W nieskonczoność

Czasami pomysły niektórych filmowców potrafią zmrozić krew w żyłach i wprawić w konsternację. Nie inaczej jest z poronionym filmem „W nieskończoność” od reżysera Antoine Fuqua, będący zbitką „Matrixa”, „The Old Guard”, „Piątego elementu” oraz „Assassin’s Creed” (gry, nie filmu). Bo jak wyjaśnić tę pokręconą historię akcji z SF i reinkarnacją w tle.

infinite1

Bohaterem jest niejaki Evan McCauley – mężczyzna w średnim wieku ze zdiagnozowaną schizofrenią, który nie jest w stanie znaleźć jakiegokolwiek zatrudnienia. Niemniej posiada czasem takie umiejętności, jakich nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Na przykład wykucie japońskiego miecza jakby był samym Hattori Hanzo. Jak się okazuje, jest reinkarnacją jednego z wiecznych wojowników, Heinricha Treadwaya. Myk polega na tym, że żyjący w nieskończoność podzielili się na dwa obozy. Jedni traktują to jako dar, inni jako przekleństwo i chcą z tym skończyć. Ci drudzy pod wodzą Otto Bathursta skonstruowali Jajo, które jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi wszystko, co żyje i oddycha. Tylko, że ten przedmiot zaginął i obie strony go szukają.

infinite2

Na papierze brzmi jak potencjalnie sympatyczny film rozrywkowy z obiecującym światotwórstwem. Tylko, że reżysera ten świat kompletnie nie interesuje. Podaje to też tak poważnie, że aż miejscami popada w śmieszność. Za dużo tutaj efektów komputerowych, zostawiając wiele niejasności oraz znaków zapytania. Na przykład dlaczego po stronie złych jest tylko jedna osoba – Bathurst (łysy Chiwetel Ejiofor, który bawi się rolą) i jego sługusowa? Gdzie są pozostali Nihiliści? Ilu istnieje osób przechodzących reinkarnację? Czy można to wszystko przerwać? Jaką rolę pełni tu postać grana przez Toby’ego Jonesa, który pojawia się na dwie sceny? Fuqua robi ten film trochę tak jakby to miało być wprowadzenie do większego uniwersum, które dopiero będziemy poznawać.

infinite3

Zamiast tego reżyser chce się skupić na scenach akcji, które – znowu teoretycznie – są widowiskowe. Niby są pościgi i strzelaniny, a nawet mordobicie, tylko za szybko zmontowane, za mało czytelne, a poczucie stawki jest praktycznie zerowe. W paru miejscach nawet widać, że sceny akcji wykonują kaskaderzy i choć jest parę pomysłów jak finałowe starcie w samolocie a’la Incepcja, to obok jest masa bzdur (Evan wjeżdża motorem na samolot i przytrzymuje się skrzydła… mieczem samurajskim). A Mark Wahlberg w roli głównej jest po prostu sztywny, nudny, nijaki. Tak jak reszta osób sprzyjających naszemu bohaterowi pozbawiona charakteru.

„W nieskończoność” jest przykładem tego, że pozornie interesujący pomysł można spartaczyć w najbardziej spektakularny sposób. Marnotrawstwo potencjału, wtórność, brak pomysłu, za dużo CGI, za mało treści. Panie Fuqua, co się stało z panem?

4/10

Radosław Ostrowski

The Old Guard

Kto z nas nie chciałby żyć wiecznie? Pragnienie to zawsze wydawało się nieosiągalne, ale jednocześnie bardzo problematyczne. O tym – pośrednio – opowiada nowy film Netflixa. Tytułowa “Stara gwardia” to oddział nieśmiertelnych ludzi. Może z tą nieśmiertelnością troszkę przesadziłem, ale bardzo szybko regenrują im się rany, niektórzy żyją od tysiącleci i walczą. O co? Czy to ważne? Nieliczną grupką kieruje Andromacha z Scytii zwana Andy, która jest najstarsza z nieśmiertelnych. Dostają nowe zadanie, ale okazuje się pułapką, by nagrać ich moce. Te chce wykorzystać szef medycznej korporacji, by tworzyć leki zwalczające choroby. Ale żeby sprawa była jeszcze bardziej skomplikowana, wiarusy odkrywają nową osobę z takimi samymi mocami – czarnoskórą żołnierkę walczącą w Afganistanie.

