Men

Żaden reżyser tak nie rozpalał mi mózgownicy jak Alex Garland – cholernie uzdolniony scenarzysta, głównie kojarzony z kinem SF. Po absolutnie niesamowitych „Ex Machinie” oraz „Anihilacji”, reżyser postanowił zrobić mały skok w bok na rzeczy bardziej psychologicznego horroru/thrillera. Wiadomo, nie trzeba się ograniczać tylko do jednego gatunku. Czasami jednak nie zawsze się opłaca.

Akcja „Men” rozgrywa się gdzieś na wsi, z dala od zgiełku Londynu. Tutaj przyjeżdża Harper (Jessie Buckley) – młoda kobieta, by zamieszkać parę tygodni. Domostwo wygląda bardzo okazale, choć jego właściciel (Rory Kinnear) sprawia wrażenie niby sympatycznego człowieka, niemniej jest w nim coś dziwnego. Harper wydaje się odnajdować w małej wiosce, skrywając pewną niepokojącą tajemnicę z przeszłości. Jej mąż dość ciężko zniósł decyzję o jej rozwodzie. Tak bardzo, że odebrał sobie życie, spadając z mieszkania wyżej. A wierzcie mi, że nie jest to obraz łatwy do wymazania z pamięci. Czy uda się Harper odnaleźć psychiczną równowagę?

Jakby to było takie proste, nie mielibyśmy tego filmu. Podczas odkrywania piękna krajobrazów w postaci lasów, tunelu pod dawnymi torami czy podniszczonych budynkach gospodarczych (jeśli jest się fanem turpizmu). Wyprawa jednak kończy się w momencie, gdy gania za nią mężczyzna w stroju Adama. Nie goni, tylko idzie niczym Michael Myers czy inne powolne monstrum ze slashera. Niby wezwanie policji rozwiązuje sprawę – ale na jak slasherowego skurwysyna – zostaje wypuszczony i znowu zaczyna uprawiać stalking. Dlaczego? Bo policja uznała, że jest nieszkodliwy (mimo próby włamania do domu) i zabrał parę jabłek z drzewa w ogrodzie.

Garland całą przeszłość bohaterki pokazuje w krótkich retrospekcjach, przeplatając z obecnymi wydarzeniami. Samo to może wywołać lekką sieczkę w mózgu, ale spokojnie, reżyser się dopiero rozkręca. Im dalej w las, tym bardziej porąbane rzeczy się dzieją. A to nagle postać kompletnie znika, a to ksiądz chce wzbudzić w naszej bohaterce poczucie winy za śmierć męża (ona za to wyraża wdzięczność duchownemu za pomocą magicznego słowa: Spierdalaj). Jest jeszcze dzieciak, co chce się z Harper bawić w chowanego. Zaś w kościele jest jakaś dziwna kamienna postura (chyba to jest to miejsce, gdzie ksiądz wygłasza kazanie) i by jeszcze bardziej namącić we łbie, wszyscy mężczyźni (chyba jedyni mieszkańcy wioski) mają twarz tego samego aktora – Rory’ego Kinneara (facet jest absolutnie obłędny).

Rozumiem założenia „Men” – chodzi o pokonanie wewnętrznej traumy, zaś wszystkie męskie osoby to jedna inkarnacja. Szkoda tylko, że nie wiemy co było przyczyną tego rozstania między nią a Jamesem. Skąd ten jej strach wobec niego? Nie wiadomo. Temat nie zostaje ruszony. Jest też parę ujęć, które zachwycają wizualnie, chociaż wydają mi się zbędną popisówką (scena z martwym jeleniem, gdzie kamera wskakuje do… dziury po oku czy nadużywane slow-motion). Ale finał to już wręcz jazda po bandzie i tu nie chodzi o coś w stylu facet pojawia się i znika, zaś światła przed domem dostają kocioćwiku. Jest krwawo, makabrycznie i bardzo niepokojąco (choć w trakcie seansu gdzieś z tyłu słyszałem śmiechy), ale też… niesatysfakcjonująco.

