Szpital Przemienienia

Dla wielu osób nazwisko Stanisława Lema jednoznacznie kojarzy się z fantastyką naukową. Jednak nawet ten autor realizował kilka książek spoza tego gatunku, co wielu mogło wywołać konsternację. Tak było choćby z napisanym w 1948, a wydanym w 1955 „Szpitalem Przemienienia”. Powieść osadzona jesienią 1939 roku była osadzona w szpitalu psychiatrycznym pod Krakowem, gdzie trafia młody lekarz Stefan. Idealista zostaje zderzony z postawami bardziej doświadczonych kolegów: wycofanego dyrektora, surowego i szorstkiego Rygiera, stosującego interwencję chirurgiczną Kautersa i traktującego chorobę psychiczną jako manię Marglewskiego. Sytuacja staje się coraz bardziej niepewna i spokój w każdej chwili może zostać przerwany. Co zrobią Niemcy z pacjentami jak i samym szpitalem oraz co zrobić?

Już sam opis mógłby sugerować refleksyjno-filozoficzne kino, a osoba reżysera Edwarda Żebrowskiego wpisuje film w nurt kina moralnego niepokoju. Akcji jako takiej nie ma, skupiając się na dylematach młodego lekarza i zderzeniu różnych postaw. Pacjent jest tutaj niemal przedmiotowo, traktowany przez lekarzy z dystansem. Czy to jako obiekt badawczy, któremu słowu nie można ufać i można w zasadzie zrobić z nim co się chce. Bo – cytując pielęgniarza – „To nie jest człowiek, to wariat”. Osoba niedostosowana do tzw. społecznych norm (czymkolwiek one są), potencjalny geniusz czy po prostu człowiek urodzony z zaburzeniem, wadą genetyczną albo nieznaną dolegliwością. Coraz bardziej zaczynamy widzieć pewną frustrację oraz zmęczenie młodego lekarza, którego idealistyczne podejście (przede wszystkim służyć pomocy i nie szkodzić) zostaje skonfrontowane z resztą personelu. Obserwując lekarzy można odnieść wrażenie, że są równie szaleni, co poddani w ich opiekę pacjenci. No i jeszcze jest wojna – niby daleko w tle, jakby oddalona od szpitala. Ta jednak jest bardzo bezwzględna, tak samo jak lekarze postawieni przed najbardziej dramatyczną próbą.

Zarówno film, jak i powieść odnoszą się do akcji T4, podczas której Niemcy w czasie II wojny światowej dokonali „eliminacji życia niewartego życia”. Innymi słowy, chodziło o zabijanie ludzi chorych psychicznie, niepoczytalnych, schizofreników, niepełnosprawnych oraz zaburzonych. Akcja ta miała charakter półjawny, a ilość ofiar jest trudna do oszacowania (nieoficjalnie mówi się o około 200 tysiącach ludzi). Lekarze domyślając się jedynie losów pacjentów zostają wystawieni na próbę, od której mogłoby zależeć ich życie. Co zrobią, uciekną, zostaną czy będą próbowali paktować?

Film Żebrowskiego broni się jako pole dyskusji do etycznych dylematów w czasie ostatecznym. Momenty, gdy lekarze prowadzą ze sobą rozmowy wciągnęły mnie najbardziej. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pewnej teatralności, przez co potrafiło mnie znużyć tempo. Choć jest kilka mocnych scen (elektrowstrząsy czy nieudana operacja pacjenta z rakiem mózgu), najbardziej jednak zapada w pamięć finał. Czarno-biała taśma, nerwowa praca kamery oraz bardzo chłodnie pokazywane zabijanie. Bez litości, bez czekania, a w tle słychać odgłosy ludzi idących na śmierć. Takich scen nie da się zapomnieć, tak jak fantastycznego aktorstwa. Mających takich gigantów jak Henryk Bista, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz czy Wojciech Pszoniak nie można było tego spieprzyć. I to oni są najmocniejszym punktem tego filmu.

Zaś mimo lat „Szpital…” pozostaje mocnym, poważnym moralitetem o odpowiedzialności za ludzkie życie oraz trzymaniu się zasad w sytuacji ekstremalnej. Choć wielu może znudzić, to jest wiele mocnych dialogów, zaś finał jest czymś niezapomnianym.

