ZZ Ward – The Storm

The_Storm_ZZ_Ward_Album_Cover_2017

Jedyne skojarzenie jakie mam z ZZ w muzyce, to legendarny ZZ Top. Ale pojawił się ktoś, kto również ma ZZ w nazwie i chce dołączyć do grona wielkich świata nut. To amerykańska wokalistka bluesowa Zsuzsanna Eva Ward, bardziej znana jako ZZ Ward. Glośniej się o niej zrobiło, gdy nagrała piosenkę do trzeciej części “Aut”, ale czy cała “The Storm” jest równie interesująca?

Powiedzmy, że sklejka blues rocka (nawet łagodnego) z popem i rapem to rzadka mieszanka. Początek to skoczny “Ghost” z oszczędną aranżacją (gitary, “klaskana” perkusja, wokalizy w tle), któremu bliżej do popowych gwiazdek, ale słucha się tego bezboleśnie. Troszkę lepiej jest w “Cannonball” nie tylko za sprawą silniejszej obecności gitar oraz harmonijki (i tu czuć bluesa), a udział niejakiego Fantastic Negrito wnosi ten utwór na wyższy poziom, czego nie są w stanie zepsuć “bitowa” perkusja. Dalej jest różnie, choć bardziej lightowo: szybsza “Help Me Mama”, oparta na pianinie piosenka tytułowa, pstrykane “Domino” nasycone elektroniką, smyczkami I fortepianem, próbujący łączy gitary z tłustym bitem “Let It Burn” czy przemielone dźwięki w “She Ain’t Me”. Czyli wszystko to, czego się obawiałem najbardziej.

Najlepsze wrażenie zrobiły na mnie dwa utwory: delikatna balladka “If U Stayed” oraz troszkę mocniejszy i dynamiczny “Ride”, gdzie udzielił się także Gary Clark Jr. Nawet wokal samej Ward nie wybija się specjalnie ze stanów średnich, ale nie czuć różnicy między nią a choćby taką Keshą. “The Storm” to niestety stracony czas I typowa produkcja taśmowa.

5/10

Radosław Ostrowski

Artur Rojek – Koncert w NOSPR

koncert-w-nospr-w-iext51386570

Każdy fan polskiej muzyki alternatywnej zna i kojarzy Artura Rojka. Przez wiele lat był frontmanem przebojowej grupy Myslovitz, kieruje Off Festiwalem, a potem odszedł z macierzystej formacji już jako solista. Cztery lata temu wydał swój debiut “Składam się z ciągłych powtórzeń”, a niedawno wyszedł nowy album. Tylko, że jest to płyta koncertowa, zapis nagrania z sali Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach dnia 29 listopada 2015 roku. Co z tego wyszło?

Połączenie brzmień alternatywnych z orkiestrą symfoniczną wydaje się niczym nowym, ale tutaj to naprawdę działa. Zaczyna się od spokojnego, lecz coraz bardziej niepokojącego “Pomysłu 2”. Powolne, konsekwentnie wolne uderzenia perkusji zaczynają się nasilać, a gdy dołącza perkusja I fortepiano można odnieść wrażenie, że to Nick Cave przyszedł gościnnie zaśpiewać u Rojka. Nawet ta trąbka na końcu tu idealnie pasuje, a aranżacje nie są jeden do jeden. Pojawia się chór (“Lato ‘76”), mocniej zaakcentowano gitary (skoczne “To, co będzie”, pełne elektroniki “Krótkie momenty skupienia” czy lekko westernowy “Kokon”), dorzucono niepokojące smyczki (“Czas, który pozostał”, gdzie jeszcze są przyciężkie dęciaki, “Lekkość”).

Rojek sięga nie tylko po materiał ze swojej płyty, ale mierzy się zarówno z Myslovitz (śpiewana razem z publicznością “Długość dźwięku samotności”, “Chciałbym umrzeć z miłości”), Julio Iglesiasa (“Cucurrucucu Paloma”), a nawet Lenny Valentino (“Dla taty”) i dobrze sobie radzi ze swoim głosem, a nawet drobne fałsze nie psują energii jaką czuć podczas tego występu. Nawet ta “Beksa” (bardziej ekspresyjna) nie wywoływała irytacji i pokazuje, że jest sens robienia albumów koncertowych. Cudne.