Niestety, ale mam wrażenie, iż Garland albo za dużo oglądał Davida Lyncha i za bardzo odpłynął w surrealizmie, albo chciał być drugim Eggersem (niestety, z czasu „Lighthouse”) i ukrył niedostatki fabuły symbolami, metaforami oraz dziwacznymi obrazami. Jakiekolwiek były intencje, „Men” dla mnie było rozczarowaniem. Tak mętnego treściowo, ale porywającego wizualnie filmu nie widziałem od dawna i mam spory mętlik we łbie.

6/10

Radosław Ostrowski

Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Top Gun

Dziwny to przypadek sequel po kilkunastu latach. Bo zawsze rodzi się pytanie, czy jeszcze żyją fani pierwszej części i będzie ich tylu (w sam raz tylu), by zarobić kupę piniondzorów. Dotyczy to każde filmów uznawanych za kultowe. Takie jak choćby „Top Gun”, nakręcony w 1986 roku przez Tony’ego Scotta i wyprodukowany przez (obecnie) legendarnego Jerry’ego Bruckheimera. Zanim jednak pójdę na sequel, postanowiłem sobie przypomnieć to dzieło.

top gun1-1

Film nie jest specjalnie skomplikowany i skupia się na dwóch kumplach, co razem latają w samolotach US Navy. Pete „Maverick” Mitchell (Tom Cruise) oraz Nick „Goose” Bradshaw (Anthony Edwards) są tak różni jak noc i dzień. Pierwszy jest pilotem i leci miejscami bardzo ryzykancko, drugi radiooperatorem, starającym się zachowywać w sposób rozsądny. Tworzą bardzo zgrany duet i obaj trafiają do tytułowego Top Gun – elitarnej szkoły lotniczej dla najlepszych pilotów Marynarki Wojennej. Ale tam takie ryzykanckie jazdy mogą skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. A wtedy – żegnajcie przestworza, witajcie asfaltowe drogi. Zwłaszcza, że w szkole znajduje się Iceman (Val Kilmer), co jest bardzo opanowany i nigdy nie traci zimnej krwi. Więc walka będzie zacięta, do ostatniego zadania. I nie tylko tam.

top gun1-2

Od pierwszych kadrów oraz dźwięków muzyki wiadomo w jakich czasach jesteśmy i z czym mamy do czynienia. Synth popowa i rockowa muza podbijają adrenalinę, a kolory walą po oczach. Tak wyglądają przygotowania myśliwca do lotu podczas wschodzącego słońca. Scott nie udaje, że swoje dzieło skierował do nastolatków płci męskiej, by pokazać jak bardzo cool jest bycie w armii. Że będąc tam nie tylko możesz robić cuda wianki (choć brawura może zakończyć się niebezpiecznie), zyskać szacun kumpli, mentorów, a nawet wyrwać najpiękniejszą kobietę na dzielnicy. Wszystko dzięki uporowi, determinacji, ryzyku oraz pewności siebie. Sława, prestiż i pieniądze, prawda? O nie, tak łatwo nie jest.

top gun1-3

Historyjka jest banalna, pełna miejscami banalnych dialogów i ociera się o kicz. O aktorstwie w zasadzie nie chcę mówić, bo postacie są płaskie jak podłoga, o którą się potykasz po wypiciu kilku głębszych. Nadmiar klisz jest niemal porażający: nieodpowiedzialny ryzykant o mocnej reputacji oraz mierzący się z tajemniczą śmiercią ojca, wspierający kumpel, opanowany rywal (nie antagonista), twardy mentor, seksowna pani instruktor. Wszystko to bezczelnie sparodiowane parę lat później w „Hot Shots!” (polecam gorąco!).

top gun1-4

A jednak jest w tym coś uroczego i ma swój klimat. To, co godnie zniosło próbę czasu to dwa elementy: muzyka z niezapomnianym gitarowym tematem przewodnim oraz sceny powietrzne. Walki są miejscami chaotyczne, ale czuć tutaj skalę maszyn i umieszczenie kamer w samolotach (także pod różnymi kątami) nadaje rozmachu. W połączeniu z dynamicznym montażem oraz dźwiękiem tworzy to imponujące widowisko.

