Skazany

Więzienie to miejsce, gdzie człowiek musi dokonywać bardzo trudnych, wręcz ekstremalnych wyborów. Albo przetrwasz, albo będziesz pomiatany. I do tego brutalnego świata trafia Jacob – dość młody japiszon prosto z Wall Street. Popełnił jeden poważny błąd, czyli jadąc samochodem na czerwonym świetle lekko podchmielony (ale leciutko), doprowadzając do wypadku oraz ciężkiego ranienia jednego z pasażerów. Wyrok na mocy układu wydaje się łatwy: 16 miesięcy. Ale znowu popełnia błąd i by przetrwać musi się sprzymierzyć z gangiem skinheadów. Kiedy wychodzi nadal jest w ich rękach i dostaje zadanie: dopilnować transakcji sprzedaży bronią.

skazany1

Ric Roman Wough już wcześniej portretował środowisko więźniów oraz ludzi zmuszonych do działania w gangu. Tym razem jednak bardzo zgrabnie lawiruje między filmem sensacyjnym a wiarygodnym portretem psychologicznym człowieka, który by ratować swoją rodzinę, poświęca swoje własne życie. Sama konstrukcja jest dość zaskakująca, bo toczy się dwutorowo. Z jednej strony mamy Jacoba „Kasiarza” już na wolności, próbującego pilnować transakcji i przeczekać, z drugiej mamy retrospekcje z więzienną przeszłością, gdzie poznajemy przyczyny tego stanu rzeczy. Wiem, że może to wywołać mieszane uczucia, gdyż znamy konsekwencje decyzji naszego bohatera. Jednak reżyserowi udaje się pewnie opowiedzieć sensacyjną intrygę, gdzie nie brakuje tajemnic oraz zdrady.

skazany2

Reżyserowi udaje się zachować odpowiednie tempo przez cały czas, mimo pozornego spokoju oraz bardzo rzadkich scen przemocy. Kiedy one się pojawiają, nie ma tutaj słodzenia – jest brud, smród, paskudnie ostro. Zapomnijcie jednak o jakimkolwiek happy endzie, bo to nie jest Hollywood, a nadzieja znika szybciej niż pieniądze w piramidzie finansowej. I nie brakuje tutaj napięcia choćby w scenie transakcji czy podczas wejścia do domu pedofila, co jest dużym plusem. A jednocześnie udaje się unikać czy przedawkować sentymentalno-kiczowatych scen.

skazany3

Do tego reżyserowi udało się ściągnąć Nicolasa Costera-Waldau, który w roli Jacoba daje z siebie wszystko. Niemal zachowujący stoicki spokój mężczyzna, drobnymi spojrzeniami oraz mową ciała potrafi pokazać jego przerażenie, pewność siebie, a jego przemiana w bardzo twardego bandyty jest wręcz imponująca (chociaż sama fryzura i wąsy mogą wydawać się śmieszne). Aktor trzyma na barkach film, choć drugi plan też jest pewien wyrazistych postaci. Rozgadany i wplątany w układ z policją „Shotgun” (świetny Jon Bernthal), bezczelny Choppie (mocny Evan Jones), opanowany Bottles (dobry Jeffrey Donovan) czy bardzo bezwzględny kurator Kutcher (fantastyczny Omari Hardwick) zapadają w pamięć i nie udaje się im zlewać w jedno.

„Skazany” zgrabnie miesza thriller z psychologicznym dramatem, stawiającym odpowiedź na jedno pytanie: co ty byś zrobił na jego miejscu? I to pytanie długo zostaje w głowie po seansie tego filmu.

7/10

Radosław Ostrowski

Super Dark Times

Ile można opowiadać o okresie dojrzewania nastolatków? Czasami mam wrażenie, że filmów na ten temat jest ostatnio coraz więcej. Zwłaszcza dziejących się w latach 80., ale tym razem będzie troszkę inaczej. Tym razem są lata 90., przedmieścia podobne do innych przedmieść. Rodzice są zajęci oraz pochłonięci pracą, a dzieciaki robią różne typowe rzeczy jak jaranie zioła, spotykania się z kumplami czy próby umówienia się z dziewczynami. Tak jest z Zachem oraz Joshem – dość pokręconym nerdowskim duetem. Chodzą razem z Darylem oraz Charliem, czyli innymi kumplami. Standarcik, prawda? Ale nic tak nie przyspiesza dojrzewania jak przypadkowe morderstwo – Daryl nadziewa się na katanę, a reszta decyduje się schować ciało i pozbyć się broni.

