Samarytanin

Kino superbohaterskie jest w tak silnej ofensywie, że można odnieść wrażenie jakby inne filmy nie istniały. Dzieła Marvela, DC, Netflixa, Prime Video – gdzie nie spojrzeć jakiś film czy serial z gośćmi w lateksach i/lub posiadającym supermoce. Teraz do tego grona trafia „Samarytanin”, czyli nowy film z Sylvestrem Stallonem jako superherosem. Co raczej jest sporym zaskoczeniem patrząc na wiek aktora.

samarytanin1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty – jest sobie miasto, gdzie panuje chaos i anarchia. Niczym w Detroit z „RoboCopa”, czyli syf, kiła i malaria. Tutaj 25 lat temu doszło do ostatecznego starcia między superherosem zwanym Samarytaninem a jego bratem bliźniakiem Nemezisem. Żaden z nich nie wyszedł żywy. 25 lat później poznajemy 13-letniego Sama (Javon Walton), mieszkający z matką i mający fioła na punkcie Samarytanina. Chcąc pomóc matce, bierze udział w kradzieży. Szef szajki, wielbiciel Nemezisa Cyrus (Pilou Asbaek) jest pod wrażeniem, że Sam nie pęka i daje mu sporą kasę. Zostaje napadnięty, a z opresji wyciąga go sąsiad Joe Smith (Sylvester Stallone). Niezwykła siła mężczyzny podsuwa chłopakowi podejrzenia, że mężczyzna jest uznanym za zmarłego Samarytaninem.

samarytanin3

Jeśli opis sugeruje wam kino z lat 90., to dzieło Juliusa Avery’ego właśnie tym jest. „Samarytanin” to taka mieszanka „Niezniszczalnego” (superbohater ukrywający swoją tożsamość) i „Shazama” (dzieciak zafascynowany głównym bohaterem oraz chcący być jak swój idol). Schematów i klisz jest tu od groma, a twórcy kompletnie się tego nie wstydzą. Mamy skrywającego swoją tożsamość superherosa, zafascynowanego nim dzieciaka (relacja ojcowska się buduje), wreszcie antagonisty, będącego fanem Nemezisa i planującego dokończyć jego dzieło. Po drodze jeszcze bredzi bzdury jak to na złola przystało, przez co potem ciężko traktować go poważnie. No i jeszcze finałowa konfrontacja (akurat świetnie zrobiona) w siedzibie antagonisty. Zaskoczeń nie ma (poza jednym, którego nie zdradzę), fabuła idzie po sznurku i wydaje się bardzo skromne, wręcz niskobudżetowe.

samarytanin4

I to niestety czuć. O samym mieście wiemy niewiele, przeszłość Samarytanina i Nemezisa jest zarysowana tylko w krótkim wstępie (ręcznie rysowanym, stylizowanym na komiks), zaś okolica ogranicza się do paru budynków. Jakby tego było mało efekty specjalne są niezbyt dobre (szczególnie pod koniec filmu), reszta postaci – poza trójką bohaterów – stanowi mało wyraziste tło. Z drugiej strony nieliczne sceny akcji są dobrze zrobione, z wieloma długimi ujęciami oraz czytelną choreografią. Szczególnie finałowa konfrontacja czy atak na Smitha przez gang potrafią dostarczyć wiele satysfakcji. Gdyby jednak jeszcze dostał kategorię R i lała się krew, efekt mógłby być jeszcze lepszy.

samarytanin2

Aktorsko tak naprawdę film skupia się na trzech postaciach: Smithie, Samie oraz Cyrusie, granych przez Stallone’a, Waltona i Asbaeka. Pierwszy wypada bardzo przekonująco jako samotny, wycofany heros z przeszłością, chcący mieć święty spokój. Mimo ponad 70 lat na karku Sly nadal daje radę w scenach akcji, co jest imponujące. Drugi bardzo naturalnie wypada w roli zafascynowanego Samarytaninem chłopca, który także próbuje pomóc mamie. Chociaż drogą jaką wybiera na początku nie jest zbyt uczciwa. Relacja tej dwójki to emocjonalne paliwo, potrafiące złapać za serce, gdzie Smith staje się mentorem i figurą ojca. Problem mam z Asbaekiem, który jako Cyrus wypada zaledwie ok. Sprawdza się jako szef gangu i wygląda jak ktoś z kim nie chcesz zadzierać. Ale im dalej w las, tym bardziej staje się on przerysowanym złolem, którego nie da się traktować poważnie.

„Samarytanin” jest bardzo staroszkolny w formie, a Klisza to jego dobre imię. B-klasowy film akcji w superbohaterskich fatałaszkach, ciągnięty dzięki charyzmie Stallone’a oraz porządnym scenom mordobicia. Jest pozostawiona furtka na sequel, ale czy potrzebny nam jest?