Szanuję to podejście, choć z perspektywy dorosłego widzę więcej zgrzytów. Nie jestem w stanie się obrazić na ten film, niemniej ocena jest naciągana. Baaaaaaaardzo naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Niepamięć

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie z nieznanych przyczyn nagle tracą pamięć. W różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Bez względu na pochodzenie, płeć, pozycję społeczną i zawód. Taki jest właśnie przypadek bohatera greckiej „Niepamięci”. Mieszka sam w dość niezadbanym mieszkaniu, nie wiemy czym się zajmuje. Dostaje amnezji podczas jazdy autobusem, a przy sobie nie ma żadnych dokumentów (tylko pieniądze). Trafia do szpitala, gdzie przechodzi testy na odzyskanie pamięci i czekając na kogoś z rodziny, kto go odbierze.

Pojawia się jednak szansa na wyjście z tej sytuacji: program „Nowa Tożsamość”. Starego życia może nie odzyskasz, ale może uda ci się stworzyć siebie na nowo. Jak to zrobić? Dostajesz taśmy magnetofonowe, gdzie głos daje ci „zadanie” do wykonaniu, a jego wykonanie utrwalasz wykonując zdjęcie. Brzmi jak coś prostego? Bo i zadania nie wydają się trudne: jazda na rowerze, udział w imprezie kostiumowej, skok do basenu. Im dalej w las, tym jednak kolejne rzeczy do wykonania wydają się brzmieć jak makabryczny żart (upić się w barze, po czym poznać dziewczynę/chłopaka i uprawiać z nimi seks w toalecie).

Grecki reżyser Christos Nikou tworzy kolejny pokręcony świat, gdzie absurdalność świata przedstawionego miesza się z melancholijnym smutkiem postaci. Wszystko jest tu bardzo surowe i oszczędne, a jednocześnie bardzo takie umowne. Nie wiemy jak dochodzi do choroby, dlaczego tutaj nikt nie ma telefonów komórkowych ani komputerów (wszystko tu pełne analogowych przedmiotów jak magnetofon i polaroid). Niby jesteśmy w Atenach, ale jakby w zupełnie innej epoce, wyrwanej z obcego świata. Poczucie obcości potęgują jeszcze zdjęcia Bartosza Świniarskiego w formacie polaroidowego zdjęcia. Czyli taka rameczka ze sporymi czarnymi pasami.

Z kolei sam program – czy aby na pewno pomaga stworzyć nowego siebie? A może tak naprawdę kreuje coś w rodzaju marionetki? Pozbawionej własnej woli, motywacji i celu. Zwłaszcza, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się ten proces zakończy. Jakie jeszcze zadania mogłyby na niego czekać – gdzieś wspominana jest sprawa udziału w demonstracji czy czegoś z samolotem. Zaś sam bohater grany przez Arisa Servatalisa jest bardzo trudny do rozgryzienia. Bardzo rzadko wyraża emocje, jest wycofany, z pokorą przyjmując kolejne dziejące się rzeczy. Jakby wzięty ze skandynawskiego kina, co dziwnie pasuje do klimatu filmu.

„Niepamięć” jest intrygującym filmem psychologicznym, którego klimatem blisko jest do dzieł Charliego Kaufmana zmieszanego z Terrym Gilliamem. Tajemniczy, bardzo wycofany, niemniej potrafi zainteresować i frapuje postacią głównego bohatera. Sama myśl utraty pamięci (mimo chęci zapomnienia kilku rzeczy) potrafi zmrozić krew, a film przypomina dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski

Matka Joanna od Aniołów

Ile już było opowieści o opętaniu ludzi reprezentujących władzę duchową? Inspiracji nie brakuje jak choćby XVII-wiecznie opętanie (rzekome) zakonnic w klasztorze w Ludun. Jednym z takich utworów było opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od aniołów”, którą na ekran przeniósł Jerzy Kawalerowicz.

Akcja toczy się gdzieś na terenie Smoleńszczyzny w miasteczku Lutyń. Od ponad pół roku w tamtejszym klasztorze mniszki są opętane przez diabły. Mimo obecności czterech egzorcystów, nie udaje się wypędzić diabłów, szczególnie u matki Joanny od Aniołów (Lucyna Winnicka) – matki przełożonej. Dlatego do miasteczka przybywa młody ksiądz Suryn (Mieczysław Voit), która ma samodzielnie zajmować się matką przełożoną. Jedyną mniszką, która wydaje się być odporna na wszystkie dziwne rzeczy, jest siostra Małgorzata od Kluczy (Anna Ciepielewska). Ale czy młody duchowny da sobie radę z siłami, które zna tylko z ksiąg?