super_dark_times1

Nadal myślicie, że „Super Dark Times” to typowy coming-of-age? Reżyser Kevin Philips postanowił połączyć dwie rzeczy pozornie nie pasujące do siebie: film młodzieżowy z thrillerem w lekko noirowym stylu. Pozornie mamy typowe motywy dla tego filmu dylematy, czyli przyjaźń, pierwsze miłostki, bieda, bogactwo i lekko nerdowskie odniesienia do gier czy filmów. Ale klimat miesza się tutaj non-stop, dodając pewnego smaczku. Z drugiej strony są bardziej thrillerowe, wręcz oniryczne sceny. Sam las wygląda dość niepokojąco, a początek z jeleniem w klasie bardzo zaskakuje. Napięcie potęguje jeszcze bardzo nieprzyjemna muzyka, ocierająca się o ambient. Reżyser często wchodzi w głowę Zacha, który musi się zmierzyć ze zbrodnią, którą widział – coraz bardziej zaczyna popadać w paranoję, zdarza się przysypiać, by w finale zaatakować ostrą i niepozbawioną krwi starcie. Problem jednak w tym, że te nastolatkowe momenty wydają się dla mnie dość… schematyczne i wręcz usypiające (choć wątek relacji Zacha z Allison jest zgrabnie poprowadzony), zaś napięcie najmocniej czuć w ostatnich 30 minutach. Do tego jeszcze jest tutaj mocno zachwiane tempo, przez co środek miejscami nie angażuje i wręcz można o nim zapomnieć.

super_dark_times2

Sytuację próbuje ratować niezła reżyseria oraz dobre aktorstwo młodych, nieznanych twarzy (poza Charliem Tahanem z „Miasteczka Wayward Pines”). Zarówno lekko rozedrgany Owen Campbell, jak i śliczna niczym z obrazka Elizabeth Cappuccino (Allison) wypadają bardzo wiarygodnie, naturalnie, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna (chociaż wspólnych scen jest bardzo niewiele). Także drugi plan z dość drobnymi postaciami też wypada bardzo solidnie, bez poczucia wstydu czy żenady, ale bez jakiegoś blasku.

Film bywa dark, chociaż nie jest aż tak super jak się wydaje. Niby kolejny film młodzieżowy, ale troszkę inny od reszty, bo mieszanka filmu młodzieżowego z dreszczowcem nie zdarza się zbyt często. Całkiem niezła rozrywka, chociaż można było bardziej podkręcić.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zakładnik z Wall Street

Wall Street – najsłynniejsza ulica w Nowym Jorku, gdzie spotyka się świat wielkiej finansjery. Ale to w tym mieście prowadzony jest program telewizyjny „Money Monster”, gdzie Lee Gates z dużym luzem oraz dystansem przekazuje i doradza jak inwestować, by zgarnąć dużą kasę w czym pomaga spora ekipa ludzi. Razem z reżyserką Patty Fenn na czele, ale pewnego dnia pewna duża firma finansowa traci 800 milionów dolarów – i nikt o nic nie pyta. Jednak pewien desperat uzbrojony w bombę oraz pistolet wchodzi do studia, bierze Gatesa za zakładnika i żąda wyjaśnień.

zakladnik_wall_street1

Wydaje się, że filmów na temat skomplikowanych mechanizmów związanych z funkcjonowaniem finansowego świata. Tym razem mamy do czynienia z klasycznym thrillerem, który jest niemal skupiony w jednym miejscu. Reżyserująca film Jodie Foster wie, jak zbudować napięcie i robi to bardzo konsekwentnie, bardzo powoli dawkując informacje. Zwłaszcza, że nasz główny niby zły (porywacz) wydaje się być niestabilną, tykającą bombą i jeden niewłaściwy ruch, słowo, może skończyć się eksplozją. Ale jednocześnie Foster przeskakuje przez różne miejsca, gdzie ludzie oglądają te wydarzenia (bary, metro, Rejkjavik, Tokio, siedziba firmy) i próbuje rozgryźć całą tą hecę. Pokazuje też jeszcze jedno: że każdy szary człowiek (oprócz finansowych watażków) nie jest w stanie ogarnąć, każdy jest manipulowany, oszukiwany. Jak mówi prezes firmy: „Nigdy nie pytasz o to, jak to działa, dopóki zarabiasz”. Czyli chciwość jest dobra, prawda? Tylko nie dla wszystkich.

