

8/10

Radosław Ostrowski

Ciemno, prawie noc

Wałbrzych. Miast pełen brudu, kopalni oraz szarzyzny. I to właśnie tutaj przybywa dziennikarka Alicja Tabor, która kiedyś tu mieszkała. Próbuje napisać o sprawie zaginięcia trójki dzieci, mimo starań policji. Ale kobieta jeszcze próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości, co może mieć istotny wpływ.

ciemno prawie noc1

Borys Lankosz po latach przerwy wraca z kolejną adaptacją literacką. Tym razem wziął na warsztat powieść Joanny Bator, której – niestety, albo na szczęście nie czytałem. Niby mamy tutaj coś w rodzaju dochodzenia, gdzie nasza bohaterka prowadzi rozmowy. Czy to z matką jednej z zaginionych dzieci, ciotką drugiego czy dyrektorem z domu dziecka „Aniołek”. I do tego jeszcze mamy przebitki z przeszłości, odkrywania tajemnic z życia samej Alicji (a dokładniej zniknięcia jej siostry) oraz wiele innych zagadek. I muszę przyznać, że atmosfera oraz klimat tajemnicy naprawdę wciąga. Poczucie obcości potęgują znakomite zdjęcia Marcina Koszałki (zarówno te nocne, jak i przyrody) oraz świdrująca uszy muzyka. Ale dla mnie największym problemem jest tutaj scenariusz, który całe to śledztwo spycha absolutnie na daleki, BARDZO daleki plan. Twórcy przypominają sobie o tym w ostatnich 30 minutach, gdzie znikąd pojawia się pewien trop. Do tego jeszcze przeskakujemy z postaci na postać, z wątku na wątek, już do niego nie wracając.

ciemno prawie noc2

Bo im dalej w las, tym więcej patologii, brudu i degrengolady zobaczycie. Gwałty, zabijanie zwierząt, pedofilia, pornografia dziecięca, handel dziećmi, kazirodztwo, Kotojady, morderstwo – chyba niczego więcej nie pominąłem. Problem jednak w tym, że im bardziej oddalamy się od śledztwa oraz niby bliżej poznajemy tło, tym bardziej miałem to kompletnie w dupie. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach, co jest kompletnie zaskakujące. Samo szokowanie brutalnością, podłością i okrucieństwem świata, gdzie słońce już dawno opuściło to miejsce jest bardzo nieskuteczną strategią. Zamiast współczucia jest nuda, śmiech, obojętność (niepotrzebne skreślić).

ciemno prawie noc3

Reżyser jest jednak na tyle sprytny, że zaprosił iście gwiazdorską obsadę i częściowo próbuje ratować ten bajzel. Ale te duże nazwiska w większości pojawiają się na kilka, kilkanaście minut. Podobać może się wycofana Magdalena Cielecka w roli Alicji Tabor, tylko że nie bardzo byłem w stanie wejść w jej skórę. Niewiele się o niej dowiadujemy, albo inaczej: ta historia jest strasznie poszatkowana. Poza nią najbardziej wybija się z tego grona Piotr Fronczewski (dyrektor domu dziecka) oraz bardzo pogubiona Roma Gąsiorowska (Mizera).

Oglądając „Ciemno, prawie noc” cały czas miałem skojarzenia z „Ostrymi przedmiotami”, tylko że Lankoszowi ktoś bardzo stępił pazury. Zamiast emocji oraz tajemnicy, pojawia się przerost formy nad treścią, a kolejne dokręcanie patologicznej śruby po prostu irytuje. Nie spodziewałem się takiego rozczarowania.

4/10

Radosław Ostrowski

Zabij mnie glino

Znamy ten schemat nie od dziś: policjant ściga przestępcę. Groźnego i niebezpiecznego, który już raz uciekł. W którymś momencie pojedynek między nimi ma charakter osobisty. Jeden z nich nie przeżyje tego. Nie, to nie jest „Gorączka” Michaela Manna, ale produkcja z naszego podwórka. Ciężko to sobie wyobrazić? Ale dla debiutującego reżysera Jacka Bromskiego nie było rzeczy niemożliwych.