Pierwsze, co uderza w trakcie oglądania to bardzo ascetyczna forma, gdzie akcja jest ograniczona do kilku ważnych miejsc (cela Suryna, karczma, klasztor, stos). Kamera niemal cały czas przyjmuje perspektywę z oczu postaci, co jeszcze podkreśla atmosferę. A ta nie należy do przyjemnych – cała ta okolica wydaje się niemal pusta, pustynna (Axis Mundi), pozbawiona jakichś charakterystycznych elementów do konkretnej epoki. Monochromatyczna kolorystyka oraz tekstura użyta przez Jerzego Wójcika buduje niemal atmosferę miejsca opuszczonego przez Boga. Niemal martwa, gdzie człowiek staje do konfrontacji z samym sobą. Bez względu na to w kogo i co się wierzy.

A o co tu tak naprawdę chodzi? O kryzys wiary, który doprowadza do silnych wątpliwości? O buncie? Poświęceniu? Zderzeniu racjonalności z duchowością? A może o miłości? Jeśli to ostatnie, to czy chodzi o pożądanie? Czy o sprawy niekoniecznie fizyczne? Odpowiedź nie należy do prostych, bo wszystko jest takie niedopowiedziane, niejednoznaczne, co pozwala na wiele interpretacji. Jednak to wolne tempo potrafi mocno zmęczyć, zaś finał był w stanie dać mi z liścia i wprawił w zakłopotanie. Jest tu parę mocnych momentów (scena egzorcyzmów w kościele, rozmowa księdza z cadykiem), zaś grający główne role Voit i Winnicka magnetyzują. W tym starciu wydaje się, że to matka Joanna jest „silniejsza”, ale czy naprawdę tak jest? Voit tutaj gra zarówno młodego, nieznającego świata księdza, co mierzy się z demonami jak i bardziej doświadczonego cadyka. To jak bardzo różnią się mową ciała, ekspresją twarzy oraz sposobem wypowiedzi jest wręcz niepojęte.

Film Kawalerowicza ma swoje lata i jest to odczuwalne. Niemniej ta skromna forma oraz niejednoznaczna treść frapuje, dając spore pole do interpretacji. Nawet dziś potrafi oczarować kadrami i atmosferą.

7/10

Radosław Ostrowski

Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza

Gdyby ktoś zapytał, kim był Władysław Kozakiewicz, najprawdopodobniej padła by odpowiedź: lekkoatletą, który pokazał wała Związkowi Radzieckiemu podczas olimpiady w Moskwie. Ten moment zapamiętał cały świat, a gest stał się symbolem politycznym. Ale przecież było coś więcej niż tylko ten wycinek – moment chwały. Sylwetkę tego sportowca postanowił pokazać reżyser Ksawery Szczepanik w dokumencie „Po złoto”.

Forma może nie jest powalająca, bo to klasyczne gadające głowy plus archiwalia. ALE jest to zbyt solidnie zrobione, by zignorować. Mimo krótkiego czasu trwania, nie ma tu miejsca na znużenie. Przede wszystkim ze względu na samego Kozakiewicza, którego szczerość jest wręcz brutalna. To nie jest laurka, pokazująca momenty chwały i samych sukcesów. To byłoby za proste, zbyt nudne oraz nieciekawe. Olimpiada w Moskwie oraz ten słynny gest jest kulminacją tego dzieła, stanowiąc punkt graniczny, niejako środek tego filmu. Przed tym wydarzeniem „Kozak” był najpierw młodym chłopakiem z Wilna, który dzięki starszemu bratu został lekkoatletą. Ze względu na pochodzenie ciągle musiał udowodniać, że nie jest od nich gorszy. Nie bez problemów (przez kontuzję stracił szansę na medal w Montrealu), ale osiąga to, o czym każdy sportowiec marzy.