8/10

Radosław Ostrowski

Anna of the North – Lovers

37409964_350_350

Jeden z tych debiutów, który mignął mi przed uszami w roku 2017, ale nie miałem okazji zapoznać się z całym albumem. Już sam pseudonim mnie zaintrygował i nie jest on przypadkowa, bo Anna Lotterud rzeczywiście jest z Północy, bo z norweskiego Gjovik. Co mogło dać norweskie pochodzenie i popowe brzmienie?

Zaskakująco świeże i przyjemne dźwięki, pełne synthpopowych naleciałości. Zaczyna się od ciepłego, bardzo przestrzennego “Moving On”, gdzie mamy dźwięki strumyka, elektroniczną perkusję oraz gitarę. Stylówka na lata 80. znana bardziej ostatnio z płyt La Roux czy pierwszych Goldfrapp sprawdza się też tutaj, a jeszcze bardziej zaskakuje pewne przyspieszenie w drugiej części utworu. Bardziej majestatycznie oraz mocniej (co jest zasługą perkusji) czaruje “Someone” mające ogromny potencjał, by zaszaleć na dyskotekach świata, by przejść do bardziej rozmarzonego, wręcz oszczędnego “Lovers” oraz minimalistycznego “Money” z nakładającymi się głosami, który też mógłby szaleć na dyskotekach. A im dalej w las, tym bardziej muzyka staje się taka “rozmarzona”, bardziej spokojna, z eterycznymi dźwiękami syntezatorów, chociaż te wolniejsze numery troszkę przynudzają. Nie brakuje również mocnej, tanecznej perkusji (“Feels”, końcówka “Baby” czy “cykający” “Friends”), ale pod koniec czuć lekkie znużenie.

Sama Anna ma głos taki bardzo delikatny, wręcz można by rzec dziewczęcy, bardzo zaskakująco dobrze współgrający z tą dyskotekowo-taneczną muzyką, która daje jej wiele miejsca do popisu. W połączeniu z chwytliwą muzyką oraz tekstami dała do karnawałową petardę. Warto było posłuchać tej płyty teraz, a nie jesienią. Zakochacie się w niej.

8/10

Radosław Ostrowski

Van Morrison – Roll with the Punches

Van_Morrison_Roll_with_the_Punches

Pochodzący z Irlandii Północnej soulowy wokalista Van Morrison nagrywa i śpiewa od połowy lat 60. Mimo, że nie był w stanie przebić swojego pierwszego hitu “Brown Eyes Girl”, to jednak sprawia mu to sporo frajdy. W zeszłym roku wydał aż dwie płyty i tą pierwszą postanowiłem wziąć na pierwszy odstrzał, czyli “Roll with The Punches”.

Na płytę pozapraszał kilku dobrych muzyków (m.in. gitarzystę Jeffa Becka, harmonijkarza Paula Jonesa czy klawiszowca George’a Fame’a) I znowu sięga po cudze kompozycje. Na szczęście, jest kilka własnych dzieł jak utwór tytułowy, naznaczony bluesowym sznytem, chwytliwym Hammondem oraz mocną perkusją, by dać moment na wyciszenie w delikatnym “Transformation”, nabierającym pod koniec prawdziwego rozpędu. Po drodze zahaczymy o rytmicznego rock’n’rolla (“I Can Tell” z cudnymi chórkami), klasycznego bluesa (sklejka “Stormy Monday/Lonely Avenue” czy “Fame”), mocno pozwala zaszaleć harmonijce (“Goin’ To Chicago”, “Automobile Blues”) czy przyprawić szczyptą jazzu (dęciaki w “Too Much Trouble” czy brawurowy fortepian w “How far from God”). Czasem pozwala sobie na odrobinę melancholii (“Bring It On Home to Me”), by zaraz po tym przyjemnie pobujać (“Teardrops from My Eyes”) oraz rozkręcić wszystkich (“Benediction” czy gitarowe “Ride On Josephine”).