“The Old Guard”, czyli nowy akcyjniak Netflixa wiele czerpie z kultowego “Nieśmiertelnego”, a dokładnie sam pomysł człowieka żyjącego dłużej i praktycznie nie do zabicia. A że są to żołnierze, większy nacisk jest tutaj postawiony na sensacyjną intrygę (prostą jak drut) oraz sceny akcji. Żadnego psychologizowania problem wiecznego życia, parę rzuconych retrospekcji z dawnych czasów oraz relacja mistrz-uczennica. Tyle z tego dostajemy od reżyserki Giny Prince-Bythewood, dla której to pierwsza styczność z kinem akcji. No i to bardzo widać, bo sceny rozwałki oraz demolki są szybko cięte – na szczęście są czytelne – lecz pozbawione jakiegokolwiek mocnego kopa. Żadnej adrenaliny, żadnej ekscytacji (poza dwoma scenami z Andy). Antagonista (szef korporacji) wydaje się nijaki, pozbawiony charakteru, z nieciekawą motywacją oraz brakiem charyzmy. I jakby tego było mało, w tle dostajemy jakąś smutną, popową muzę, co mnie irytowało strasznie. Wywoływało to we mnie poczucie silnego zgrzytu, jakbym oglądał film dla nastolatków, kurde. Zakończenie obiecuje pewną kontynuację, a rzadko obecny humor troszkę punktuje, ale to troszkę za mało.

Tak naprawdę jedyną osobą, która trzyma tą całość w ryzach jest Charlize Theron. Jej Andy to mieszanka twardej, bezwzględnej siły, cynizmu, uporu oraz waleczności. Kiedy spuszcza łomot, robi to bezpardonowo, rzadko pozwala sobie na okazanie emocji, lecz kiedy sobie na to pozwala, potrafi poruszyć. Poza nią wyróżnia się najbardziej Matthias Schoenaerts jako lekko wyluzowany Booker, dodając odrobinę lekkości. Cała reszta jest raczej do zapomnienia, ze szczególnym wskazaniu na Chiwetela Ejiofora.

“The Old Guard” to netflixowy średniak, gdzie zalety nie wystarczą do przesłonięcia wad. Zamiast akcji oraz adrenaliny jest pozbawiony emocji oraz napięcia spektakl. Boli mnie to okrutnie zwłaszcza, że potencjał był tutaj ogromny, ale bezczelnie zmarnowany.

5/10

Radosław Ostrowski

To właśnie miłość

Jaki jest Richard Curtis, każdy wie. Ten ceniony scenarzysta z Wysp Brytyjskich stał się znany dzięki stworzeniu postaci Jasia Fasoli oraz w pisaniu komedii romantycznych okraszonych takim słodko-gorzkim spojrzeniem na relacje międzyludzkie. Zawsze zachowując balans między humorem (nawet miejscami wulgarnym – tylko słownie) a dramatem, co pokazał m.in. w „Czterech weselach i pogrzebie”, „Notting Hill” czy „Dzienniku Bridget Jones”. W końcu zdecydował, że poza pisaniem skryptów będzie też je reżyserował i tak powstało zrealizowane w 2003 roku „To właśnie miłość”.

to wlasnie milosc1

Debiut reżyserski Curtisa to taka mozaika, gdzie nie skupiamy się na jednym wątku opartym na klasycznym szablonie on/ona poznaje ją/jego, zakochują się i muszą pokonać pewne przeszkody. Tutaj tych wątków jest aż dziesięć i pokazują bardzo różne oblicza miłości. Nie tylko między kobietą a mężczyzną, ale też braterską, rodzeństwa czy rodzica wobec dziecka. Bo miłość jest w stanie dotknąć każdego, bez względu na pozycję społeczną, wiek czy miejsce pracy. Kogóż w tej galerii nie mamy: nowo wybranego premiera, porzuconego pisarza, małżeństwo w średnik wieku, gdzie mężem zainteresowana jest pracownica firmy, nieśmiała kobieta podkochująca się w koledze, Anglik wyruszający do USA wyrwać laski czy para pracująca przy… filmie porno.

