Połączenie

Jordan Turner jest operatorką linii 911. Podczas jednego z takich połączeń popełnia błąd, doprowadzając do śmierci dziewczyny przez psychopatę. Zostaje przeniesiona do szkolenia nowych pracowników sieci. Wtedy do biura dzwoni dziewczyna porwana przez kierowcę w bagażniku jego auta. Jordan przejmuje rozmowę i próbuje pomóc.

polaczenie1

Czy można zrobić trzymający w napięciu thriller, który bazuje w większości czasu na rozmowie? W dodatku przez telefon? Brad Anderson pokazuje, że to jest realne. Przeskakując z centrali do bagażnika auta (prawie jak w opartej na podobnym pomyśle „Komórce”), udaje się trzymać w napięciu i to wielokrotnie, jednocześnie pokazując jak bardzo ryzykowna jest to praca. Intryga przykuwa uwagę i zmusza do myślenia, ale już końcówka (nie będę zdradzał) delikatnie rozczarowuje i zmienia ją w kolejny konwencjonalny dreszczowiec. Poza tym logika i działanie naszego bohatera jest czasami bardzo naiwne (dlaczego najpierw nie sprawdził czy porwana ma telefon). Dialogi przyzwoite, współpraca między centralą a służbami porządkowymi wszelkiej maści (w tym wypadku policji) są klarownie pokazane, okraszone to dobrym, dynamicznym montażem i irytującą muzyką. Tworzy to dość nierówną mieszankę, która ostatecznie wypada całkiem nieźle.

polaczenie3

Po części sytuację ratują aktorzy, którym udaje się stworzyć ciekawe role. Tutaj najbardziej wybija się Halle Berry w roli załamanej operatorki, która musi zmierzyć się z demonami przeszłości. Udaje się jej zachować spokój, a jednocześnie jest skuteczniejsza od policji (to po co gliniarze?). Drugą jasną osobą jest Abigail Breslin, czyli porwana Casey. Jej przerażenie jest wręcz namacalne i udziela się też po drugiej stronie. Zaś Michael Elklund jako porywacz jest małomówny, wywołuje przerażenie, choć pod koniec na siłę robi się z niego psychola.

polaczenie2

Film Brada Andersona jest dość nierównym thriller, przy którym można nieźle spędzić czas. Jest tu co być powinno, są różne kiksy, niemniej ogląda się to z przyjemnością.

6/10

Radosław Ostrowski

Infiltrator

John Matthews jest właścicielem firmy budowlanej, rozwiódł się, ma nową żonę i córkę. Ale jego syn z pierwszego związku wpadł w poważne tarapaty – zgarnięto go za narkotyki. I to dość dużą ilość, wystarczającą do handlu i żeby pójść na 10 lat do więzienia. Chyba, że wyda innych dilerów, wtedy mu zmniejszą wyrok, czego nie może zrobić (bo nikogo nie zna). Ojciec decyduje się sam wniknąć do środowiska dilerów, za zgodą pani prokurator i DEA. Pomaga mu w tym były diler, pracujący w jego firmie.

infiltrator1

Trudno nazwać ten film kinem akcji, ale jednak potrafi przykuć uwagę i chwycić za gardło, choć sam wątek wydaje się mało realny. Historia podobno bazuje na faktach, ale co do tego mam wątpliwości, bo naszemu bohaterowi dość łatwo przychodzi realizacja jego zadania, szybko poznaje szefa kartelu (po jednej akcji), ale cała reszta jest naprawdę ciekawa. Akcji jest tu niewiele (ale za to dobrze zrobionej), wszystko bardziej jest oparte na słowach niż totalnej demolce i rozwałce, co jest zaletą, a jednocześnie mamy tu ludzi z krwi i kości. Bo napięcie jest dość spore i potrafi ten film zaangażować.