6/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców: The Suicide Squad

Jak wszyscy pamiętamy, pierwsze spotkanie z Legionem samobójców w 2016 roku nie należało do przyjemnych. Chaotyczna narracja, nijaka antagonistka, brak interakcji między członkami zespołu, przeładowanie ogranymi do bólu piosenkami, za dużo postaci. Innymi słowy, pomysł opowieści o antybohaterach, którzy w zamian za ratowanie świata/przywrócenie porządku mogą liczyć na skrócenie kary lub amnestię, został bezczelnie zmarnowany. Szanse na powrót wydawały się znikome. ALE zdarzył się Cud i nową opowieść o Legionie samobójców (oficjalna nazwa Task Force X) tym razem opowiada James Gunn.

Tym razem grupa kierowana przez prokurator Amandę Waller i pułkownika Ricka Flaga wyrusza na wyspę Corto Maltese. Tutaj doszło do przewrotu, gdzie obalono siłowo prezydenta. Ale celem jest tajemnicza baza w Jotunhaim, gdzie zbiegli naziści przeprowadzali bardzo niejasne eksperymenty. Teraz pojawia się nazwa Projekt Rozgwiazda, który może dotyczyć istoty pozaziemskiej. By dotrzeć do bazy i zinfiltrować ją, muszą porwać i zmusić do współpracy głównego naukowca, Thinkera. Zostają do tego wysłane dwie niezależne grupy: jedna pod wodzą Flaga (ostatecznie żywi z tego wychodzą Flag i Harley Quinn), druga Bloodsporta.

Od samego początku reżyser nie patyczkuje się i serwuje krwawą jatkę polaną bardzo czarnym humorem. Nie ma tutaj wyjaśniania, o co chodzi z Legionem i po co powstał, tylko jesteśmy rzuceni na głęboką wodę. Może fabuła i postacie wydają się znajomymi elementami (skojarzenia ze „Strażnikami Galaktyki” są nieuniknione), stanowiąc pretekst do bezpardonowej rozpierduchy (jak „Deadpool”), stawiając jednak nacisk na jedną istotną sprawę: postacie oraz relacje między nimi. Zwłaszcza, że umiejętności niektórych z nich są wręcz tak absurdalne (kontrolowanie szczurów przez Ratcatchera 2 czy Polka Dot Man strzelający… kropkami), iż mogłyby powstać w umysłach Monty Pythona. Każdy z członków zespołu ma swoją historię, ale nawet to nie pozwala przewidzieć, kto wyjdzie z tej konfrontacji żywy.

I jest to bardzo w duchu Gunna: sceny akcji są zrealizowane wręcz obłędnie (ucieczka Harley Quinn, bijatyka pokazana przez… odbicie hełmu) z bardzo dynamicznym montażem, w tle grają mniej znane piosenki lub gitarowo-perkusyjna muza Murphy’ego (daje ona adrenaliny). Tempo miejscami jedzie na złamanie karku, by potem zwolnić i dać troszkę czasu na złapanie oddechu, a także rzucenie żartem. Ale niejako przy okazji reżyser pokazuje tą ciemniejszą stronę działań rządu USA. nie chodzi tylko o zmuszanie współpracy przez szantaż. Chodzi o tuszowanie i zacieranie śladów wokół brudnych tajemnic za wszelką cenę. Nawet ludzkiego życia – tego raczej w kinie o gościach ze spandeksowymi strojami NIE dostajemy (chyba, że mówimy o serialu „The Boys”), jednak to tylko dodatek.

A w całym tym wariactwie świetnie się odnajdują aktorzy. Show kradnie znowu Margot Robbie, dodając element nieprzewidywalności oraz obłędu jako Harley, o wiele lepiej wypada Joel Kinneman (Rick Flag), pokazując nie tylko większą charyzmę, ale też mocny kręgosłup moralny, zaś Viola Davis nadal pozostaje diabelnie niebezpieczną Amandą Waller.

Jednak nowi bohaterowie też dodają sporo kolorytu, z czego najbardziej wybijają się Idris Elba oraz John Cena. Pierwszy jako Bloodsport jest cynicznym, szorstkim komandosem, trzymającym się na dystans wobec wszystkiego i wszystkich. Jednak z czasem pokazuje swoje bardziej wrażliwe oblicze oraz zadatki na lidera. Z kolei Cena w roli Peacemakera może się wydawać początkowo przerysowaną karykaturą Kapitana Ameryki (i najlepszym comic reliefem ze składu), jednak to on odpowiada za największą woltę w tej produkcji. No jeszcze nie wspomniałem o Ratcacherze II (dziecięco naiwna Daniela Melchior), naznaczonym silną traumą Polka Dot Manie (cudowny David Dastmalchian) oraz – będącym bardziej przypakowanym Grootem – King Sharku z głosem Sylvestra Stallone’a. Jedyną postacią, o której mogę powiedzieć, że nie do końca została wykorzystana jest Thinker w wykonaniu Petera Capaldiego, którego chciałoby się lepiej poznać.