Schemat znamy, to poznajmy szczegóły. Przestępcą jest Jerzy Malik – inteligentny, ale i bezwzględny złodziej, którego wystawił szef podczas roboty. Ten ucieka do swojej żony, gdzie zgarnia go kapitan Popczyk. Malik zaczyna planować zemstę zarówno na gliniarzu, jak i byłym szefie, Stawskim. Udaje mu się uciec z więzienia, dzięki poznanemu w pierdlu Sewerynowi. Mężczyzna planuje zabicie Popczyka w jego mieszkaniu, ale cała akcja kończy się śmiercią kobiety i jej kochanka. I to tylko zaostrza sprawę.

zabij mnie glino1

Na pierwszy rzut oka, sama historia wydaje się być dość ograna, ale Bromski jest cwany. Dlaczego? bo trudno tak naprawdę osadzić miejsce akcji tego filmu. Niby to Polska Ludowa, a wygląda jakbyśmy byli w jakimś kraju bliżej Europy Zachodniej. Skąd to przypuszczenie? Reżyser kompletnie ubarwia ówczesną rzeczywistość. Komisariaty (przynajmniej wnętrza) wyglądają jak z amerykańskich metropolii: szklane pomieszczenia, nowoczesny sprzęt (ta ciężarówka z kamerami) i jedzenie z McDonalda. Którego jeszcze wtedy nie było. Ani razu nie pada słowo milicja, w telewizji są trzy kanały (zamiast dwóch), wszyscy jeżdżą zagranicznymi samochodami. Dopiero w finale pokazano polskie blokowisko, gdzie dochodzi do ostatecznej konfrontacji.

zabij mnie glino2

Nawet bandyci tutaj wyglądają jak wzięci z europejskiego kina. Zawsze elegancko ubrani, otoczeni drogimi przedmiotami, pięknymi kobietami. Ale są równie niebezpieczni, gdy się nadepnie im na odcisk. No i nie brakuje wyrazistych epizodów, dodających realizmu: fałszerz, paser, prostytutki. Wszystko to, choć wzięte w cudzysłów, czyni ten film odporniejszym na ząb czasu.

zabij mnie glino3

Sama intryga jest poprowadzona bardzo pewnie i zgrabnie. Poza polowaniem, Bromski wykorzystuje wiele znany elementów z gatunku: planowany skok na wagon pocztowy, informatorzy, bijatyka w barze. Wszystko to zrealizowano sprawnie, zaś historia wciąga do ostatniej sekundy. Nie brakuje tu zarówno rozładowującego napięcia humoru, ciętych dialogów oraz odpowiednio budującej klimat muzyki (syntezatorowo-rockowo, ale godnie się starzeje). Jedynym poważnym problemem był dla mnie odgłos z wystrzeliwanej broni, który psuje efekt. Nadal wrażenie robi praca kamery oraz dynamiczny montaż, a także bardzo dobrze napisany scenariusz.

