Seria niefortunnych zdarzeń – seria 3

Na pewno wielu z was śledziło losy sierot Baudelaire’ów, na których majątek dybie złowrogi hrabia Olaf. Mam dla fanów tego telewizyjnego cyklu dwie wiadomości – trzecia serii ciągle potrafi zaskakiwać i utrzymuje poziom poprzedników. Ale jest też ostatnim spotkaniem z całym tym zwariowanym światem, gdzie doszło do rozpadu między członkami pewnej organizacji o skrócie WSZ. Jak pamiętamy druga seria zakończyła się cliffhangerem – dosłownie. Klaus i Wioletka spadają w przepaść swoim wozem, zaś Słoneczko zostaje porwane przez hrabiego Olafa i jego świtę, więc sytuacja jest niewesoła. Ale jak wiemy nie od dziś, jakoś zawsze udawało naszemu rodzeństwu wyjść z tarapatów.

seria_niefortunnych_zdarzen31

Trzecia seria oparta jest na ostatnich czterech częściach cyklu Daniela Handlera. Im dalej w las, tym coraz bardziej atmosfera staje się mroczna i niemal do samego końca czuć pewną fatalistyczną aurę nad naszymi bohaterami. Dawno jednak zostaje porzucony schemat z serii pierwszej, ale coraz bardziej odkrywamy kolejne tajemnice dotyczące schizmy, jej przyczyny oraz dlaczego hrabia Olaf stał się tym, kim jest. Bo – co chyba może zaskoczyć – nasz antagonista nie był takim demonicznym łotrem. Podział na dobrych i złych (taki jednoznaczny) zaciera się, zaś pozornie ci dobrzy też mają wiele za uszami, o czym przekonamy się podczas kulminacyjnego zdarzenia w Hotelu Ostateczność, co doprowadza do paru nieprzyjemnych wolt oraz moralnie wątpliwych decyzji. Pojawiają się też nowe, kluczowe postacie jak Kit Snicket (ciężarna wolontariuszka WSZ oraz siostra Jacquesa i Lemony’ego),  dość demoniczna para (Mężczyzna z brodą, ale bez włosów i Kobieta bez brody, ale z włosami) wywołująca strach u samego Olafa czy w końcu menadżerowie hotelu Ostateczność (bracia bliźniacy).

seria_niefortunnych_zdarzen35

Jeśli podobały wam się wstawki śpiewane, to… nie znajdziecie ich. Nie znaczy to jednak, że twórcy zrezygnowali ze swojego specyficznego humoru, który pozwala jakoś spokojniej przetrwać całą tą eskapadę. Nadal wrażenie robi świetna scenografia, choć miejsc do popisu nie było zbyt wiele – podpalona kryjówka czy hotel Ostateczność wyglądają olśniewająco, tak jak okręt podwodny. Wszystko to buduje klimat, będący mieszanką groteski, mroku i powagi, a jednocześnie czuć tutaj aurę przemijania, co mocno podkreśla narracja samego Snicketa (ten element pozostaje niezmienny).

seria_niefortunnych_zdarzen33

Dla wielu pewnym problemem może być zakończenie, które wydaje się pozornym happy endem. Naszym bohaterom udaje się przeżyć, jednak ich losy pozostają tajemnicą. Tak jak wiele wątków pozostaje niejako urwanych i w sporej części niedopowiedzianych (działalność WSZ, dalsze losy Bagiennych, sam Snicket), wywołując spore poczucie niedosytu. Niemniej nie mogłem odczuć satysfakcji z rozwiązania głównego wątku oraz kilku kapitalnie poprowadzonych scen jak proces hrabiego Olafa czy finał na wyspie.

seria_niefortunnych_zdarzen32

Nadal serial – poza realizacją – zachwyca też kapitalnym aktorstwem, ale to wie każdy, kto miał z tym cyklem styczność. Wszyscy przewijający się dotychczas bohaterowie (hrabia Olaf, Baudelaire’owie, Lemony Snicket, Esmeralda Szpetna, pan Poe) ciągle są fantastyczni i oglądanie ich sprawia masę przyjemności, zyskując coraz więcej głębi. Z nowych postaci najbardziej w pamięć zapada demoniczny duet Richard E. Grant/Beth Grant (zbieżność nazwisk przypadkowa), budzący lęk samym przerażeniem oraz niemal obojętnym, matowym głosem, a także Allison Williams (Kit Snicket) oraz Peter MacNichol (próbujący żyć z dala od cywilizacji Ishmael, który skrywa pewną tajemnicę).