zakladnik_wall_street2

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali po filmach o wielkich finansach, gdzie tak naprawdę wszystko jest zasłoną dymną do większego kantu. Foster potrafi utrzymać odpowiednie tempo, w czym pomaga bardzo płynny, dynamiczny montaż, pulsująca muzyka oraz miejscami bardzo dużo złośliwego humoru. I to czyni „Zakładnika” bardzo przyjemną rozrywką, budującą suspens aż do końca (nawet jak… opuszczamy budynek). Może i bywa dość przewidywalny (łatwo się domyślić, kto narozrabiał), ale to wszystko potrafi wciągnąć.

zakladnik_wall_street3

„Zakładnik” ma też bardzo mocną obsadę. George Clooney jako Gates świetnie balansuje na granicy powagi i zgrywy, kryjąc pod tą postacią dość sumiennego, ale manipulowanego dziennikarza. Równie mocna jest Julia Roberts (Patty), który za pomocą słuchawek ma kontakt z Lee i próbuje opanować ten cały bajzel. Ten duet świetnie się uzupełnia, tworząc silną mieszankę spokoju z brawurą. No i jeszcze Jack O’Connell w roli desperata Kyle’a, będący najbardziej nieobliczalny, niepewny, ale budzący współczucie.

„Zakładnik z Wall Street” to niemal staroszkolny w konstrukcji thriller zrobiony za pomocą współczesnych wynalazków. Nie opowiada niczego, co byśmy o świecie wielkiej finansjery nie wiedzieli, ale to trzyma w napięciu i dostarcza rozrywki. Czasami to wystarczy.

7/10 

Radosław Ostrowski

Galveston

Jest rok 1988. Roy Cody pracuje dla niejakiego pana Pitko – polskiego gangstera jako osiłek do „prostowania” kilku osobników. Jak go poznajemy jest u lekarza z nieprzyjemną diagnozą (rak płuc).  Właśnie musi objaśnić pewnemu prawnikowi związanemu ze stocznią, żeby nie podskakiwał. Ale na miejscu okazuje się, że cała akcja jest ustawiona i o mały włos nie kończy się śmiercią. Mężczyzna znajduje też przywiązaną do krzesła młodą dziewczynę, którą zabiera ze sobą. Wyruszają do miasteczka Galveston, by się ukryć.

galveston1

Nazwisko Nic Pizzolatto fanom małego i dużego ekranu mówi bardzo dużo. Serial „Detektyw”, nowa wersja „Siedmiu wspaniałych” oraz powieść „Galveston”. To drugie postanowiono przenieść na ekran przez filmowców, a dokładnie przez… Melanie Laurent, co mnie kompletnie zbiło z pantałyku. Ta francuska aktorka, której blask zaświecił najmocniej w „Bękartach wojny” od lat próbuje swoich sił jako reżyserka. Sam film jest thrillerem w klimacie Nowego Orleanu, jaki znamy z „Detektywa”, tylko bez surrealistycznej otoczki. Jeśli jednak liczycie na krwawą rzeźnię, zawody w strzelanie, to nie jest najważniejszym elementem tego filmu (choć jest kilka mocnych scen jak zasadzka na początku czy ucieczka zrealizowana w jednym ujęciu). Tutaj najważniejsza jest relacja między zgorzkniałym Codym oraz Rocky, z dość pokiereszowaną przeszłością. Ci bohaterowie próbują – być może ostatni raz – zrobić coś dobrego i poukładać ten bajzel. Dla siebie, ale też i innych. Jednak reżyserka nie serwuje klasycznego, hollywoodzkiego happy endu, bo nad pewnymi rzeczami nie zawsze ma się wpływ. I to czyni „Galvestona” jedną z ciekawszych rzeczy w tym gatunku.

galveston2

Może i przydałby się większy pazur czy silniejsze napięcie w środku filmu, ale spokojna ręka Laurent sprawia, że ten dość ponury dramat potrafi uderzyć. W czym pomaga tutaj dość zaskakujący duet. Ben Foster w roli Cody’ego jest odpowiednio twardy, szorstki oraz prześladowany przez swoje demony, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Jednak bardziej zaskoczyła mnie Elle Fanning, która pozornie wydaje się taka jak zawsze. Ale Rocky w jej wykonaniu to jeszcze bardziej naznaczona piętnem kobieta, która chce wyrwać się z piekła, zaś więź między nią a Codym troszkę przypomina relację ojciec-córka (przynajmniej na początku), by potem ewoluować w coś znacznie głębszego, poważniejszego. I ten duet nakręca ten film, za to na drugim planie dominuje C.K. McFarland jako zadziorna  recepcjonistka Nancy.

galveston3

Muszę przyznać, że „Galveston” nie jest typowym kryminałem na jaki się zapowiadał. To bardzo wyciszony dramat o odkupieniu oraz próbie przewartościowania swojego życia, na które – podobno – nigdy nie jest za późno. Tylko, że nie każdemu jest dane to zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

Wieża. Jasny dzień

Raz na jakiś czas pojawia się film, który trudno wcisnąć do jakiejkolwiek szufladki, prowokując do gatunkowego rozgardiaszu, nie do końca wiedząc, jak ugryźć tą zbieraninę. Takie wrażenie odniosłem oglądając debiut Jagody Szelc – „Wieża. Jasny dzień”, który jest oparty o przyszłe wydarzenia. Zaintrygowani?