7/10

Radosław Ostrowski

Świadectwo urodzenia

Wydaje się, że o wojnie powiedziano już tysiące rzeczy i nie da się niczym zaskoczyć, zszokować czy przerazić. Ale jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, iż mimo wielu lat wiele starszych produkcji potrafi uderzyć oraz porazić swoją siłą. Taki jest nakręcony w 1961 roku film Stanisława Różewicza „Świadectwo urodzenia”.

Napisany wspólnie z bratem Tadeuszem film składa się z trzech historii, gdzie obserwujemy wojnę oczami najbardziej bezbronnych osób: dzieci. Każda historia toczy się w innym czasie, kiedy działania wojenne już trwają. Ale nie spodziewajcie się pokazania walki, żołnierzy, okopów czy tego typu rzeczy. Reżyser pokazuje wszystko w bardzo oszczędny, stonowany, rzadko korzystając z dialogów. Wiele rzeczy opowiedziane jest samymi zdjęciami czy scenkami rodzajowymi. I to wystarczy, żeby każda z historii potrafiła uderzyć między oczy. Tak samo jak zakończenia, sprawiające wrażenie urwanych w najważniejszym momencie.

Pierwsza historia opowiada o dwóch zagubionych osobach, które trafiają na siebie przypadkiem podczas kampanii wrześniowej. Janek (świetny Henryk Hryniewicz) to warszawiak, szukający swojej matki oraz siostry, z kolei Józef (znakomity Wojciech Siemion) jest chłopem, poborowym wożący wojskową kancelarię i oddzielony od reszty oddziału. Ten duet powoli przechodzi przez wsie oraz miejscowości, coraz bardziej tracąc nadzieję na odnalezienie innych, a także dostrzegając wielkie spustoszenie dokonywane przez Niemców. Wyniszczone budynki, opustoszałe wsie, pozostawione działa – takie obrazy potrafią zrobić mocne wrażenie.

Nie inaczej jest z drugą historią osadzoną w 1941 roku, tym razem w mieście, skupiając się na najstarszym z trzech braci. Zbyszek (przekonujący Edward Mincer) stara się utrzymać rodzinę, kiedy matka jest na wsi, a ojciec w obozie jenieckim. Ta historia wydaje się skupiona na hołdzie ojca, obrazowanym przez czyszczenie jego butów oraz dbaniu o resztę ubrań. Sam widok ludzi stojących w obozu jest porażający, a decyzja o oddaniu butów zbiegłemu rosyjskiemu żołnierzowi może wydawać się dziwna. Jednak najbardziej uderzają ostatnie sceny, gdzie widzimy obóz kompletnie opustoszały. Więcej mówić nie trzeba.

No i jest trzecia, najmocniejsza opowieść o dziewczynce (najlepsza z dziecięcej obsady Beata Barszczewska), która przeżyła likwidację żydowskiego getta. Początek tej historii przez kilka dobrych minut jest pozbawiony słów, zaś na ekranie widzimy tylko podniszczony budynek, puste, zdemolowane pokoje, a w tle jakieś rozmowy, strzał. Mirka jako jedyna ocalona za każdym razem musi się pilnować, bo zagrożeniem może być każda spotkana osoba. Czy to dziecko, czy dorosły mężczyzna w pociągu, zaś każde miejsce nie wydaje się bezpieczne. I kiedy już wydaje się, że w sierocińcu już będzie dobrze, że zapanuje spokój, Różewicz robi to samo, co w poprzednich nowelach. Brutalnie przypomina, że to jest wojna, bezwzględnie nielicząca się z niczym, pozbawiająca niemal każdej nadziei, gasząc ją bezlitośnie. Inspekcja oficerów gestapo trzyma za gardło, a jej zawieszony finał jest jak cios zawodowego boksera w walce z amatorem.