Byłem więcej niż pewny, że nowy „Legion samobójców” będzie lepszy od produkcji Davida Ayera. Ale że różnica między nimi będzie aż tak WIELKA, zaskoczyło mnie całkowicie. Chyba od czasu „Deadpoola” nie bawiłem się tak dobrze na filmie superbohaterskim, a kategoria R nie jest tylko dodatkiem samym w sobie. Prawdziwa jazda po bandzie, która dostarcza wszystko, co obiecuje. To kiedy będzie sequel?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tango i Cash

Chyba nie ma dwóch policjantów tak różnych w Los Angeles jak Ray Tango oraz Gabriel Cash. Pierwszy wygląda bardziej jak biznesmen – elegancko ubrany, zawsze w garniturze, a także inwestuje na giełdzie. Drugi to szajbus pokroju Martina Riggsa z “Zabójczej broni”, tylko kocha adrenalinę i mniej patyczkuje się z oponentami. Obaj mocno zaleźli za skórę handlarzowi narkotyków oraz bronią, niejakiemu Perretowi. Ten planuje zemstę, ale zamiast odstrzelić im łby wrabia ich w morderstwo, by zniszczyć ich reputację.

Powiem to wprost: film Andrieja Konczałowskiego z 1989 roku to taka bardziej lightowa wersja “Zabójczej broni”. Więcej tutaj humoru niż w oryginale, a historia jest tylko pretekstem do kolejnych popisów kaskaderskich oraz żarcików. W większości sucharów, ale zabawnych, gdzie panowie rywalizują o status samca alfa. Takich opowieści widzieliśmy setki, a klisza kliszą pogania. Przerysowany, demoniczny antagonista, konflikt policjantów ze swoimi szefami, jeden z gliniarzy zakochuje się w siostrze drugiego. Jest tu nawet odpowiednik bondowskiego Q z dziwacznymi zabawkami technologicznymi (strzelające buty czy wóz opancerzony i uzbrojony po zęby). Ten film powinien zostać zrobiony jako pełnoprawna parodia spod znaku ZAZ. Ale “Tango i Cash” jest zrobiony na poważnie, chociaż to przymrużenie oka daje o wiele więcej frajdy. Strzelaniny są szybkie oraz intensywne (zwłaszcza finałowa konfrontacja rozmiarów epickich), niektóre popisy kaskaderskie wydają się szalone w rodzaju skoku na linię wysokiego napięcia w deszczu, zaś humor czasem miesza się z przemocą (przesłuchanie prawej ręki antagonisty za pomocą zabawy w dobrego i złego gliny). Bawiłem się świetnie, w czym pomaga także “lekka” muzyka Harolda Faltenmeyera oraz pewna realizacja, ze stylowymi zdjęciami.

To wszystko jeszcze bardziej podkręca ciekawie dobrany duet, pełen silnej chemii oraz sporego ładunku. Sylvester Stallone w eleganckim garniaku wygląda nietypowo, co zaskakuje i pokazuje spory dystans do siebie. Ale kiedy pojawia się Kurt Russell jako Cash, będący kontrastem dla Tango. W podkoszulku, z długimi włosami, działa bardziej za pomocą pięści niż słów. Docinki między sobą oraz rywalizacja o dominację daje masę frajdy i jest paliwem tego wariackiego filmu. Jest jeszcze przerysowany antagonista w wykonaniu Jacka Palance’a, choć nie wyróżnia się tak bardzo z tłumu innych złoli. Są też drobne role Teri Hatcher (Catherine Tango) oraz Briona Jonesa (Requin), dodające odrobiny lekkości.

Choć “Tango i Cash” nie jest żadnym arcydziełem, idealnie wpisuje się w definicję guilty pleasure. Dostarcza masy frajdy, nawet jeśli historia wydaje się pełna dziur, bzdur oraz brakiem logiki. Są wybuchy, dużo humoru oraz energetyczny duet Stallone/Russell. Czego chcieć więcej do seansu z kumplami przy piwku?

