Czerwona jaskółka

Czym są Jaskółki? To szkolone przez wywiad kobiety, mające za zadanie zdobyć informacje za pomocą uwodzenia oraz manipulowania mężczyznami. Przygotowywane są w specjalnych szkołach wywiadów nazywanych Szkołami Jaskółek i Kruków, znajdujących się na terenie każdego kraju. Do tej szkoły w Rosji trafia Dominika Jegorowa – młoda baletnica, siostrzenica zastępcy szefa rosyjskiego wywiadu. Jej kariera tancerki zostaje przerwana z powodu wypadku, więc wujek werbuje ją. Jej zadaniem miało być sprawdzenie pewnego ważnego polityka, jednak jest to pułapka. Dominika nie ma wyjścia i musi podjąć współpracę z wywiadem, a jej zadaniem jest wyciągniecie informacji o krecie pracującym dla Amerykanów z ręki Nate’a Nasha – oficera CIA.

czerwona_jaskolka1

Kino szpiegowskie może mieć bardzo różne oblicza: od dynamicznych akcyjniaków pokroju Jamesa Bonda czy Jasona Bourne’a poprzez bardziej psychologiczne dramaty i powolniejszą narrację w stylu Johna le Carre. Wydaje się, że w tym kierunku próbowała pójść „Czerwona jaskółka” – adaptacja bestsellerowego debiutu byłego agenta CIA, Jasona Matthewsa. Jest to bardzo powolna historia kobiety, której losy przestają być od niej zależne, a sama intryga jest pełna klasycznych „szpiegowskich” sztuczek: podchody, brak zaufania, wodzenie za nos wszystkich oraz ciągła gra. Jednocześnie przenosimy się z miejsca na miejsce (Moskwa, Wiedeń, Budapeszt, Londyn), próbując nadgonić za całością. Dla mnie najciekawsze i największe wrażenie robiły sceny związane ze szkoleniem. Tutaj reżyser pokazuje jak bardzo system zmusza do współpracy za pomocą upodlenia, szantażu oraz złamania charakteru. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko wydaje się naciągane.

czerwona_jaskolka2

Sama intryga nie tylko toczy się dość powoli, ale zwyczajnie zaczyna przynudzać. Brakuje tutaj suspensu, bo pojawia się on bardzo krótko. Czy to w scenie wymiany z asystentką senatora USA, czy podczas brutalnych przesłuchań, czuć zagrożenie oraz niepokój. Jednak reżyser Francis Lawrence kompletnie zaczyna się gubić. Mamy tu zbyt wiele scen zbędnych jak te z matką Dominiki (rozumiem, że to miało pokazać motywację, ale pojawiają się za często), relacja między naszą agentką a Nashem przebiega zbyt szybko, zaś samo starcie między USA (strażnikami wolności i tak prawymi ludźmi, że nawet agenci nie brudzą sobie rączek) a Rosją (grającą ostro, brutalnie i bezwzględnie) wygląda tak naiwnie, że aż trudno w to uwierzyć. Za mało jest tutaj odcieni szarości, jak na film szpiegowski, a za mało napięcia i akcji.

czerwona_jaskolka3

A jak sobie radzą tutaj aktorzy? Robią, co mogą i nawet dają sobie radę, jednak brakuje tutaj odcieni szarości. Wyjątkiem jest tutaj Jennifer Lawrence, która dość przekonująco pokazuje kobietę lawirującej między służbą i byciem „niewolnicą” wywiadu, a próbą osiągnięcia częściowej kontroli nad samą sobą. Nieźle sobie też radzi Joel Edgerton (Nash), jednak nie byłem w stanie uwierzyć w tą relację (poza dość niejednoznacznym początkiem) w dalszym przebiegu wydarzeń. Dla mnie film kradnie Matthias Schoenaerts jako Wania Jegorow, wyglądający niczym klon Władimira Putina, który jest bardzo śliski, mimo pozorów dobroci. To bardzo diaboliczna postać, dodająca pewnego kolorytu, tak jak bardzo chłodna Charlotte Rampling (dyrektorka szkoły Jaskółek).