to wlasnie milosc2

Czuć tutaj styl scenarzysty, gdzie nawet najbardziej dramatyczny moment zostaje przekłuty jakąś zabawną kwestią (scena pogrzebu czy moment, gdy kartki z powieści wpadają do jeziora). Najbardziej zaskakujący był fakt, że pojawia się wiele scen z żartami mocno po bandzie (cały wątek Billy’ego Macka), ale bez przekraczania granicy dobrego smaku. Nie wszystkie wątki są tak samo angażujące i zdarza się parę słabszych (para z pornosa czy nasz napalony Colin) głównie ze względu na dość mało czasu. Sama narracja jest skokowa i toczy się w ciągu pięciu tygodni, przez co przenosimy się z wątku na wątek. Na początku może to wywoływać dezorientację, jednak nie trwa ona zbyt długo. I jest tu kilka niezapomnianych momentów jak wyznanie za pomocą plansz, oświadczyny Jamiego przy niemal całej społeczności, cały wątek między ojczymem a pasierbem i próby pomocy w rozwiązaniu problemów sercowych tego drugiego czy dość zgrabny taniec pana premiera. Wszystko z odpowiednio dobraną muzyką oraz bardzo czarującym klimatem.

to wlasnie milosc3

A obsada jest bardzo imponująca i tak brytyjska, że już chyba bardziej się dało. Skoro jest to kom-rom z UK, to obowiązkowo musi się pojawić uroczy jak zwykle Hugh Grant i bardzo melancholijny Colin Firth czy odpowiednio sarkastyczna Emma Thompson. Z wysokiej półki jest równie świetny Alan Rickman (szef Harry), bardzo delikatna Laura Linney (nieśmiała Sarah) czy dość zaskakujący Liam Neeson (mocno wrażliwy Daniel). Ale film dla siebie kradnie absolutnie błyszczący Bill Nighy w roli podstarzałego rockmana Billy’ego Macka. Odpowiednio złośliwy, bezpośredni, szczery, magnetyzuje samą obecnością, a jego przeróbka „Love Is All Around” to petarda i nowy świąteczny hit. Na drugim planie zaś mamy aktorów, którzy dopiero zaczynali swoją drogę artystyczną (m.in. Keira Knightley, Chiwetel Ejiofor, Andrew Lincoln czy Martin Freeman) i prezentują bardzo solidny poziom.

to wlasnie milosc4

Nie dziwię się, że debiut reżyserski Curtisa stał się świątecznym klasykiem oraz inspiracją m.in. dla twórców „Listów do M.”. To bardzo sprawnie zrealizowane, odpowiednio dowcipne i wzruszające kino, choć nie pozbawione drobnych potknięć i paru zbędnych wątków.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Come Sunday

Wiara jest zawsze bardzo trudnym tematem dla filmowców. Bo jak pokazać i dotknąć czego, co nie jest widoczne w sposób fizyczny, materialny, dostrzegalny dla oka. Czy to oznacza, że nie warto próbować przyjrzeć się duchowej stronie człowieka? Wielu próbowało, więc dlaczego nie miałby spróbować Netflix, a konkretnie Joshua Marston? Bohaterem „Come Sunday” jest niejaki Carlton Pearson – biskup Kościoła Zielonoświątkowego. Bardzo charyzmatyczny duchowny, działający w swojej parafii w Tulsie, gdzie obok siebie siedzą biali z czarnymi, krzewiąc Słowo Boże. Zgodnie z ich doktryną zbawienie mogą osiągnąć tylko ci, którzy wierzą w Chrystusa i będą unikać grzechu, bo inaczej trafią do Piekła. Jednak nasz spokojny duchowny słyszy głos Boga, że każdy zostanie zbawiony. Powiedziane podczas niedzielnej mszy te słowa wywołują konsternację, a duchowny mierzy się z kwestiami wiary.