7/10

Radosław Ostrowski

Nocny jastrząb

Deke DaSilva jest jednym ze skuteczniejszych policjantów w Nowym Jorku. Razem ze swoim partnerem, sierżantem Foxem są postrachem dilerów narkotykowych i innych drobnych cwaniaków. Ale tym razem panowie zostali przeniesienie do nowej komórki. Jej celem jest powstrzymywanie ataków terrorystycznych, zabijając terrorystów. Szkolenie prowadzi brytyjski inspektor Interpolu Hartman, a czasu jest mało. Albowiem do Ameryki zbliża się niemiecki terrorysta Wulfgar, który w Europie jest spalony i odcięty od funduszy.

nocny jastrzab1

Troszkę zapomniany film z początku lat 80. To kolejna opowieść o polowaniu na terrorystę, ale wszystko to widzimy z perspektywy nie mających doświadczenia z tematem policjantów. Ataki terrorystyczne dla nich to coś nowego, a przełamanie reguł nauczonych w policji jest ciężkie. Bo jak pokonać kogoś kto nie boi się śmierci, zabić zakładników, a nawet podłożyć bombę w publicznym miejscu? A żeby pokonać takiego człowieka trzeba być jeszcze bardziej brutalnym i bezwzględnym niż on. Reżyser historię prowadzi bardzo spokojnie, próbując skupić się na poznawaniu metod terrorystów. Zarówno przez działanie Wulfgara, jak i szkolenie DaSilvy oraz innych policjantów. Samej akcji nie ma zbyt wiele, ale jak już jest, ma swojej momenty. Nie można zapomnieć świetnego pościgu za Wulfgarem od klubu aż po metro, gdzie adrenalinę podkręcają świetne zdjęcia oraz mocno inspirowana funkiem i filmami policyjnymi z lat 70. muzyka Keitha Emersona. Te dźwięki świetnie pomagają budować wejść w tą opowieść do samego końca. Nie brakuje popisów pirotechnicznych (niewiele, ale jednak) oraz emocjonujących momentów jak niemal finałowa akcja z zakładnikami ONZ. Nie idzie to może w stronę widowiskowości, próbując zachować względy realizm, co jest pewnym plusem.

nocny jastrzab3

Dla mnie pewnym problem jest watek związany z byłą żoną DaSilvy. Niby mamy tutaj próbę zejścia ze sobą, lecz sama postać jest zepchnięta na dalszy plan. Jest to zmarnowany potencjał, stanowiący dzisiaj kliszę tego gatunku. Są drobne mielizny, lecz całość wypada bardzo porządnie.

nocny jastrzab2

Aktorsko całość skupiona jest na pojedynku dwóch charakterów. Pozytywnie zaskoczył mnie Sylvester Stallone z wyglądem prawie jak Serpico i zmuszony działać jak Brudny Harry. Powoli zaczyna coraz lepiej poznawać umysł terrorysty, zachowując opanowanie. Równie interesujący jest Rutger Hauer jako antagonista. Jest bardzo opanowany, wręcz metodycznie działający, ze spokojnym, wręcz kojącym głosem. Reszta postaci trzyma solidny poziom, choć najbardziej wybija się Nigel Davenport jako bezwzględny inspektor Hartman.

„Nocny jastrząb” próbuje pokazać troszkę inne oblicze Stallone’a niż tylko mięśniaka. Mimo lat ma w sobie pewien bardzo specyficzny urok, którego nie widać dziś zbyt często. Interesujące doświadczenie kina policyjnego.

7/10

Radosław Ostrowski

Creed II

Kiedy poznajemy Adonisa Creeda teraz jest już mistrzem świata, nadal żyje z Bianką i wydaje się żyć dobrze, szczęśliwie. Można odnieść wrażenie, że nikomu nic już nie musi udowadniać. Ale cień ojca nadal nad nim wisi. Zwłaszcza, gdy do USA przybywa Ivan Drago razem ze swoim synem, Victorem i ma rachunki do wyrównania z Rockym oraz jego podopiecznym, Adonisem. Tylko, że ten drugi ma dużo do stracenia, zaś Rocky nie chce stanąć po stronie Adonisa.

creed2-1

Kiedy pojawił się pierwszy „Creed”, film okazał się sporym zaskoczeniem. Z jednej strony czerpał garściami z serii o Rockym Balboa, ale jednocześnie odnajdywał swoją własną tożsamość. Kontynuacja losów Adonisa wydawała się nieunikniona, jednak tym razem za kamerą nie stanął Ryan Coogler. Zastępujący go reżyser Steven Caple Jr. miał bardzo trudne zadanie do wykonania. I muszę przyznać, że podołał, chociaż mam pewne zastrzeżenia. Bardzo podoba mi się to, że nadal najważniejsze są tutaj relacje między postaciami. Zarówno między Creedem a swoją dziewczyną Bianką, a także między Creedem a Rockym, który nadal jest jego mentorem. Same walki stanowią tylko tło do tego dramatu faceta, który ma dużo do stracenia – nie tylko swoje zdrowie oraz dumę, ale najbliższych (żona, zbliżające się dziecko). Zaś brak Rocky’ego na początku powoduje popełnianie wielu błędów oraz zwiększenie obecności ego, przez co Adonisa bardzo ciężko polubić.