Początek niemal żywcem przypomina „Lśnienie” Stanleya Kubricka, bo z drona mamy widok na wielkie miasto, by potem przenieść się ku leśnej drodze. A tam jest samochód, w którym jedzie młode małżeństwo z kobietą oraz dziećmi. A cel jest jeden – wkrótce odbędzie się I Komunia 6-letniej Niny. A przygotowania prowadzą jej rodzice – Mula oraz Michał. Tylko jest jeden mały szczególik: Mula nie jest biologiczną matką Niny, tylko przyjeżdżająca siostra kobiety – Kaja, która od razu zostaje sprowadzona do parteru i narzucone zostają jej zasady.

wieza_jasny_dzien1

Ale już od samego początku reżyserka buduje poczucie pewnego niepokoju, co serwuje nam już warstwa dźwiękowa – bardzo nieostra, niemal świdrująca uszy lub tłumiąc niemal całe tło by jeszcze bardziej wywołać rozgardiasz, te same sceny widzimy z innej perspektywy (głównie Kai), gdzie każde wypowiada słowo odbija się niczym echo, z czasem ustępując głosami natury. Im dalej w las, tym bardziej zaczynają się dziać dziwne rzeczy – a to nagłe uderzenie w okno, a to chora matka nagle odzyskuje siły, a to Nina nagle waha się co do tego, czy chce iść do Pierwszej Komunii, a to szukają uchodźcy zaginionego, a to w telewizji ogłaszają śmierć Dalajlamy. O co tu chodzi? Czego tak naprawdę chce Kaja? Szelc nie daje odpowiedzi na wiele pytań, mając do dyspozycji jedynie strzępki informacji, serwując kolejne pytania.

wieza_jasny_dzien2

Wszystko jest tutaj oparte na obserwacji relacji panujących w domu, którego Mula jest niejako strażniczką, próbującej ogarnąć swój bezpieczny świat. Niemal ciągle pilnuje i stara się obserwować Kaję, która dla niej staje się obcą, nieznaną siłą, mogącą stanowić zagrożenie. Szelc to podkreśla, nie tłumacząc niczego z jej życia – poza opowieściami matki o rodzeniu obydwu sióstr – co wywołuje jeszcze większą dezorientację. i realizacja podporządkowana jest budowaniu aury tajemnicy: od niemal paradokumentalnych zdjęć z ręki (chociaż sama przyroda wygląda oszałamiająco) czy znany z filmów Smarzowskiego cięć montażowych, wywołujących jeszcze większą dezorientację.

wieza_jasny_dzien3

Za to w punkt (poza naturalnymi dialogami) jest aktorstwo, pełne kompletnie nieznanych (poza Arturem Krajewskim w roli księdza) twarzy, co jest bardzo świeże i odprężające. Zarówno Anna Grotowska (Mula), jak i Małgorzata Szczerbińska (Kaja) tworzą bardzo wyraziste postacie, choć o tej drugiej wiemy bardzo niewiele. Ale kompletnie mnie zaskoczyło, jak bardzo dobrze tutaj są poprowadzone dzieci, mówiące bez fałszu, co w naszym kinie praktycznie się nie zdarza. Nie wiem, jakie sztuczki stosowała reżyserka, lecz to działa.

Jeśli liczycie na rozwiązanie kilku tajemnic, „Wieża. Jasny dzień” nie da wam tej satysfakcji, pozbawiając niemal narzędzi do wgryzienia się w film. Z drugiej strony w tej wariackiej strategii jest metoda, bo film dał poczucie obcowania z czymś, co zastanawia, intryguje, prowokuje. Nawet jeśli wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jakaś chmura nad drzewem, zakończenie). To jest jak skok do bardzo głębokiej studni bez dna – nie wiem, z czym to porównać.

7/10 

Radosław Ostrowski

22 lipca

Dla Norwegii miał to być zwykły, normalny dzień w pracy. Na wyspie Utoya trwał obóz integracyjny, gdzie znajdowały się dzieci polityków, imigranci, spędzający wspólnie czas. W tym samym czasie Anders Breivik produkował bomby, zbierał broń, kamizelkę, by zrealizować swój misterny plan: wysadzić budynek rządowy i zabić wszystkich na wyspie Utoya.