Jednak to, co potem się dzieje – czyli 15 minut sławy. Imprezy, bankiety, sława, prestiż i pieniądze. Oraz bardzo poważna obniżka formy, co doprowadza do konfliktu między „Kozakiem” a Polskim Związkiem Lekkoatletyki. A były to czasy, gdy wszystko było polityczne, zaś każdy sportowiec był niejako „własnością” związku i nie miał nic do gadania. Stąd taka decyzja o wyjeździe do RFN, odebrana przez wielu (oraz przedstawiana w mediach) jako zdrada. Wszystko to ogląda się z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza jeśli nie zna się życiorysu Kozakiewicza.

Poza samymi rozmowami, dużą wartością jest spora ilość archiwaliów. I nie chodzi tylko o fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej czy wycinki z gazet, ale przede wszystkim ze zbiorów Kozakiewicza. Zarówno treningi, sporo prywatnych zdjęć, do tej pory niepokazywane. To pozwala wejść tam, gdzie nie wchodziły media, gdzie wiele rzeczy się działo za kulisami. Nie brakuje tutaj słów rozgoryczenia oraz pewnego żalu za szansami, które ciągle były odbierane, niweczone z powodu absurdalnych zasad jak choćby dyskwalifikacja za… przyjście na zawody w stroju od firmy, z którą tyczkarz miał kontrakt. Takich absurdów było więcej, ale nie będę zdradzał.

Jedyne, co wywołuje pewien niedosyt, to brak pokazania tego „życia po życiu”, czyli okresu po zakończeniu kariery. Jak się potoczyły losy Kozakiewicza, czym się zajął po karierze, czy wrócił do kraju. Te momenty byłyby puentą dla całości. Nie zmienia to faktu, że „Po złoto” jest fascynującym portretem człowieka, dla którego wygrywanie było sensem życia. Niby krótko, ale treściwie.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć Zygielbojma

Trudno oceniać filmy, które mają serce po właściwej stronie i czyste intencje. Żeby poruszyć oraz przypomnieć o czymś, co albo zostało zapomniane, albo zignorowane przez ludzkość. Problem jednak taki, że same intencje nie wystarczą, zwłaszcza jak powstaje we współpracy z prorządową organizacją, która może narzucić swoją wizję pod gotowy materiał. Niestety, do tego grona dopisać trzeba „Śmierć Zygielbojma”, współfinansowany przez Polską Fundację Narodową.

smierc zygielbojma1

Nowe dzieło Ryszarda Brylskiego sięga po postać polskiego działacza społecznego Szmula Zygielbojma (zaskakujący Wojciech Mecwaldowski), który podczas II wojny światowej działał w Londynie. Początek jednak jest bardzo makabryczny – otóż ten człowiek zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Jest maj 1943. Sprawa wydaje się jasna: Zygielbojm popełnił samobójstwo, odpalając i wdychając gaz z kuchenki. Na stole list pożegnalny – czego chcieć więcej? Pracujący dla Timesa dziennikarz Adam (Jack Roth, syn znanego aktora Tima) razem z policyjnym koronerem Thomasem (Will Brown) prowadzą dochodzenie. Cel jest jeden: dlaczego?

smierc zygielbojma2

Co ja mogę powiedzieć? Nie jest to na pewno tak jednowymiarowy portret świata, jaki nasi spece od polityki historycznej sobie wymyślili. Sama konstrukcja w formie dochodzenia na pierwszy rzut oka wydaje się interesującym konceptem. Problem w tym, że sam bohater jest zepchnięty niemal na dalszy plan, pełniąc niejako tło dla poważniejszego problemu. Czyli prób dotarcia do świata z informacjami o ludobójstwie Żydów na terenie Polski (oraz Europy) i wymuszenia na państwach alianckich wsparcia. Tylko, że to wszystko spełza na niczym, a świat nie jest w stanie tego przyjąć do wiadomości. Słucha i słucha, ale nic więcej nie zamierza, zaś ludzie są mordowani. Co jeszcze można zrobić, by powstrzymać to szaleństwo? Poza przemówieniami i listami do najważniejszych polityków?