come_sunday1

Reżyser próbuje opowiedzieć o duchownym, który zaczyna głosić słowa nie mające zgodności z doktryną swojego Kościoła i znajduje się w pewnym klinczu. Bo źródłem sporu staje się Biblia – ta księga uważana za ostateczne źródło wiedzy i jej możliwości interpretacji. Dlatego, że zawiera ona wiele sprzeczności, interpretacja jest bardzo szeroka. Bo jak inaczej zrozumieć fakt, że Biblia z jednej strony straszy piekłem oraz potępieniem duszy, z drugiej mówi o tym, że śmierć Jezusa na krzyżu dała zbawienie wszystkim ludziom. WSZYSTKIM. To doprowadza do spięć, wynikających z naruszeń pewnego dogmatów oraz dojścia poza wąskie horyzonty myślenia. I ten wątek wydaje się najciekawszy, bo jak żyć w zgodzie z wiarą, słysząc coś, co wydaje się herezją, co widać najmocniej na przykładzie muzyka Reggie’ego, który jest gejem i nie może zostać zbawiony według zasad religii czy przyjaciela Henry’ego.

come_sunday2

Problem jednak w tym, że brakuje w tym filmie jakiegoś mocniejszego uderzenia i samo rozwiązanie sytuacji wydaje się zbyt proste, wręcz przewidywalne. Sceny takie jak „sąd” dokonany przez biskupów czy licytacja kościoła Pearsona potrafią uderzyć, by serwować wręcz banalnymi chwilami jak coś w rodzaju chrztu nad jeziorem. Nawet rodzinne kłótnie są bardzo szybko gaszone i ledwo dotykają pewnych niewygodnych zdarzeń z przeszłości, tak jak wątpliwości dotyczące nowej drogi biskupa.

come_sunday3

Tym większa szkoda, bo Chiwetel Ejiofor w roli Pearsona jest naprawdę świetny, tworząc bardzo wiarygodną postać duchownego, który zaczyna się miotać w kwestiach wiary. Próbuje zrozumieć niezrozumiałe, decydując się czasem zawierzyć Bogu. Poza nim wybija się także poważniejszy Jason Segel (Henry) oraz Lakeith Stanfield (Reggie), tworząc trudne oraz złożone postacie.

„Come Sunday” to próba zderzenia się człowieka z wiarą, niekoniecznie instytucjonalną, co może doprowadzić do konfliktu z Kościołem. Jednak nie zostanie w pamięci na długo i wątek ten nie zostaje do końca wyciśnięty.

6/10

Radosław Ostrowski

Doctor Strange

Kim jest tajemniczy dr Strange? Neurochirurgiem, z niewyparzoną gębą, wielkim ego oraz ogromnym talentem medycznym. Brzmi jakby to był mieszkaniec 221b Baker Street, co nie jest tylko kwestią aktora. Ale jeden wypadek zmienia wszystko, przez co jego ręce nie są sprawne jak kiedyś i desperacko próbuje wrócić do czasów przed momentem krytycznym. Dlatego wyrusza do Tybetu, by sięgnąć ostatniej szansy. Tak trafia do Przedwiecznego, który uczy go magii. A nauka jest potrzebna, bo – jak to w klasycznych opowieściach Marvela – świat zmierza do ostatecznej rozwałki z powodu byłego ucznia Przedwiecznej, czyli Kaecillusa chcącego złączyć wszystkie światy w jedno. Dlatego sprzedał się mrocznej materii i trzeba go powstrzymać.

doktor_strange1

Marvel tym razem zapuszcza się do świata magii, a jeśli nie znacie poprzednich części tego uniwersum, to nie szkodzi. Scott Derrickson, specjalizujący się w świecie horrorów, od razu wrzuca nas w ten pokręcony świat, gdzie światy się mieszają ze sobą – świat astralny, lustrzany, zwykły. Po drodze będzie wiele obowiązkowego morału z przemianą bohatera, poznawaniem samego siebie oraz ratowaniem świata przed kompletnym scaleniem (czytaj: rozsadzeniem w pizdu). Innymi słowy: klasyczny origin story, ale jednocześnie nie do końca poważny. Dla mnie najfajniejsze były momenty (dość krótkie i uproszczone) nauki zdobywania kolejnych umiejętności i czarów (scena na Evereście – perełka), jednocześnie pozwalając na chwilę złapania oddechu. Powoli zaczynamy widzieć ewolucję wielkiego egoisty (niepozbawionego talentu ani inteligencji) w odpowiedzialnego wojownika stającego po stronie dobra. Bywa bezczelny (jak Sherlock), ale nie jest idiotą, zaczyna panować nad swoimi zapędami.