Takie jest całe „Świadectwo urodzenia” – pozornie stonowany, wyciszony, ale emocje potrafią eksplodować jak po uderzeniu bomby. Różewicz w sposób subtelny oraz bez wielkich scen, wielkich słów oraz patosu pokazuje wojenną grozę tak sugestywnie, że aż trudno w to uwierzyć. 60 lat na karku, a nadal ma siłę rażenia. Nie wiem, co mogę więcej powiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wolne miasto

Wolne Miasto Gdańsk było tworem powstałym po zakończeniu I wojny światowej. Państwo-miasto podlegające Lidze Narodów jednak po objęciu władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera sytuacja stała się w nim bardzo napięta. Wyczuwa się w powietrzu napięcie między Polakami a Niemcami, wręcz parcie do konfrontacji. I to w tym mieście doszło do jednego z pierwszych starć II wojny światowej, czyli obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. O tym epizodzie postanowił opowiedzieć Stanisław Różewicz i to w roku 1958.

„Wolne miasto” zrobione jest w tym samym stylu, co późniejsze „Westerplatte”. Innymi słowy jest to paradokumentalna historia skupiona na grupce postaci. Pracownikach poczty, różnych pod względem wieku, zderzonych z nieprzyjemnie nastawionymi do nich obywatelami niemieckimi. W szczególności tych, co nosili uniformy oraz byli zafascynowani ideologią nazistowską. Oprócz naczelnika oraz jego zastępcy do urzędu trafia pochodzący z Warszawy Konrad. Nie wiadomo czym się zajmuje, ale spodziewa się najgorszego i chce przygotować budynek do potencjalnego ataku. Ten następuje 1 września, a pracownicy są zbrojeni w karabiny, granaty oraz broń maszynową. Jednak w starciu z niemiecką armią nie mają zbyt wiele szans.

Sam film można podzielić na trzy części. W pierwszej Różewicz obserwuje ostatnie dni przed wojną, by pokazać nastroje w mieście. Co najbardziej zaskakuje, reżyser nie pokazuje Niemców tylko w sposób negatywny, pełnych nienawiści czy wrogości. To są drobne epizody, ale przełamują zero-jedynkowe stereotypy. Bardziej to przypomina dokument, z kilkoma obyczajowymi scenkami, bez jakiejś konkretnej fabuły. To, że jest to tak bardzo przyziemne oraz bez nachalnej propagandowej agitki (a to jest końcówka lat 50.) wprawia mnie w konsternację. Równie zaskakuje przywiązanie do szczegółów – Niemcy mówią po niemiecku, sprzęt oraz uzbrojenie – a także bardzo surowa wręcz forma. Atak na pocztę pokazany jest niemal zgodnie z faktami (nie widzimy ucieczki kilku osób), zaś oszczędnie pokazana przemoc robi mocne wrażenie. No i oszczędnie pokazany finał, pozbawiony nadziei, gorzki, bez podniosłych mów i patosu. Tak samo udział mniej znanych twarzy, które dopiero z czasem miały zabłysnąć (m.in. Jan Machulski czy Piotr Fronczewski).

„Wolne miasto” reklamowano jako pierwszy polski film o wrześniu ‘39. I tak samo jak późniejsze „Westerplatte” unika zabawy w agitkę, skupiając się na odtworzeniu pierwszej konfrontacji z nazistowskimi Niemcami. Surowe, niemal dokumentalne, ale szczere, poruszające oraz angażujące.

8/10

Radosław Ostrowski

Westerplatte

Westerplatte – posterunek polskiej składnicy na Półwyspie Helskim, gdzie miało dojść do pierwszego starcia II wojny światowej. Choć dzisiaj wiemy, że tutaj nie padły pierwsze strzały ani bomby (ten “splendor” trafił na Wieluń), jednak to o tym starciu powstawały utwory, stało się symbolem bohaterstwa oraz uporu. Także filmowcy postanowili podjąć ten temat, a pierwszym był Stanisław Różewicz.