„Czerwona jaskółka” to bardzo pokraczny film, próbujący złapać kilka srok za ogon. Niby pokazuje kolejny etap wywiadowczych rozgrywek między USA a Rosją oraz ich bezwzględność, jednak brakuje tutaj napięcia, zaangażowania oraz emocji. Dlaczego tego filmu nie zrobił David Fincher? To pozostanie największą tajemnicą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Diabolik

Tytułowy Diabolik to nieuchwytny kryminalista, nie robiący sobie nic z kolejnych policyjnych zasadzek, dopuszczając się coraz bardziej bezczelnych kradzieży. A wspiera go w tym Eva – wspólniczka i kochanka. Jednak prowadzący sprawę inspektor Genko jest zdeterminowany i by dopaść przestępcę postanawia zawrzeć układ z szefem mafii.

diabolik1

Film Mario Bavy z 1968 roku, tym razem wspartego przez producenta Dino De Laurentiisa, zmierzył się z popularnym w swoim kraju komiksem. I jest to w jakimś stopniu kino superbohaterskie, ale troszkę inne niż zwykle, bo Diabolika trudno nazwać bohaterem. Owszem, ma kryjówkę pod ziemią, ma sporo gadżetów i lateksowe wdzianko niczym Batman, jednak to (anty)bohater, mający tylko jeden cel: spełnić zachcianki swojej kobiety. Pozornie historia wydaje się bardzo prosta, jednak reżyser idzie z duchem epoki, czyli lat 60. Z jednej strony bardzo psychodeliczna wizja, z bardzo szybkim montażem (czołówka), skupieniem na detalach oraz dość ciekawych kadrach, z dość nietypowymi kątami jak w scenach z kryjówki naszego protagonisty czy podczas scen akcji. Z drugiej jest to bardzo kampowy, lekko kiczowaty koktajl, przesiąknięty erotyzmem oraz pomysłami tak szalonymi jak przetopienie pieniędzy w jedną ogromną sztabę złota. Więc jest wywrotowo, zmysłowo, z szaloną muzyką Ennio Morricone oraz bardzo pomysłowymi inscenizacjami (zasadzka przy pomocy mafii, każda ucieczka oraz nowy gadżet czy finał), nawet jeśli troszkę maskują kwestie budżetowe (akcja z pociągiem). Intryga potrafi chwycić, realizacja wygląda imponująco (poza scenami jazdy, gdzie mamy przyklejone tło), pojawia się kilka niespodzianek i wolt, zaś finał wprawia w pewne zakłopotanie.

diabolik2

Bava świetnie się bawi formą, a i aktorami (mimo pewnego przerysowania i umowności) zajmuje się bardzo dobrze. Największe wrażenie robią tutaj Michel Piccoli (inspektor Genko) oraz Adolfo Casi (gangster Valmont), którzy zwyczajnie bawią się na planie przednio. Podobnie jak pojawiający się w epizodzie Terry Thomas (minister), dodający troszkę humoru. Z kolei sam Diabolik w wykonaniu Johna Martina Lawa to bardzo małomówny facet, nastawiony na czyny z aparycją przypominającą troszkę Alaina Delona. Ale gdy się odezwie jest zaledwie znośny. W przeciwieństwie do pociągającej Marisy Mell, z którą nasz zbrodniarz ma bardzo silną chemię.

diabolik3

„Diabolik” to bardziej komercyjny film Bavy, jednak nie należy tego traktować jako wady. Reżyser po swojemu zmierzył się z nieznaną sobie konwencją, naznaczył swoim piętnem i dorzucił luz. Dla mnie była to przyjemną wyprawa, dająca dużo zabawy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071


Gra cieni

Przedwojenna Korea znajdowała się pod dyktatem Japonii, gdzie część mieszkańców poszła na współpracę z okupantem. Jednym z takich ludzi jest Lee Jeong-chool – kapitan japońskiej policji, który kiedyś należał do ruchu oporu. A wszystko zaczyna się od obławy na dawnego znajomego z młodości, która kończy się śmiercią ściganego. Jednak przełożony postanawia dać Lee drugą szansę: infiltracja środowiska ruchu oporu, by schwytać jego przywódcę Jeong Chae-san. By tego dokonać, kapitan musi się „zaprzyjaźnić” z niejakim Kim Woo-jin, właścicielem zakładu fotograficznego. Od tej pory zaczyna się ryzykowna gra, gdzie do zdobycia jest zarówno całe szefostwo ruchu oporu, jak i materiały wybuchowe.