infiltrator2

Także od strony aktorskiej film prezentuje dobry poziom. Największym zaskoczeniem jest Dwayne „The Rock” Johnson, który tutaj po pierwsze gra, po drugie robi to dobrze, po trzecie jego bohater nie jest twardzielem. To zwykły facet doprowadzony do ostateczności, który z desperacji pakuje się w dość trudną sytuację. I jest on naprawdę wiarygodny w tej kreacji. Z innych znanych aktorów pojawia się tu Susan Sarandon (prokurator Keeghan) i Barry Pepper (agent Cooper), jednak dla mnie drugą ciekawą postacią jest Daniel James (w tej roli znany w „Walking Dead” Jon Bernthal) – były diler, prowadzący uczciwe życie. Jednak zostaje on zmuszony powrócić do „branży”, a jego rozterki też zostają rozegrane przekonująco.

Ten film pozytywnie zaskakuje i pokazuje, że kino sensacyjne może trzymać w napięciu, mimo pozornie nie dziania się. Interesują propozycja.

7/10

Radosław Ostrowski

Władza

Billy Taggart z zimną krwią zabił gwałciciela, którego sąd uniewinnił. Zostaje on uniewinniony, ale za namową burmistrza odchodzi z policji. Siedem lat później Taggart pracuje jako prywatny detektyw. Burmistrz daje mu zlecenie śledzenia żony, podejrzewając ją o niewierność. Ale jak się okaże, sprawa ma drugie dno.

wladza1

Kino polityczne zmieszane z kryminałem nie jest łatwym gatunkiem, a wielu już poległo. Reżyser Allen Hughes po części się wybronił tworząc całkiem niezły film. O ile początek to rasowy dramat polityczny, gdzie toczy się brutalna walka o władzę, jednocześnie pokazując, że zawsze znajdą się ludzie działający ponad prawem, ponad etyką i powszechnie przyjętą moralnością. To jedyna rzecz łącząca gliniarza i burmistrza, ale dalej mamy już schematycznie poprowadzoną akcję (od połowy), intryga jest dość prosta, zaś zakończenie dość amerykańskie. Niemniej film ma swój klimat, jest nieźle opowiedziany, ma realistyczne sceny bijatyk i technicznie jest porządnie zrobiony.

wladza2

Zaś aktorzy grają tu całkiem przyzwoicie. Mark Wahlberg pasuje do roli prostego eks-gliniarza, który nie stawia żadnych pytań, ale później zaczyna je stawiać. Podejmuje się poprowadzenia sprawy i odkrywa dość nieprzyjemną prawdę. Równie dobrze wypada Russell Crowe w roli cynicznego, choć czarującego burmistrza, choć tego aktora stać na zwyczajnie więcej. Z drugiego planu zdecydowanie wybija się Barry Pepper jako kontrkandydat burmistrza w wyborach. Reszta jest dość solidna.

Jeśli chodzi o kino z polityką w tle, „Władza” nie jest niczym zaskakującym. To kawał niezłego kina, które nie przynudza, potrafi wciągnąć (do połowy) i ma dość dobrą obsadę.

6/10

Radosław Ostrowski

Długi postój na Park Avenue

Nowojorskie metro. Dzień jak co dzień, ludzie jadą do pracy, na spotkania. Jednak ten spokojny dzień dla pasażerów pociągu Pelham 123 nie był im dany. Wszystko zaczyna się od momentu, kiedy po wagon zostaje opanowanych przez bandytów pod wodzą niejakiego pana Niebieskiego. Biorą oni zakładników i żądają miliona dolarów okupu, który ma zostać dostarczony w ciągu godziny. Sytuację próbuje opanować porucznik Zachary Garber z policji metra.