seria_niefortunnych_zdarzen34

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że to już jest koniec i więcej już nie spotkam się z bohaterami „Serii niefortunnych zdarzeń”. Z jednej strony jest to komediowo-przygodowy serial pełen surrealistyczno-groteskowego stylu, wyróżniając się z grona innych seriali Netflixa. Z drugiej ma też dość wiele do powiedzenia na temat świata i te wnioski nie są zbyt wesołe, co dziwnie ze sobą współgra. Dojrzewanie dawno nie było takie słodko-gorzkie, mroczne, ale też z pewną nutką nadziei.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Winni

Ile razy zdarza się wam widzieć na ekranie tytuł, gdzie w zasadzie mamy tylko jednego (no może dwóch bohaterów) w jakiejś ograniczonej przestrzeni? Ostatnio takich filmów było wiele: „127 godzin”, „Pogrzebany”, „Locke”. Do tego grona wpisuje się także duński thriller debiutującego na ekranie Gustava Mollera „Winni”.

Poznajcie Asgera – to już niemłody policjant, który pracuje jako dyspozytor linii 112. Wiadomo, telefon goni telefon, choć czasami zdarzają się wezwania troszkę nieadekwatne do sytuacji. I tak w zasadzie po kilka godzin dziennie. I właśnie powoli kończy się ostatni dyżur, bo już wkrótce nasz gliniarz ma wrócić do patrolowania ulic. Wtedy dostaje dość niepokojący telefon, zaś między słowami bohater dochodzi do wniosku, że kobieta została porwana. Połączenie jednak zostaje zerwane.

winni2

Reżyser postawił sobie za cel skupienie się na Asgerze oraz jego podejściu do całej sprawy. Ale jak utrzymać widza w napięciu przez niemal półtorej godziny, jeśli cały czas jesteśmy w dyspozytorni? Żadnych przebitek, żadnych retrospekcji, żadnych zmian lokacji, do tego kamera niemal jest przyklejona do twarzy naszego gliniarza. I ku mojemu zdumieniu to działa. Udźwiękowienie jest tak dokładne i precyzyjne, że niemal „widziałem” to, o czym się tu mówi. Jeżdżące samochody, otwierane drzwi, jakieś sapanie, dyszenie, jęki i to pomaga w budowaniu napięcia. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a poczucie dyskomfortu wywołuje tutaj cisza. Albo inny telefon, który wybija z rytmu i równowagi. To jest tylko jeden haczyk, bo drugim jest tajemnica związana z Asgerem. Bo nasz gliniarz ma coś za uszami i odkrywamy, że został tutaj przeniesiony niejako karnie, zaś w tle jest jakiś proces. Te dwa haczyki działają, serwując po drodze kolejne wolty, zmuszające do weryfikacji wszystkiego, co wiemy. I to powoduje, że ten niemal ekstremalny minimalizm funkcjonuje bez poważnych spięć. Aż chce się wsiąkać ten klimat jak gąbkę.

winni1

Wszystko to jednak nie zadziałoby, gdyby nie dwa istotne detale: udźwiękowienie oraz kreacja Jacoba Cerdregena. Aktor miał bardzo trudne zadanie jako Asger, by z jednej strony wszelkie emocje utrzymać na wodzy, ale z drugiej intryguje, zastanawia i parę razy puszczają nerwy. Na twarzy malują mu się wszelkie emocje, niemal czuć spore brzemię, jakie na sobie dźwiga i coraz bardziej zaczyna „wariować” na punkcie tej sprawy. Reszta postaci (poza kolegami z pracy) tak naprawdę jest tylko obecna głosowo, ale i tak mocno zapadają w pamięć, co jest sporą sztuką.