creed2-3

Drugim sporym plusem są antagoniści, czyli Ivan Drago z synem Viktorem. Obaj mówią po rosyjsku, wyglądają bardzo groźnie (zwłaszcza syn, który wygląda jak potężna bestia) i mają bardzo prostą motywację. Niby chodzi tu o zemstę, ale ta motywacja wynika z reperkusji wydarzeń z czwartej części Rocky’ego. Drago po porażce zostaje niejako odrzucony przez swój kraj, pobratymców, dla których walka z Creedem jest pewną szansą na rehabilitację oraz odzyskanie szacunku. To jest dla mnie dość sporym zaskoczeniem, pokazując więcej odcieni szarości. I to motywacja syna, motywowanego przez swojego ojca zadziałała na mnie bardziej niż Adonisa Creeda.

Nadal mogą się podobać stosowane przez poprzednią część montaże treningowe (zwłaszcza ta na pustyni) oraz pewne drobne sztuczki, dodając sporo świeżości. Taki jest dla mnie moment, gdy podczas pierwszej walki są ujęcia z oczu pięściarza. Muszę jednak przyznać, że w poprzedniej części to było po prostu lepiej wykonane. Ale muszę przyznać, że finał jest w pełni satysfakcjonujący oraz wydaje się zakończeniem opowieści o Rockym (trzymający jak zawsze fason Sylvester Stallone).

creed2-2

Aktorsko nadal trzyma dobry poziom, a Michael B. Jordan w roli Creeda ciągle jest świetny, zwłaszcza w scenach pełnych gniewu czy momentów zagubienia. Tak samo czuć chemię między nim a Tessą Thompson czy wspomnianym Stallonem. Ale pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie Dolph Lundgren z bardzo szorstkim spojrzeniem, pełnym gniewu, bólu, złamanego charakteru oraz rosyjskiego akcentu. Tak samo jak bardzo dobrze zbudowany Florian Munteanu w roli Victora Drago, próbującego spełnić oczekiwania ojca.

Wszyscy, którzy obawiali się odcinania kuponów oraz żerowaniu na sentymencie, mogą spać spokojnie. Drugi Creed to godna kontynuacja serii, która – w zasadzie – mogłaby się tutaj skończyć. Nadal czuć w nim serce, szczerość oraz szacunek wobec tradycji.

7/10

Radosław Ostrowski

Ucieczka do zwycięstwa

Bardzo ciężko mi się o tym filmie mówi, bo po raz pierwszy go widziałem BARDZO dawno temu. Kiedy jeszcze moja wiedza o filmach była bardzo malutka. Ale sama koncepcja zorganizowania meczu piłkarskiego podczas II wojny światowej, była czymś absolutnie fantastycznym. To chyba wiadomo o jakim filmie mowa.

Słyszeliście o meczu śmierci? 6 sierpnia 1942 roku w Kijowie odbył się mecz między zawodnikami ligi ukraińskiej (utworzono drużynę Start Kijów) z żołnierzami Luftwafe. Ukraińcy wygrali go 5:1, ale Niemce chcieli rewanżu. Ten nastąpił 9 sierpnia i zakończył się wygraną Ukraińców 5:3. Krążyła fama, że w nagrodę za zwycięstwo piłkarze zostali… rozstrzelani. Prawda była bardziej przyziemna, bo zawodnicy zostali aresztowani przez Gestapo i trafili do obozów pracy. Nie wszyscy przeżyli, a tym, co się udało, zostali oskarżeni o kolaborację z Niemcami. Brzmi jak scenariusz filmowy? Historia ta była inspiracją m.in. dla filmu Johna Hustona z 1981 roku.

zwyciestwo1

Jest rok 1942, gdzieś we Francji znajduje się obóz jeniecki. Wszystko zaczyna się od nieudanej ucieczki jednego z więźniów. Przyjeżdża tam w celu dochodzenia przedstawiciel Czerwonego Krzyża oraz oficer propagandowy, major von Steiner. Rozpoznaje wśród jeńców piłkarza, kapitana Johna Colby’ego. Podczas spotkania rzuca propozycję zorganizowania meczu między żołnierzami Wehrmachtu a więźniami. Pomysł podchwytuje niemiecka machina propagandowa, zaś najwyżsi oficerowie obozu chcą wykorzystać okazję do zorganizowania ucieczki. Jednak będący szefem drużyny Colby nie chce brać w tym udziału.