park_avenue1

Pamiętacie taki film „Metro strachu” z Denzelem Washingtonem i Johnem Travoltą? Sam film był całkiem niezłym thrillerem bazującym na powieści Johna Godeya. Jednak nie była to pierwsza adaptacja. Tej dokonał w 1974 roku Joseph Sargent razem ze scenarzystą Peterem Stonem. Sam pomysł napadu wydaje się czymś karkołomnym i zrealizowanym przez szaleńców. Ale twórcom udało się uwiarygodnić cała intrygę, precyzyjnie wodząc za nos i trzymając w napięciu (m.in. scena dostarczenia pieniędzy przez konwój) do bardzo przewrotnego finału. Nie brakuje tutaj elementów zaskoczenia, tajemnicy dotyczącej porywaczami mających nazwiska jak kolory (tak, to z tego filmu pożyczył ten pomysł Quentin Tarantino we „Wściekłych psach”), nie ma tu jednak krwawej jatki (choć strzelanin jest parę), zaś całość nadal przykuwa uwagę, skupiając się tylko na samej intrydze. Całość jest porządnie zrealizowana, okraszona humorem (niepozbawionym aluzji polityczno-społecznych), surowymi, wręcz paradokumentalnymi zdjęciami oraz jazzującą muzyka Davida Shire’a.

park_avenue2

Zaś aktorsko jest na tym samym poziomie jak cała reszta, a najważniejszy jest pojedynek między dwoma antagonistami. Detektyw Garber w interpretacji Waltera Matthau (aktor kojarzony głównie z rolami komediowymi) sprawia wrażenie trochę ciapowatego, zmęczonego faceta zbliżającego się do wieku emerytalnego. Jednak pod tą niepozorną sylwetką kryje się rozważny, opanowany i przezorny gliniarz, który stara się przewidzieć kolejny ruch przeciwnika. Z kolei przywódca gangu pan Niebieski (znakomity Robert Shaw) to równie opanowany, precyzyjnie działający przeciwnik wierzący w konsekwentną realizację planu i nie negocjuje ustalonych warunków. Zaś pozostali członkowie są albo psychopatami (narwany Pan Szary – Hector Elizondo) albo desperatami (Pan Zielony – Martin Balsam).

Mimo prawie 40 lat na karku, „Długi postój…” ogląda się po prostu świetnie, zjadając remake Tony’ego Scotta na śniadanie. Atmosfera, tempo i bardzo fachowa realizacja nie chcą się zestarzeć. To coś, co naprawdę trzeba obejrzeć.

8/10

Radosław Ostrowski

Morze miłości

Frank Keller jest policjantem z wydziału zabójstw z 20-letnim doświadczeniem. Razem z detektywem Shermanem prowadzą dochodzenie w sprawie zabójstw mężczyzn. Wszyscy umieszczali anonse w gazecie dla samotnych. Obaj decydują się umieścić swoje ogłoszenia, zakładając, że sprawcą jest kobieta i w ten sposób ją złapać. Frank wpada na trop Helen, ale zakochuje się w niej.

morze_milosci1

Film Harolda Beckera w założeniu jest thrillerem z wątkiem miłosnym. Obydwa wątki zgrabnie przeplatają się ze sobą i wciągają, trzymając w napięciu do samego finału (całkiem niezłego). Wszystko się gmatwa i komplikuje, nie brakuje odrobiny humoru (randki w restauracji), zaś realizacja jest więcej niż solidna. Ogląda się to dobrze i trudno się przyczepić do czegoś.

morze_milosci2

Ale byłby to jeden z wielu filmów z tego okresu, gdyby nie było tak świetnie zagrane. Powracający po czterech latach przerwy Al Pacino znowu przyciąga uwagę. Zarówno jako śledczy, jak i zakochany facet. Także Ellen Barkin jest apetyczna, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi wybija się sympatyczny John Goodman (detektyw Sherman) i Michael Rooker (Terry).

Solidny dreszczowiec, który mimo upływu lat potrafi sprawić satysfakcję.