smierc zygielbojma3

Problem z tym filmem jest jeden, ale bardzo istotny: jest to dzieło… zaledwie poprawne, niewykorzystujące swojego potencjału. Opowieść o polityku, który zderzony z murem obojętności decyduje się na ostateczny krok brzmi obiecująco. Tylko, że samo wykonanie rozczarowuje, zaś rozmówcy pełnią rolę chodzących ekspozycji. Wszystko wygląda tu jak film telewizyjny (głównie retrospekcje z okupowanej Warszawy), z oszczędną scenografią oraz poszatkowaną narracją. Chciałoby się głębiej wejść w Zygielbojma, zwłaszcza że Mecwaldowski prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Nawet brytyjscy aktorzy (szczególnie młody Roth) dają radę.

smierc zygielbojma4

Tylko co z tego, skoro „Śmierć Zygielbojma” wywołuje znużenie i sprawia wrażenie zbioru nie za mocno powiązanych scenek. Większość sytuacji jest tutaj opowiadana niż pokazana, co pozbawia większej mocy tego tytułu. Poza przesłaniem (oraz krótkimi scenami z getta w niebieskim filtrze) nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Przepraszam, czy tu biją?

Na hasło polskie kino sensacyjne raczej myśli się głównie o filmach od Władysława Pasikowskiego, Wojciech Wójcika, Patryka Vegi czy ich (mniej zdolnych) naśladowców. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano zmierzyć się z tym gatunkiem wcześniej. Czyli w czasach PRL-u, choć było to ograniczone pewnymi ideologicznymi wytycznymi. Aczkolwiek czasami filmowcy je w bardziej lub mniej kreatywny sposób je omijali.

przepraszam czy tu bija1

Jedną z takich prób jest „Przepraszam, czy tu biją?” z 1976 roku w reżyserii Marka Piwowskiego. Punkt wyjścia jest znajomy – mamy bandytę Belusa (Zdzisław Rychter), który szykuje skok na dom handlowy Sezam. By jednak mieć pewność wobec swojej ekipy, decyduje się na prowokację. Najpierw każdego z nich informuje o planowanym napadzie na jubilera, podając im innego pasera, któremu mają dać łup. Następnie składa milicji donos na siebie (telefonicznie), by potem czekać na wypuszczenie oraz sprawdzić kto go sypnął. Prowadzący śledztwo Milde i Górny (Jerzy Kulej oraz Jan Szczepański) wydają się bezradni. Decydują się na „zainstalowanie” swojego człowieka w grupie Belusa – młodego studenta (Ryszard Faron), który nieudolnie próbował uciec podczas zatrzymania.

przepraszam czy tu bija2

Nawet jak na sensację film Piwowskiego jest dość nietypowy. Pierwsze, co rzuca się w uszy to chwytliwe dialogi z masą ciętego humoru. Miejscami mocno absurdalnego, jednak bardzo przyjemnego do słuchania. W zasadzie można ten film nazwać komedią. Po drugie, zadziwiająco sporo jest scen niejako pozornie niezwiązanych z intrygą, które pełnią rolę albo humorystycznych wstawek (pokaz mody w Maximie), albo portretują tło tej epoki jak wizyta u fryzjera czy trening judo.

przepraszam czy tu bija3

Ten minimalistyczny styl, gdzie wiele istotnych scen dzieje się albo poza kadrem (włam do mieszkania w wykonaniu Studenta) albo dialogi są w niej zagłuszane przez muzykę lub dźwięk. Zabieg to ryzykowny i zmuszający do większego skupienia oraz zwracania uwagi na spojrzenia, gesty, detale. Najdobitniej pokazuje to sam początek, czyli sekwencja odbierania pieniędzy, pozbawiona dialogów, ze sporadycznie obecną muzyką (mocno funkową) i miejscami rwanym montażem. Przez to można odnieść wrażenie, że coś kluczowego zostało wycięte. W połączeniu z obsadzeniem naturszczyków tworzy to bardzo frapującą mieszankę wybuchową.

przepraszam czy tu bija4

„Przepraszam, czy tu biją” to przykład filmu skromnego (przynajmniej na taki wygląda), ale zrobionego z głową, wręcz eksperymentalnie. Piwowski potwierdza, że ma ucho do dialogów oraz bardzo sprawny warsztat. Spora niespodzianka oraz przyjemna podróż w czasie.

