Przed zachodem słońca

Jesse i Celine po wspólnym dniu i nocy w Wiedniu obiecali sobie, że wrócą tu za pół roku. I przypadkowo poznają się po 9 latach w Paryżu. On został pisarzem i promuje swoją powieść, ona ukończyła studia i mieszka w Paryżu. Niby ich znamy, ale w życiu wiele się pozmieniało, znowu zaczną ze sobą rozmawiać aż do momentu, kiedy trzeba będzie pójść na lotnisko.

zachod1

Sequele są trudne do zrealizowania, zwłaszcza w przypadku tak nastrojowego i klimatycznego filmu jak „Przed wschodem słońca” opartego na dialogach i gadaniu. A jednak Linklaterowi znowu się udało stworzyć pasjonujący i ciekawy film, choć uroku i młodzieńczości już tu nie ma. Ale nie jest to zaskakujące, bo bohaterowie dojrzeli i się zmienili. Może nie tyle oni, co ich przekonania i refleksje. Jednak nadal słucha się tych opowieści. Na początku jest dość lekko, swobodnie i pozornie o niczym, ale im dalej tym więcej pojawia się rozczarowań, smutku, poczucia niespełnienia, nieudane związki. Niby jest to potem obracane w żart, ale posmak goryczy pozostaje. Nadal jednak są to dość poważne i wnikliwe refleksje na temat człowieka w ogóle – jego miejscu na ziemi, próbach nawiązania relacji i dlaczego małżeństwa staja się nieszczęśliwe. Reżyser jednak tutaj stoi bardziej przy ziemi, pozbawiając trochę otoczki romantyzmu, co w tym przypadku chyba jest zaletą. Także grający tu główne role Julie Delpy i Ethan Hawke nadal przykuwają uwagę i ciągnie ich do siebie – oboje są dojrzali, zweryfikowali swoje przemyślenia, ale nadal jest między nimi chemia.

zachod2

I tylko jedna rzecz mi się nie podobała – za krótko. Następuje zawieszenie i znów trzeba będzie poczekać jakieś 9 lat, żeby poznać dalszy ciąg. A że będzie, to tylko kwestia czasu.

8/10

Radosław Ostrowski

W ciemność. Star Trek

USS Enterprise po wykonaniu zadania obserwacji planety (niestety, nie udało się nie pokazać innej cywilizacji) zostaje pozbawiony dowództwa Kirka. W tym samym czasie w Londynie, dochodzi do wysadzenia biblioteki Gwiezdnej Floty, zebrana zostaje narada dowódców, gdzie także dochodzi do ataku. Odpowiedzialny za to John Harrison ucieka na teren Klingonów, którzy mają dość napięte relacje z Flotą. Kirk razem z załogą Enterprise wyrusza się zemścić.

st2

Kiedy cztery lata temu J.J. Abrams zrestartował cały cykl (film nr 11), nikt nie podziewał się tak dużego sukcesu, otwierając uniwersum nawet dla osób, które nie znały poprzednich filmów. Tutaj intryga pozornie wydaje się taka sama jak 4 lata temu, jednak tak naprawdę jest aż dwóch czarnych charakterów, zaś od zachowania Enterprise zależą losy całego kosmosu. Jest to efektowne (nawet efekciarskie), choć już nie robi to aż takiego wrażenia. Jest mroczniej, poważniej i dłużej. Strzelaniny i pościgi są dynamiczne, jest masa wybuchów, czasami jest to przewidywalne, nie brakuje też humoru (Scotty rządzi!), ale jako całość ogląda się to naprawdę dobrze, zaś nie brakuje tutaj pomysłowych zagrań. Może trochę za mało jest tutaj obcych ras, ale może następnym razem się uda.

st1

Aktorsko młodzicy 4 lata temu zrobili zamieszanie i nadal sobie dobrze radzą. Między Chrisem Pinem (łobuzerski kapitan Kirk) a Zacharym Quinto (sztywny i trzymający się regulaminu Spock) iskrzy, zaś sprzeczność charakterów dorzuca odrobinkę humoru. Cała załoga Enterpirse radzi obie dobrze (ze szczególnym wskazaniem na Karla Urbana czyli dra Bonesa oraz Simona Pegga – Scotty’ego). Jednak najmocniejszym atutem jest Benedict Cumberbatch, czyli główny zły. Mówi z brytyjskim akcentem, szarżuje i naprawdę budzi respekt. To samo można powiedzieć o Peterze Wellerze (dążący do wojny admirał Marcus).