7/10

Radosław Ostrowski

Namiętność

Isabelle jest pracownicą filii amerykańskiej firmy reklamowej w Niemczech. Jej szefową jest dominująca Christine, która podkrada jej pomysły. Jednak kiedy Isabelle wykorzystuje swój pomysł reklamy, wrzucając ją w Internet, dochodzi do spięcia. Sytuacja jednak się zaognia, gdy Isabelle zacznie sypiać z jednym z kochanków swojej przełożonej.

passion1

Brian De Palma był kiedyś jednym z najciekawszych reżyserów, który zawsze potrafił zaskoczyć. Garściami czerpał z Hitchcocka, trzymając w napięciu, wodząc za nos, jednocześnie dysponując pewnym warsztatem. Tym razem postanowił zrobić remake francuskiego kryminału sprzed 3 lat, gdzie mamy szantaż, rywalizację, upokorzenie, perwersję (śladową) i morderstwo. Brzmi poważnie i ciekawie? Nie do końca jednak wyszło. Po pierwsze, dość spokojne i powolne tempo. Celem było chyba powolne uśpienie widza, by potem uderzyć. I rzeczywiście, pod koniec, gdy nasza potulna pracownica zostaje oskarżona o morderstwo, robi się ciekawie (balansowanie na granicy snu i jawy) i nie brakuje elementu zaskoczenia, który jest łatwy do przewidzenia. Po drugie, zakończenie, które jest urwane i sprawia wrażenie niejasnego, co trochę komplikuje sytuację. Jednak udało się pokazać jak bardzo można się posunąć dla kariery. Z drugiej strony, jest to elegancko zrealizowane, ze stonowaną kolorystyką, skupieniem na detal i typowymi trickami dla tego reżysera (podzielony ekran, podwójna ogniskowa, długie ujęcia). Ale to już widzieliśmy wcześniej i lepiej.

Od strony aktorskiej, reżyser poeksperymentował i wyszło to całkiem przyzwoicie. Dobrze wypadły Rachel McAdams (szefowa Christine – manipulantka, szantażystka, perwersyjna) i Noomi Rapace (Isabelle – wyciszona, zgaszona, powoli będąca pewną siebie) jako główne antagonistki, a wrogość ich jest wręcz namacalna. Poza nimi należy zdecydowanie wyróżnić Karoline Herfurth (Dani – asystentka Isabelle) i Paul Anderson (Dirk, kochanek Christine). Pozostali tworzą solidne tło, ale nic ponadto.

passion2

De Palma od 1998 roku („Oczy węża”) nie nakręcił niczego ciekawego i wartego uwagi. „Namiętność” jest zaledwie przyzwoitym straszakiem, bo po twórcy „Carrie”, „Nietykalnych” i „Życia Carlita” liczyłem się na więcej. Może następnym razem się uda?

6/10

Radosław Ostrowski

Sen Kasandry

Ian i Terry są braćmi pochodzącymi z nizin społecznych, zaś ich rodzinę od lat wspiera wuj Howard. Pierwszy pomaga ojcu przy restauracji, choć marzy o prowadzeniu hoteli, drugi zaś pracuje w warsztacie samochodowym i jest nałogowym hazardzistą, wpędza się w długi. Kiedy przyjeżdża wuj Howard, bracia chcą pomocy, ale to Howard potrzebuje pomocy od nich – trzeba usunąć pewnego człowieka, przez którego wuj może pójść do więzienia.

sen_kasandry1

Woody Allen znów w Londynie i znów o zbrodni, ale tym razem bez wygłupów. To poważny dreszczowiec, w którym słychać echa „Wszystko gra” oraz Dostojewskiego. Jednak jeśli oglądaliście „Wszystko gra” ten film was rozczaruje. Mamy podobną intrygę, mamy bohaterów walczących z wyrzutami sumienia i ponury, wręcz antyczny dramat mogący skończyć się tylko w jeden sposób. Ponura atmosfera jest budowana zarówno przez oszczędne zdjęcia Vilmosa Zsigmonda, jak i zapętlającą się muzyką Philipa Glassa. I co z tego, skoro cały film jest dość wtórny. Allen opowiada tą samą historię, ale wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki nie wychodzi najlepiej, zwłaszcza w przypadku poważniejszych filmów Allena. Technicznie i realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić.