Reżyser stawia tutaj na bohatera zbiorowego, czyli żołnierzy załogi kierowanych przez majora Sucharskiego. Scenariusz oparto na dzienniku dowódcy, gdzie nie wszystko zostało powiedziane i napisane jak choćby załamanie nerwowe Sucharskiego czy dezercja kilku żołnierzy. Jednak muszę przyznać, że twórcy nie stawiają pomnika z brązu, czyniąc z żołnierzy niezłomnych wojaków, gotowych umrzeć z Bogiem w ustach oraz karabinem w ręku. Początkowy optymizm oraz nadzieja z czasem zaczynają ustępować zmęczeniu, bezsilności i beznadziei. Amunicja się kurczy, tak samo granaty, przybywa rannych, a pomocy praktycznie nie ma. Wszystko pokazane bez patosu, choć nie brakuje tutaj momentów heroizmu przeplatanych ze strachem oraz ciągłym poczuciem zagrożenia. Klimat się zmienia jak w kalejdoskopie, co dodaje pewnego realizmu, tak samo jak paradokumentalna forma. Czarno-białe zdjęcia, trzęsąca się kamera podczas każdego wybuchu, brak muzyki (tylko w czołówce oraz napisach końcowych), epizodyczna narracja. Przeskakujemy z jednego miejsca na drugie, co potęguje chaos, dezorientację oraz nieustanne poczucie niepewności.

Jeszcze bardziej Różewicz stawia ważne pytanie, które wynika ze zderzenia dwóch postaw. Pierwszą, rozważną reprezentuje major Sucharski (fantastyczny Zygmunt Hubner), chcący walczyć tak długo, jak będzie to miało sens. Inne zdanie ma jego zastępca, kapitan Dąbrowski (równie mocny Arkadiusz Bazak), bardziej romantyk. Ten facet dostrzega jakim symbolem dla kraju staje się Westerplatte, więc walczyć trzeba do ostatniej kropli krwi. Spór wydaje się nie do rozstrzygnięcia, a pytanie o sens oraz granicę poświęcenia wybrzmiewa najmocniej. I to czyni film Różewicza bardziej aktualnym niż cokolwiek innego, choć nie można odrzucić przywiązania do szczegółów czy imponującej, coraz bardziej niszczonej scenografii.

Muszę przyznać, że mimo lat “Westerplatte” pozostaje bardzo mocnym i bardzo dobrym filmem wojennym. Bez popadania w patos, z bardzo uniwersalnymi pytaniami o sens walki w ekstremalnych warunkach, z przeważającymi siłami wroga. Przekonująca rekonstrukcja wydarzeń, co w czasach produkcji nie było powszechne.

8/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 1

Historia ta znana jest od czasów Williama Szekspira. Stary władca wielkiego imperium nie chce, ale musi wyznaczyć następcę. Ewentualnie podzielić swoje królestwo między liczne potomstwo. Zaczynają się intrygi, różne podchody oraz koalicje, bo ojciec nie podejmuje decyzji. Zupełnie jakby nie wierzył w ich talent i sam chciałby rządzić jak najdłużej. Brzmi jak przerobiona wersja “Króla Leara”? Poniekąd czymś takim jest “Sukcesja”, czyli kolejny, interesujący serial stacji HBO.

Lear nazywa się Logan Roy, zaś jego imperium to sieć mediów Waystar, będącą potężną korporacją. Tylko kto ma ją przejąć? Bardzo ambitny Kendall, trzymający się z daleka od miasta Connor, bardzo imprezowy i niedojrzały Roman czy skupiona na polityce Siobhan? Wybór wydaje się być oczywisty, a jest nim Kendall. Ale podczas urodzin Logan zmienia zdanie i chce dalej kierować firmą, mało tego chce dać decydujący głos w zarządzie swojej trzeciej żonie. To nie bardzo podoba się rodzeństwu, doprowadzając do walki.

Za “Sukcesję” odpowiada scenarzysta Jesse Armstrong, który w bardzo krzywym (choć czy na pewno?) zwierciadle pokazuje walkę o władzę zamożnego rodu. Familii, gdzie niemal od początku każde z dzieci było “tresowane” do walki. Dzieci otoczone w świecie, gdzie by wygrać, trzeba grać ostro, nieczysto oraz mieć bardzo twardy kręgosłup. I silną wolę walki, a każda sytuacja (podpisanie dokumentu, przeprowadzenie zakupu czy rozmowa o awansie) może być częścią poważnego sprawdzianu. Dlatego bohaterowie tak rzadko sobie pozwalają na pokazanie swoich prawdziwych emocji, bo może to zostać wykorzystane przeciwko nim. Rodzina – coś, co powinno cementować i budować silne więzy – tak naprawdę to potencjalni wrogowie, którzy mogą wykorzystać każdą szansę na poprawę swojej pozycji. A jeśli są jakieś próby załagodzenia sytuacji (terapia rodzinna), okazuje się tylko pozorem, grą dla poprawy medialnego wizerunku. Dlatego prawdziwych intencji trzeba szukać między wierszami, w mowie ciała, co zmusza do uważniejszego oglądania. Nawet jak pojawia się humor, jest on bardzo smolisty, złośliwy oraz pełen bluzgów.