doktor_strange2

Gdy jesteśmy rzuceni w wir akcji, to dzieją się cuda jak z „Incepcji”, tylko jeszcze bardziej. Tutaj właściwie całe miasta, budynki i ulice zakrzywiają się na wszystkie możliwe kierunki, doprowadzając oczy niemal do ekstazy. Także, gdy przeskakujemy z wymiaru na wymiar (pierwszej wejście Strange’a) możemy poczuć się jak na haju. Nie wiem, co brali twórcy efektów specjalnych, ale to podziałało, przez co potyczki z Kaecillusem oraz jego pomagierami wskoczyły na wyższy poziom widowiskowości. Nawet jeśli mamy wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy, to nie mogłem oderwać oczu.

doktor_strange3

Poza brakiem czegoś oryginalnego, miałem tak naprawdę dwie poważne uwagi. Po pierwsze, wątek (nazwijmy go) romansowy, czyli relacja Strange’a z Christine jest traktowana po macoszemu. Kobieta jeszcze po wypadku z nim zostaje, ale ona sama nie jest zbyt ciekawa czy wyrazista. Potem pojawia się w dwóch scenach (w tym operacji) i znika – szkoda Rachel McAdams, ze nie dostała ciekawszego materiału. Po drugie, czarny charakter, chociaż nie do końca. Mads Mikkelsen świetnie pasuje do roli zbuntowanego Kaecillusa, który chce równego dostępu do transcendentalnych umiejętności, ale brakuje czegoś więcej w tej postaci.

doktor_strange4

Sytuację za to ratują dwie postacie, czyli nasz tytułowy doktorek i Przedwieczna. Benedict Cumberbatch nie kopiuje tutaj swojej roli z Sherlocka, choć pozornie mogłoby tak być –  hybryda inteligencji, złośliwości, pokory, odpowiedzialności i luzu. Brzmi znajomo? Ale jest to postać od początku do końca wiarygodna, a gdy posiądzie pelerynę, jest jeszcze bardziej cool niż możecie to sobie wyobrazić. Za to kompletną niespodzianką była dla mnie Tilda Swinton jako mentorka Przedwieczna, którą trudno mi było sobie wyobrazić w tego typu produkcji.

Z jednej strony „Doktor Strange” dobrze się zgrywa z Kinowym Uniwersum Marvela, a jednocześnie nie trzeba oglądać poprzednich części, by się w tym świecie odnaleźć. Nie tworzy niczego nowego, ale potrafi oszołomić i zafascynować. Jedno jest pewne: nasz mag jeszcze powróci.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Marsjanin

Za kilka lat będzie możliwe wysłanie załogi na Marsa. Ekspedycja Hermasa podjęła się zadania założenia bazy na Czerwonej Planecie, zawiezieniu próbek i powrocie na Ziemię. Jednak podczas przymusowego powrotu (burza piaskowa), jeden z astronautów, botanik Mark Whitney, obrywa fragmentem satelity i utracono z nim kontakt. Uznany za zmarłego Mark cudem przeżył i sam na Marsie musi przetrwać. Zwłaszcza, że najwcześniej astronauci wrócą za 4 lata. Jak żyć?

marsjanin1

Nie wiem, czy jesteście fanami Ridleya Scotta, ale ja tego reżysera bardzo sobie cenię. To jeden z najlepszych technicznie twórców, precyzyjnie skupiający się na detalu oraz stronie plastycznej, specjalizujący się w blockbusterach. Ale od czasu „American Gangster” angielski twórca błąka się i zaczyna nudzić i rozmieniać się na drobne („Prometeusz”). Adaptacja powieści Andy’ego Weira wydawała się być szansą na powrót do formy, jednak efekt jest umiarkowany.