gra_cieni1

Koreańskie kino to rejon dla mnie nadal dość dziewiczy, a tym bardziej kino szpiegowskie. Kim Jee-woon jednak łączy amerykański sznyt z koreańskim stylem. Realia epoki są odtworzone z ogromnym pietyzmem. Kostiumy, pojazdy czy wnętrza zarówno pociągu jak i budynków prezentują się imponująco. Ale najważniejsza jest tutaj sama historia, gdzie mamy zderzenie dwóch walczących siatek: japońskiej policji i wywiad oraz koreańskim ruchem oporu, walczącym o niepodległość kraju. Intryga tutaj jest bardzo mocno pogmatwana, bo w każdej ze stron działają podwójni agenci oraz zdrajcy. Nie do końca wiadomo komu można zaufać, a stawka jest coraz wyższa. Czy nasz kapitan zdradzi swoich przełożonych, którzy nim gardzą? A może udaremni plany ruchu oporu? Reżyser bardzo powoli buduje napięcie w pozornie prostych scenach (wspólne popijawy czy akcja w pociagu), przez co niepokój jest wręcz obecny cały czas. Za to zaskakuje pomysłowo zainscenizowanymi scenami akcji – zarówno początkowa obława z żołnierzami skaczącymi po dachach jak i bardzo efektowna strzelanina na dworcu podnoszą adrenalinę. Więc nie zabrakło widowiskowości w tej – pozornie kameralnej – historii o zdradzie, przyjaźni i lojalności.

gra_cieni2

Tylko, że ponad dwugodzinna opowieść ma pewne momenty przestoju i miejscami bywa odrobinkę teatralna, co może zniechęcić. Dodatkowo nadmiar postaci drugo- i trzecioplanowych, które mogą odegrać istotną rolę jest bardzo duży, przez co trzeba „Grę cieni” oglądać w dużym skupieniu oraz koncentracji, by nie pogubić się w tej całej układance. Dodatkowo wiele postaci jest ledwo zarysowanych, przez co trudno się z nimi identyfikować, tak samo jak emocjonalny chłód między głównymi bohaterami.

gra_cieni3

Ale jeśli dodamy do tego porządne aktorstwo (ze szczególnym wskazaniem na bardzo wycofanego Songa Kan-hoo oraz Yoo Gonga) i pewną reżyserię, w efekcie dostajemy sprytnie poprowadzone kino rozrywkowe, pełne zaskoczeń, rozmachu, stylu oraz brutalne.

7/10

Radosław Ostrowski

Kasia Kowalska – Aya

0007EL99RJC6UQ5I-C122

W latach 90. to była jedna z najpopularniejszych gwiazd polskiej sceny pop-rockowej, jednak ostatnie albumy spotykały się z coraz chłodniejszym odbiorem. Być może dlatego (oraz z powodów macierzyńskich) Kasia Kowalska zniknęła na długo. Na nowe wydawnictwo fani musieli czekać aż 10 lat, co w muzyce wydaje się wręcz wiecznością. Jednak dwa pierwsze single dawały nadzieję, ze warto było czekać. Jaka ostatecznie jest “Aya”?

Z jednej strony mocno pachnąca latami 90., ale z drugiej bardzo współcześnie wykonaną i mającą kilka mocny kart w talii. I to już serwuje utwór tytułowy, będący kompletną woltą przypominającą brzmienia bardziej alternatywne: soczysty bas, przesterowana elektronika, lekko zmodyfikowane gitary, wokalizy w tle, wybijające się dęciaki pod koniec każdej zwrotki oraz wręcz stadionowy, bardzo nośny refren. Magnetyzująca mieszanka, po której będziecie chcieli puszczać ten utwór non stop. Bardziej wyciszony jest utwór “Dla taty”, mieszającą folkową gitarę z poruszającym fortepianem oraz pojawiającym się w finale solo na klarnecie grane przez… ojca Kowalskiej. Razem z tekstem daje to prawdziwego kopa. A im dalej, tym różnorodniej: od pachnącej country “Alannah (Tak niewiele chcę)” (jest też anglojęzyczna wersja “Somewhere Inside” z tekstem Alannah Myles) okraszoną bluesową gitarą przez lekko rozmarzone “Teraz kiedy czuję” (bardzo urocza elektronika) i bardziej gitarowe wejścia w “Czas się kurczy” aż po dość niepokojąco wolną “Czerń i biel” z bardzo mocnym refrenem. O dziwo, ta cała różnorodność działa tutaj na plus, dodając wiele świeżości.

Do tego też jest parę niespodzianek jak przepiękne “Wyspy milionów gwiazd”, gdzie przewija się klawesyn w tle, rozpędzone “Przebaczenia akt” czy bardziej  rockowa “Krew ścinanych drzew”, chociaż początek tego nie zapowiadał. Na sam finał dostajemy nastrojowy “Tam, gdzie nie sięga ból”, jakby żywcem wzięty z lat 90., zaś sam wokal Kowalskiej ma szerszy wachlarz możliwości, w pełni go wykorzystując.