zwyciestwo2

Przez większość filmu mamy do czynienia z obozową rutyną: nielegalne radio, fałszowanie dokumentów, robienie zdjęć, organizowanie oraz… granie w piłkę. Dla zabicia czasu, którego jest bardzo dużo. Sama intryga może się wydawać niedorzeczna, ale staje się pretekstem do ważkiego pytania. Czy jest możliwe granie na zasadach fair play, gdy świat od pewnego czasu gra bardzo nieczysto? I czy to może być ważniejsze od instynktu przetrwania? Ważniejsze niż ucieczka, rozkaz, zdrowy rozsądek? Nieczyste zagrania z obu stron (organizacja ucieczki, ustawiony sędzia) każą poważnie zastanowić się nad tymi kwestiami. Ale prawdziwą wisienką na torcie jest ostatnie pół godziny, czyli sceny meczu. Dynamicznie zmontowane oraz sfotografowane, z podnoszącą adrenalinę muzyką Billa Contiego to prawdziwa uczta. Coś, co najbardziej zapada w pamięć i trzyma w napięciu jak cholera.

zwyciestwo3

Do tego jest to więcej niż porządnie zagrane. Co jest o tyle zaskakujące, że obok aktorów mamy piłkarzy i nie wywołuje to sztuczności. Klasę potwierdza Michael Caine jako kapitan drużyny Colby, który odpowiedzialność ma wypisaną na twarzy i ma tony charyzmy. Pozytywnie zaskakuje Sylwester Stallone jako Hatch – sprytny, trochę rozgadany Amerykanin. Początkowo myślący tylko o sobie, staje się mocny filarem drużyny. Dobrze radzi sobie Max von Sydow jako major von Steiner, czyli dobry Niemiec. Spośród piłkarzy najlepiej wypada Pele (kapral Fernandez) oraz Bobby Moore (Terry Brady).

Widzę parę wad filmu (zakończenie a’la deus ex machina, schematy kina obozowego), ale energia tego film jest nadal silna. Bardzo porządnie wykonany film z fantastycznymi scenami meczu. Krążą plotki o planowanym remake’u, tylko czy jest potrzebny.

8/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

Strażnicy Galaktyki vol. 2

Pamiętacie taką bandę niby herosów zwaną „Strażnikami Galaktyki”? Wydawałoby się, że po wydarzeniach z pierwszej części, będą mieli choć troszkę wolnego. Ale już na początku muszą ochronić bardzo potężne bateryjki od obrażalskich i strasznie napuszonych Złotoczubków. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie wredny Rocket, który musiał – po prostu MUSIAŁ – podwędzić te baterie. Uciekając przed nimi trafiają na niejakiego Ego, co okazuje się być… ojcem Petera Quilla. Napatoczy się jeszcze Nebula, stary ziom Yondu i… znowu trzeba ratować Galaktykę.

straznicy_galaktyki_21

James Gunn znowu wsiada za stery tej wariackiej przygodowej komedii w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal w tle leci muza z lat 70. i 80., jest rozmach space opery a’la „Gwiezdne wojny”, przenoszenie się z miejsca na miejsce, wybuchy, strzelaniny. Może i fabuła jest dość pretekstowa, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, przez co na początku można poczuć się zdezorientowanym. Akcja zasuwa z szybkością pędzącej rakiety, eksplozje są jeszcze bardziej widowiskowe, rozpierducha jest epicka, a strona wizualna maksymalnie kiczowata, nasycona kolorami. Innymi słowy, jest na bogato.

straznicy_galaktyki_22

Jednocześnie Gunn poza śmieszkowaniem i rzucaniem popkulturowych aluzji, kawałów oraz wizją świata tak nieprawdopodobną, ze głowa mała bardziej skupia się na interakcji między bohaterami. Próby naprawy rodzinnych więzi (Star-Lord i Ego, Gamora i Nebula) oraz tych przyjacielskich (Strażnicy) zmuszają do pewnych refleksji, konfrontacji z samym sobą (relacja między Rocketem a Yondu) oraz bardziej rozbudowane tło bohaterów czyni ten film znacznie bardziej interesującym od poprzednika. Zaczyna zależeć nam na tych bohaterach, którzy zaczynają przepracowywać pewne traumy: poczucie odrzucenia, strata najbliższych, rywalizacja między rodzeństwem.

straznicy_galaktyki_23

Druga część nie jest tak mocno powiązana z resztą MCU, co dla mnie jest bardzo dużym plusem, ale dopiero w połowie zaczyna się krystalizować cała historia. Oczywiście, finał to troszkę potyczka dwóch nieśmiertelnych (do pewnego momentu) facetów, następuje kumulacja rozwałki w niemal spektakularnym stylu, podkręcone miejscami absurdalnym humorem, ale to jest zrobione z takim sercem, że trudno przejść obojętnie (mimo powtarzania niektórych gagów). A ostatnia scena (przed napisami, bo po napisach jest ich kilka) jest wręcz wzruszająca.