sen_kasandry2

Aktorsko też jest więcej niż dobrze. Ewan McGregor i Colin Farrell jako dwaj bracia są po prostu świetni oraz ich przemianę jaką zachodzą w trakcie opowieści. Także Tom Wilkinson potwierdza klasę jako pozbawiony skrupułów wuj. Poza tym triem mamy jeszcze apetyczną Hayley Atwell (Angela) i ciepłą Sally Hawkins (Kate).

sen_kasandry3

Cóż, ten Allen nie jest tak udany jak „Wszystko gra” i chyba Londyn przestał służyć temu reżyserowi. Dlatego zmienił klimat, ale to temat na inny wpis.

6/10

Radosław Ostrowski

Wszystko gra

Chris Wilton jest młodym tenisistą, który przerwał swoją karierę i został instruktorem. Tak poznał Toma Hewitta – młodego faceta, syna milionera. Obaj panowie lubią operę i szybko zaprzyjaźniają się, aż w końcu Chris żeni się z siostrą Toma i zostaje członkiem rodziny. Jednak jego spokój zostaje zakłócony przez Nolę Rice – byłą narzeczoną Toma i kochankę Chrisa, która stawia mu warunki.

wszystko_gra1

Woody Allen mimo 70 lat na karku w momencie kręcenia tego filmu kolejny raz zaskoczył. Po pierwsze, nie pojawia się na ekranie, po drugie zamiast jazzowej muzyki mamy operę w ścieżce dźwiękowej, po trzecie przeniósł akcję z Nowego Jorku do Londynu, po czwarte „Wszystko gra” nie jest komedią, tylko thrillerem. Zdziwieni? Ja też, bo reżyser wraca do wątków i konwencji w stylu „Zbrodni i wykroczeń”, a jednocześnie przypomina dwie stare prawdy: forsa rządzi światem, a pragnienia zawsze są takie same i jak wiele zależy od zwykłego szczęścia. Symbolicznie pokazuje to sam początek filmu, gdy widzimy piłkę tenisową, która odbija się od siatki i… obraz zostaje zatrzymany. Choć tempo jest powolne i pozornie niewiele się dzieje, obraz potrafi zatrzymać w napięciu (scena morderstwa zrealizowana z niesamowitą precyzją) i wielokrotnie zaskakuje, zwłaszcza dość przewrotnym finałem, gdzie (spojler) zbrodnia nie zostaje ukarana, a wszystko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (/spoiler). Zdjęcia i montaż plus scenariusz i reżyseria to najmocniejsze atuty filmu.

wszystko_gra2

Za to zagrane jest to naprawdę świetnie. Najbardziej wybija się Jonathan Rhys Meyers, którego bohater jest zafascynowany światem bogatych i świetnie się do niego wpasowuje, zaś by chronić swoją pozycję jest w stanie pozbyć się kręgosłupa moralnego. Trochę mi przypomina Nikodema Dyzmę, tylko jest bardziej brytyjski. Trudno też nie zauważyć Scarlett Johansson, która wypada naprawdę dobrze jako Nola – jest atrakcyjna, kusząca, ale stara się zachować dystans, jednak trudno powstrzymać chuć. Poza tą dwójką, która nakręca ten film należy koniecznie wspomnieć o Emily Mortimer (prostoduszna Chloe), Brianie Coxie (Alec, ojciec Toma) i Matthew Goode (Tom).

Allen poważny też potrafi być ciekawy i równie wyborny jak w błyskotliwych komediach. Obok „Klątwy skorpiona” to najlepszy Allen w XXI wieku.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hannibal – seria 1

Will Graham jest wykładowcą FBI w Quantico, który zajmuje się tworzeniem profilu psychologicznego zabójców. Zostaje jednak poproszony przez agenta Jacka Crawforda, by pomógł rozwiązać sprawę seryjnego mordercy nazwanego Dzierzbą. Jednak sprawa okazuje się dla niego cięższa niż myślał. Dlatego Crawford prosi o pomoc dra Hannibala Lectera, który ma też zadbać o stan psychiczny Grahama. Obaj panowie tworzą dość interesujący duet.