Muszę przyznać, że “Aya” to jedna z większych niespodzianek. Kowalska w pełni wykorzystała swoją przerwę, teksty niepozbawione są refleksyjności, ale nie są w żaden sposób prostackie, muzyka nie jest pozbawiona potencjalnych hitów (i nie jest to wada), dając kopa. A ja chcę więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Kamasi Washington – Heaven & Earth

20180417023241_main

Muzyka jazzowa uważana jest za bardzo hermetyczną muzykę, opartej w sporej części na mieszaninie dźwięków z różnych instrumentów w różnym tempie. Czasem bywa przeładowana dźwiękami, przez co odsłuch doceniają nieliczni. Czy do tej grupy zalicza się saksofonista Kamasi Washington? Jego poprzednie dzieło (trójpłytowy album “The Epic”) wywołało spore zamieszane, a muzyk tym razem postanowił wyciszyć swoje ambicje, tworząc zaledwie dwupłytowy “Heaven and Earth”, gdzie wsparli go starzy kumple  ze składu Next Step (basiści Miles Mosley i Stephen “Thundercat” Bruner, perkusiści Robert Bruner Jr. i Tony Austin, puzonista Cameron Graves, klawiszowiec Brandon Coleman oraz wokalistka Patrice Quinn), a także orkiestra z chórem. Innymi słowy, jest na bogato.

I tą moc czuć w otwierającym pierwszy album “Fists of Fury”, gdzie dęciaki ze smyczkami tworzą wręcz epickie dzieło. A kiedy wchodzą klawisze z perkusją oraz chór, to nie ma zmiłuj. Tutaj też wybija się dynamiczna gra na fortepianie oraz popis saksofonowy samego gospodarza, a także śpiew na początku oraz końcu. Znacznie spokojniej zaczyna się “Can You Here Him”, wręcz bujając samym rytmem oraz powoli nakładającymi się instrumentami (a także wokalizami), dodając do pięknego współgrania dęciaków ze sobą, a także solówki na klawiszach jakby żywcem wziętych z dyskotekowych lat 70., wznosząc całość w iście psychodeliczne rewiry. Troszkę egzotyki dodaje cudny “Hub-Tones” z fantastycznie grającymi dęciakami (wręcz rozbrykanymi) oraz bardziej wyciszone “Connections” z “falującymi” smyczkami, przyjemnymi wokalizami oraz popisem klawiszowo-kontrabasowo-dętym. Mimo, że utwory są bardzo długie (najkrótszy trwa ponad 5 minut), to nie ma tutaj miejsca ani na nudę ani rozwlekłość. Nawet jeśli pojawia się dźwiękowy chaos i jazgot (początek fuzyjnego “The Invincible Youth” I jego koniec, gdzie puszczono instrumenty od tyłu), jest tylko krótkim epizodem do kolejnych popisów instrumentalnych.

Z drugiej płyty największe wrażenie robi wręcz kosmiczny w formie “The Space Travellers Lullaby” z przepięknymi smyczkami oraz oszczędnym fortepianem osiągający wręcz spektakularne brzmienie, by w finale zakończyć całość solówką Kamasiego. Ale po drodze są jeszcze okraszone “karaibskimi” klimatami “Vi Lua Vi Sol”, bardzo rytmiczny i funkowy “Street Fighter Mas” czy rozpędzający się w środku “Song for the Fallen”.

I te dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Sam Kamasi czaruje swoją grą przechodząc od spokojniejszych po bardziej agresywne solówki. A mimo rozmachu aranżacyjnego całość jest bardzo przystępna dla zwykłego zjadacza chleba, co dla wielu będzie ogromnym plusem. Rzeczywiście czułem się jakbym odwiedzał niebo i ziemię.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Party

Każda impreza to dobry pretekst, by spotkać się ze starymi znajomymi, czyż nie? Nie inaczej jest w domostwie Janet i Billa. On był profesorem akademickim, ona właśnie została wybrana na ministra zdrowia w gabinecie cieni. Właśnie zaprosili paru znajomych na uczczenie tego wydarzenia. Przychodzi sarkastyczna przyjaciółka z mężem Niemcem wyznającym wiarę w medytację oraz alternatywną medycynę, para lesbijek oczekujących na dziecko oraz młody bankier, którego żona się spóźnia. Czas mija dość spokojnie, ale Bill swoim wyznaniem burzy spokój raz na zawsze.