zabij mnie glino4

To wszystko by nie podziałało, gdyby nie świetnie dobrana obsada. Malika zagrał Bogusław Linda i była to dla niego rola przełomowa. Aktor znany głównie z ról w kinie moralnego niepokoju, tutaj po raz pierwszy gra twardziela. Może i gra czarny charakter, nie jest jednak demoniczny. Opanowany, tajemniczy, inteligentny, ale ma w sobie coś z dzikiego zwierzęcia. Gdy poczucie się zagrożony, atakuje, zaś zdrady nie wybacza. Wprawka przed popisami u Pasikowskiego. Po drugiej stronie jest Piotr Machalica jako Popczyk. Zmęczony życiem, nie potrafiący się dogadać z żoną pracoholik, dla którego robota to jedyna rzecz, jaką umie. Do tego zamknięty w sobie, wycofany, podczas śledztwa zaczyna grać naprawdę ostro. Bliżej mu do komisarza Halskiego niż porucznika Borewicza, co jest sporym zaskoczeniem. Na drugim planie nie brakuje wyrazistych postaci, co zazwyczaj bywa problemem. Najbardziej wybija się trzech panów: rozgadany i dowcipny inspektor Jachimowski (brawurowa kreacja Andrzeja Grabarczyka), niezbyt rozgarnięty Seweryn (zaskakujący Zbigniew Zamachowski), będący na utrzymaniu prostytutki oraz bardzo śliski Donald (mocny Marek Barbasiewicz), planujący oszukać swojego szefa. Jest jeszcze Anna Romantowska, czyli Dorota – kobieta zakochująca się w Maliku, widząca w nim jaśniejszą stronę. Nawet jeśli miejscami wydaje się zbyt ekspresyjna, nie popada w parodię czy szarżę.

zabij mnie glino5

Dla wielu „Zabij mnie glino” to najlepszy film w dorobku Jacka Bromskiego. Reżyser później próbował iść w stronę kina sensacyjnego („To ja, złodziej” czy „Anatomia zła”), ale nie zbliżył się nawet do poziomu debiutu. Mimo lat nadal trzyma w napięciu i ogląda się więcej niż dobrze. A Warszawa wygląda bardziej europejsko niż kiedykolwiek.

8/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia misja

Francja. To tutaj działa Andre Kostynowicz. Nie słyszeliście o nim, ale jest najlepszy w swoim fachu. Zabija ludzi za pieniądze na zlecenie rządu Francji. Właśnie wykończył dwoje członków Hamasu, którzy próbowali zabić premiera. Podczas akcji przechodzi chwilowe osłabienie – okazuje się, że ma guza mózgu. Nie zostaje mu zbyt wiele czasu, chyba że zgodzi się na operację. Przełożeni Kostynowicza dają mu kolejne zadanie: francuska mafia wydała wyrok na biznesmena Józefa Murana. Mężczyzna decyduje się przyjechać do Polski, bo ma kilka niezałatwionych spraw. Nie wie, że na miejscu już czeka na niego obława.

ostatnia misja1

Wojciech Wójcik był przez lata uważany za jednego ze specjalistów od kina sensacyjnego. Zawsze stawiał na wiarygodną psychologię postaci oraz obserwację rzeczywistości. „Ostatnia misja” to kolejna współpraca reżysera z Witoldem Horvathem, ale efekt nie trzyma poziomu „Ekstradycji”. Znowu mamy pokazaną III Rzeczpospolitą Aferową: korupcja na szczytach władzy, powiązania biznesu z mafią, finansowe machlojki. Do tego handel narkotykami, mafijne rozgrywki, rezydent FBI, brudy z przeszłości. Tłoczno tu i ciasno, jak na ponad półtorej godziny. Przez co ciężko pozbyć się wrażenia, że wiele wątków (bankowy dług, walka o władzę między Sztychem a Rekordem) i postaci należałoby usunąć. Choćby w przypadku córki Kostynowicza, która ma ojczyma (oskubał ją z kasy), starszego pana, będącego tak naprawdę przyjacielem Andre i jeszcze wspólnika Bruno. Ten ostatni okazuje się prawą ręką Murana oraz próbuje rządzić półświatkiem. Sama intryga jest poprowadzona troszkę przewidywalne, ale nie wywołuje to znużenia. Z czasem wszystko zaczyna się rozkręcać i jest parę zaskoczeń.

ostatnia misja2

Pod względem realizacyjnym największym problemem był dla mnie montaż. W paru scenach (m.in. akcja na początku czy wysiadanie Murana z auta) cięcia są miejscami zbyt szybkie, zaś kamera stara się przyspieszać. Napięcie próbuje potęgować zaskakująco dobra muzyka Grzegorza Skawińskiego, a dialogi nie są pozbawione humoru. Tylko, ze czegoś tutaj brakuje. Jakiegoś mocnego uderzenia czy pazura, by film zapadł mocniej w pamięć.