Morrison nadal jest w dobrej wokalnej dyspozycji, śpiewa z takim luzem, jakby nikomu już niczego nie musi udowadniać. Czuć wielką frajdę, dystans oraz wyczucie, a wszystko zrobione fachowo, różnorodnie oraz na bogato. Aż dziwne, że Van Morrison ciągle jest w wielkiej formie. Pozazdrościć.

8/10

Radosław Ostrowski

Alvvays – Antisocialites

Antisocialites_-_Alvvays_%28Band%29_Album_Cover

Kanada coraz bardziej przebija się do muzycznej świadomości wielu słuchaczy. Z młodego pokolenia muzyków do tego grona rozpoznawalnych kapel próbuje się przebić zespół Alvvays. Cztery lata temu wydali swój debiutancki album nazwany po prostu “Alvvays”. Po trzech zdecydowali się przypomnieć o sobie I grupa z czarującą wokalistką Kerri MacLellan wskoczyła z nowym materiałem.

“Antisocialites” tym razem wyprodukował gitarzysta formacji Alex O’Hanley, a wszystko nadal idzie w stronę indie popu. Dużo jest tutaj inspiracji popem lat 80., pełnym elektronicznego pasażu (otwierające całość rozmarzone “In Undertow” z lekko punkową gitarą w tle) i ten kierunek utrzymany jest aż do samego końca. Czasem tempo się uspokaja jak w przeplatanym nakładającym się wokalem “Dreams Tonite”, czasem przyspiesza jak w pełnym gitar, nie pozbawionym liryzmu punkowym “Plimsoll Punks”, a nawet galopuje jak w “brudnym” i dynamicznym “Your Type”, chropowatym “Hey” czy rozpędzonym “Lollipop (Ode to Jim)”. Jednak te drobne zmiany podtrzymują lekko romantyczny, wręcz oniryczny klimat tak jak mieszający gitary z klawiszami a’la Air “Not My Baby” czy z dziwacznie przesterowanymi riffami “Already Gone”.

I do tego wszystkiego bardzo delikatny, wręcz dziewczęcy głos MacLellan odnajdujący się w tym całym pokręconym brzmieniu między popem, elektroniką a punkiem. Wszystko to jest w odpowiednio wyważonych proporcjach i troszkę szkoda, że jest tylko 10 piosenek. Aż chciałoby się dłużej pobyć z Alvvays, bo tak lekkiego, bezpretensjonalnego grania, pełnego energii nigdy dość.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The Rolling Stones – On Air

The-Rolling-Stones-On-Air

Stonesi ciągle są w formie, koncertują oraz ciągle rzucają jakieś albumowe rarytasy dla swoich fanów (a to remaster, a to albumy live) i nie inaczej jest z “On Air”. Jest to kompilacja nagrań ze studia BBC z różnych audycji na  początku działalności grupy (lata 1963-65). Wygrzebano je z archiwum radia, poddano cyfrowej obróbce i wydano na kompakcie.

To czyste rock’n’rollowe granie, polane bluesowym sosem (ta harmonijka ustna!!!), pełna zarówno coverów, jak I własnych kompozycji z nieśmiertelnym “I Can’t Get No Satisfaction”. A wśród coverów takie szybkie numery jak “Come On”, “Roll Over Beethoven” (obydwa Chucha Berry’ego), “Route 66”, przepełnione harmonijką “Cops and Robbers”, lekko westernowe “It’s All Over Now” jak I także spokojniejsze numery pokroju “Memphis, Tennessee” czy bardziej melancholijne “The Last Time” I “Cry To Me”. Każda kompozycja jest dość krótka (najdłuższa ma niecałe 4 minuty), ale to wystarczy, by rozkręcić całą imprezę, a wplecione chórki (m.in. w “Mercy, Mercy”) oraz gitarowe popisy Richardsa potrafią skupić uwagę nawet dzisiaj, zaś sekcja rytmiczna zgrywa się w całości, płynąc po morzach rock’n’rollowych fal, czasem skręcając w stronę country (“Mona”).