Jak widać koncepcja filmowego one man show (dosłownie i w przenośni) nadal potrafi zaintrygować i wciągnąć. „Winni” są konsekwentnie wyreżyserowani, trzymają mocno za gardło, niejako dostarczając dużo rozrywki. Dawno nie widziałem tak mocnego dreszczowca wykorzystującego tak niewiele środków.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy

malomiasteczkowy-b-iext53346209

Z polskich artystów ostatnich kilku lat, nazwisko Dawida Podsiadły było wymienia przez wszystkie możliwe przypadki w niemal każdych okolicznościach. Dwie poprzednie płyty zrobione razem z Bogdanem Kondrackim okazały się hitami (mnie w sumie też się podobały), ale tym razem nasz zdolny chłopak połączył siły z Bartkiem Dziedzicem (współpraca m.in. z Melą Koteluk, Arturem Rojkiem czy Moniką Brodką) i coraz bardziej skręcił ku mainstreamowi. Co z tego mogło wyjść?

Pierwsze, co słychać to fakt, że jest to album w całości śpiewany po polsku, co jest spora niespodzianką. Po drugie, to zdecydowanie bardziej popowa płyta, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że jest plastikowa, prostacka i produkowana taśmowo. Choć przyznaję, że otwierający całość „Cantatte Tutti” wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciepła elektronika, tworząca niemal letni klimat (wokalizy, ksylofon), ale z drugiej wokal był dla mnie niezrozumiały, kompletnie nie docierały do mnie słowa. A to dopiero był początek całej imprezy. Równie pulsujący, wręcz taneczny jest „Dżins” (od połowy to już niemal dyskoteka pełną gębą) oraz pędzący na złamanie karku „Małomiasteczkowy” z perkusją i basem w trybie turbo czy równie dynamiczne „Trofea”. Nie brakuje odrobiny rocka (delikatny „Najnowszy klip” okraszony elektroniką), lecz tak naprawdę to pomysłowo wykorzystywana elektronika stanowi pierwszy plan jak w „Nie ma fal”, rozmarzonym „LIS” czy lekko hip-hopowym rytmie „Co mówimy?”.

Dawid głosowo jest taki jak zawsze, chociaż częściej operuje falsetem, raczej jest mniej ekspresyjny niż poprzednio. Nie zmienia to faktu, że słucha się go świetnie. Ale i same teksty też brzmią więcej niż dobrze i nie opowiada o tym, co popowi artyści: nie brakuje refleksji nad światem („Małomiasteczkowy”), nad sobą („Nie ma fal”), a także pokazując troszkę ciemną stronę sławy („Matylda”).

Muszę to powiedzieć, bo sam nie do końca w to wierzę: „Małomiasteczkowy” to zaskakująco świetna płyta, dająca to, co w muzyce popowej najlepsze. Chwytliwe melodie, niegłupie teksty oraz unikanie tego, co zwykło się nazywać plastikowym brzmieniem. I takiej muzyki popowej, to słuchać mogę.

8/10

Radosław Ostrowski

Velvet Buzzsaw

Współczesna sztuka – ja tego gówna nie rozumiem! jak nawijał znany raper Hukos. Ale to w tym świecie toczy się akcja nowego dzieła Dana Gilroya. Świata sztuki nowoczesnej, galerii sztuki, cenionych artystów oraz krytyków, od których słowa zależy ich artystyczne życie lub śmierć. Kimś takim jest krytyk Mort Vanderwalt, bardzo wnikliwy oraz błyskotliwy koleś. Pracuje dla Galerii Haze kierowanej przez Rhodorę Haze, która – jak każde galeria – szuka czegoś dochodowego, bo dobra sztuka jest taka, która przynosi duże pieniądze. Wszystko zmienia się, gdy asystentka znajduje dzieła zmarłego sąsiada, niejakiego Diese’a, który chciał je zniszczyć.

velvet_buzzsaw1

Sam film wydaje się być kombinacją komedii, dramatu i… horroru. Ten ostatni wynika z działań obrazów Diese’a, doprowadzając ludzi mających z nimi styczność do zgonu. Jeśli budzi w was skojarzenie z drugą częścią „Pogromców duchów”, jest to całkiem niezły trop, chociaż nie jest to stricte film grozy. Reżyser chce z jednej strony w bardzo krzywym zwierciadle spojrzenie na świat sztuki współczesnej. To świat bardzo zblazowanych ludzi, którzy używają bardzo wyrafinowanych zwrotów, by wyrazić jakie wrażenie robi konkretne dzieło. No i jeszcze mają dość sporo pieniędzy, podkupowanie, podchody – sztuka stała się kolejnym rodzajem skarbonki. Tylko, że artysta może się napocić, naprodukować i nie przebić się. I tu przewija się drugi wątek, czyli dorobek Diese’a – twórcy, który niejako zaprzedał duszę diabłu, by realizować wielkie dzieła (pamiętacie „Portret Doriana Greya”?) i osiągnąć niejako twórczą młodość. Te malowidła są miejscami mroczne, ale i sam materiał, z jakiego wykonano budzi lęk.