“Sukcesja” może wydawać się czymś abstrakcyjnym, jakimś zmyślonym światem wyższych sfer. Problem jednak w tym, że są to ludzie odpowiedzialni za tworzenie wizji naszej rzeczywistości. Jak ktoś zalezie im za skórę, zostanie zgnojony i obsmarowany w mediach. Chociaż ten wątek wydaje się tylko zaznaczony i obecny gdzieś w tle (senator pragnący zniszczyć Roya), a władzę sprawują ludzie niekompetentni, z wybujałym ego oraz małostkowi. Dlatego czasem ten śmiech potrafi stanąć w gardle, pokazując ludzi zdegenerowanych, cynicznych, świetnie maskujących swoje prawdziwe ja. To potrafi czasem zaboleć, zaś finał brutalnie pokazuje, że w tej walce nie ma żadnych granic. Wszystko to podparte świetną realizacją, pozornie wyglądającą jak dokument. Kamera w ciągłym ruchu, gwałtowne zbliżenia czy mieszająca muzykę klasyczną z rapem ścieżka dźwiękowa.

No i jak to jest absolutnie fantastycznie zagrane. Po prostu palce lizać. Każdy z aktorów wchodzi na wyższy poziom, tworząc bardzo złożone postacie. Nie ważne, czy jest to bardzo bezwzględny oraz ostry ojciec (cudownie “brudny” Brian Cox), będący dużym dzieckiem Roman (kradnący każdą scenę Kieran Culkin) czy pozornie będącą w cieniu Shiv (zjawiskowa Sarah Snook). Są tutaj dwie postacie, które potrafiły we mnie wzbudzić pozytywne emocje, co kompletnie mnie zaskoczyło. Pierwszą jest Kendall grany przez Jeremy’ego Stronga. Facet chce być jak ojciec i chce mu zaimponować, próbując grać ostro, korzystając także ze sprytu, jednak tak naprawdę skrywa się zakompleksiony, słaby mężczyzna. Każda próba rozmowy z ojcem zmienia go w osobę niepewną, przerażoną jakby pozbawioną troszkę jaj. Było mi go żal, a jednocześnie bardzo mu kibicowałem. Drugą postacią jest wrzuconą do tego świata kuzyn Greg, czyli Nicholas Braun. I jest to postać trudna do rozgryzienia: taki leniwy idiota, który przez wszystkich robi za popychadło. Jednocześnie chyba zaczyna stopniowo odkrywać reguły gry tego świata, mogąc w przyszłości odegrać jeszcze istotną rolę.

Jeśli lubicie “House of Cards” czy “Grę o tron”, skupiając się na odkrywaniu intryg oraz relacji między postaciami, to serial Jesse’ego Armstronga jest propozycją dla Was. Komediodramat z czarnym humorem, ciętymi dialogami, ostrym spojrzeniem na świat współczesnej arystokracji oraz rzadkimi chwilami poruszenia. Nie mogę się doczekać ciągu dalszego tej wojny.

8/10

Radosław Ostrowski

Nieśmiertelny

Oglądając sobie “The Old Guard” przypomniałem sobie o pewnym klasyku z lat 80., który też opowiadał o ludziach żyjących dużo dłużej od zwykłych śmiertelników. Taki jak choćby Connor MacLeod – XVI-wieczny goral ze Szkocji, który przeżył swoją śmierć podczas walki. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski nie wierzyli swoim oczom i podejrzewali mężczyznę o układy z Szatanem. Wygnany poznaje egipskiego nieśmiertelnego, Juan Ramirez, który staje się jego mentorem i przygotowuje do ostatecznego celu: Zgromadzenia, gdzie ma dojść do walki nieśmiertelnych, jaką wygrać może tylko jeden. Przeciwnikiem jest niejaki Krugan, próbujący powalić MacLeoda już w XVI wieku.