ostatnia misja3

Wójcikowi udało się za to zebrać ekipę bardzo dobrych aktorów, którzy wykonują swoją robotę bez zarzutu i podnoszą frajdę z oglądania. Świetnie się sprawdza Peter J. Lucas w roli Kostynowicza. Spokojny, opanowany, zawodowiec w swoim fachu, ale jednocześnie tłumiący emocje. Klasę kolejny raz potwierdza Janusz Gajos w roli tropiącego komisarza Sobczaka. Aktor znowu potwierdza swoją formę, ożywiając pozornie nieciekawą postać skutecznego gliniarza, sprawnie łączącego fakty i mającego szerokie kontakty. Tak samo złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o Piotrze Fronczewskim (śliski biznesmen Muran) oraz Mirosławie Bace (Bruno Wiśniewski). Ale jest jedna duża skaza w tym wianuszku, czyli Ewa Gorzelak. Aktorka w roli Moniki przez cały czas wydaje się sztuczna, jej nadekspresja irytuje, zaś kilka dialogów w jej wykonaniu brzmi fatalnie.

ostatnia misja4

Powiedzmy sobie to wprost: Wojciech Wójcik miał lepsze filmy w swoim dorobku niż „Ostatnia misja”. Mimo wielu wad oraz klimatu lat 90., potrafi wciągnąć i dostarczyć odrobinę rozrywki. Tylko, że można było z tego wycisnąć więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Rojst – seria 1

Początek lat 80., małe miasteczko gdzieś w środku PRL-u. Życie płynie tutaj powoli, spokojnie, pod banderą jedynej, słusznej partii. Tam wszyscy się znają i jakoś to w miarę spokojnie wszystko działa. Aż do czasu, kiedy nocą w lesie zostają znalezione zwłoki, sztuk dwie. Pierwsza ofiara to nikt, kurewka taka, jaką można sobie znaleźć w tutejszym hotelu, ale towarzysz Grochowiak – to już zupełnie inny kaliber. Towarzysz zajmował się sprawami sportowymi i był bardzo szanowaną personą. Ale sprawa wyjaśnia się dość szybko: zabił konkubent prostytutki, narzędzia nie ma.

Dla dziennikarza Witolda Wanycza to kolejna notatka, zwłaszcza że już wkrótce wyjeżdża stąd. Ale przybywa tutaj nowy narybek gazety – Piotr Zarzycki z Krakowa. I chłopak próbuje na własną rękę wybadać sprawę, bo coś w niej jest nie tak. Wanycz próbuje go upilnować, ale sam pakuje się w inną sprawę. Odkrywa, że w czasie, gdy zamordowano lokalnego watażkę, dwoje nastolatków skoczyło z dachu bloku. Śledztwo wyciszono, bo ojcem jednej z ofiar był skazany wcześniej opozycjonista. Czy te dwie sprawy łączą się ze sobą, czy to zwykły zbieg okoliczności?