velvet_buzzsaw2

Ta dwuwątkowość niejako rozbija cała konstrukcję, bo z jednej strony mamy sporo gadania, miejscami odrobinę złośliwego humoru, satyrycznego spojrzenia. Z drugiej jednak są te sceny żywcem wzięte z horroru, gdzie kontakt z obrazem doprowadza do śmierci: surrealistyczne wydarzenia, poczucie, że malowidło „porusza się”, bardzo niepokojąca muzyka, ograniczone oświetlenie oraz posoka. Te sceny potrafią trzymać w napięciu, są niejako celebrowane przez reżysera i niektóre potrafią uderzyć (asystentka „otoczona” przez farbę z obrazów – wow). Tylko, że wnioski wyciągane przez „Velvet Buzzsaw” są po prostu mało zaskakujące, wręcz banalnie znajome. Pieniądz rządzi światem, kwestie między sztuką a rynkiem, zaprzedanie się oraz ślepa pogoń za sukcesem, czyli wyścig szczurów w świecie sztuki. I jak się w tym wszystkim odnaleźć.

velvet_buzzsaw3

Całość ogląda się nawet dobrze, co jest zasługą nie tylko niezłej realizacji, co bardzo dobrego aktorstwa. Absolutnie błyszczą Jake Gyllenhaal oraz Rene Russo. Ten pierwszy wydaje się błyskotliwym, inteligentnym krytykiem. Początkowo wręcz wyluzowany, z okularami ukrywającymi oczy oraz niemal rozedrganymi rękoma, coraz bardziej zaczyna wariować (świetna scena podczas instalacji odtwarzającej dźwięki) i dociera do przerażającej prawdy. Z kolei Russo jako femme fatale oraz kapitalistyczna lwica sprawdza się absolutnie świetnie, magnetyzując za każdym razem. Bardzo intrygująca postać. Z drugiego planu najbardziej wybija Zawe Ashton w roli Josephine, próbującej się wybić asystentki Haze. Niby piękna oraz apetyczna, ale powoli zmieniająca się w bezwzględną harpię i to przeraża. Troszkę nie do końca wykorzystano potencjał Johna Malkovicha (wycofany artysta Piers) oraz Natalie Dyer (Coco, która ma za zadanie tylko krzyczeć po znalezieniu kolejnych zwłok – troszkę słabo).

Ciężko mi ocenić „Velvet Buzzsaw”, bo Gilroy chce oczarować jak dzieła sztuki nowoczesnej i zachwycić formą, tylko że wszystko wydaje się tak banalne, nudne, nieciekawe. Owszem, momenty budujące poczucie zagrożenia są pokazane bezbłędnie, lecz cała reszta zwyczajnie niezbyt angażuje. A był potencjał na coś więcej.

6/10

Radosław Ostrowski

Rival Sons – Feral Roots

feral-roots-w-iext53741340

Czy są tu fani klasycznego, twardego rocka z lat 60. i 70.? Mam dla nich dobre wiadomości, bo wrócili spece od grania tej muzyki. Rival Sons pod wodzą Jaya Buchanana po trzech latach przerwy nadal przypomina, że z dziedzictwa takich kapel jak Led Zeppelin i Deep Purple, by dać soczystą muzę w starym stylu.

I już na dzień dobry dostajemy z mocnej rury. “Do Your Worst” ma pobrudzone riffy, mocną perkusję, silny wokal oraz chwytliwy refren. Czyli to, co najbardziej lubią fani kalifornijskiej kapeli. Nie zabrakło przesterowanych solówek w bardzo pokręconym “Sugar on the Bone”, gdzie na pierwszy plan wchodzą klawisze oraz perkusja, dodając ognia do pozornie utrzymanego w średnim tempie utworu. “Back in the Woods” to przede wszystkim bardzo ostre solo perkusji na początku oraz siarczyste riffy w tle plus chórek w refrenie. Ale ponieważ nie można walić na złamanie karku, dostajemy krótkie momenty wytchnienia jak akustyczny początek “Look Away” (dalej jest mocno i rockowo) czy w tytułowym utworze. Tam dynamiczny i troszkę ostrzejszy jest refren, w przeciwieństwie do “Too Bad”, w którym jest na odwrót. Nie zabrakło ani zadziornego bluesa (“Stood by Me”), ani nawet wplecionego chóru (“Shooting Stars”), dodając niejako epickiego doświadczenia.