party1

Sally Potter w swoim bardzo kameralnym filmie przygląda się ludziom z tak zwanego high-life’u, prezentujący różne poglądy oraz przekonania polityczne: od tych bardziej na lewo (para lesbijek) przez wiarę bardziej transcendentalną po cynizm i materializm (bankier Tom). Ale tak naprawdę „Party” to kolejne wyciąganie trupów z szafy, kolejnych tajemnic i kłamstw, czyli pozornie nic nowego. Niestety, to wszystko kompletnie nie angażuje. Początek jest dość obiecujący i czuć narastającą atmosferę pełnych sekretów (Kto tak wydzwania do Janet? Czemu Tom przyszedł ze spluwą? Co znaczy ta trójka?) i po wyjawieniu pierwszej tajemnicy dochodzi do pewnej eksplozji. Dalej widzimy rykoszety oraz kolejne odkrywane tajemnice, tylko że bardzo łatwo można się ich domyślić, tak samo jak ich reakcji, troszkę przerysowanych. I nie pomagają tutaj ani surowa scenografia, czarno-białe zdjęcia czy odrobina czarnego humoru (cudowna April), wybijając film na troszkę powyżej średniej.

party2

Tym bardziej boli mnie fakt, że udało się reżyserce zebrać zestaw naprawdę fantastycznych aktorów i nie w pełni wykorzystać ich potencjału. Bo czy można się nie zachwycać, skoro na planie mamy Timothy’ego Spalla (tutaj bardzo wycofany), Kristin Scott Thomas, Patricię Clarkson (kradnąca film każdym wejściem oraz tekstem), Emily Mortimer, Bruno Ganza (najbardziej sympatyczny z grupy) oraz nerwowy Cillian Murphy. Skład godny aktorskiej Ligi Mistrzów, tylko że najbardziej wybija się Clarkson z Murphym, bo reszta ekipy wydaje się dość mocno szarżować, chociaż wydaje się to celowym zabiegiem. Tylko, że to do mnie nie przekonuje i ta sztuczność kłuje mocno po oczach i uszach.

party3

„Party” mogło być bardzo przyjemną imprezką, jednak zarówno niezbyt angażująca fabuła, problemy gości oraz zagubienie gospodyni czyni całość ledwo strawną. Wnioski też nie wciągają, a że da się zrobić angażujący dramat pokazało włoskie „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Anglicy są chyba jednak bardziej sztywni, przez co tracą na sile.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Niepoczytalna

Sawyer Valentini pracuje w banku jako analityk – pozornie to taka niepozorna kobieta, pełna ambicji oraz sukcesu. Ale tak naprawdę jest to osoba naznaczona pewnym traumatycznym doświadczeniem z przeszłości, spowodowana relacjami damsko-męskimi. Podczas rozmowy z terapeutką przyznaje, że mogłaby próbować popełnić samobójstwo, trafia do… szpitala psychiatrycznego jako pacjentka. Wcześniej niby podpisała jakieś dokumenty, ale to była tylko formalność przecież. Prawda?

niepoczytalna1

Steven Soderbergh to filmowiec, który zawsze lubił eksperymentować z formą, przez co nawet proste opowieści miały swój specyficzny smak. Zwłaszcza, gdy reżyser zaczął flirtować z kinem gatunkowym, co było widać w „Co z oczu, to z serca”, „Contagion” czy „Ściganej”. Nowe dzieło filmowca, czyli „Niepoczytalna” to kolejny przykład takiego eksperymentu. Thriller psychologiczny, gdzie początek oraz zawiązanie intrygi przypomina absurdalną sytuację wziętą z Kafki. Można odnieść wrażenie, że nasza bohaterka przez pomyłkę została wciśnięta w systemowe tryby, jednak to wszystko ma drugie dno. Z jednej strony bohaterka spotyka swojego dawnego stalkera z przeszłości, z drugiej mamy tutaj też bardzo krytyczne spojrzenie na służbę zdrowia. Tam mamy machlojki wiązane z naciąganiem ubezpieczenia (dopóki je masz, to jesteś w ośrodku), podmienianie leków oraz czynienie z pacjentów potulnych pacjentów. Tutaj administracja ma sporą władzę, a nasza bohaterka w zasadzie nie ma nic do gadania, a każda próba przebicia się kończy przemocą (przymusowym braniem leków oraz wiązaniem) oraz szybkim postawieniem Sawyer do parteru.