A Mick Jagger? Cóż, mogę powiedzieć, to jeden z najbardziej wyrazistych wokalistów rockowych I to czuć już tutaj, wykorzystując swój urok. A dla fanów grupy jest jeszcze wersja deluxe z dodatkowym krążkiem z 14 utworami, utrzymującymi bardzo wysoki poziom całości. Bardzo przyjemnego, lekkiego I bezpretensjonalnego rocka, chociaż największe hity miały dopiero powstać. Tutaj jest więcej coverów, ale od czegoś trzeba było zacząć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Truman Show

Poznajcie Trumana Brubanka. To zwykły szaraczek w zwykłym świecie, mieszkający w niemal idealnym miasteczku Seahaven. Pracuje jako agent ubezpieczeniowy, ma piękną żonę-pielęgniarkę oraz kumpla. Żyje w kompletnym spokoju, aż pewnego dnia zauważa swojego ojca. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż jego ojciec utonął podczas rejsu. Bo Truman nie wie, a my wiemy od początku, że nasz bohater od początku swojego istnienia jest gwiazdą reality show. I co teraz zrobić?

truman_show1

Kiedy w 1998 roku Peter Weir nakręcił ten film, zaczęły się pojawiać w telewizji programy pokroju relity show, czyli prawdziwi ludzie, prawdziwe emocje filmowane wręcz non stop. Ale na ile to wszystko było manipulacją, a ile „szczerymi” zachowaniami, to kwesta na osobny temat. Ale wizja świata, gdzie wszystko jest częścią przedstawiania, w którym absolutnie nie mamy wpływu na przebieg wydarzeń jest bardzo przerażająca. Weir z jednej strony atakuje telewizję, która kompletnie rozmywa granicę między prawdą a fikcją, jednocześnie dotykając wręcz filozoficznego aspektu naszego życia. Świat, gdzie wszystko z góry jest ustalone, a nasz los przypieczętowany, brzmi tak nieamerykańsko, że aż zastanawiam się kto dał pieniądze na ten film.

truman_show2

Chociaż wiemy, że Truman (rewelacyjny Jim Carrey) jest pionkiem w tej „idealnej” wizji świata wyglądającej niczym z filmów lat 50. (imponująca robota scenografów oraz kostiumologów), to trzymamy za niego kciuki i wierzymy, że wyjdzie z tej złotej klatki. Powoli widzimy jego walkę, determinację oraz próbę przełamania, coraz bardziej zaczyna obserwować pewne stałe zachowania oraz irracjonalne momenty (nagła blokada, zamiast radia słychać polecenia reżysera, a winda jest częścią dekoracji), zmuszające go do zadania kilku pytań o sens wszystkiego. A poczucie nierzeczywistości potęguje jeszcze znakomita praca operatorska z dziwnymi kątami, zmienną perspektywą.

truman_show3

Chociaż zakończenie wydaje się szczęśliwe, to jednak miałem wątpliwości, czy Truman poradzi sobie w naszym, niedoskonałym świecie. A ostatnie zdania pokazują, że silny wpływ ma telewizja. Wolimy wygodę, lenistwo oraz bycie w takie klatce, która daje bezpieczeństwo.

truman_show4

„Truman Show” jest bardzo krytycznym spojrzeniem na świat mediów, mogących wykreować niemal raj na ziemi, ale jednocześnie zmusza do zastanowienia nad sensem życia. Brzmi to prowokacyjnie, ale wizja tego świata coraz bardziej budzi przerażenie. Zwłaszcza dziś, gdy technologia tak posunęła się do przodu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Aferim!