straznicy_galaktyki_24

Aktorzy lepiej czują swoje postacie i troszkę poważniej je rysują. Nawet ten cwaniak Star Lord (Chris Pratt), którego początkowo mógłbym uznać za nieślubnego syna Hana Solo, próbuje rozgryźć to, kim jest, skąd się wziął i jest to wygrywane bez fałszu. Podobnie jak próba stworzenia związku z Gamorą (świetna Zoe Saldana – jedyna myśląca w tej ekipie). Świetny jest też Kurt Russell jako Ego – ojciec-planeta (wiem, jak to dziwnie brzmi) bardzo zgrabnie balansuje między powagą, luzem i grozą. Podobnie furiacko-bezczelny Rocket (głos Bradley Coopera fantastycznie pasuje), skrywający w sobie nieufność, niedowartościowanie oraz odtrącanie innych. Dla mnie jednak film bezczelnie kradnie Drax (życiowa rola Dave’a Bautisty), mieszającego prostolinijność z sucharowymi żartami (ten jego śmiech) i pewnego rodzaju skromnością oraz Yondu (świetny Michael Rooker), czyli największy kozak w tej wersji Galaktyki, też posiadający głębszą historię i nową płetwę na punka. Jest jeszcze wiele ciekawszych ról oraz barwnych epizodów, ale te odkryjcie sami podczas seansu.

Pierwsza część to była dla mnie bezpretensjonalna rozrywka na granicy pastiszu space oper. Dwójka jest nadal świetną zabawą, z bardziej wyrazistymi oraz rozbudowanymi portretami psychologicznymi. Relacje są bardzo przekonujące, mimo sporej dawki humoru i luzu. Czekam na kolejne przygody tych bohaterów mimo woli.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Creed: Narodziny legendy

Rok 1976 wydawał się złotym rokiem dla kina amerykańskiego. Swoje wielkie i ważkie dzieła zrealizowali wtedy Brian De Palma („Carrie”), John Carpenter („Atak na posterunek 13”), Martin Scorsese („Taksówkarz”) i Alan J. Pakula („Wszyscy ludzie prezydenta”). Ale wtedy Oscary za tamten rok zgarnął skromny, niepozorny film opowiadający do bólu amerykańską opowieść od zera do bohatera – „Rocky” Johna G. Avildsena z mało znanym, trzecioligowym aktorem Sylvestrem Stallone’m (także autorem scenariusza) w roli głównej stał się wielką furtką dla kariery aktora.

creed3

40 lat i pięć sequeli później…  Adonis jest młodym, czarnoskórym facetem pracującym w dużej korporacji. Niby jest bogaty i awansował, ale ciągnie go do walki na ringu. Od dziecka się bił i jakby tego było mało, jest synem legendarnego pięściarza, Apollo Creeda, którego nigdy w życiu nie poznał i jest wobec niego wściekły. Chce na własną rękę odnieść sukces. By to osiągnąć, przyjeżdża do zimnej Filadelfii, licząc na pomoc rywala swojego ojca i legendarnego fightera – Rocky’ego Balboa. Mężczyzna, mimo wątpliwości, decyduje się wesprzeć chłopaka.

creed1

Ryan Coogler to niezależny reżyser, którego nazwisko stało się znane, dzięki nagrodzonemu trzy lata temu w Sundance „Fruitvale” i dostał szansę na realizację większego dzieła. Ktoś może zapytać, czy jest sens kręcenia siódmej części o legendarnym Rocky’m? Poza zbiciem kupy pieniędzy? Bo, podobnie jak w przypadku ostatnich „Gwiezdnych wojen” można poczuć deja vu. Sama historia to w zasadzie uwpółcześniony „Rocky” z pewnymi drobnymi modyfikacjami – bogaty czarny chłopak, nieśmiała dziewczyna, która może stać się miłością życia, szansa na wielką walkę (i wielkie pieniądze), wreszcie sam Rocky, tym razem będący mentorem i nauczycielem młodego fightera. Niby to już wszystko znamy, ale reżyserowi udaje się włożyć w to sporo emocji i energii. Standardowa zbitka treningowa oparta na szybkim montażu, motywacyjne mowy, pierwsza duża walka (znakomicie sfilmowana za pomocą jednego ujęcia), wreszcie starcie z niekwestionowanym mistrzem. Brzmi jak ograny do bólu dramat bokserski? Ale Cooglerowi udaje się to wszystko uwiarygodnić zarówno dobrymi dialogami, solidnym warsztatem technicznym i czuć tutaj respekt wobec legendy poprzednich części (wplecione w soundtrack motywy Billa Conti), a napięcie potrafiło utrzymać się do samego końca, co wydawało się wręcz niemożliwe przy tak długo granej serii.