niepoczytalna2

Trudno nie pochwalić realizacyjnej sprawności. W końcu to Soderbergh, filmujący nawet proste sceny w dość nieoczywisty sposób. Kadry realizowane pod dziwnymi kątami (rozmowa Sawyer z szefem) tworzą pewną nierzeczywistą percepcję i potęgują coś w rodzaju dyskomfortu. Jak choćby w scenach, gdy bohaterka zwyczajnie przechodzi przez ulicę, ale perspektywa sprawia wrażenie, jakbyśmy ją podglądali. Równie świetna jest scena obłędu, gdy Sawyer dostaje szału, a na ekranie widzimy nakładające się na siebie jej głowę oraz jej tył. Jakby na chwilę pojawił się David Lynch. A czy wspomniałem, że całość była kręcona iPhonem? I to działa.

niepoczytalna3

Tylko, że im dalej w las, tym bardziej historia wydaje się coraz bardziej niedorzeczna. Soderbergh bardziej skręca w stronę kina klasy B, pełną miejscami dziur, zaskakująco niedorzecznych sytuacji czy brutalnych scen (chociaż w większości nie pokazanych wprost). Napięcie zaczyna siadać w momencie, gdy poznajemy przeszłość naszej bohaterki, mimo pewnego przyspieszenia tempa oraz akcji. Pochwalić trzeba za to należy zakończenie, bardzo mocno podkreślające, że pewnych demonów nie da się zwalczyć, mimo upływu czasu. Do tego efekt psuje także dziwaczna muzyka Thomasa Newmana, która jest tak nijakim, ambientowym tłem, że sprawia to ból.

niepoczytalna4

Zdecydowanie reżyserowi udaje się poprowadzić aktorów. Rewelacyjnie spisała się Claire Foy, a zadanie miała o tyle trudniejsze, że parę razy dochodzi do zbliżeń na twarz. Jako wycofana ofiara, twarda zawodniczka i sprawna manipulatorka (sceny końcowe) wykonuje swoją robotę wręcz bezbłędnie, zachowując wiarygodność aż do samego końca. Bardzo zaskoczył mnie Joshua Leonard jako David, czyli prześladowca Sawyer. Nie jest stereotypowy, nadekspresyjny psychopata, lecz bardzo wycofany, nieśmiały człowiek, pełen kompleksów oraz mający poważny problem z głową. Z drugiego planu warto wyróżnić Jaya Pharoah (Mike) oraz wyrazista Juno Temple (Violet). Jest też pewien ciekawy epizod, ale sami to odkryjecie.

Drugi film po powrocie Soderbergha do kina nie do końca spełnił oczekiwania, cierpiąc na syndrom dwóch nierównych połówek. Po intrygującym początku oraz kilku odjechanych scenach, twórcy za szybko odkrywają prawdziwe intencje, przez co napięcie robi sobie wolne. Troszkę szkoda, chociaż warto zobaczyć ze względu na Foy oraz jej wspaniałą rolę.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweet Country

Australia kiedyś była słodkim krajem dla Aborygenów, lecz kiedy pojawił się pierwszy biały człowiek, wszystko się wywróciło do góry nogami. Jesteśmy w kraju już po I wojnie światowej i tutaj żyje Sam Kelly – poczciwy, porządny Aborygen mieszkający u pastora Freda Smitha razem ze swoją żoną i siostrzenicą. Ale spokojnie życie zmienia się z powodu sąsiada Harry’ego Marcha, który prosi Sama o pomoc w swojej farmie. March wypędza ich od siebie, gwałcąc wcześniej żonę Sama. Następnie wyrusza do ich domostwa w poszukiwaniu zbiegłego służącego, a kłótnia kończy się strzelaniną oraz śmiercią Marcha.

sweet_country1

Zapuszczenie się w australijską przeszłość przez Warwicka Thorntona to jedna z najciekawszych rzeczy tego roku. „Sweet Country” jest reklamowane jako western i po części jest to prawda. Mamy piękne krajobrazy, które są też bardzo niebezpieczne, szeryfa (tak naprawdę sierżanta armii) pilnującego porządku oraz ranczerów, próbujących żyć w tym obcym kraju. Ale tak naprawdę wszystko jest pokazane w bardzo mrocznych tonacjach, bo ludzie nie są tu dobrzy. A nawet jak się pojawi pozytywna postać, pozostaje bezsilna wobec okrucieństwa świata, pełnego uprzedzeń, nieufności oraz nienawiści. A wszystko to reżyser prezentuje w postawach trójki Aborygenów: małomównego, prostego Sama, próbującego wkupić się w łaski za pomocą posłuszeństwa starym Archie oraz młodego Philomaca, który dopuszcza się kradzieży i częściowo jest już „skażony” mentalnością białych. Sama intryga jest prowadzona w sposób bardzo powolny, a klimat gęsty i ciężki niczym australijska pustynia, zaś od samego pościgu, strzelanin czy scen akcji (których jest tutaj na lekarstwo) liczą się postacie.