Russell Mulcahy opowiada pozornie prostą historię o człowieku, dla którego wieczne życie staje się niby darem, lecz tak naprawdę udręką. Narracja jest prowadzona dwutorowo, gdzie poznajemy bohatera współcześnie w Nowym Jorku, jak i w przeszłości, co bardzo mnie zaskoczyło. Przejścia między tymi liniami toczą się niemal płynnie. Ale przeszłość to nie tylko szkocka wioska oraz samotnia, ale też dwa drobne epizody: XVIII-wieczna Francja (pojedynek ze szlachcicem, gdzie nasz bohater jest pijany) oraz czas II wojny światowej, kiedy zostaje uratowana przyszła współpracownica MacLeoda. Informacje dostajemy powoli, a mimo przeskoków czasowych wszystko jest przedstawione jest klarownie. Co jeszcze bardziej mnie zadziwiło to fakt, że ta historia potrafi zaangażować i ma kilka chwytających za serce momentów jak umieranie ukochanej Connora czy pojedynek Ramireza z Kurganem.

Reżyser prowadzi swoją historię bardzo pewnie oraz – co jest dużą zaletą – wygląda to świetnie. Wiele scen jest kręconych pod specyficznymi kątami, sceny akcji są ekscytujące oraz fantastyczną choreografię. A wszystko jest widoczne oraz klarowne, bez zbędnego efekciarstwa czy szybkiego montażu. To wszystko jeszcze podkręca fenomenalna muzyka Michaela Kamena oraz piosenki grupy Queen. Plus absolutnie zapadające w pamięć role Christophera Lamberta (Connor), charyzmatycznego jak zawsze Seana Connery’ego (Ramirez) oraz znakomitego Clancy’ego Browna (demoniczny Krugan). Czego chcieć więcej?

8/10

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

Misja Greyhound

Ten film miał trafić do kin, ale pandemia koronawirusa wywróciła plany dystrybutorów oraz producentów do góry nogami. Tak było w przypadku filmu “Misja Greyhound”, której premiera planowana na czerwiec nie doszło do skutku. Studio Sony sprzedało prawa do dystrybucji platformie Apple Tv+, a szkoda, bo film mógł nieźle zarobić i przyciągnąć tłumy fanów kina marynistycznego.

Tytułowy Greyhound to kryptonim niszczyciela USS Kealing pod wodzą kapitana Ernesta Krause. Kapitan razem z dwoma brytyjskimi niszczycielami zabezpiecza konwój statków płynących do Wielkiej Brytanii. Załogi są zabezpieczane przez wsparcie lotnicze po obu stronach Atlantyku. Jednak kiedy znajdują się w Grzbiecie Śródaltantyckim, marynarze są zdani tylko na siebie, a do celu mają ponad 50 godzin. By nie było tak łatwo na morzu pojawiają się U-Booty, które mają tylko jeden cel: zatopić wszystkie okręty.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, choć nazwy okrętów oraz nazwiska postaci zostały zmienione. Reżyser Aaron Schneider niejako rzuca nas w sam środek wydarzeń, gdy okręty już wypłynęły, a towarzyszące im samoloty wracają. I powoli odpalany jest łańcuch wydarzeń, który zmieni się w walkę na śmierć i życie. Nie poznajemy załogi ani samego dowódcy (poza prologiem), praktycznie cały czas będąc na morzu. Zagrożenie morze pojawić się praktycznie z każdej strony, a los  zależy zarówno od decyzyjności dowódcy, jak i działania całej załogi: od oficerów przez strzelców po speca od radaru. Byli szkoleni do takich akcji mnóstwo razy, a jeden błąd może skończyć się klęską. Akcja jest tak intensywna, że dowódca nie ma nawet czasu zjeść ani wypić kawy. Nawet gdy pojawia się chwila spokoju (scena pogrzebu), jest ona bardzo gwałtownie przerywana meldunkiem. Czy to o wystrzelonej flarze, petardzie czy informacji od innego niszczyciela. Ta adrenalina będzie nam towarzyszyć niemal do samego końca, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. A to była dla mnie największa niespodzianka tego filmu, obok rzadko obecnego tutaj patosu.