Niby nie jest to coś nowego, ale ogląda się to dobrze i jest to kawał porządnie zrobionego kina SF. Może bardziej efekciarskie niż poprzednik, jednak trudno odmówić Abramsowi pomysłu na odświeżenie cyklu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Iron Man 3

Wszyscy fani komiksów znają Tony’ego Starka ps. Ajron Men. Jeden z najbardziej wyluzowanych superherosów ostatnio nie ma lekko. Po ostatniej akcji z Avengersami, gdzie o mało nie zapłacił tego własnym życiem, przeżywa napady lękowe. Ale jeśli myślicie, że facet będzie miał urlop powiem krótko: nie będzie. Światu (czyt: Ameryce) zagraża tajemniczy terrorysta Mandaryn i pomagający mu Adrian Killian – szalony naukowiec.

im2

Powiem tak: jeśli widzieliście poprzednie części, wiecie czego należy się spodziewać – efektownej rozpierduchy, bez patosu i smęcenia, bo to jest rozładowywane żartem, ironią i humorem. Nie jest to aż tak efektowne i widowiskowe jak „Avengers”, ale i tak zabawa jest przednia. Intryga w zasadzie jest prosta, ale bardzo zgrabnie poprowadzona (tożsamość Mandaryna mnie akurat zaskoczyła), ostateczna konfrontacja jest efektowna, efekciarska i w ogóle, prosty schemat na dobrych i złych, psychologia jest uproszczona, ale umówmy się. To miała być czysta rozrywka i Shane Black (zastąpił Jona Favreau na stołku z napisem: director) wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie, zaś finał (operacja „Melanż”) to zadyma na maksa. Choćby dla tego warto zobaczyć ten film (jest dostępny z polskim dubbingiem, choć nie polecam).

im3

Scenariusz może nie jest zbyt logiczny i jest parę bzdur, ale to akurat jedyna wada. Aktorzy dopasowują się i wypadają rewelacyjnie. Robert Downey Jr. w poprzednich częściach brylował i był strzałem w dziesiątką. Tutaj tylko to potwierdza i czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, nawet w dramatycznych sytuacjach nie traci poczucia humoru. Ze starej ekipy zostali jeszcze Gwyneth Paltrow (Pepper Potts) i Don Cheadle (pułkownik Rhodes, kumpel Starka), którzy trzymali fason, zaś silnym wzmocnieniem są koncertowi Guy Pearce (jako Killian potwierdza, że jest świetny w rolach czarnych charakterów), Ben Kingsley (Mandaryn – niesamowicie ucharakteryzowany) i Rebecca Hall (Maya Hansen, była dziewczyna Starka).

im1

Infantylna, trochę naiwna, ale za to bardzo widowiskowa bajka w starym, dobrym stylu. Ajron Men wrócił i to w wielkiej formie. Pytanie tylko jak sobie poradzą sobie Avengersi?

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Jak zawsze w tej serii, po napisach końcowych jest jedna zabawna scenka.

Kolor pieniędzy

Szybki Eddie Felson był jednym z najlepszych bilardzistów, ale to było ponad 20 lat temu. Teraz sprzedaje alkohol, choć trochę kręci się po klubach bilardowych. I właśnie w jednym takim zauważa młodego, zdolnego chłopaka Vincenta z dziewczyną Carmen. Zaczyna go uczyć jak wygrywać dużą forsę, by dojść do wielkiego turnieju w Atlantic City.