22_lipca2

Sięganie po taki bardzo trudny i delikatny temat zawsze jest ogromnym ryzykiem, zwłaszcza jeśli stoi za tym Netflix. Jednak reżyser Paul Greengrass już nie raz pokazywał, że nawet bardzo trudne tematy rozgrywał w taki sposób, by poruszyć („Lot 96”), bez popadania w publicystykę czy moralizatorstwo. Nie inaczej jest tutaj, ale reżyser wywraca swoją dotychczasową konstrukcję do góry nogami. Wszystko zaczyna się od przygotowań oraz przebiegu ataków z obydwu perspektyw (kata oraz ofiar), by potem skupić się tym, jak żyć dalej. Jak państwo tak spokojne i liberalne jak Norwegia musi zmierzyć się ze złem, jakiego nigdy nie spotkali. Jak mają żyć ci, co mieli szczęście przetrwać – jak Valje, który dostał pięć kul (jedna z nich trafiła w głowę i pozbawiła go oka), ledwo wychodząc z tego zdarzenia. Sama scena ataku mrozi krew w żyłach, bo Greengrass realizuje swój film w niemal paradokumentalnym stylu, na zimno – niczym podgląd pod mikroskopem. I to wywołuje największe przerażenie, a reżyser nie epatuje przemocą. Ale ten zamach i atak budzi przez to prawdziwy strach, budując poczucie osaczenia, bezsilności oraz ogromnego lęku, chwytając wręcz mocno za gardło.

22_lipca1

Im dalej jednak w las, Greengrass bardzo pewnie pokazuje konfrontację Breivika ze społeczeństwem norweskim. Zaczynają się pojawiać kolejne fakty oraz bardzo sprzeczne informacje na punkcie terrorysty. Czy aby na pewno działał z jakąś grupą? Czy jest planowany kolejny atak? Czy jest wspierany przez kilku przedstawicieli skrajnych prawicowców? Tutaj pojawia się więcej odcieni szarości i pokazuje te zdarzenia z każdej perspektywy (premier Stoltenberg, Valje, Breivik, jego adwokat), by znaleźć odpowiedź na jedno pytanie: dlaczego? Dlaczego doszło do ataku? Czy można było temu zapobiec? Oraz skąd wziął się taki człowiek jak Breivik (znakomity Anders Danielsen Lie)? I co tak naprawdę go motywuje do działania?

22_lipca3

Paradokumentalny styl Greengrassa sprawdza się tu znakomicie. Naturalne światło, bardzo oszczędna muzyka, lekko trzęsąca się kamera oraz obsadzenie kompletnie nieznanych aktorów dodaje realizmu i pozwala skupić się na samej opowieści. Każdy z aktorów wykonuje swoją robotę fantastycznie

„22 lipca” z każdą sekundą nabiera intensywności, a kilka scen jest bardzo, bardzo mocnych. Jednocześnie reżyser wydaje się wierzyć, że można ze złem wygrać bez stosowania ekstremalnych metod. Nie nienawiścią, bo ona działa niczym nakręcająca się spirala, lecz dalszym życiem. Tylko, że droga do tego nie jest wcale taka prosta, co nie oznacza, ze jest nieosiągalna.

8,5/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Summer of ’84

Nie wiem, czy zauważyliście, ale moda na lata 80. od paru lat coraz bardziej się nasila. Sukcesy takich dzieł jak „Stranger Things”, „Gość” czy „Coś za mną chodzi” doprowadziła, że każdy chce jeszcze zgarnąć z tego nostalgicznego tortu ile się da. Czy na tym sentymencie można jeszcze coś ugrać? Wygląda na to, że tak i tej retro fali powstrzymać się nie da. Już tytuł filmu „Summer of ‘84” nakręcony przez trio RYSS wskazuje kierunek.

lato_84_1

Jesteśmy gdzieś na przedmieściach hrabstwa Cape May w roku 1984 roku. Nic się nie dzieje i nie ma zbyt wiele do roboty, zwłaszcza gdy jesteś nastolatkiem w rodzaju geeka, masz ojca reportera. Wtedy jedynym zajęciem (poza dorywczą pracą jako gazeciarz) jest podglądanie sąsiadów (w szczególności sąsiadek) oraz zabawa z najbliższymi kumplami. Tak właśnie ma Davey, mający bardzo bujną wyobraźnie. Zmianę tej sytuacji może wprowadzić sprawa seryjnego mordercy, który porywa dzieci. Z jakiegoś powodu Davey uważa, że poszukiwanym mordercą może być… jego sąsiad, Wayne Mackey. Tylko, że jest on policjantem – bardzo lubianym i szanowanym. Dlatego trzeba tą tezę udowodnić.