creed2

Dobrze się to ogląda zarówno dzięki nostalgicznemu klimatowi, jak i dobremu aktorstwu. Nie zawodzi Michael B. Jordan w roli Creeda. Takie postacie nazywane były kiedyś łobuzami, dodatkowo poza tym, że kocha naparzanie się po ryju (chociaż nie wiem, czy na jego miejscu rzuciłbym stabilną pracę), jednak najtrudniejsze dla niego jest wyjście z cienia ojca, którego nie znał. A to jest bardzo ciężkie brzemię, z którego sam nie jest w stanie się wyzwolić. Zaskoczeniem była dla mnie nieznana wcześniej Tessa Thompson – pozornie nieśmiała Bianca, ze sceny na scenę zyskiwała dzięki urokowi oraz sile charakteru.

creed4

Ale prawda jest taka, że film zawłaszczył wracający do postaci Rocky’ego Sylvester Stallone. Tym razem Włoski Ogier to po prostu żywa legenda Filadelfii, która mimo sławy, szacunku otoczenia pozostaje tym samym prostolinijnym, skromnym i pokornym facetem. Zmęczonym życiem, skrywający żal za śmierć żony, czeka tak naprawdę tylko na śmierć. Relacja z młodym Creedem, staje się dla niego impulsem, by jeszcze raz podnieść rękawicę i zawalczyć, tym razem o siebie. Sylwek znowu daje z siebie wszystko i nawet, gdy mówi oczywiste banały, brzmi wiarygodnie, a to dużo. I ten powrót był znacznie lepszy niż Arnolda Żelaznego do „Terminatora”.

creed5

Czy można „Creeda” nazwać narodzinami legendy? Na to pytanie tylko czas potrafi odpowiedzieć. Nie jest to wielkie kino, bo jest pełne schematów (ładnie poprowadzonych), a niektóre wątki – głównie relacja Adonisa z wdową po ojcu – można było bardziej rozbudować i rozwinąć. Niemniej reżyserowi udało się odświeżyć serię, by znów utrzymać w napięciu do finałowego starcia. I za to ma u mnie dożywotni szacunek.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Motywacja

Cała opowieść toczy się wokół poradnika „Reach Me”, którego autor ukrywa się przed ludźmi. Dzieło to osiągnęło status bestsellera oraz odmieniło życie paru osób. A kogo tutaj nie mamy: policjanta dość łatwo i chętnie sięgającego za broń, dwóch gangsterów, dziennikarza mającego wytropić autora, kobietę wychodząca z wiezienia marzącą o pracy projektantki mody. Ich losy będą się przycinać i przeplatać.

motywacja1

O filmie John Herzfelda usłyszałem, gdy twórca zbierał fundusze na Kickstarterze. Muszę przyznać, że efekt jest całkiem przyzwoity jak na dość krótki (półtorej godziny) filmik. Twórcy próbują opowiedzieć dość prostą prawdę, że nigdy nie jest za późno na przewartościowanie i zweryfikowanie swojego życia. Brzmi jak banał z powieści Paolo Coehlo? Po części tak jest, a pewne wątki i postacie są zaledwie zarysowane (raper E-Ruption) i czas trwania działa mocno na niekorzyść. W dodatku przewija się konwencja zarówno dramatu obyczajowego, filmu sensacyjnego i przez krótką chwilę – komedii. Ogląda się to bez bólu, jednak angażują tylko pewne fragmenty i momenty, jak postać Teddy’ego – autora „Reach Me” walczącego ze swoimi demonami.

motywacja2

Sytuację próbuje broić gwiazdorska obsada i rzeczywiście – nie brakuje tutaj znanych twarzy: od Sylvestra Stallone’a (Gerald – szef portalu internetowego), Kyry Sedgwick (Colette) i Kelseya Grammara (Angelo) po Toma Sizemora (gangster Frank), Danny’ego Aiello (ksiądz Paul) oraz – chyba najlepszego w zestawie – Thomasa Jane’a (policjant Wolfie) oraz Toma Berengera (Teddy). Ale nawet aktorzy nie są w stanie zrobić wiele, jeśli scenariusz nie pozwala rozwinąć skrzydeł, a lista jest oczywiście o wiele dłuższa.

motywacja3

W zasadzie film można obejrzeć, jeśli nie mamy co wybrać w popołudnie. To ciepłe i dość letnie kino, a można było więcej wycisnąć.

6/10

Radosław Ostrowski