Na ekranie było już wielu filmowych psychopatów, którzy stali się ikonami popkultury. Jednym z nich jest zdecydowanie Hannibal Lecter, bohater cyklu powieści Thomasa Harrisa. Powieści te były przenoszone na ekran (pierwsza „Czerwony smok” była przenoszona dwukrotnie – w 1986 r. przez Michaela Manna i w 2002 r. przez Bretta Ratnera), a do pory ta postać jednoznacznie łączy się z aparycją Anthony’ego Hopkinsa. Kiedy wydawało się, że już nic mnie zaskoczy, Bryan Fuller (twórca „Herosów”) postanowił nakręcić serial o Hannibalu Lecterze sprzed wydarzeń z „Czerwonego smoka”, jednocześnie uwspółcześniając akcję.

Pomysł dość karkołomny i ryzykowny, ale chyba się udało. Pozornie wydaje się, że mamy do czynienia z typowym proceduralem osadzonym w uniwersum Harrisa, co widać w scenach w laboratorium i kostnicy, gdzie badane są zwłoki (prawie jak w „CSI” czy „Kościach”, choć nie wchodzą aż tak dokładnie). I w zasadzie każdy odcinek to inna sprawa, ale wątek Dzierzby ma swoje perturbacje w następnych odcinkach (wątek córki zabójcy Abigail, która jest podejrzewana o współudział). Jednak nie ma tutaj ani nudy czy zmęczenia, zaś każdy odcinek powoli odkrywa przeszłość bohaterów. Dla nas chyba jednak najciekawsza jest możliwość zobaczenia Lectera na wolności. Można się trochę przyczepić, że za mało jest Hannibala w „Hannibalu”, jednak z drugiej strony w powieściach też ta postać pojawia się na drugim planie, choć jej obecność była odczuwalna przez cały czas (tak samo w filmach, może z wyjątkiem „Po drugiej stronie maski”, ale nie było to zbyt udane dzieło). Zresztą jest jeszcze kilka postaci łączących serial z uniwersum. Poza głównymi bohaterami jest Jack Crawford – szef oddziału behawioralnego FBI (tutaj jest czarnoskóry), dr Alana Bloom (w książce była facetem), Freddie Lounds – dziennikarka pisząca do bloga Tattler, gdzie opisuje makabryczne zbrodnie (w książce też była facetem) i dr Frederick Chilton – szef psychiatryka w Baltimore.

Największe wrażenie zrobiły jednak na mnie nie koniecznie same sceny zbrodni, ale momenty, gdy Graham „wchodzi” w skórę sprawcy – zastosowane spowolnienia, mocniejsza kolorystyka i nieprzyjemna muzyka w ich trakcie buduje lekko oniryczny klimat, który (trochę na siłę) się porównuje do „Miasteczka Twin Peaks”. Wtedy robi się naprawdę nieprzyjemnie. Krew, organy, morderstwa dzieci – to nie jest serial dla młodych widzów, dlatego jest pokazywany po 22, co trochę się odbija na oglądalności. Niemniej serial jest bardzo ciekawy, technicznie na bardzo wysokim poziomie, zaś finał jest dość mocny i przewrotny.

 

Teraz najważniejsza część tego serialu – bohaterowie. O tych pierwszoplanowych, powiem później, bo to temat na dłuższą chwilę. Więc zaczniemy od drugiego planu. Tutaj przede wszystkim dominują panie: Caroline Dhavernas jako empatyczna dr Bloom, którą poza przyjaźnią łączy coś wiecej z Grahamem i jako jedynej zależy na dobrym stanie Grahama, Lara Jean Chorostecki czyli Freddie Lounds – niby dziennikarka, której tak naprawdę zależy na rozgłosie, choć udaje pomoc, ale jest wnikliwa, inteligentna i nieustępliwa w docieraniu do informacji. Trzecią panią grającą dość istotną rolę jest Kacey Rohl. Abigail Hobbs, córka Dzierzby, wygląda pozornie na niewinną i przerażoną dziewczynkę, ale prawda o niej zaskakuje. Należy też wspomnieć o dawno nie widzianej Gillian Anderson, która tutaj wciela się w dr Du Maurier, psychiatrę i przyjaciółkę Lectera. Jednak poza paniami jest tu trzech panów – Aaron Abrams i Scott Thompson tworzą duet śledczych Zellera i Price’a, ale i tak najważniejszy jest ten trzeci. Mianowicie Laurence Fishbourne, który gra agenta Crawforda – inteligentnego śledczego, który czasami używa manipulacji i zastraszania, zaś skrywa pewną tajemnicę.