Buchanan ma taką moc, że nawet najbardziej obojętni fani rocka, będą w stanie dostrzec jego siłę. Każdy utwór wsysa, wali z całego uderzenia, a jednocześnie klimat przypomina klasycznego hard rocka. “Feral Toots” podtrzymuje poziom poprzednich płyt, co dla fanów tzw. retro rocka (troszkę krzywdzące stwierdzenie) jest piękną wiadomością. Sprawdźcie to.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migawka

mela-koteluk-migawka-2018-1024x1024

Pamiętacie tą dziewczynę, która w 2012 roku debiutowała „Spadochronem”? Pochodząca z miejscowości zwanej Sulechowem Malwina „Mela” Koteluk od tej pory zaczęła szturmować stacje radiowe i kolejna płyta „Migracje” tylko utwierdziła w przekonaniu, że pojawił się nowy, interesujący narybek. Ale na trzeci album trzeba było czekać aż cztery lata. I tak się pojawiła „Migawka”, zrealizowany przez tą samą ekipę, co zawsze. Czyżby kolejny sukces?

Nadal jest to pop-rockowa stylistyka lekko zahaczająca o tzw. dream pop, gdzie nadal istotną rolę pełni gitara elektryczna. Aurę typową dla niej nadal czuć w singlowym „Odprowadź”, choć utwór opatrzono drobnymi wstawkami elektronicznymi w refrenie. Spokój dominuje też w „Los hipokampa”, a nawet troszkę dynamiczniejszego „Doskonale”, gdzie gitara potrafi przyspieszyć bardzo. Podobne tempo utrzymuje „Hen, hen”, dając spore pole do popisu perkusji. Mamroczący początek „Tańczę, przepływam” nie zapowiada wręcz podniosłego finału, tak jak pojawienia się harfy oraz skrzypiec w „Ja, fali”, co może budzić skojarzenia z Florence + The Machine (chociaż to mocno na wyrost). Ale mimo tej całej żonglerki oraz różnorodności, miałem spore poczucie niedosytu. Zabrakło jakiejś mocnej kropki nad i.

Samo brzmienie, wokal czy teksty stoją na poziomie i trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a nawet jest to bardziej przystępne niż poprzednie albumy. Tylko, że ta „Migawka” dosłownie miga przed oczami i znika tak szybko jak się pojawia. Można ją bardzo łatwo przeoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Effet miroir

effet-miroir-w-iext53587182

Podobno w Polsce muzyka francuska nie należy do zbyt popularnych. Ale od każdej reguły zawsze jest jakiś wyjątek i taki jest casus Isabelli Geffroy, znanej jak Zaz. Każdy jej album w Polsce osiągał status przynajmniej platyny, co świadczy raczej o sporej popularności. Czy tak też będzie ze studyjnym albumem numer 4? Wydaje mi się, że tak, ale po kolei.

Początek to wręcz wyciszona, grana tylko przez fortepian i smyczki „Demain c’est toi” . Oszczędny, ale piękny utwór, który nagle się kończy, zanim się zorientujecie. Zaskoczeniem za to było niemal ocierające się o dźwięki słonecznej Hiszpanii czy Karaibów singlowe „Que vendra”. Jest gitarka, trąbka i bębenki, co daje kopa. Ale to tak naprawdę dopiero początek, bo dalej nasza Francuzka idzie kompletnie w inne rewiry niż zazwyczaj. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, dominuje stylistyka retro: od niemal roztańczonego, pachnącego latami 80. „On s’en remet jamais” z metalicznym basem oraz żywszą, tnącą gitarą elektryczną w refrenie przez niemal klasyczny pop (wyciszony „Me souveniers de toi”) po rock’n’rolla z lat 60. („Toute ma vie” z cudnym Hammondem czy troszkę pobrudzone „Je parle”), a nawet bluesa („Resigne-moi” z nakręcającą się gitarą). I ten stylistyczny rozrzut to największa niespodzianka, jaką serwuje Zaz, opuszczając lekko jazzowe korzenie. Nie brakuje też nastrojowych ballad jak pianistyczny „Ma valse”, który staje się coraz intensywniejszy czy rytmicznego, niemal funkowego „Si c’etait a refaire”. Znalazło się też miejsce dla reggae (niezłe „Plume”), co też mnie zdziwiło. Jedynym dla mnie zgrzytem (może to złe, ale dziwnie to brzmiało) był niemal dyskotekowy „Pourquoi tu joues faux” i troszkę plastikowe „Nos vies” (ta perkusja drażni), jednak to są na szczęście drobiazgi.