lato_84_2

Kanadyjscy filmowcy mieszają tutaj Alfreda Hitchcocka, mocno inspirując się „Oknem na podwórzu” (motyw podglądactwa) polewając sosem z lat 80. Detale w postaci przedmiotów (walkie-talkie z G.I. Joe, rowery, walkmeny, biblioteka) oraz pojazdów budują wiarygodność realiów. Tak samo jak bardzo elektroniczna muzyka, pełna syntezatorów i perkusji brzmiącej tylko w tych czasach. Ale twórcy zgrabnie podpuszczają i mylą tropy, skupiając się na jednym pytaniu: czy nasz bohater ma rację czy zwyczajnie odleciał? A że większość „śledztwa” toczy się nocą, to suspens miejscami jest elektryzujący i klimatem zahacza wręcz o horror (świeżo zakopana ziemia w ogródku, zamknięte na kłódkę pomieszczenie, nadmierna serdeczność podejrzanego), co działa tylko na plus. Ale zapomnijcie o jump scare’ach, tutaj liczy się nastrój oraz klimat.

lato_84_3

Sam tytuł w konwencji mystery movie opowiada o zamknięciu pewnego etapu w życiu człowieka, po którym nic już nie będzie takie samo. choć najważniejszy pozostaje Davey, pozostali bohaterowie tez mają bardzo poważne i nawet ciężkie tło związane z rodzicami: rozwód rodziców (Nikki, będąca obiektem pożądania), przemoc („Eats”), ciężka choroba matki (Woody). Jest to ledwo liźnięte i zaznaczone, ale stanowi istotne tło. A monolog o tym, że pod każdym idealnie wyglądającym ogródkiem oraz domem czai się mroczna tajemnica, wybrzmiewa coraz bardziej.

Kolejny film wpisujący się w retro klimat, ale zrobiony z sercem. Świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów (między chłopakami jest chemia), konsekwentnie buduje napięcie aż do przerażającego, brutalnego i nieoczywistego finału. Parę razy zmroziło mi krew, co nie zdarza się często.

7/10

Radosław Ostrowski

Czuwaj

Wyobraźcie sobie, że jedziecie na obóz harcerski. A na obozie wiadomo: ognisko, granie na gitarze, śpiew i tematyka powstańcza. Do tego ładna druhna-lekarka, apele, ćwiczenia – w ogóle żyć nie umierać. Ale komendant do obozu dorzuca jeszcze paru młodych chłopaków z poprawczaka, których można też nazwać „patriotami” z nurtu kibolskiego. Dla obwoźnego Jacka Wesołowskiego jest to bardzo poważny problem. Zwłaszcza, że podczas obozu jeden z harcerzy – Tomek zostaje znaleziony martwy na skarpie. Wypadek? Samobójstwo? A może morderstwo? Jacek próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

czuwaj1

Nowy film Roberta Glińskiego chyba w założeniu miał być kryminałem czy nawet moralitetem. Punkt wyjścia, czyli konfrontacja dwóch światopoglądów był ciekawy, zaś osadzenie wszystkiego w lesie, gdzieś poza cywilizacją, mogło zbudować świetny klimat. Wydaje mi się, że reżyser chce pokazać do czego może doprowadzić uprzedzenia, wrogość oraz nieufność. I nawet niebezpieczna jest teza, gdzie zarówno nacjonalizm (pseudokibole), jak i patriotyzm (harcerze) są tutaj stawiani troszkę na równi. W tym sensie, że harcerze są tutaj bardziej święci od papieża (niektórzy), bo jest i palenie, picie gorzały, wyzwiska, bluzgi, nawet seks oraz pewne poczucie wyższości nad innymi. Brzmi znajomo? Wystarczy tylko zmienić uniform harcerski na dres. I to zrównanie wiele osób może wkurwić, zwłaszcza ze środowisk ZHP. Reżyser niby próbuje dodać odcieni szarości (w czym pomagają surowe, wyprane z kolorów zdjęcia), tylko że ten świat wydaje się jakiś dziwnie fałszywy, sztuczny, przerysowany.