7/10

Radosław Ostrowski

Archiwum 81

Czy warto sobie zawracać głowę serialem, który skasowano po zaledwie pierwszym sezonie? Zwłaszcza, jeżeli pozostaje furtka na ciąg dalszy. Ja się przyznaję, że rzadko mi się zdarza oglądać seriale (szczególnie te od platform streamingowych) w dniu premiery i odczekuję parę tygodni/miesięcy. Po to, by spojrzeć trzeźwym okiem, bez podkręconego baloniku oraz oczekiwania nie wiadomo czego. Ale kasacja tego tytułu (mimo podobno sporej popularności) bardzo mnie zaskoczyła, zaś po seansie pozostaje jeszcze większą tajemnicą.

„Archiwum 81” oparte jest na podcaście Daniela Powella i Marca Sollingera, który doczekał się aż trzech sezonów. Tutaj bohaterem historii jest Dan Turner (Mamoudou Athie) – młody mężczyzna, pracujący w muzeum kina. Zajmuje się odrestaurowaniem oraz czyszczeniem filmowych taśm VHS. Szczególnie tych produkcji, które nigdy nie ujrzały światła dziennego. Sam mężczyzna przyjaźni się z Markiem, autorem podcastu „Tajemnicze sygnały” i raczej się trzyma z daleka od ludzi. Pewnego dnia dostaje dość nietypową propozycję od szefa dużej korporacji. Zadanie wydaje się proste: odzyskanie treści materiałów z taśm, które mogą wyjaśnić tajemnicę pożaru kamienicy z 1994 roku, a zostały przez firmę kupione na aukcji. Problem w tym, że są tak uszkodzone, iż nie można ich przenieść i trzeba to zadanie wykonać na miejscu. Czyli w znajdującym się na kompletnym odludziu dawnym kompleksie. A w zamian sto tysięcy dolców. Nagrania zostały wykonane przez Melody Pendras (Dina Shihabi), niby jako praca studencka. Ale co się wydarzyło naprawdę?

Za serial odpowiada Rebecca Sonnenshine (twórczyni), która pisała wcześniej scenariusze m.in. do „Pamiętników wampirów”, „Outcast – Opętanie” czy „The Boys”. Gdybym miał przepisać ten tytuł do konkretnego gatunku, byłoby to mystery z elementami horroru. Dodatkowo jeszcze poprowadzona dwutorową narracją: Dan oraz jego czyszczenie taśm przeplata się z nagraniami Melody, które filmują… no właśnie, co? Dziewczyna niby wykorzystuje do celów naukowych, jednak ma swój ukryty cel, zaś wiele scen z nią nie jest utrwalonych na taśmie, co dało mi sporą przewagę. Twórcy korzystają ze znajomych tropów oraz mącą w głowie, przez co zastanawiamy się czy obserwowanie przez nas wydarzenia dzieją się naprawdę. A może to tylko wytwór wyobraźni, spowodowany pracoholizmem i izolacją?

Oboje mają jeszcze jedną wspólną rzecz: są naznaczeni poważnymi traumami, a prowadzone przez nich śledztwa mają dla nich poniekąd wymiar terapeutyczny. Staje się szansą na skonfrontowanie się z największymi koszmarami (Dan stracił rodzinę w pożarze, Melody nie zna swojej matki), zaczyna ich „zbliżać” do siebie (jakkolwiek to brzmi) i determinuje do realizacji swoich celów. A że trzeba będzie zmierzyć się z kolejnymi tajemnicami, podejrzeniami oraz nadprzyrodzonymi mocami? No cóż, niektórzy mają bardziej wyboistą drogę do pokonania. A mimo korzystania ze znajomych tropów (duża, tajemnicza korporacja, medium, kultyści, wiedźmy, demon z zaświatów), to historia wciąga oraz angażuje do niemal samego końca. Chociaż dwa ostatnie odcinki idą w inną stronę (w końcu trzeba wyjawić, o co tu naprawdę chodzi), nie czułem się za bardzo zawiedziony – może poza finałem.

Troszkę szkoda, że „Archiwum 81” nie zdobyło większego zaufania dysydentów giganta streamingowego. Bo to bardzo sprawne, klimatyczne dzieło na granicy horroru, thrillera i kryminału, umiejętnie budujący napięcie oraz poczucie paranoi. Nawet jeśli sięga się po ograne chwyty, zrobione jest to w zaskakująco świeży sposób.

7,5/10

Radosław Ostrowski