Sama historia wydaje się być uwspółcześnioną, kosmiczną wersją „Robinsona Crusoe”. Samo w sobie nie jest to niczym złym, gdyż samotność na planecie daje spore pole do popisu. Niekoniecznie w celu przeprowadzenia filozoficznej refleksji, ale choćby w celu zrealizowania dobrego kina rozrywkowego, trzymającego w napięciu do końca. Scott nie do końca chce być poważny, dlatego pozwala sobie na żarty i żarciki Marka, komentującego swoją walkę. Z jednej strony to fajne rozwiązanie, gdyż pozwala uniknąć patosu i zbyt poważnego, depresyjnego ciężaru, ale jak wiemy, nadmiar lekkości może doprowadzić do osłabienia wagi sytuacji, a stawka całej gry (uratowanie i ściągnięcie astronauty z powrotem) przestaje mieć znaczenie. „Marsjanin” to ten drugi przypadek, a jeśli chodzi o arsenał dowcipu najlepiej wypadają wplecione w fabułę przeboje ery disco (co prawda nie ma Bee Gees, ale jest Abba, Donna Summer i David Bowie). Wyjątkiem w budowaniu napięcia są finałowe sceny, troszkę przypominające mi… „Grawitację„.

marsjanin2

Dodatkowo poza Markiem, obserwujemy działania NASA. Próby odnajdywania rozwiązania przypominało mi podobne sceny z „Apollo 13„, gdzie gra też szła o wysoką stawkę. A że wszystko musi się udać, staje się to jasne od początku. Przecież to amerykański astronauta, a jak wiadomo, każdy Jankes to urodzony MacGyver, który zawsze znajdzie rozwiązanie. Nie ma jedzenia? Wystarczy stworzyć plantację ziemniaków. Brak kontaktu z NASA? Trzeba poszukać łazika z 1996 roku i użyć systemu szesnastkowego. Coś naszemu bohaterowi, za łatwo wszystko idzie, przez co trudno było przejąć się jego losem, chociaż grający tytułową rolę Matt Damon dobrze wywiązuje się ze swojego zadania.

marsjanin3

Ale trzeba przyznać jedno – Mars wygląda majestatycznie, co jest zasługą świetnych zdjęć Dariusza Wolskiego. Czerwona Planeta skontrastowana z budynkami NASA i gabinetami robi ogromne wrażenie i buduje klimat alienacji. I to jest spory plus.

Jednak poza Damonem, drugi plan jest dość stereotypowy. Jeff Daniels jest unikającym ryzyka szefem NASA, który bardziej dba o swój tyłek i reputację firmy, niczym korporacyjny szef, Chiwetel Ejiofor to racjonalny inteligencik, szukający rozwiązania, z kolei załoga Marka to znane i cenione twarze ograniczone do drobnych epizodów. I jest jeszcze Sean Bean, niemal działający na własną rękę, pomocnik dyrektora (spojler: tym razem nie ginie), na którego zawsze miło popatrzeć.

marsjanin4

Mimo wad i narzekań, „Marsjanin” jest dobry krokiem wykonanym przez Scotta. Bardzo kameralne (co przy budżecie 100 mln dolców zaskakuje), niepozbawione dowcipu, solidnie zagrane i technicznie bez zarzutu, w końcu to Scott. Jednak po takim reżyserze, należy oczekiwać znacznie, znacznie więcej. I liczę, że Anglik przebudzi się niczym Moc w „Star Wars”.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zniewolony

Był kiedyś tacy czas, ze u kraju potocznie zwanym Ju Es Ej, było niewolnictwo. Polegało to na tym, że „czarnucha” zmuszano do pracy w wielkich majątkach ziemskich, gdzie musieli robić wszystko, co im każą. Inaczej zabiją ich. Taki los spotkał Salomona Northropa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: był wolnym człowiekiem, ale został porwany i sprzedany jako niewolnik. Jak to możliwe? Wystarczy go upić.