crawford

Najważniejsze postacie zostawiłem na deser. Wbrew pozorom głównym bohaterem nie jest Lecter, ale agent Will Graham. Wcielający się w tą rolę Hugh Dancy tworzy postać bardzo empatycznego i wnikliwego agenta, dla którego praca jest jedynym sensem życia. Jednak zaczyna to na nim mocno odbijać – zaczyna mieć zwidy, bezsenność, lunatykowanie, w końcu zaczyna „urywać mu się film” i tracić orientację. Mocna, bardzo intrygująca kreacja. No i w końcu Hannibal – nasz ukochany psychol. W interpretacji Madsa Mikkelsena jest bardzo opanowany, oszczędny w słowach i emocjach, za to bardzo dokładny, inteligentny i elegancki. Nawet gdy zabija nie traci zimnej krwi, zaś potraw przyrządzanych przez niego nie powstydziła by się żadna restauracja (gdyby tylko znali składniki). Bardzo mi się spodobała ta interpretacja, bo nie ma też tutaj naśladowania gestów i ruchów legendarnego Hopkinsa. Nie miałoby to żadnego sensu. Obaj panowie zagrali znakomicie, tworząc silną chemię między nimi.

bloom

Ale się rozpisałem, bo i jest o czym. Fuller stworzył bardzo interesujący i ambitny serial, do którego już zamówiono drugą serię. Mam nadzieję, że twórcy nas jeszcze czymś zaskoczą i utrzymają wysoki poziom tej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Uwolnienie

Lewis, Ed, Bobby i Drew – czterej kumple z Atlanty, którzy mają normalną pracę i rodziny, decydują się ruszyć czółnami wzdłuż rzeki w miejscowości, w której za parę miesięcy postawiona zostanie zapora. Jednak wyprawa zmienia się w lekcję przetrwania, gdy zostaną zaatakowani przez dwóch miejscowych.

Film Johna Boormana pozornie jest filmem tzw. survivalowym, gdzie nasi bohaterowie muszą zmagać się z naturą i innymi ludźmi zamieszkującymi ją. Tutaj mamy płynącą z gór rzekę (piękne i surowe zdjęcia Vilmosa Zsigmonda) i bardzo specyficzny klimat budowany także przez oszczędne dialogi, niedopowiedzenia i bardzo powolne tempo, które wielu może zniechęcić, a nawet znudzić. Z drugiej strony daje to dość szerokie pole do interpretacji i w paru miejscach wręcz trzyma za gardło (pierwsze spotkanie z miejscowymi w lesie). Zmontowane to naprawdę porządnie, a to, co się stało mocno odciśnie piętno na tych, co przeżyją.

W dodatku jest to naprawdę bardzo dobrze zagrane, ze wskazaniem na Burta Reynoldsa i Jona Voighta (Lewis i Ed), którzy są najważniejszymi postaciami w tej skromniej grupie. Także Ronny Cox (Drew – świetny gitarzysta) i Ned Beatty (Bobby) choć robią za tło, mają swoje pięć minut.

Moja recenzja jest krótka, bo co tu dużo mówić, to kawał dobrego kina. Niektórych może zrazić tempo, ale dla zakończenia i kilku świetnych scen warto obejrzeć całość.

7,5/10

Radosław Ostrowski