Wołoszczyzna, rok 1835. Sierżant policji Constantin razem ze swoim synem Lonitą wyrusza, by znaleźć uciekiniera. Jest nim Cygan zbiegły z majątku bojara. Panowie ruszają w drogę, spotykając po drodze różnych ludzi i szukając informacji o zbiegu.

aferim1

Rumuński film historyczny – brzmi to co najmniej eklektycznie i być może dlatego dałem się skusić tej historii. Reżyser Radu Juhe pokazuje jak bardzo niewiele zmieniło się mentalnie na świecie, zdominowanym przez rasizm i pogardę wobec innych: Rosjan, Turków, ale przede wszystkim Cyganów, traktowanych tutaj jak czarnoskórych mieszkańców USA przez (niemal) cały XIX wiek. Są po prostu tanią i łatwą do nabycia siłą roboczą, kupowaną na targu (dzieci też), wykorzystywaną zarówno przez bogatych panów, jak i Kościół. To jeszcze są czasy feudalne, które powoli zaczynały wygasać, ale jeszcze nie do końca. Całość toczy się bardzo powoli, a klimatem przypomina wręcz western. Te bardzo tajemnicze plenery, uchwycone na czarno-białej taśmie i ojciec z synem jadący na koniu niczym kowboje z Dzikiego Zachodu. To buduje bardzo specyficzny klimat, chociaż fabuła wydaje się bardzo prościutka, a tempo więcej niż spokojne. Wszystko to okraszone jest niezłymi dialogami oraz czarnym humorem aż do bardzo gorzkiego finału.

aferim2

Zarówno dla ojca, który widział wiele, ale świat dla niego był bardzo prosty, oparty na regułach prawa i sypiącego ciągłymi aforyzmami oraz młodego, troszkę naiwnego syna, któremu przekazuje swoje spojrzenie na świat. Obaj panowie są autentyczni, a wspólne rozmowy mówią o nich więcej niż cokolwiek. Widać silną zażyłość, a kilka scen (mocny monolog księdza czy powrót do magnata) zostanie w pamięci na długo.

aferim3

To miejscami bezwzględne spojrzenie na przeszłość oraz próba rozliczenia się z demonami Rumunów. Zrealizowana bardzo oszczędnie, ale stylowo. Do tego świetnie zagrany i pewnie poprowadzony, dotykający pozornie ogranego tematu z zupełnie innej perspektywy, którą warto docenić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ikar

Rok 2014. Bryan Fogel amatorsko uczestniczy w pewnym trudnym wyścigu kolarskim, który dla amatorów jest tym, czym Tour de France dla zawodowców. I nasz bohater postanawia udowodnić, że obecny system antydopingowy jest do bani. Najpierw ukończy wyścig „czysto”, a następnie zastosuje doping w taki sposób, że żadne laboratorium tego nie wykryje. Pomaga mu w tym rekomendowany przez szefa Laboratorium Olimpijskiego szef rosyjskiego laboratorium antydopingowego, Grigorij Rodczenkow. I wszystko spokojnie idzie z planem, aż do momentu, gdy wybucha w Rosji afera dopingowa, odkryta przez niemieckich dziennikarzy.

ikar1

„Ikar” to przykład dokumentu, w którym życie napisało scenariusz, wywracając pierwotną koncepcję niemal do góry nogami, chociaż cel został osiągnięty. Wszystko idzie bardzo powoli i spokojnie, słyszymy rozmowy Bryana z Grigorijem o środkach, sposobach zażywania, dawkach itp. Ale kiedy dochodzi do odkrycia afery w Rosji i Rodczenkow zostaje wzięty na celownik, całość zmienia kompletnie tempo, zmieniając się wręcz w prawdziwy thriller. I wtedy widzimy gigantyczną skalę wielkiego oszustwa, w który były zamieszane najwyższe osoby w państwie. Jak od lat fałszowano próbki, niszczono pojemniki, co wydawało się nie do pomyślenia. Skala tego całego przekrętu jest niewyobrażalna, że słowa nie są w stanie tego wyrazić.

ikar2

Kolejne rozmowy z Grigorijem, jego ucieczka z Rosji, przekazanie danych do prasy i komisji antydopingowej – to wszystko trzyma w napięciu niczym rasowy thriller, gdzie poczucie zagrożenia oraz paranoi jest bardzo ogromne. Oczernianie, zaprzeczanie, wreszcie pozbywanie się osób niewygodnych dla władzy. Tylko pytanie brzmi, kto jeszcze może być tak mocno umoczony w aferę dopingową. W ilu krajach oraz ilu sportowców jeszcze próbuje grać nieczysto. Choć zachowano klasyczną formę dokumentu (gadające głowy, rysowane wstawki, fragmenty dokumentów) trudno było mi oderwać oczy z przerażenia.