Sama Zaz jest znakomita, choć czasami potrafi pędzić swoim wokalem bardzo szybko, jednak dominuje delikatność (w finałowej „Laponii” po prostu mówi, ale tak, że można się zanurzyć w tym głosie). Jej sam głos wystarczyłby do zwrócenia uwagi wszystkich słuchaczy oraz stanowi element spajający całość do jednego worka. Do tego mamy naprawdę solidne teksty w pięknym języku francuskim, by stworzyć najbardziej barwny album w dorobku Zaz. Nie wiem, jaka będzie następna płyta, ale jestem jej strasznie ciekawy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe

kwiat_jabloni__niemozliwe

Na początku pojawił się bardzo chwytliwy singiel “Dziś późno pójdę spać”, którego teledysk na YouTube miał ponad 5 milionów wyświetleń, co stało się jednym z większych fenomenów polskiej sceny. Trzeba było parę miesięcy poczekać na debiutancką płytę rodzeństwa Sienkiewiczów (Jacek i Kasia), działających jako Kwiat Jabłoni. On gran a mandolinie, ona na fortepianie I więcej do szczęścia nie potrzeba. Czy to wystarczyło na debiut?

Zaczyna się od tytułowego utworu, który jest… delikatny, chwytliwy i miejscami mroczny (odbijające się sample), z krótkimi chwilami wyciszenia. Ale oznacza to, że będzie smutno, o nie. Bardzo ciepły, wręcz radosne jest “Dzień dobry”, dając spore pole mandolinie i wywołując skojarzenia z… Paulą i Karolem. Z kolei rozpędzony fortepian na początku “Nie ma czasu”, dodaje odrobiny niepewności w tym lekko melancholijnym utworze, zachowującym średnie tempo. Jeśli chcecie czegoś żywszego, to macie do tego “Nic więcej”,  znane już “Dziś późno pójdę spać” ze wskakującą od połowy perkusją, powoli rozpędzające się, wręcz bajkowe “Za siódmą chmurą” czy czarujące “Kto powie mi jak” z bardzo mocnym środkiem. Delikatność oraz liryzm przypomina o sobie przy “Chodźmy nad wodę”, by zetknąć się z “dyskotekowym” (jak na tego typu instrumentarium) “Wzięli zamknęli mi klub” oraz przypominającym tzw. world music “Wody midaj” z rewelacyjnym intrem. Do tego jeszcze jako bonus zostaje dodany rockowy “Turysta”, który pokazuje zupełnie inne oblicze duetu. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, pieszcząc uszy aż do samego końca.

Przyjemnie się słucha tych tekstów, tak samo jak bardzo zgranych ze sobą głosów rodzeństwa. Chciałoby się powiedzieć, że to poezja i nie jest to przesada. Do wielu piosenek na bank będę wracał, bo niemożliwe, żeby “Niemożliwe” pozostawiło kogokolwiek obojętnym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stanisław Soyka – Muzyka i słowa Stanisław Soyka

muzyka-i-slowa-stanislaw-soyka-w-iext53716501

Myślę, że wiele osób kojarzy nazwisko Stanisława Soyki. Ale ostatnimi laty artysta mierzył się głównie z cudzym dorobkiem: albo standardami jazzowymi, albo poezją śpiewaną. I nie zrozumcie mnie źle, takie albumy też mogą być udane, ciekawe, ale zawsze się czeka na takie dzieła, gdy twórca mówi swoim głosem, proponując własny materiał. I tak też zrobił Soyka, co widać już w samym tytule.