Dla wielu problemem może być fakt, że bohaterowie posługują się bardzo fachowym językiem, niezrozumiałym dla takich szczurów lądowych jak ja. Na szczęście nie boli to tak bardzo, ale większym problemem może być anonimowość załogi. Poza kapitanem (świetny jak zawsze Tom Hanks) jest to spora masa, nawet jeśli mająca jakieś personalia, nie poznajemy ich. Zupełnie jak w przypadku “Dunkierki”, gdzie więcej mają o nich mówić ich czyny niż słowa i – podobno – nie daje to zbyt wielu emocji. Z tym ostatnim się nie zgodzę, a inspiracją dla reżysera zamiast filmu Christophera Nolana była… ostatnia część “Mad Maxa”.

“Greyhound” może i trwa tylko półtorej godziny, ale to prawdopodobnie najbardziej intensywne półtorej godziny tego roku. Film trzyma za twarz, podkręcają adrenalinę świetnymi scenami akcji oraz impulsywną muzyką. Dawno film osadzony w realiach II wojny światowej nie grał tam mocno suspensem.

7/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica

Adaptacje gier komputerowych to temat-rzeka, który zazwyczaj graczy doprowadza do czerwoności, zaś widzów do rozczarowania. Dlaczego tak jest? Bo filmy nie mają ani tyle immersji, ani czasu do głębszego poznania świata oraz bohaterów, za to posiadają sztampowe i pozbawione zaskoczeń fabuły. Dlatego jeszcze nie powstała w pełni udana egranizacja, choć parę razy było blisko (pierwszy “Mortal Kombat” czy “Warcraft: Początek”). Czy do tego grona dołączy pędzący z prędkością światła niebieski jeż od Segi?

Problem z Soniciem wydaje mi się taki, że nie da się napisać ciekawej fabuły wobec Sonica. To jest bardzo szybki jeż, co zbiera pierścienie i idzie przed siebie. Co tu jeszcze można zrobić? Reżyser ze scenarzystami postanowili zrobić z tego kino familijne oraz wysłać jeża na Ziemię. A dokładniej do jakiegoś małego Wygwizdowa, gdzie ukrywa się przed ludźmi. Problem w tym, że samotność dla naszego bohatera jest nie do wytrzymania i frustruje go. Chciałby mieć kumpla, tylko skąd takiego znaleźć? Sprawy zmierzają w dobrym kierunku, kiedy Sonic wywołuje silne wyładowanie elektryczne, które zmusza rząd do zbadania sprawy. Tak nasz bohater trafia na niespodziewanego sojusznika, czyli szeryfa z małego miasteczka, jak i swojego wroga w postaci doktora Robotnika.

Prostszej fabuły już nie da się wymyślić, a film celuje w młodą widownię poniżej 10 lat, co jest bronią obosieczną. Z jednej strony to klasyczne kino drogi, niepozbawione humoru (scena bójki w knajpie) oraz dynamicznych scen akcji. Problem jednak w tym, że ja dla siebie nie znalazłem zbyt wiele, a schematy były widoczne jak na dłoni. Brakowało jakiegoś zaskoczenia, przełamania i czułem bardzo silne poczucie déjà vu. Od początkowej narracji z offu niczym w “Deadpoolu” po użycie mocy szybkości Sonica niczym u Quicksilvera z ostatnich części “X-men”. Poza tym wiele rzeczy dzieje się zbyt szybko albo zostają zignorowane przez resztę otoczenia (nasz szeryf jest oskarżony o działalność terrorystyczną, ale swobodnie przemieszcza się po San Francisco). Mózgownica mnie bolała i brakowało mi jakiegoś dreszczyku emocji.