czuwaj2

Ale sama intryga wydaje się prowadzona spokojnie, lecz do momentu pierwszego trupa zaczyna się odlatywać. Obóz, zamiast zostać zlikwidowanym działa dalej, informacja o śmierci zostaje utrzymana w tajemnicy (do czasu autopsji), a komendant nagle znika (niby powiadomić rodzinę chłopaka). Wtedy obóz harcerski zmienia się w obóz upokorzeń, zaś nasz oboźny zmienia się wręcz w dyktatora, który wymusza posłuszeństwo siłą, psychicznym znęcaniem czy nawet szantażem (próba „sfilmowania” przyznania się), co doprowadza do kolejnej tragedii. Tylko, że ja miałem to kompletnie w dupie, kolejne minuty coraz bardziej odlatują ku zdarzeniom nielogicznym, niedorzecznym i bez sensu.

czuwaj3

Aktorstwo jest w zasadzie żadne, bo nie ma tutaj postaci, interakcja jest bardzo śladowa. Nawet ci wychowankowie z poprawczaka w swoich dresach wyglądają dość groteskowo, jakby dorosłych ludzi (powyżej 30-tki) zmuszono do odtwarzania nastolatków (pamiętacie Steve’a Buscemi z „Rockefeller Plaza 30”?). Dorośli bohaterowie zostają zepchnięci na dalszy i nie mają wpływu na fabułę (Lichota jako komendant, Barciś w epizodzie księdza czy Zamachowski w roli inspektora policji). A nasz protagonista? Mateusz Więcławek wypada tutaj fatalnie, choć zamysł tej postaci jako skonfliktowanego chłopaka, próbującego wybadać sprawę oraz zaślepionego swoimi przekonaniami, był intrygujący. Tylko, że ta postać jest przerysowana, antypatyczna, drażniąca swoimi metodami pracy i z każdą minuta miałem jej dość.

„Czuwaj” miało trzymać w napięciu i zadać pytania o to, co może być impulsem do wybuchu zła. Zamiast tego wyszedł wielki, żenujący teatrzyk, pozbawiony logiki, postaci i jakiegokolwiek sensu. Harcerze powinni żądać przeprosin od reżysera za profanowanie ich organizacji, zaś reżyser spalić się ze wstydu za takie prostackie kino.

2/10 

Radosław Ostrowski

Prawdziwa historia

Pisarka Delphine właśnie promuje swoją świeżo wydaną powieść. Próbuje pracować nad swoim nowym dziełem, tylko nie jest w stanie niczego napisać. Brak weny, brak pomysłów, ciągłe zmęczenie – jak tu coś stworzyć? Wtedy w jej życiu pojawia się pewna tajemnicza kobieta o imieniu Elle. Początkowo sprawia wrażenie fanki i pierwsze spotkania są takie na przyjacielskiej stopie, ale okazuje się być ghostwriterem z pewnymi problemami. Z czasem ta więź staje się coraz silniejsza do tego stopnia, że Elle wprowadza się do domu Delphine.

prawdziwa_historia1

Żaden polski reżyser nie jest tak rozpoznawalny na świecie jak Roman Polański. Ten reżyser bardzo rzadko schodzi poniżej swojego poziomu, głównie skupiony na psychodramach w bardzo ograniczonej przestrzeni. „Prawdziwa historia” przypomina poprzednie filmy reżysera, co samo w sobie nie musi być wadą. Problem w tym, że ta cała opowieść kompletnie nie angażuje. Dlaczego? Po pierwsze, postacie, które są kompletnie nieprzekonujące. Niby ważna jest ta więź, tylko że ona przebiega za szybko i jest parę momentów, w których ta relacja powinna zostać dawno zerwana (zniszczenie miksera – kompletny brak reakcji ze strony Delphine), zaś coraz większa kontrola nowej przyjaciółki odbywa się aż za prosto. Poza tym Polański zaczyna używać narzędzia, którego nigdy nie używał – łopaty. Niby nie narzuca jednoznacznie interpretacji co do tego, kim są dwie panie, ale jest kilka sugestywnych chwil (nachalna, demoniczna muzyka, podobny strój, buty, ten sam kolor włosów) narzuca jeden, bardzo oczywisty trop. Nawet momenty mające budować napięcie (zatrucie, karmienie, senne majaki) wywołują jedynie znużenie albo śmiech. Zbyt wiele razy to widziałem, żeby kompletnie się zaangażować. Czuć tu inspirację „Misery” (złamanie nogi i pobyt w opuszczonym domku) czy „Autorem widmo”, które są tutaj bardzo mechanicznie narzucone. Fabuła ma wiele dziur i jest kompletnie niewiarygodna aż do samego „przewrotnego” finału.

prawdziwa_historia2

Owszem, film wygląda miejscami bardzo elegancko, z kilkoma niezłymi sztuczkami (początek filmu czy finał), jednak to za mało, by został w pamięci na dłużej. Grające główne role Emmanuelle Seigner (Delphine) i Eva Green (Elle) starają się jak mogą, by zbudować postacie, jednak Polański kompletnie nie daje im szans na rozwinięcie skrzydeł. Między tą parą nie czuć kompletnie żadnego napięcia, żadnej chemii, a ich zachowanie wydaje się miejscami nielogiczne. Drugi plan tutaj praktycznie nie istnieje, bo i te postacie nie są zbyt istotne.