kolor1

Dawno, dawno temu był taki film „Bilardzista” z Paulem Newmanem w roli młodego chłopaka, który miał nieprzeciętny talent do gry. Dalszy ciąg jego historii opowiedział Martin Scorsese w „Kolorze pieniędzy”. I znów idziemy do klubów, gdzie są stoły bilardowe, dymy z papierosów i wiele alkoholu. A jednocześnie pokazuje niby wyświechtaną relację uczeń-mistrz, podczas której uczeń przeskoczy mistrza oraz o wielkim powrocie do gry starego gracza. Całość ogląda się znakomicie, dzięki precyzyjnej realizacji (choćby czołówka z kapeluszem i dymem papierosowym czy świetnie zmontowane ujęcia rozgrywek bilardowych), świetnie dobranym piosenkom oraz dość zaskakującemu finałowi. Widać tu rękę Scorsese, który bardzo dokładnie buduje historię oraz postacie.

kolor2

A propos postaci, tutaj znów mamy galerię ciekawych postaci, granych przez świetnych aktorów. Eddie znowu zagrał Paul Newman (rok wcześniej dostał Oscara za całokształt), który znów pokazał wielką formę. Pozornie to jeden z wielu mentorów jakich na ekranie było wielu – trochę cyniczny, zgorzkniały, ale zawsze pewny siebie i powracający do gry w wielkim stylu. Nie wiem, jak to możliwe, ale nigdy nie widziałem filmu, w którym ten aktor wypadł słabo czy niewyraźnie i tutaj znów to potwierdził. Drugim mocnym punktem jest Tom Cruise, który nadal ma wkurzający śnieżnobiały uśmiech, ale bardzo przekonująco wcielił się w młodego, nieobytego gracza-cwaniaka. Powoli, ale stopniowo uczy się metod Falsona i w końcu go ogrywa. Trzecią do tej pary jest Mary Elizabeth Mastrontonio w roli bardzo pięknej Carmen, która tworzy zgrabną parę z Cruisem. Poza nimi jeszcze przewijają się na ekranie John Turturro (Julian) i Forest Whitaker (Amos – bilardzista, który ograł Felsona).

kolor3

Kolejny mniej znany, ale znakomity film w dorobku Martina Scorsese. Nie tylko dla fanów bilarda.

8/10

Radosław Ostrowski

Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości

Jest rok 50 p.n.e., czyli jak dobrze wiemy w tym czasie Juliusz Cezar spuścił łomot wszystkim Galom. Prawie wszystkim, gdyż jedna mała wioska, w której żyją Asterix i Obelix dzielnie stawia opór rzymskim najeźdźcom. Ale Cezar postanowił im odpuścić i ruszyć na podbój Brytanii. Królowa wysyła swojego zaufanego człowieka, Mentafixa do galijskiej wioski z prośbą o pomoc. Asterix i Obelix w towarzystwie Skandalixa (siostrzeniec wodza) i beczką magicznego napoju ruszają do Brytów.

Będąc młodym chłopcem zdarzało mi się oglądać stare filmy animowane z Asterixem i Obelixem zrealizowane przez Francuzów, dzięki którym miło spędzałem (i nadal spędzam) czas. Ale w końcu żabojady wpadły na pomysł, by przenieść komiksy o dzielnych Galach na duży ekran z żywymi aktorami. Pierwsza próba „Asterix i Obelix kontra Cezar” była całkiem niezła, za to „Misja Kleopatra” była esencją tego, za co kochano komiksy (dowcipne dialogi, masa odniesień do popkultury i świetna realizacja + świetny polski dubbing). „W służbie Jej Królewskiej Mości” to czwarta część serii (o „Asterixie na Olimpiadzie” nie wspominam) nakręcona przez Laurenta Tiranda („Mikołajek”), któremu udało się zachować atmosferę udziału w bezpretensjonalnej i lekkiej zabawie. Nie brakuje tutaj nabijania się ze stereotypów Angoli (picie o piątej, zachowanie opanowania i bycie dżentelmenem nawet w sytuacji wymagajacej brutalnego zachowania, zespoły), biurokracji  Rzymian (kontrola audytu w trakcie inwazji) czy Wikingów, którzy chcą poznać strach. I tu udaje się wykorzystać humor sytuacyjny, a także nie zabrakło żartów z popkultury („Kill Bill”, „Gwiezdne wojny”, gdy Cezar mówi Asterixowi, że jest jego ojcem czy przymusowa terapia savoir vivru w stylu „Mechanicznej pomarańczy”). Mimo humoru, zdarzają się jednak zastoje i spowolnienia tempa, ale to na szczęście rzadkie momenty.

asterix

Film był u nas pokazywany z polskim dubbingiem, a twórcy wpadli na dość ciekawy patent. Brytowie tutaj mówią mieszanką słów polsko-angielskich, z brytyjskim akcentem, co w zamierzeniu miało rozśmieszać i to się udało. A jak poradzili sobie aktorzy? Całkiem nieźle. Ze stałej obsady ostał się tylko Wiktor Zborowski, który jako Obelix spisał się tak jak w poprzednich częściach, czyli świetnie. Asterixowi tym razem (po wybornym Mieczysławie Morańskim i słabym Sławomirze Packu z olimpiady) głos podłożył Tomasz Borkowski i poradził sobie naprawdę przyzwoicie. Z drugiego planu należy zdecydowanie wyróżnić Miłogosta Reczka (Juliusz Cezar – scena u terapeuty naprawdę zabawna oraz „veni, vidi i nici”), Beatę Tyszkiewicz (królowa Kordelia) oraz Katarzynę Kwiatkowską (pani Macintosh – mistrzyni dobrych manier).

brytowie

Ta część serii wyszła Francuzom naprawdę przyzwoicie. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić (nawet efekty specjalne są dobre), choć zdarza się rozwlekanie fabuły. Niemniej humor jest przedni, dubbing polski dobry, a fabuła solidna. Czas nie będzie stracony.

6,5/10

Uprowadzona 2

Bryan Mills w poprzedniej części zmniejszył populację Albańczyków po tym, jak porwali mu córkę w Paryżu. Jednak jeden z mieszkańców Albanii nie może przełknąć śmierci swojego syna, który natknął się na Millsa i planuje zemstę. Chce porwać Milla oraz jego rodzinę podczas pobytu w Stambule. Bardzo szybko się przekonają, że to nie było rozważne posunięcie.

uprowadzona_300x300.jpg

„Uprowadzoną” wspominam z dużą sympatią i choć zdarzały się tam rzeczy na granicy prawdopodobieństwa, to bardzo przekonująco pokazano ojca, który by odbić swoje dziecko, jest w stanie pójść na całość, bez chodzenia na kompromisy, nawet jeśli pół miasta miało zniknąć z mapy. Zaskoczył Liam Neeson, po którym nie spodziewano się ewolucji w stylu Jasona Bourne’a, akcja była tak brutalna, że nie powstydziłby się sam Punisher. Druga część to niestety, odgrzewany kotlet, w dodatku nie najlepszej jakości. Po pierwsze, mniej brutalny. Po drugie, mocno średnie dialogi. Po trzecie, realizacja pozbawiona finezji i tej soczystości z „jedynki”. Tutaj złych Albańczyków zabija montaż tak chaotyczny, że trudno ogarnąć kto kog morduje. Po czwarte, słaby czarny charakter, któremu brakuje siły przebicia. Po szóste, sama akcja jest jeszcze bardziej absurdalna niż w jedynce. Tutaj Bryan Mills to niemal żywcem wzięty Terminator. Potrafi zapamiętać trasę jaką przebył, gdy został porwany (jedynie za pomocą dźwięków – ma super wyostrzony słuch oraz pamięć komputera). Plusem jest włączenie do akcji córki, która jest już bardziej zaradna. I tu dochodzi do akcji tak absurdalnej, że aż zabawnej. Jeśli zgubicie się w mieście, do lokalizacji nie trzeba GPS-a, tylko mapa, rysowanie okręgów i… trzy granaty – nie pytajcie mnie jak.

uprowadzona2_300x300

Sytuację częściowo ratuje Liam Neeson, ale nawet on nie jest w stanie uwiarygodnić tego akcyjniaka. Szkoda, bo potencjał był spory, ale realizacja i scenariusz nawaliły. Mam małą nadzieję, że trzecia część nie powstanie.

4/10

Radosław Ostrowski