rojst1

Polskie seriale kryminalne akurat wychodziły nam co najmniej nieźle, a osadzenie w realiach PRL-u też stało się nowym trendem na naszym podwórku („Bogowie”, „Sztuka kochania”, „Jestem mordercą”). Dlatego czekałem na „Rojst”, mimo że za realizację odpowiada debiutujący na stanowisku reżysera operator Jan Holoubek. Punkt wyjścia obiecuje wiele, a dwa dochodzenia potrafią zaangażować. Ale bardziej niż odpowiedź na pytanie „kto zabił?”, reżysera interesuje zbudowanie aury tajemnicy oraz bardzo dokładne odtworzenie realiów epoki. Muszę przyznać, że wygląda to znakomicie wizualnie. Scenografia (od tapet i wyglądów mieszkań po budynki, siedzibę redakcji, szkolną dyskotekę czy sam hotel – zwłaszcza bar wieczorem) jest bardzo szczegółowa, a wykorzystane w tle fragmenty serwisów informacyjnych (radio), jak i piosenek budzi ogromny podziw – nawet szyld Społem czy Pewexu cieszy oko. Duch czasów jest wręcz namacalny, chociaż został przefiltrowany przez współczesną perspektywę (niczym w „Córkach dancingu”), co nie znaczy, że nie pokazano szarości, brudu oraz mroku, co widać choćby w domku rzeźnika czy szarych blokach. Tak samo praca kamery (m.in. wizja lokalna) oraz gra oświetleniem (scena kolacji u Zarzyckich) czy płynny montaż między retrospekcjami (sceny z dwojgiem samobójców).

rojst2

Jednak sama historia troszkę cierpi. O ile początkowo aura tajemnicy potrafi wessać, zwłaszcza gdy widzimy skrywający tajemnicę las, to dalej dwutorowość narracji zaczyna być pewnym balastem. Liczyłem na większą relację miedzy Wanyczem a Zarzyckim, która mogłaby pójść w kierunku mentor-adept, jednak wspólnych scen jest stanowczo za mało. A kiedy do nich dochodzi, wtedy zaczyna iskrzyć. Tak samo niektóre postacie i wątki nagle się urywają, znikają (postać kierownika hotelu, będącego troszkę szarą eminencją tego miasta czy prostytutki Nadji, która zostaje pobita – kto i dlaczego, nie pytajcie, bo odpowiedzi nie ma), by nagle wrócić od tak. Podobnie rozwiązanie obydwu śledztw nie dostarcza w żadnym wypadku satysfakcji – zwłaszcza główny wątek jest bardzo przewidywalny (zwłaszcza motyw i sprawca), a drugi nie daje odpowiedzi dlaczego (inaczej, rozumiem pobudki kierujące dziewczyną, ale dlaczego chłopak postanowił dołączyć do niej). W ostatnim odcinku cały klimat trafia szlag, zaś niektóre zachowania postaci (wręcz pójście pod ostrzał) zaprzeczają logice, zaś twórcy dają zbyt wiele dopowiedzeń (las przestaje być tajemniczy, motywacja Wanycza też staje się jasna). Także dialogi miejscami potrafią zaboleć (wątek ciężarnej żony Zarzyckiego – samej w mieście i ich rozmowy), można też było dodać więcej nowomowy z epoki, a nie tylko wrzucać bluzgi.

rojst3

Sytuację próbują ratować aktorzy, wyciągając z materiału prawdziwe mięcho. Przewodzi tutaj absolutnie kapitalny Andrzej Seweryn, niby wcielając się w znajomy szablon cynicznego, zgorzkniałego, zmęczonego życiem samotnika. Jednak pod tą maską kryje się człowiek zdeterminowany i uparty, przypominający troszkę swojego młodszego kolegę (świetny Dawid Ogrodnik) – idealistę, dla którego prawda jest wartością najważniejszą, bez względu na cenę. Szkoda tylko, że wspólnych scen mają tak niewiele, bo to byłby fantastyczny duet. Drugi plan jest tutaj przebogaty i pełen wyrazistych ról: od enigmatycznego Piotra Fronczewskiego (kierownik), surowego Ireneusza Czopa (prokurator) przez niezłych młodych aktorów (Nel Kaczmarek i Jan Cięciara), przekonującą Magdalenę Walach (pani Grochowiak) aż po demonicznego Jacka Belera (gliniarz Kulik) oraz groźnie wyglądającego Marka Dyjaka (rzeźnik).