ikar3

Najmocniej widać to było w postawie Rodczenkowa – człowieka dość trudna w ocenie. Z jednej strony człowiek od wielu lat uwikłany w ten brudny proceder, bardzo inteligentny i solidnie wykształcony, ale z drugiej to człowiek „skażony” przez swój kraj. Żyjąc w niemal ciągłej paranoi, niejako działa jak bohater „Rok 1984” stosując dwumyślenie. Dlaczego decyduje się ujawnić całą aferę? Z obawy o własne życie, wyrzuty sumienia? To pozostaje tajemnicą, czyniąc tą postać bardzo niejednoznaczną. Tak jako jak zakończenie – niby zakończone happy endem, jednak z pewną goryczką.

„Ikar” bardzo mocno obnaża świat sportu oraz jego bezsilność w walce z dopingiem. Jeden z bohaterów (szef Laboratorium Olimpijskiego) stwierdza: „Wszyscy biorą”. I zadanie bardzo trudne pytanie o sens imprez sportowych, które są zdominowane przez gigantyczne pieniądze, układy oraz powiązania polityki, sportu i biznesu. Nadal chcecie oglądać olimpiadę, wyścigi kolarskie czy Mistrzostwa Świata po tym filmie?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jim & Andy: The Great Beyond

Pamiętacie taki film „Człowiek z księżyca” Milosa Formana? Produkcja to zrobiła piorunujące wrażenie na widzach, których nie było zbyt wielu. Ale film inne oblicze Jima Carreya, będącego na wielkim szczycie. I o pracy tego aktora nad tym filmem opowiada ten dokument od Netflixa.

jim__andy1

A przyczynkiem do realizacji tego filmu były udostępnione po 20 latach materiały osób filmujących pracę Carreya nad filmem. To w połączeniu z rozmową między Carreyem, a nową ekipą daje bardzo interesujący i nieszablonowy portret tego aktora. Owszem, jest to coś w rodzaju pomnika, ale jednocześnie pokazuje jak bardzo jedna kreacja może wywrócić całe życie do góry nogami. Carrey wybrał dość ryzykowną metodę pracy, czyli ciągłe bycie graną przez siebie postacią. Często w tych okolicznościach powtarzało się stwierdzenie: „To dziwaczne”, bo ta metoda dla wszystkich była dość problematyczna, włącznie z reżyserem. Ale kiedy Carrey zmieniał się w Tony’ego Cliftona, wszystko stawało na głowie. Bywał czasem zdrowo kopnięty (próba wejścia do biura… Stevena Spielberga, wizyta w rezydencji Hugh Hefnera), a osoby takie jak wrestler Jerry Lander miały z nim iście krzyż pański. Był ciągle prowokowany, atakowany i opluwany, chociaż jego relacja z Kaufmanem były jak najbardziej serdeczne. I te zachowania prowokują pytania o to, do jakiego stopnia aktor może czy powinien się zatracić w odgrywanej przez siebie postaci. W którym momencie jest się aktorem, a w którym postacią i jak później „wyjść” z tej roli.

jim__andy2

Ale jednocześnie widać pewne paralele między Kaufmanem i Carreyem – dwoma dość postrzelonymi komikami, którzy szli własnym szlakiem. Widać podobieństwa między nimi w scenach początków ich karier (występy sceniczne), energia oraz miejscami absurdalne poczucie humoru. Czasami zdarzało mu się, tak jak Kaufmanowi przegiąć (występ u Arsenio Hall, gdzie był kompletnie podchmielony), ale nigdy nie zmieniał masek oraz ról. Być może dlatego tak mocno poruszyły mnie sceny z ostatniego dnia planu, gdy Jim jako Clifton dziękuje wszystkim oraz Kaufmanowi.

jim__andy3

Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba samemu przekonać się. Niesamowity portret Carreya oraz przykład tego, jak się pracuje na planie filmowym. Niesamowita robota.

8/10

Radosław Ostrowski