sweet_country2

Reżyser bardzo powoli zagęszcza atmosferę bardzo prostymi środkami: krótkimi przebitkami montażowymi (pozbawionymi dźwięku), kompletnym brakiem muzyki, powoli budowanym napięciem. Dialogi może nie pojawiają się rzadko, ale ich obecność jest dość ograniczona. Dodatkowo unika prostych rozwiązań czy pójścia na łatwiznę, doprowadzając do bardzo gorzkiego finału i stawiając pytania o przyszłość Australii. Jaka jest szansa na wyrwania się z tego klinczu? Na to odpowiedzi nie ma.

sweet_country3

Thornton za to znakomicie prowadzi aktorów, w większości naturszczyków. Kapitalny jest zwłaszcza Hamilton Morris w roli wycofanego, małomównego Sama. To prosty człowiek, który jest bardzo ufny i budzi sympatię aż do samego końca. Na mnie jednak większe wrażenie zrobił Bryan Brown w roli sierżanta Fletchera. Szorstki, zmęczony życiem oficer, pełen wrogości oraz uprzedzeń. Ale ta sprawa (zwłaszcza sam proces) doprowadzają do zmiany postawy, co aktor pokazuje bardzo delikatnie i subtelnie. Klasę potwierdza za to Sam Neill w roli pastora, dodając troszkę ciepła do tego mrocznego świata.

Słodki kraj tak naprawdę okazuje się piekłem na Ziemi, gdzie przetrwają ci najbardziej bezwzględni oraz okrutni. Dobroć już dawno opuściła ten świat, przypominający „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Bardzo mroczny, gorzki dramat, będący bardzo nieoczywistym westernem, miejscami walący po gębie.

8/10 

Radosław Ostrowski

Mustang z Dzikiej Doliny

Mustang – dziki koń, będący symbolem nieskrępowanej wolności oraz Dzikiego Zachodu. To niemy bohater XIX-wiecznych przemian w USA, o którym postanowili opowiedzieć animatorzy z DreamWorks. Kiedy poznajemy naszego bohatera dopiero przychodzi na świat, który jest dla niego kompletnie nieznany i tajemniczy. Powoli zaczyna dojrzewać, aż staje się dorosłym koniem oraz wodzem swojego stada, hasającego po nieokiełznanych jeszcze przez człowieka terenach. Jednak nasz koń popełnia błąd i zbliża się do śpiących ludzi, który go schwytali i próbowali go złamać. Tak zaczyna się odyseja naszego bohatera.

mustang1

W dniu premiery „Mustang” robił bardzo duże wrażenie swoich technicznym wykonaniem, zgrabnie łącząc klasyczną animację z trójwymiarowymi wstawkami, co było mocno obecne na początku XXI wieku. Ale dzisiaj takie detale już kłują po oczach jak w scenie ucieczki podczas przewożenia lokomotywy, gdzie nawet eksplozje wyglądają bardzo sztucznie. Z drugiej strony sama animacja nadal wygląda ładnie (nawet bardzo), ze szczególnym uwzględnieniem krajobrazów godnych westernów – od kanionów, pustyni, lasów aż po jesienne błoto. Owszem, jest jedna lekko kiczowata scenka w lesie podczas „pływania” (wygląda wręcz prześlicznie), ale nigdy nie udaje się twórcom przekroczyć granicy przesłodzenia. A perspektywa zwierzęcia na wydarzenia związane z Dzikim Zachodem (próba złamania i ujarzmienia go przez kawalerzystów, pomoc przy budowie kolei) dodaje sporo świeżości do tej prostej opowieści o osiągnięciu wolności. Dialogów jest tu niewiele (zwierzaki odzywają się „swoim” językiem, a ludzie swoim), co jest dość nieoczywistym zabiegiem jak na animację, jednak dodaje to realizmu, zaś wiele scen akcji (w tym finałowa z przeskokiem przez przepaść) nadal imponuje tempem oraz wykonaniem.