Jak coś takiego mógł zrobić Polański? „Prawdziwa historia” nie ma w sobie niczego prawdziwego, a seans przypomina odwiedzanie skansenu, gdzie znajdujemy znajome obrazy, oparte na ogranych schematach, pozbawionych czegoś świeżego, żywotnego. Nie pamiętam, żeby jakikolwiek film Polaka wywołał takie rozczarowanie.

4/10

Radosław Ostrowski

Katyń – ostatni świadek

Londyn, rok 1947. Niedawno skończyła się II wojna światowa i świat powoli zaczyna wracać do normy. Dla Stephena Underwooda (pokrewieństwo z Frankiem Underwoodem żadne) jest to czas nudy oraz zajmowania się zwykłymi sprawami. Stephen jest dziennikarzem, który szuka swojego tematu, dającego mu pięć minut sławy. W tym czasie dochodzi do samobójstw polskich żołnierzy, przybywających w obozie – i nikogo to nie obchodzi, zaś nowo przybyły Michał Łoboda znika bez śladu. Wtedy dziennikarz trafia na trop zbrodni katyńskiej.

katyn1

Film Piotra Szkopiaka próbuje ugryźć temat Katynia z perspektywy Anglików oraz ubrać to w konwencję dziennikarskiego śledztwa a’la „Spotlight”. Problem w tym, że „Ostatni świadek” kompletnie nie angażuje i jest pozbawiony napięcia. Nawet nie chodzi o to, że wszystko oparte jest na gadanie i wygląda w bardzo teatralny sposób (jedno miejsce, kilka dosłownie postaci oraz non-stop gadanie), zaś dialogi pełnią rolę wręcz ekspozycyjną. Dzięki nim poznajemy historię Katynia (fragment pamiętnika, relacja Łobody) z jedną retrospekcją zrobioną kompletnie bez pazura. A i sama intryga prowadzona jest wręcz ospale i schematycznie z udziałem tajemniczych panów w kapeluszach na dalszym planie. Bo jest klasyczny trójkąt miłosny (ten trzeci wierzchołek to czarny charakter, pozbawiony charakteru), wszelkie próby zastraszania, znikanie świadków czy kluczowych postaci, niszczenie dowodów. Tylko, że to wszystko odbywa się w sposób bardzo mechaniczny, bez zaangażowania oraz wręcz telewizyjnym stylu. Brakuje w tym wszystkim suspensu, całość jest bardzo przewidywalna i, niestety, nudna. Doceniam fakt, że twórcy pokazują tuszowanie całej sprawy i uznanie jej za niewygodne z powodów politycznych (wygrzebane dokumenty z archiwum), co jest sporą zaletą. Szkoda, że fabuła nie angażuje i pozostaje letnia aż do końca.

katyn2

Nawet aktorzy nie są w stanie ożywić swoich bohaterów. Grający główną rolę Alex Pettyfer z wąsem a’la Michał Żebrowski jest tak pozbawiony charyzmy i tak papierowy, że słuchanie go przyprawia o ból wszystkich. Typowy śledczy, będący idealistą oraz szukającym dobrego tematu, do tego bardzo sztywny, grający wręcz jednym sposobem oraz tonem, co boli. Pojawiający się na plakacie Piotr Stramowski pełni rolę tylko i wyłącznie tła, a całość kradnie Robert Więckiewicz w roli tytułowej. Scena wywiadu w jego wykonaniu potrafi zmrozić krew, stając się najjaśniejszym punktem filmu. Podobno grał też Michael Gambon (naczelny), tylko jakoś nie miał zbyt wiele do roboty, tak samo jak Talulah Riley (Jeanette) i jej relacja ze Stephenem – pozbawiona jakichkolwiek emocji.

katyn3

„Katyń – ostatni świadek” może sprawdzić się jako film edukacyjny, pokazujący jak tuszowano sprawę Katynia na arenie międzynarodowej tuż po wojnie. Jednak jako opowiadana historia okazuje się kompletnie nieangażująca, bez jakiegoś błysku, emocji i siły rażenia. Ogromna szkoda i zmarnowany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski