Ucieczka z Dannemory

Ile to razy widzieliśmy na ekranie filmy czy seriale opowiadające o ucieczce z więzienia? Ostatnią taką popularną produkcją było „Prison Break” o braciach Burrows. Jednak ta sensacyjna historia nie umywa się do tego, co wydarzyło się w 2015 roku w Dannemorze, stan Nowy Jork. To właśnie stamtąd uciekło dwóch zbiegów – Richard Matt oraz Dawid Sweat. I o tym opowiada miniserial stacji Showtime. Sam początek jest bardzo mylący, bo trafiamy na… przesłuchanie przez generalną inspektor pewniej niezbyt urodziwej kobiety. Jak się okazuje, pani Mitchell (zwana Tilly) pracowała jako kierownik w więzieniu, gdzie odpowiadała za szycie. Problem w tym, że wpadł jej w oko jeden z więźniów, skazany za zabójstwo gliniarz Sweat. Sytuację próbuje wykorzystać drugi więzień, Richard Matt, tworząc bardzo specyficzny trójkąt erotyczny. Powoli Matt, który potrafi załatwić różne rzeczy, postanawia uciec i prosi Sweata o pomoc.

dannemora1

Cała akcja tego serialu toczy się bardzo powoli. Może nie ospale, ale dla miłośników kina stawiającego na pościgi, strzelaniny, tutaj nie ma zbyt wiele do roboty. Bardziej twórców interesuje budowanie relacji między bohaterami, skupienie się na ich portretach oraz bardzo metodyczne podchodzenie do realizacji ucieczki. Sam plan nie powstaje od tak i już w pierwszym odcinku widzimy jego realizację. O nie, nie, nie – tak dobrze to nie ma. Czasem pojawiają się pewne komplikacje jak przeniesienie Sweata do innego bloku czy problemy zawodowe Tilly, jednak to wszystko ma swoją podbudowę i rzutuje na pewne zdarzenia. Dodatkowo jeszcze twórcy pozwalają na retrospekcje, dzięki którym poznajemy naszych bohaterów przed trafieniem do więzienia (przedostatni odcinek), dodając im głębi.

dannemora2

Nie oznacza to jednak, że mimo dość ogranej tematyki nie próbują pokazać opowieści w interesujący sposób. Bardzo ciekawie bawią się montażem, przeplatając równolegle dwie sceny (zakupy Tilly oraz tworzenie przez Matta materiału do podpalenia celi) czy wykorzystując bardzo znane przeboje jako tło. I jeszcze ta cudowna scena próbnego wyjścia sfilmowana w jednym ujęciu, gdzie kamera dosłownie obraca się dookoła. Jak tego nie oglądać bez zachwytu. A wszystko bardzo dobrze wyreżyserowane przez – uwaga, uwaga – Bena Stillera. Spodziewaliście się tego? Bo ja nie. Może troszkę sceny  (spojler) na wolności mogą działać troszkę usypiająco, ale zakończenie i kilka mocnych zdarzeń powodują, że myślę o wiele cieplej na temat tego tytułu.

dannemora3

Największe wrażenie, poza świetną realizacją oraz pewną reżyserią zrobiło aktorstwo. Film bezczelnie kradnie Patricia Arquette, która jest tu nie do poznania. Jej Tilly to pozornie zwykła szara myszka, z mężem i synem, ale tak naprawdę jest bardzo niespełniona oraz z bardzo niezaspokojonym apetytem. Ona chce tylko jednego – by patrzeć na nią z pożądaniem, jak na kobietę, by być zauważaną, pożądaną. Z jednej strony chce się ją potępić, ale tak naprawdę pod koniec było mi zwyczajnie żal i wydawało mi się, że ją rozumiałem. Niezapomniana kreacja. Tak samo jak bardzo mocne kreacje Benicio Del Toro, czyli sprytnego, manipulującego Richarda Matta oraz Paula Dano w roli spokojnego, trzymającego głowę na karku Sweata. Czuć chemię między tymi postaciami, którzy dość szybko się dogadują, mimo różnic charakterów. W ogóle aktorsko jest tutaj fantastycznie, a fason trzyma zarówno David Morse (Gary Palmer), jak i cudowny Eric Lange (bardzo naiwny Lyle Mitchell) zawłaszczając drugi plan.

dannemora4

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego serialu, to zobaczcie koniecznie. „Ucieczka z Dannemory” może nie wywraca konwencji więziennych opowieści do góry nogami, ale jest zaskakująco świeżą pozycją w tym gatunku. Angażuje, jest kapitalnie zagrany, świetnie wykonany oraz bardzo przyjemny dla oka. Nie mogłem uwierzyć, że coś takiego naprawdę się wydarzyło i można było opowiedzieć coś, co wydawało się nieprawdopodobne.

8/10

Radosław Ostrowski

Roma

Nie dajcie się zwieść temu tytułowi, bo akcja nie toczy się w Rzymie, lecz w dzielnicy Mexico City zwanej Romą. Jest końcówka roku 1970, a cała historia krąży wokół pewnej rodziny. Jest matka, czworo dzieci, mąż-naukowiec, babcia oraz dwie służące, siostry (ale nie zakonnice) Cleo i Adela. Podglądamy zwykłe, szare i nieciekawe życie, które dla Cleo oraz pani domu zostaje nagle wywrócone do góry nogami. Pierwsza odkrywa, ze jest w ciąży, druga czeka na swojego męża, przebywającego na długich badaniach.

roma1

Alfonso Cuaron to reżyser, który ostatnimi czasy bardziej skręcał ku dużym produkcjom jak „Grawitacja” czy „Ludzkie dzieci”, gdzie widowiskowość oraz techniczna perfekcja mieszała się z kameralnością, wręcz niemal intymnym klimatem. Dlatego dla wielu „Roma” może być zbyt wielkim zaskoczeniem. Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule, bo tak naprawdę jest bardzo szczątkowa. Jest to taki typ kina, które jedni nazwą snujem, gdzie klasycznie rozumianej akcji nie było albo zwyczajnie kinem kontemplacyjnym, które wizualnie jest olśniewający. Oczywiście, jest to czarno-białe dzieło (przez co wygląda bardziej artystycznie), jednak to w żadnym przypadku wadą. Zwłaszcza, że reżyser bardzo często korzysta z długich ujęć, co akurat nie dziwi. A niejako w tle widzimy poważny tumult dziejący się na ulicach (protesty studentów), zaś wydarzenia poznajemy z perspektywy Cleo. Przez co dostajemy dość szczątkowe informacje dotyczące tego, co się naprawdę dzieje w domu.

roma2

Ta szczątkowa narracja może wywołać znużenie albo zmęczenie dla kinomana, nastawionego na jakoś głęboko rozrysowane postacie czy złożona intrygę. Bo tak naprawdę widzimy zwykłe czynności dnia codziennego: sprzątanie (także po psie), czyszczenie posadzki, prace kuchenne. Czasem były też drobne wydarzenia jak wizyta w kinie, obserwacja kursu sztuk walki czy scena zabawy u krewnych. Niby nic, czego byśmy nie widzieli czy robili w dniu codziennym, ale jednocześnie jest to zrobione w taki sposób, że nie wygląda to jak coś zwykłego, codziennego. Te długie ujęcia w wielu scenach (próba ukrycia się jednego z młodych ludzi w sklepie meblowym, poród – bardzo mocna scena czy scena na plaży) miejscami potrafią podbić miejscami napięcie i oczarowują pewnym klimatem. Chociaż początkowo nie byłem w stanie wejść w ten klimat, niemniej z czasem zacząłem łapać ten rytm.

roma3

Do tego kompletnie nieznane twarze (z cudowną Yalitzą Aparicio na czele) tworzące bardzo wyraziste postacie, naturalnie brzmiące dzieci, a jednocześnie jest to bardzo pewnie, spokojnie zrealizowane. Nie jest to arcydzieło, jak głosi większość recenzentów, ale to zdecydowanie jedna z ciekawszych, ambitniejszych dzieł zrobionych przez Netflixa. Jeden z bardziej zaskakujących filmów Cuarona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Manglehorn

Być może Al Pacino swoje najlepsze lata ma już za sobą, ale jeszcze nie zamierza przechodzić na emeryturę. Nawet jeśli nie jest w swojej życiowej formie i trafia na niezbyt dobre scenariusze. Czasem jednak pojawia się taki film, jakiego nie jestem w stanie mocno ugryźć.

manglehorn1

A.J. Manglehorn jest człowiekiem, który jest ślusarzem. Samotnik, mieszkający z perskim kotem, wycofany człowiek, ciągle żyjący przeszłością. Nie potrafi zapomnieć o kobiecie swojego życia, niejakiej Claire. Poza tymi informacjami obserwujemy jego dzień powszechni: wizyta w banku i rozmowa z kasjerką, a to wizyta u syna, spacer w parku czy granie na jednorękim bandycie. Trudno mi w przypadku filmu mówić o fabule, bo to ciąg scenek z życia Manglehorna. Człowieka skrywającego poważną tajemnicę, bardzo wycofanego i w relacjach z ludźmi bardzo szorstkiego. Brzmi jak coś co mogło wypalić? Problem w tym, że scenariusz zwyczajnie wydaje się dziwny. Sama historia jest niemal klasycznym snujem, zaś informacje o naszym bohaterze poznajemy w dwójnasób. Pierwsza to czytane z offu listy do Claire, zwracane do adresata. Drugi zaś sposób to opowieści o Manglehornie, przekazywane przez innych ludzi (syn-biznesmen, kasjerka, były uczeń – obecnie właściciel solarium). I wtedy robią przebitki na opowiadacza, na dwie sekundy wracamy do Manglehorna i tak przez parę minut. Wygląda to dość dziwacznie, tam samo jak nakładające się na siebie przejścia montażowe, co wywołuje jeszcze większą konsternację.

manglehorn2

Niby chce być bardzo poetycki (jak „Paterson”) i parę powtarzających się momentów – przyklejony do skrzynki, przewijające się balony, jakiś mim – z drugiej mamy to serwowane skrawki informacji o Manglehornie, solidnie granym przez Ala Pacino. I to właśnie ten aktor przykuwa uwagę samą obecnością na ekranie, wcielając się kolejny raz w zmęczonego, zgorzkniałego starca. Jedyną wybijającą się postacią jest kasjerka prowadzona przez Holly Hunter, która próbuje przebić się do skorupy naszego bohatera, co nie jest wcale takie proste.

To trudny film, którego realizacja mocno przypomina jakieś amatorskie, niezależne kino, próbując przypomnieć o klasie Pacino. Ten cel się udał, ale sama historia zwyczajnie nie angażuje i wygląda bardzo partacko (zwłaszcza w montażu), co utrudnia czerpanie frajdy z seansu.

5/10

Radosław Ostrowski

Takie nasze życie

Po wielkim sukcesie jakim był debiutancki „Sokół maltański”, reżyser John Huston w ciągu zaledwie roku pokazał swoje drugie dzieło. Ku zaskoczeniu wszystkich nie był to „męski” film, lecz obyczajowy dramat oparty na powieści niejakiej Ellen Glasgow. Zaś na głównym planie są dwie postacie kobiece. Wszystko toczy się wokół dwóch rodzin, które prowadziły firmę zajmującą się produkcją tytoniu (firma Fitzroy-Timberlake). Tam mieszkały przez pewien czas dwie kobiety – opanowana, rozważna, stabilna Roy oraz dość rozpuszczona, lubiąca zabawę Stanley. Wszystko zaczyna się w momencie, kiedy decyduje się porzucić swojego narzeczonego (mecenas Craig) i zabiera ze sobą Petera – świetnego lekarza oraz… narzeczonego jej siostry. Bierze z nim ślub i ucieka aż do Baltimore.

takie_nasze_zycie1

Reżyser opowiada historię dwutorowo, z perspektywy obydwu pań, pokazując dwie strony wychowania. Z jednej strony spokojną, ale powoli dochodzą do swojej ścieżki Roy oraz bardzo egoistyczną, skupioną na zabawie, pozbawionej poczucia odpowiedzialności Stanley. Każda z tych ścieżek prowadzi do innych kierunków. Ale tak naprawdę najważniejsza jest ścieżka blondwłosej siostry, której los pozostawał dla mnie najciekawszy. Dlaczego? Bo nie było do końca wiadomo, czy w końcu weźmie odpowiedzialność za swoje czyny, czy dalej będzie próbowała uciekać. Nawet jeśli w jej życiu dochodzi do coraz bardziej dramatycznych sytuacji.

takie_nasze_zycie2

Więcej nie chcę wam zdradzić, bo to na nich opiera się cała opowieść. Bardzo statycznie wykonana, niemal w bardzo teatralnym stylu. Akcja ograniczona do kilku miejscu, gdzie pojawia się maksymalnie około 5 postaci (a nawet mniej), w całości opartej na niezłych dialogach. Problem w tym, że ta konwencja do mnie nie dotarła, a reżyser nie potrafił docisnąć gazu tam, gdzie trzeba było. Choć całość wygląda naprawdę nieźle, kompletnie nie byłem w stanie się zaangażować, zaś przebieg wydawał mi się dziwnie łatwy do przewidzenia. Może nie koniecznie w szczegółach, ale ogólny zarys już tak.

takie_nasze_zycie3

Mimo upływu lat aktorsko wypada więcej niż przyzwoicie, a każda postać jest sensownie napisana, zagrana i wyrazista. Największe wrażenie wywołuje ekspresyjna Bette Davis (Stanley), której zwyczajnie było mi żal, chociaż ekspresyjna jest bardzo (w momentach, kiedy wszyscy chcą jej pomóc, ale odbiera to jako atak oraz szczucie), bez popadania w karykaturę czy przerysowanie. Równie wyrazisty jest Charles Coburn (wuj William) – pełen temperamentu, niepozbawiony sprytu kapitalista, przekonany o swojej sile oraz lękiem do lekarzy. Kontrastem dla tej pary jest pozornie spokojna Olivia de Havilland (Roy), która dość szybko zbiera się do kupy, coraz bardziej rozedrgany Dennis Morgan (dr Peter) oraz zachowujący spokój Frank Craven (Asa Timberlake).

„Takie nasze życie” z dzisiejszej perspektywy może wydawać się statycznym, nudnym dramatem obyczajowym, gdzie z góry wiadomy jest przebieg wydarzeń. Huston zrobił dość solidne kino obyczajowe w lekko teatralnym stylu. Tylko, że niezbyt to angażuje.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307


Sprawa Gorgonowej

To była najgłośniejsza sprawa kryminalna w historii II RP. Noc z 30 na 31 grudnia wydawała się być spokojna w willi inżyniera Zaremby w Brzuchowicach. Jednak to właśnie tam zostało popełnione morderstwo. Szybko ruszone śledztwo (oparte na poszlakach) wytypowało jako podejrzanych samego inżyniera oraz jego kochankę (i wychowawczynię jego dzieci) Ritę Gorgonową. Tylko czy aby na pewno była to jej robota?

gorgonowa1

Reżyser Janusz Majewski znany jest z tego, że większość swoich filmów osadza w przeszłości, czasach dawno minionych. Opierając się na prawdziwych wydarzeniach dokonuje rekonstrukcji samego dochodzenia oraz dwóch procesów: lwowskiego i krakowskiego. Jeśli ktoś jednak liczył na znalezienie odpowiedzi na pytanie: kto zabił?, może o tym zapomnieć. Bardziej skupia się na odtworzeniu działań wymiaru sprawiedliwości, przy okazji wytykając wiele błędów, które nie pozwoliły sprawy wyjaśnić do końca (pominięcie wielu istotnych dowodów, medialny rozgłos, wywołujący ogromne poruszenie, narzędzie zbrodni oraz dość ryzykowne przesłuchanie chłopaka, bardziej sugerujące odpowiedź). Majewski zachowuje przy tym dystans do całej sprawy, nie wydaje wyroków, nie sugeruje odpowiedzi, tylko rzuca kolejne wątpliwości oraz niejasności. Jednocześnie pokazuje jak bardzo łatwo można było doprowadzić do zaszczucia oskarżonej, jeszcze zanim zapadł wyrok. Niewątpliwy wpływ miała na to postawa prowadzącego śledztwo prokuratora, rozgłaszającego całą sprawę oraz bardzo silnie żerujących na tym zdarzeniu dziennikarzy.

gorgonowa2

Majewski niemal z pietyzmem oraz przywiązaniem do detali odtwarza wszystkie wydarzenia, cały czas trzymając w napięciu. Kolejne wyciągane informacje, dowody, przesłuchania doprowadzają do kompletnego mętliku w głowie i siejąc kolejne wątpliwości. Wreszcie są sceny sądowe, na które tak naprawdę czekamy od początku. I obydwa te procesy bardzo diametralnie się różnią od siebie: zarówno reakcjami publiczności w sądzie, jak i próbą podważenia pewnych dowodów (przeprowadzenie wizji lokalnej, powołanie biegłych), czyniąc całość jeszcze bardziej wciągającą. Każdy dialog, każde słowo nie jest zbędne, zaś przesłuchania oraz repliki prawników podkręcają temperaturę. W połączeniu z porządnymi zdjęciami oraz płynnym montażem tworzy to koktajl Mołotowa.

gorgonowa3

Wielu może rozczarować zakończenie, ale reżyser wolał oprzeć się na wykorzystaniu faktów niż serwować jakiekolwiek przypuszczenia. Zamiast kropki nad i pojawia się znak zapytania, bo czy można skazać bez cienia wątpliwości osobę, mając tylko poszlaki? To pytanie reżyser stawia cały czas, a odpowiedź wydaje się jedna: skoro nie ma niezbitych dowodów, należy oskarżonego uniewinnić.

gorgonowa4

Majewski znakomicie prowadzi całą narrację, zaś aktorzy (nawet w drobnych epizodach jak Marek Kondrat, Włodzimierz Boruński czy Wojciech Pszoniak) tworzą bardzo wyraziste, mocne kreacje. Największe wrażenie zrobiła na mnie Ewa Dałkowska w roli tytułowej. Gorgonowa w jej wykonaniu wydaje się być silna, niemal niewzruszona, bardzo pewna siebie. Ale nawet ona nie jest w stanie znieść coraz bardziej nerwowej atmosfery i pod koniec zaczyna pękać. Kapitalny jest Roman Wilhelmi, czyli przez większość filmu pogrążony w bólu Zaremba, bardzo wycofany, wręcz bierny, ale jednocześnie nie jest do końca taki potulny. Trudno też nie wspomnieć opanowanego i zachowującego rozsądek sędziego śledczego (Andrzej Łapicki), mecenasa Axera (Aleksander Bardini) czy bardzo śliskiego prokuratora Krynickiego (Mariusz Dmochowski).

Janusz Majewski tworzy bardzo soczysty, mocny dramat pozbawiony łatwych odpowiedzi na pytanie o winę/niewinność Gorgonowej, pełen świetnych dialogów, wyrazistych postaci oraz wiernego odtworzenia realiów epoki. Zastanawia mnie czemu później niewielu twórców mierzyło się z dramatem sądowym.

9/10 + znak jakości 

Radosław Ostrowski

Debiutantka

Kiedy poznajemy Ewę, wysiada z pociągu w Trójmieście. Wygląda jak chłopczyca (krótka fryzura, dżinsowe spodnie), nosi duży plecak i wydaje się, że troszkę czasu tu spędzi. Została zatrudniona przez Jerzego – wielkiego mistrza architektury. Pracuje nad swoim nowym dziełem, czyli projektem muzeum morskiego. Powoli zaczyna zdobywać zaufanie Jerzego, który proponuje wprowadzenie się do jego domu. Tam przebywa jego młoda żona, a także jest asystentka, co tworzy dość dziwny układ.

debiutantka1

Barbara Sass uważana była za specjalistkę od tzw. kina kobiecego, czyli filmów z postaciami żeńskimi w rolach głównych. Nie inaczej jest w „Debiutantce”, czyli psychodramie rozpisanej na trzy kobiety oraz jednego mężczyznę, który – w pewnym sensie – ma nad nimi władzę. I ta dziwaczna, toksyczna relacja zostaje zaburzona z pojawieniem się Ewy. Młoda, ambitna, twardo dążąca do celu kobieta staje się zagrożeniem dla Marii, bardzo silnie związana z Jerzym, niemal kontrolująca jego życie, pracę. Niby jest jeszcze bardzo młoda żona, jednak jest tak naiwna, wręcz dziecinna. Nawet nie zauważa, że jej mąż ma kochankę. Ale to wszystko jest widoczne w drobnych scenkach, gestach oraz spojrzeniach, pozornie nieistotnych (scena, gdy Maria „tańczy” przy drzwiach), jednak coraz bardziej atmosfera robi się nieprzyjemna. To musi się skończyć w jeden sposób, czyli któraś z pan nie wytrzyma tego stanu rzeczy.

debiutantka2

Sama intryga sprawia wrażenie pokazanej w bardzo chłodny, wręcz zimny sposób, przez co wiele rzeczy może umykać. Sass wiele rzeczy nie pokazuje w kadrze i to dla wielu osób może być dezorientujące, niemniej warto skupić się podczas seansu. Wszystko okraszone jest krótkim tematem muzycznym, który rzadko się pojawia, ale zawsze w istotnych momentach. Reżyserka przy okazji zadaje bardzo ważne pytanie: czy warto wszystko poświęcić dla mężczyzny? Zwłaszcza, jeśli on traktuje je w sposób dość mechaniczny, egoistyczny? Wymagając od niej pełnego oddania oraz poświęcenia się? Niby to retoryczne pytanie, ale odpowiedź nie jest wcale taka prosta.

debiutantka3

I mamy tutaj prawdziwy koncert aktorski. Błyszczy bardzo powściągliwa Dorota Stalińska, chociaż w sposobie mówienia słychać pewne rozedrganie. Absolutnie porywa jako kobieta próbująca zachować niezależność, ale jest zafascynowana geniuszem mężczyzny. Równie świetna jest Elżbieta Czyżewska w roli Marii – pozornie chłodnej, ostrej w języku kobiety. Jednak to wszystko jest tak naprawdę tylko maską, skrywającą nieszczęśliwą, wręcz przyzwyczajoną do pewnego stanu rzeczy osobą. Jedyną odstającą postacią jest żona (Bożena Adamek), ale to wynikało z faktu, że nie byłem w stanie polubić tej postaci. No i wisienka na torcie w postaci niezawodnego Andrzeja Łapickiego w roli Jerzego – człowieka otoczonego wielkim kultem, ale tak naprawdę działającego bardzo destrukcyjnie na wszystkich dookoła. Obojętny, nie idący na układy, sprawiający wrażenie troszkę nieporadnego, w rzeczywistości wymaga najbardziej oddania oraz posłuszeństwa.

„Debiutantka” może być dobrym tytułem, od którego zaczęłaby się przygoda z Barbarą Sass. Niby czasy się zmieniły, ale jak widać pewne pracownicze praktyki oraz skomplikowane relacje damsko-męskie pozostają ponadczasowe, co podkreśla słodko-gorzki finał. I to nadal potrafi uderzyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Zabicie świętego jelenia

Zdarzają się filmy, które inspirują się czy są współczesnymi wersjami tragedii antycznych, greckich mitów czy biblijnych motywów. Jedni walą nimi prosto w oczy („mother!” Aronofsky’ego), a inni są o wiele, wiele subtelniejsi. Kimś takim próbuje być udający Greka Yorgos Lanthimos w „Zabiciu świętego jelenia”.

Jesteśmy gdzieś we współczesnej Ameryce, gdzie w jednym ze szpitali pracuje dr Steven Murphy. Jest kardiochirurgiem, jego piękna żona jest okulistką w tym szpitalu i mają bardzo uzdolnioną dwójkę dzieci. Szczęście, sielanka, ogólna radość. Ale jest jeden mały szczegół: Steven od pewnego czasu spotyka się z pewnym chłopakiem o imieniu Martin, którego traktuje jak syna. Kim on jest i co go łączy z doktorem? Tajemnica powoli zostaje odkrywana, a chłopak zmusza mężczyznę do podjęcia dramatycznej decyzji, gdzie stawką jest życie członków jego rodziny.

zabicie_swietego_jelenia2

Sama opowieść to mieszanka losów Hioba z Agamemnonem, tylko osadzona we współczesnych realiach. Lanthimos już we wcześniej filmach prezentował rzeczywistość mocno odrealnioną, dość groteskową, jednak tutaj jest zupełnie inaczej. Bohaterowie niby posiadają jakieś tło oraz zarysowane portrety psychologiczne, jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, jakbym oglądał dukające roboty. Ich barwy głosu sprawiają, że każdy dialog brzmi sztucznie, bardzo odpychająco. Owszem, ta sztuczność była obecna w „Lobsterze”, ale ona dotyczyła świata przedstawionego, nie zaś bohaterów. Tych kompletnie nie czułem, jakbym oglądał je przez szybę. Dlatego kompletnie mnie nie obchodziły kolejne zaskakujące wydarzenia, jakie przydarzają się rodzinie Murphych. Coraz bardziej pogarszające się zdrowie, odkrywane tajemnice oraz niejednoznaczna postać Martina, który jest dość dziwaczny. Dialogi miejscami są tak dziwaczne (swobodna rozmowa między lekarzami o okresie, o włosach pod pachą), że aż nie wierzyłem swoim uszom.

zabicie_swietego_jelenia3

Sama realizacja jest więcej niż porządna, bo kamera tutaj działa bardzo płynnie. Nie brakuje zarówno perspektywy z „oka Boga”, jak i długich kadrów podczas poruszania się bohaterów na korytarzach. Są też momenty, gdzie obiektyw zaczyna się coraz bardziej przybliżać i/lub oddalać. Do tego jeszcze w tle mamy bardzo świdrującą uszy muzykę, wywołującą wręcz surrealistyczny klimat, pełen sprzecznych emocji. Aktorstwo jest tutaj bardzo trudne w ocenie, bo i bohaterowie są bardzo trudni do polubienia. Niby starają się pokazać głębsze emocje, zwłaszcza w postaciach dzieci pod koniec filmu, gdzie ich los jest w nie swoich rękach (zabawa w „kto jest ulubieńcem tatusia”) czy próbującej doszukać się głębiej żony (nadal pięknie wyglądająca Nicole Kidman). Jednak i tak ekran kradnie Keoghan, rozstawiając wszystkich po kątach.

zabicie_swietego_jelenia1

Trudno mi bardzo jednoznacznie ocenić nowe dzieło Lanthimosa, który nadal robi dość hermetyczne, dziwaczne kino. Od tego tytułu odbiłem się niczym samochód podczas zderzenia z ciężarówką. Albo jestem zwyczajnie za głupi, albo reżyser tak odleciał, że zapomniał zabrać mnie za sobą. Zimny, wydumany, przeładowany nieczytelnym drugim dnem oraz kompletnie nieangażujący.

4/10 

Radosław Ostrowski

Druga strona wiatru

Kino zna historie filmów, których realizacja jest o wiele ciekawsza niż ostateczne dzieło. I trochę się obawiałem, że  z tym filmem będzie podobnie. „Druga strona wiatru” to ostatni, niedokończony za życia twórcy film Orsona Wellesa. Kręcony (z przerwami) w latach 1970-76 zawierał ponad 100 godzin materiału, ale filmu nie udało się zmontować, zaś taśmy zaginęły. Dopiero w 2014 udało się znaleźć rolki z filmem, a prawa wykupił Netflix. Ekipa pod wodzą montażysty Boba Murowskiego („The Hurt Lokcer”) oraz Petera Bogdanovicha zaczęła realizować wizję Wellesa, przy okazji poddając obraz cyfrowej obróbce.

Film jest ubrany w formę dokumentu, w którym poznajemy reżysera Jake’a Hannaforda. To już starszy facet, próbujący po latach wrócić do świata swoim nowym filmem „Druga strona wiatru”. Pokaz tego dzieła ma się odbyć w ranczu filmowca, do którego zjeżdżają krytycy, kinomani oraz najbliżsi współpracownicy, w tym Brooks Otterlake (Peter Bogdanovich) – twórca tego dokumentu.

druga_strona_wiatru1

Sama koncepcja filmu jest dość intrygująca, chociaż początek wywołuje ogromną dezorientację. Z jednej strony mamy bardzo enigmatyczne fragmenty filmu, gdzie nie pada ani jedno słowo. Z drugiej są filmujący wszystko dziennikarze, pasjonaci, którzy próbują bliżej poznać Hannaforda oraz zaczynamy odkrywać pewną tajemnicę wokół tego filmu. Bo praca nad nim nie jest zbyt prosta z dwóch powodów: brakuje forsy na dokończenie materiału oraz zniknął grający główną rolę aktor. Żeby jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, reżyser bawi się formą po całości: zmiana kolorystyki z kolorowej (film Hannaforda) na czarno-białą, przechodząca w kolor, dużo zbliżeń, bardzo szybki montaż, przeskok z postaci na postać i początkowo ciężko jest złożyć to wszystko do kupy.

druga_strona_wiatru2

Reżyser bardzo złośliwie odnosi się do samego środowiska, które troszkę niczym sępy, chce jak najwięcej odkryć, poznać, zrozumieć. Obrywa się przemądrzałym krytykom, którzy – jak nie wiedzą – mówią zbyt dużo, nieufnym producentom oraz troszkę po części samemu reżyserowi, będącemu mitomanem, realizującym kino w troszkę partyzancki sposób: bez scenariusza, mocno wyciskając z aktorów wszystkie soki, zmuszając do posłuszeństwa. Wszystko poznajemy jedynie w rozmowach, dialogach, gdzie jest wiele niedopowiedzeń, kolejno odkrywanych kart, konfliktów, pretensji oraz niejasnych układów. I wiem, że dla wielu ten seans może być bardzo męczący, ale warto zaryzykować. A największe wrażenie i tak robią sceny z filmu – bardzo wysublimowanego wizualnie, z kilkoma operatorskimi trickami (scena z lustrzanymi odbiciami na wystawie) oraz zabawą oświetleniem (bardzo zmysłowa scena erotyczna podczas jazdy samochodem, gdzie widzimy tylko kobietę z przodu, a światło pulsuje niczym u Davida Lyncha) oraz eleganckim jazzem w tle. Ale gdybyście mnie chcieli zapytać o czym to było, nie umiałbym wam odpowiedzieć, bo byłem kompletnie zahipnotyzowany kadrami, a także bardzo enigmatycznymi kreacjami Oli Kodar i Roberta Randona.

druga_strona_wiatru3

Także grający tutaj główne role John Huston (Hannaford) oraz nieznany mi z tej strony Peter Bogdanovich (Otterlake) tworzą bardzo wyraziste kreacje, początkowo przypominającą relację mistrz-uczeń. Ale im dalej w las, tym więcej jest tutaj niejasności, skrywanej zazdrości oraz wrogości, dodającej wiele toksyn do tego dziwnego duetu. Welles w postaci reżysera pokazuje niejako samego siebie, czyli będącego poza głównym nurtem wizjonera, próbującego dotrzeć do współczesnej widowni.

Czy „Druga strona wiatru” ma szansę przebicia się dla kinomanów nie znających w ogóle postaci Orsona Wellesa? Czy będzie czymś więcej niż ciekawostką dla filmoznawców? Dla pewnego wąskiego grona widzów jak najbardziej, zaś kilka kadrów bardzo mocno zapadnie w pamięć. Welles potrafi uwieść, zaintrygować, zaskoczyć, nie zawsze dając odpowiedzi.

7/10 

Radosław Ostrowski

Nie jestem czarownicą

Witajcie w Zambii – afrykańskim państwie, gdzie nowe zachodnie obyczaje zostały scalone z dawnymi, kulturowymi przesądami. I właśnie tutaj żyją czarownice; nie, nie przesłyszeliście się, wzrok nadal macie dobry. Mają przywiązane wstążki do ciał, a one są do takich wielkich szpul, by nie odleciały. Jak zostajesz czarownicą, to zazwyczaj jesteś atrakcją turystyczną i pracujesz na plantacjach. Wystarczy być oskarżonym imasz wtedy wybór albo jesteś czarownicą albo kozą i każdy może cię zabić, tak po prostu. Tak się stało z pewną 9-letnią dziewczynką, która zostaje oskarżona o rzucanie czarów.

nie_jestem_czarownica1

Debiutująca reżyserka Rungano Nyoni jest Brytyjką z zambijskimi korzeniami, która pokazuje tak nieprawdopodobną historię, że musi być prawdziwa. To bardzo spokojny dramat, gdzie wiele scen dzieje się poza kadrem. Ale nawet to, co widzimy wydaje się dość dziwaczne, niezrozumiałe, pokręcone. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy niby mamy XXI wiek, a nadal ludzie wierzą w czary, szamanów i inne zabobony. I nie chodzi nawet o szamana, który jakimś rytuałem decyduje, czy ktoś jest czarownicą (potrzebna do tego kura, krąg z jakiegoś proszku). Jak inaczej fakt, że Shula (tak zostaje nazwana dzioucha) jest wykorzystywana do wskazywania przestępców czy wymodlenia deszczu dla ministra. Dziwne i niejasne relacje między szamanami oraz czarownicami, żyjącymi w dwóch państwach (czarownice mają swoją królową), wywołują konsternację, niedowierzanie, szok. Bo o dziwo, działania Shuli przynoszą profity, jakie zamierza wykorzystać jej nowy „opiekun” (minister kultury), ale jednocześnie trzeba ją edukować.

nie_jestem_czarownica2

Pozornie historia jakoś się tam toczy i opowiedziana jest nie zawsze wprost, pokazując pewne sprzeczności rządzące Afryką. Z jednej strony bieda, susza i nędza, z drugiej artykuły związane z dobrobytem (magnetofon, telefon komórkowy, peruki znanych celebrytek), bogaty dom ministra. „etniczny” posmak, który służy do sprzedania magii kontynentu lub zwykłych towarów (scena w telewizyjnym talk-show) oraz ludzka zawiść, która wystarczy do oskarżenia o czary, zaś słowo feminizm praktycznie nie istnieje, jest pozbawiony praktycznego zastosowania.

Film jest świetnie zagrany przez kompletnie nieznanych aktorów, którzy są bardzo autentyczni, zwłaszcza bardzo wycofana Maggie Mulubwa (Shula) oraz Henry P.J. Bhiri (pan Banda), tworząc najbardziej wyraziste kreacje: od próbującej się powoli wyrwać ze schematu dziewczynki oraz bezwzględnie wykorzystującego ją pana i władcy. Niesamowite, bardzo magnetyzujące postacie.

Nie dziwię się, że Wielka Brytania wystawiła ten film do walki o Oscara za film nieanglojęzyczny. Mocny, bardzo prowokujący do refleksji nad dzisiejszym światem, którego coraz bardziej nie da się zrozumieć. Jak łatwo można wykorzystać zabobony i wiarę w budowaniu porządku tego dziwacznego świata.

7/10

Radosław Ostrowski