zniewolony1

Ta prawdziwa historia Salomona posłużyła Steve’owi McQueenowi do stworzenia filmu „Zniewolony”, pokazującego jego 12-letnią niewolę. Pełna okrucieństwa, brutalności oraz grozy, jakiej nie chcielibyście poznać. Tylko ze reżyser nie pokazuje niczego nowego w tym temacie serwując nam dość oczywistą i banalna prawdę – niewolnictwo było i jest złem. Ale tyle już było filmów o tej tematyce (m.in. „Kolor purpury” czy ostatnio „Django” Tarantino, który mocno rozprawił się z tą tematyką), jednak trudno odmówić McQueenowi rzetelności w realizacji, sporej dawki realizmu (ale umówmy się – baty od plantatorów to nic w porównaniu z tym, co robił Hitler i spółka w Europie) oraz subtelnego rozłożenia akcentów (choć nie brakuje tutaj brutalnych) bez specjalnego moralizowania. Wiele scen budowanych jest na kontrastach, jak choćby piwnica z więzionym bohaterem obok Białego Domu czy wiszący Salomon na sznurze, a w tle niewolnicy normalnie zajmują się swoimi sprawami. Tylko, że tak jak mówię – to wszystko jest zaledwie poprawnie i nie pokazuje kompletnie nic nowego (poza sporymi kompleksami Amerykanów na punkcie swojej historii – tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić tyle nominacji do Oscara).

zniewolony3

Częściowo sytuację ratują aktorzy, którym udaje się wnieść w życie swoim bohaterom. Najbardziej przykuwa tutaj uwagę nie Salomon, tylko plantator Edwin Epps, grany przez świetnego Michaela Fassbendera. Ten gościu to zło – z jednej strony bardzo ostro traktuje swoich niewolników, z drugiej to hipokryta udający głęboko wierzącego i mający romans z jedna z niewolnic. A wracając do Salomona, to Chiwetel Eljofor wcielający się w tą postać wypada więcej niż przyzwoicie. Ten wykształcony człowiek, który by wytrzymać niewolę, musi ukrywać swoje umiejętności (poza gra na skrzypcach), a wszystkie jego rozterki pokazane są w bardzo subtelny sposób. Nie można też nie wspomnieć o małym epizodzie Brada Pitta (także współproducenta filmu) czy drobnych rolach Paula Dano (Tibeats), Paula Giamattiego (sprzedawca niewolników Freeman) czy Benedicta Cumberbatha (pan Ford).

zniewolony2

Jest to bardzo amerykański film, bo inne nie zdobywają najważniejszych nagród. Ale mimo to jest to naprawdę solidna robota, choć liczyłem na odrobinę więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Melinda i Melinda

Dwóch nowojorskich pisarzy spiera się o to, która konwencja (komedia czy tragedia) bardziej przedstawia ludzkie losy. Obaj panowie tworzą historię młodej, znerwicowanej kobiety Melindy i przedstawiają jej losy zarówno w wersji tragicznej jak i komediowej.

melinda1

Woody Allen po raz kolejny opowiada to, co zawsze (miłość, seks, niestabilność związków, niewierność, nerwice i problemy z komunikacją), zaś tutaj konwencje przeplatają się ze sobą. Niby nie jest tutaj nic zaskakującego, nie brakuje odrobiny ironicznego humoru czy wnikliwej obserwacji, jednak trochę za mało żartu i humoru, zaś sama historia robi się coraz bardziej nudna i nużąca. Tu każdy kocha każdego, ale nie potrafi tego powiedzieć, znów mamy Nowy Jork, w którym mogło się to tylko wydarzyć. Owszem, nadal jest jazzowa muzyka i ładne zdjęcia (tym razem zrobione przez Vilmosa Zsigmonda), jeszcze kilka zabawnych żartów, ale to trochę za mało i liczyłem trochę na więcej.

melinda2

Sytuację częściowo ratują aktorzy, zaś co istotne Allen nie pojawia się w ogóle. Świetnie wypadła w roli tytułowej Radha Mitchell, która w zależności od konwencji jest femme fatale lub naiwną blondynką, ale jedno się nie zmienia – ta kobieta ma pecha w doborze facetów. Poza nią przewija się masa młodych aktorów jak Jonny Lee Miller (aktor Lee mający problemy z alkoholem), Will Ferrell (Hobie), Chiwetel Eljofor (muzyk Ellis), Amanda Peet (reżyserka Susan) czy Chloe Sevigny (Laurel).

„Melinda” jest całkiem niezłym filmem Allena, ale jednak liczyłem na coś więcej. Może i Allen opowiada to samo w kółko, jednak poniżej pewnego poziomu nie schodzi.

6/10

Radosław Ostrowski