mustang2

Jedynym mocnym zgrzytem całości jest muzyka Hansa Zimmera. Nie zrozumcie mnie źle, swoje zadanie na ekranie wykonuje solidnie, jednak mocno kłuje w uszy swoją prostotą, a nawet prostackim brzmieniem, bardziej nadającym się do radia. Za to przygrywane piosenki w tle (w oryginale śpiewane przez Bryana Adamsa) brzmią całkiem nieźle i dobrze komentują stan emocjonalny naszego bohatera.

mustang3

A jak sobie radzi polski dubbing? Tutaj postacie pełnią rolę tła dla naszego Mustanga nazwanego Duchem, ale słucha się ich z niemałą frajdę. Na tym polu najbardziej wybija się Wojciech Machnicki (bardzo twardy pułkownik) oraz Jacek Kopczyński (Wartki Potok), tworząc bardzo wyrazistych bohaterów. Jednak najważniejszy jest Mustang, tutaj mówiący głosem Macieja Balcara, bardziej znanego jako wokalista Dżemu. I daje radę swoim bardzo spokojnym głosem jako nasz bohater, mówiący cały czas z offu, zaś w partiach wokalnych wypada bardzo solidnie.

Z dzisiejszej perspektywy „Mustang” prezentuje się dobrze, a klimat Dzikiego Zachodu jest dobrze zachowany. A i sama historia potrafi wciągnąć, bo o wolności oraz życiu według własnych zasad dla wielu jest wartością identyfikowaną przez masę ludzi. Wiec dajcie się ponieść tej historii, nie będziecie żałować.

7/10

Radosław Ostrowski

Tulia – Tulia

tulia-special-empik-edition-w-iext52757757

Muzyka folkowa w Polsce ma bardzo bogate tradycje oraz korzeni. Ale pojawiają się pewne grupy czerpiące z tego nurtu, lecz miksującego go ze współczesnymi trendami jak Kapela ze Wsi Warszawa. Do tej grupy nie zalicza się śpiewany kwartet Tulia ze Szczecina w składzie: Joanna Sinkiewicz, Dominika Siepka, Patrycja Nowicka oraz Tulia Biczak. Panie wpadły na prosty pomysł na nagranie coverów znanych hiciorów na etniczno-ludową modłę. I co z tego wyszło?

Jestem pozytywnie zaskoczony, chociaż nie powinienem. Instrumentarium jest dość oszczędne i pozornie mało zaskakujące (fortepian, flety, bębny), lecz emocjonalnie te utwory potrafią rozsadzić, co pokazuje znany już z Internetu “Nieznajomy” czy ten zachowujący lekko “etniczny” klimat “Eli Lama Sabachtani”, którego do tego typu otoczenia pasuje wręcz idealnie ( a ten instrumentalny mostek z kalimba w tle jest kapitalny). Jeśli chcecie niespodzianek, to posłuchajcie “Nigdy więcej nie tańcz ze mną” (o wiele bardziej żywiołowe od oryginału), wręcz minimalistyczne “Nie pytaj o Polskę” (poza gitarą elektryczną pod koniec), mroczne “Kiedy powiem sobie dość” (ten wstęp na lirze korbowej – o matko!) czy “Krakowski spleen”. To, co tam wyprawiają panie, jak i muzycy robi wręcz piorunujace wrażenie, gdzie każdy instrument jest słyszalny, nie zagłuszany przez nikogo.

Ale żeby nie było są dwa autorskie dzieła. Wybrany na singla “Jeszcze Cię nie ma”, czarujący kolejnymi wejściami fletów oraz spokojniejszy “Wstajemy już”. I obydwie kompozycje nie odstają poziomem od reszty. By nie było słodko, najsłabiej prezentują się dwa covery anglojęzyczne. “Enjoy the Silence” mocno trzyma się oryginału, zaś “Nothing Else Matters” zaskakuje aranżacyjnie, wliczając w to klaskanie. Jednak język angielski nie brzmi tak naturalnie i przyjemnie niż polski.

Powiem szczerze, że jestem zdumiony tym cover albumem, chociaż okres wiosenno-wakacyjny na takie zimowe cudeńka to troszkę za szybko (bo byłby to idealny prezent pod choinkę. Niemniej Tulia ma w sobie  duży potencjał i gdyby troszkę urozmaicić to śpiewanie (jak w “Jaskółce uwięzionej”, gdzie zaczyna się od jednego wokalu, a potem dołączają pozostałe dziewuchy) może być jeszcze lepiej. Jak widać, ludowe wariacje nie muszą oznaczać cepelię.

8/10

Radosław Ostrowski