Gatunkowo to jest mieszanka popowo-folkowa, ale to jest bardzo umowne. Zaczynamy od reagge’owego “Przyjdzie czas na zmiany”, które przyjemnie buja (i ten gwizd w tle). Więcej gitar odzywa się w “Ławeczce-bajeczce”, przypominającej klimatem łagodnego bluesa z lat 70., okraszony dęciakami, niemal surowym “Zależy mi”, które kojarzyło mi się z… Martyną Jakubowicz czy troszkę żwawszym, lekko funkowym “Mamulu tatulu” (ale tylko troszkę). I choć nie są to jakieś galopujące popisy spod znaku heavy metalu czy hard rocka, nie można też nazwać tej płyty smęceniem starszego pana. Bo i zdarzają się cudne numery jak “Lubię wracać do Warszawy” czy rozbudzone, jazzujące “W Piotrowym mateczniku”, ale też i wyciszone jak “Nie ma ich” (może poza gitarą), gdzie w połowie dochodzi do przełamania ku etnicznym wstawkom czy idące gdzieś pośrodku utwory, gdzie gitara z trąbką tańczą blisko siebie jak w “Ciszy nie unikaj” – tutaj mamy jeszcze Hammonda w tle czy wsparte przez akordeon “Tango pozostało”. Ale najlepsze pozostaje na koniec, bo mamy niemal czadowe “I już i tyle” oraz wreszcie fortepian (z tym instrumentem pan Soyka kojarzy się najbardziej) w poruszającej “Wielkiej rzece”.

Sam pan Soyka trzyma formę i nadal potrafi dać sporo czadu, chociaż niczego nikomu nie musi udowadniać. Dodając do tego bardzo refleksyjne teksty, pełne polotu (jak “Ławeczka-bajeczka”), ale i powagi (“Nie ma nas” o Żydach, po których nie zostało wiele w Warszawie). Bardzo sympatyczne wydawnictwo, niepozbawione pazura.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Deerhunter – Why Hasn’t Everything Already Disappeared?

Deerhunter_whead_artwork

Kolejna grupa z nurtu amerykańskiej sceny alternatywnej, która powoli zaczyna przebijać się poza swoim macierzystym krajem. Po czterech latach przerwy oraz dołączeniu klawiszowca Javiera Moralesa ekipa z Bradfordem Coxem na czele wracają z dziewiątym albumem. Producencko wsparci przez Bena Ettera (pracował przy “Fading Frontier”), Cate Le Bon oraz Bena Allena (od “Halcyon Digest”) postanowili dalej krążyć po ścieżce alternatywnego rocka. I jak to wyszło?

Jest to muzyka dość nieoczywista i mieszająca gatunki, a jednocześnie bardzo przebojowa, wręcz popowa, co czuć od samego początku. “Death in Midsummer” ma z jednej strony fortepian, z drugiej klawesyn, co już wydaje się rzadkim połączeniem, ale kiedy w środku dochodzi mocniejsza perkusja oraz przestrerowany, brudny riff, to połączenie wyrywa kapcie. Chociaż początkowo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pomyliłem płyt. Staroświecko brzmi niemal nostalgiczny “No One’s Slepping” z ciepłymi klawiszami, przypominającymi klimatem utwory z lat 60., zaś między zwrotkami wchodzi saksofon, tak jak w “Element”, tylko że tam jeszcze grają smyczki. Pewną woltą jest też pachnący szorstkimi latami 80. instrumentalny “Greenpoint Gothic”, pełen niepokojącego klimatu. Czasem pojawiają się w tym świecie pewne zaskoczenia: roztańczony fortepian oraz cymbałki w “What Happened To People?”, zniekształcony głos w “Detournement”, jakiego nie powstydziłby się duet Air, niemal kołysankowy “Tarnung” z elektroniczną perkusją oraz cymbałkami czy zaczynający się oszczędną perkusją “Plains”. Na finał jeszcze “Nocturne”, gdzie można odnieść wrażenie, że wokalista zacina się.

Sam wokal wydaje się delikatny, wręcz bardzo ciepły, co współgra z samym brzmieniem i dostarcza wiele frajdy. A jeśli chcecie poczuć troszkę radości w tej zimowej smudze oraz szarości, to nowe dzieło Łowcy Jeleni jest odpowiednim dla was. I nie dajcie się zwieść długiemu tytułowi.

7/10

Radosław Ostrowski