„Rojst” obiecywał naprawdę wiele i część z tych założeń zrealizował. Szkoda tylko, że tuż przed linią mety potknęli się o własne nogi. Niemniej pozostaje nadzieja, że powstanie ciąg dalszy (ostatni kadr), twórcy poprawią błędy i podszlifują swoje dzieło, by błysnęło pełnym blaskiem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Stanisława Celińska – Malinowa…

malinowa-w-iext52789968

Sukces “Atramentowej” okazał się niespodzianką dla wszystkich zaangażowanych. Status podwójnej platyny, masa koncertów spowodowały, że trzeba było pójść za ciosem. Najpierw był suplement do poprzednika, ale w tym roku pojawiło się premierowe dzieło, gdzie Celińska (razem z Maciejem Muraszko) wyruszyła w kolejną wyprawę pełną dźwięków oraz własnych tekstów. Co z tego wyszło?

Nadal poruszamy się po brzmieniach bardziej latynoamerykańskich, czyli bossa novy, fado itp. Nadal dominują wszelkiej maści gitary, co potwierdza lekko melancholijny “Już nie trzeba mi”, gdzie znalazło się miejsce dla skrzypiec oraz akordeonu. Cieplej przygrywa gitara w “Drzewie”, dodając pogodności, by potem przyspieszyć w “Mija raz dwa” z zadziornymi smyczkami. Troszkę mroczniej (fortepian oraz oszczędna perkusja) zaczyna się dziać w “Ja – tu, Ty – tam”, gdzie gościnnie pojawia się sam Piotr Fronczewski. A wiadomo, że obecność pana Fronczewskiego czyni wszystko lepszym, nawet skrzypce graja bardziej szlachetnie. Całość jest zdominowana przez bardziej refleksyjne i nastrojowe melodie, w których gra gitara z fortepianem (“Słowa”, “Nie chcę inaczej”), ale pojawiają się pewne drobiazgi w postaci klarnetu (“Wybacz”), bardzo dynamicznego akordeonu Marcina Wyrostka (bossa nova “Gdzie jesteś dziewczyno”), zwiewnego fletu (“Korali sznur”), cymbałki (lekko “cyrkowa” w brzmieniu “Maskarada”) czy jazzowego saksofonu (ciepła “Malinowa herbatka”), więc nie można go nazwać monotonnym.

Sama Celińska z bardzo spokojnym, ale pełnym emocji głosem tworzy niesamowity, angażujący spektakl, pełen refleksji na temat życia w ogóle. Nie tylko relacji z innymi ludźmi, ale też przemijaniem, fałszem, radością życia, co słychać w szczerych tekstach. Na coraz bliżej nadchodzącą jesień, będzie to idealna propozycja. Najlepiej w duecie z herbatką.

8/10

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

Magda Umer – Duety. Tak młodo jak teraz

duety

Każdy fan poezji śpiewanej musi w końcu poznać na swojej muzycznej ścieżce Magdę Umer. Ta wokalistka, aktorka i reżyserka ma na koncie kilka płyt, jednak ta ostatnia jest dość nietypowa i stanowi pewnego rodzaju podsumowanie drogi artystycznej. Jak sama nazwa wskazuje, jest to zbiór duetów, z którymi Umer wykonuje utwory ważne w swoim życiu, chociaż niekoniecznie będąc ich pierwszą wykonawczynią.

Pod względem muzycznym nie będzie zaskoczeń – jest to bardzo melancholijne, spokojne i eleganckie. Ale i potrafi być zaskakująco jak w przypadku utworu „Ta ostatnia niedziela” w wersji tango (gra akordeon, kontrabas, perkusja, skrzypce) czy bardziej jazzowe „W żółtych płomieniach liści” i pianistycznym „Co za tym pagórkiem”. Ale dostajemy kilka prawdziwych perełek – smutne „Dwa serduszka cztery oczy” (gitara i saksofon), ciepły i pełen smyków „Czas rozpalić piec”, jazzowy „Tak młodo jak teraz” czy „Pa-Role”. Za serce chwyta też tytułowy „Tak młodo jak teraz” czy pachnący stylem Voo Voo „Pora by się rozstać”, a największą niespodzianką jest rapowany „Rzuć chuć”. Takie ciekawostki ubarwiają ten dość jesienny album.