Nawet aktorsko nie ma za bardzo kogo pochwalić. Sonic z głosem Bena Schwarza bywa czasami irytujący, James Marsdem jako lokalny szeryf po prostu jest, a Jim Carrey gra Jima Carreya z lat 90. O dziwo, to właśnie ten ostatni błyszczy najlepiej z całej obsady, dostarczając odrobiny frajdy, kreśląc portret szalonego, narcystycznego naukowca z bardzo plastyczną twarzą. Warto też wspomnieć drobny epizodzie Adama Pally’ego jako bardzo ciapowatego policjanta Wade’a. Aż żałuję, że to nie on pomaga Sonicowi, bo byłaby większa chemia.

“Sonic: Szybki jak błyskawica” to przerażająco bezpieczny film skierowany dla najmłodszego widza. Czyli takiego, który nigdy w Sonica nie grał i nie zna tej postaci, co nie przeszkodziło w zebraniu dużego zarobku oraz planach kontynuacji. Oby nabrała większego charakteru niż ten średniak, bo odpuszczę.

5/10

Radosław Ostrowski

Ekspres von Ryana

Włochy, rok 1943. Kraj powoli zaczyna wycofywać się z wojny, ale to jest kwestia dni. Tam zostaje zestrzelony samolot pułkownika Ryana. Ten trafia do włoskiego obozu jenieckiego kierowanego przez niezbyt kompetentnego majora Battaglię. Po stronie jeńców liderem jest brytyjski major Fincham, ale pułkownik zaprowadza swoje porządki. Pare dni później kończy się wojna, jeńcy przejmują obóz, jednak zostają zauważeni przez niemiecki samolot. Grupa kilkuset jeńców podejmuje ucieczkę, jednak wpadają i trafiają do pociągu.

Nakręcony w połowie lat 60. film Marka Robsona nie jest poważnym, egzystencjalnym dramatem wojennym. To film niemal przygodowy, napędzany przez dynamiczną akcję oraz napięcie, przypominając “Wielką ucieczkę”. Reżyser pewnie prowadzi całą opowieść, gdzie dzielni Alianci walczą ze złymi nazistami. Tych drugich można zabić albo wykiwać w pole za pomocą podstępu (przebranie księdza za nazistowskiego oficera), co dodaje pewnego suspensu. Włoscy bohaterowie są albo śmieszni (major Battaglia), albo starają się wspierać naszych bohaterów (pełniący role tłumacza kapitan Oriani). Podział jest prosty, stawką jest życie jeńców oraz szansa na ucieczkę. O dziwo samej akcji nie ma tutaj za dużo, bo chodzi o to, by nie zostać zdemaskowanym. Nie brakuje gładkich scen przemocy jak choćby w momencie przejęcia kontroli nad pociągiem, jednak prawdziwy popis pirotechniczno-strzeleckich to ostatnie pół godziny. Jest próba cichaczem wjechania do miasta, wybuchy oraz finałowa konfrontacja na torach kolejowych. Niby jest happy end, ale nie obywa się bez ofiar, więc wojna nie jest do końca taką przygodą. Nawet jeśli realizm jest mocno uproszczony, a postacie stereotypowe.

Nadrabia to wszystko bardzo solidne aktorstwo oparte na zderzeniu dwóch osobowości. Pierwszą jest pułkownik Ryan, tutaj grany przez Franka Sinatrę. Wydaje się kimś w rodzaju człowieka dopasowującego się do okoliczności, bardzo opanowany oraz wyluzowany. Bardziej działa sprytem niż otwartą walką, ale jest efektywny. Drugą osobowością jest krewki, brytyjski major Fincham w interpretacji Trevora Howarda. Woli walczyć, motywuje go nieufność, podejrzliwość oraz nieustępliwy upór. Z czasem te dwie postacie zaczną nabierać do siebie szacunku i uzupełniać się jako zgrabny duet. Na drugim planie najbardziej wybija się Sergio Fantoni, czyli kapitan Orlani, będący nowym sojusznikiem jeńców.

“Ekspres von Ryana” pochodzi z czasów, kiedy na II wojnę światową patrzyło się jak na walkę dobra ze złem. Więc wiele filmów z tego okresu ma charakter stricte rozrywkowy, a jednocześnie nadal trzyma w napięciu. Dziwne, prawda?

7,5/10

Radosław Ostrowski