Sama gospodyni dość spokojnym, ale ciepłym głosem naznacza każdy utwór (samodzielnie śpiewa tylko w „Czasie na obłoki i las”, gdzie towarzyszy jej… Czas (tykający zegar). A zestaw gości jest naprawdę imponujący, gdzie każdy otrzymał spore pole do działania, wykorzystując go w całości: Piotr Fronczewski, Piotr Machalica, Wojciech Waglewski, Janusz Gajos czy naprawdę brawurowy Artur Andrus to prawdziwa mieszanka. Dodatkowo dostajemy jeszcze trzy bonusy: „List nieortograficzny” z Jeremim Przyborą, świąteczny „Na całej połaci śnieg” z mruczącym Wojciechem Mannem (to naprawdę poprawia humor) oraz koncertowa „Płachta nieba” z Jackiem Klyffem. I tak naprawdę trudno wybrać ten najlepszy duet.

Niby albumów z duetami było mnóstwo, ale „Duety” Magdy Umer w całości mnie ujęły. Kapitalna płyta utrzymana w tonacji bardziej jesienno-zimowej, dla osób szukających bardziej refleksji i czegoś na inteligentnym poziomie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Sęp

W ciągu sześciu lat zniknęło lub uciekło kilkudziesięciu kryminalistów, zaś śledztwa w ich sprawie utknęły w martwym punkcie. Kiedy jednak zostaje odbity z więziennego konwoju po procesie Radosław Raczek „Djuna”, generał policji prosi o pomoc w rozwiązaniu sprawy inspektora Bożka i komisarza Aleksandra Wolina „Sępa”.

sep1

Mówi się, że w Polsce nie da rady zrobić filmu akcji na poziomie amerykańskim. A jednak, zadania tego podjął się Eugeniusz Korin – reżyser teatralny, który debiutuje na dużym ekranie. Sama intryga jest naprawdę pomysłowo i nieszablonowo opowiedziana – reżyser myli tropy, kluczy, parę razy potrafi zaskoczyć, zaś finał pozytywnie zaskakuje (jednak moralne rozterki bohatera zbyt łatwo zostają rozwiązane). Choć film trwa około dwóch godzin, nie ma tu miejsca na nudę. Owszem, dialogi nadal bywają niesłyszalne, sceny pod tablicą (Sęp rozwiązujący matematycznie zagadkę) wydają się zbędne, ale za to jest świetnie zrealizowane (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie), czuć tutaj inspiracje Davidem Fincherem i Christopherem Nolanem (montaż równoległy). Dawno nie było filmu, który by tak wyglądał na naszym podwórku.

sep2

A skoro porównuje się do Hollywood, to i obsada musi być gwiazdorska. No i jest – pytanie, czy poza tym idzie coś więcej? O dziwo tak, choć nie jest idealnie. Naprawdę dobrze wypadł Michał Żebrowski w roli wnikliwego śledczego, który jak naukowiec łączy fakty w całość, a i przyłoić też potrafi. Partnerujący mu Daniel Olbrychski w roli inspektora Bożka wypada bardzo przekonująco i ma ten błysk w oku. Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić Piotra Fronczewskiego (generał Krasucki), Andrzeja Seweryna (profesor Reaktorski) i Mirosława Bakę (Rajski, dowódca oddziału odbijającego więźniów). Ale żeby nie było zbyt dobrze, są dwie poważne rysy: irytujący Paweł Małaszyński (komisarz Robaczewski) – na szczęście nie pojawia się zbyt długo i Anna Przybylska (Natasza McCormack), która średnio pasuje na instruktorkę kickboxingu.

sep3

Korin swoim debiutem udowodnił, że i u nas da się zrobić dynamiczny i nieszablonowy kryminał. Choć może nie wszystko jest dopracowane, to jednak potrafi zrobić mocne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski