Wiedźma wojny

Kamona jest 12-letnią  dziewczyną mieszkającą w małej wiosce w Kongo, kiedy zostaje siła zwerbowana do armii rebelianckiej. Jej pierwszym zadaniem jest zabicie swoich rodziców. Ich zastąpi dowódca i karabin maszynowy. W trakcie walk widzi duchy i jest traktowana jako wiedźma, która ostrzega.

wiedzma_300x300

Reżyser Kim Nguyen pokazuje afrykańską wojnę i to z takiej perspektywy, jakiej byście się nie spodziewali – dzieci, siła zmuszanych do walki. Tam jest miejsce tylko na przemoc, okrucieństwo – tym bardziej szokuje ten film, że jest to normą. Nawet, gdy nasza bohaterka zakochuje się w młodym chłopaku, nie ma szansy na spokój i wojna upomina się, pojawia w najbardziej niespodziewanych momentach. Czy jest szansa na wyjście z tego i powrót do normalnego świata? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, bo to co widziała i robiła zostaje w jej psychice i pamięci. Wszystko to znakomicie sfotografowane, przypominające reportaż czy dokument.

wiedzma_2_300x300

Trudno też nie pochwalić obsady, ze wskazaniem na Rachel Mwanzę. Jej Kamona to z dziewczyna, która musi ukrywać swoją słabość i zabija by przetrwać. To jak bardzo wpływa na nią wojna pokazują sceny, gdy woła o odzyskanie broni, bo inaczej zabije. Ale by przetrwać czasem musi walczyć, nawiedzają ją duchy rodziców i dopóki ich nie pochowa nie zazna spokoju. Wszystko to opowiada ona swojemu nowonarodzonemu synkowi. Z innych bohaterów zapada w pamięć białowłosy czarownik (Serge Kanyinda), który zostaje jej mężem. Też jest mieszanką wrażliwości i brutalności.

To nie jest łatwy film, ze względu na widziane obrazy i wydarzeń, wobec których my, szarzy ludzie jesteśmy zwyczajnie bezsilni. Dlatego to tak mocno oddziałuje i zostaje we łbie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ludzie jak my

Sam jest młodym chłopakiem pracującym w firmie zajmującą się pośrednictwem w handlu. Jego dość spokojne życie zmienia się, gdy jego firma pakuje się w kłopoty. Jakby było tego mało jego ojciec zmarł. I na miejscu prawnik informuje go, że ojciec przekazał 150 tysięcy dolarów swojemu wnukowi i jego matce, o której istnieniu Sam nawet nie wiedział. Młody mężczyzna zaczyna ją odwiedzać, nie podając wiele o sobie.

ludzie_300x300

Alex Kurtzman to dość znany filmowy scenarzysta, współpracujący m.in. z J.J. Abramsem („Star Trek”) i Michaelem Bayem („Transformers”). Po takim nazwisku, spodziewałem się, że jego debiut reżyserski będzie filmem SF. Błąd. Jak wynika z opisu to obyczajowy dramat, nakręcony za małe pieniądze. O dziwo, ogląda się to całkiem przyjemnie, co jest zasługą scenariusza, w którym bohaterowie muszą zmierzyć się z zadrami i dzieciństwem, którego nie było. Ojca, który zostawił ich i z którym nie mieli najlepszego kontaktu.  Akcja toczy się bardzo powoli, nie ona jest jednak najważniejsza. Ale między tymi bohaterami nawiązuje się pewna nić porozumienia, choć jedno drugiego się boi. Ta opowieść jest bardzo prawdziwa i bardzo przekonująco jest opowiedziana, choć zakończenie pozostaje otwarte.

ludzie2_300x300

Nie sposób pochwalić też aktorów, którzy dali z siebie wszystko i stworzyli przekonujące postacie. Trzeba pochwalić Chrisa Pine’a, który jest tu młodym japiszonem, zaś z ojcem nie potrafił się dogadać. Ucieka przed wzięciem odpowiedzialności i trudnymi pytaniami, w końcu bierze to na siebie i chyba wyjdzie na prostą. Drugą mocną kreacją stworzyła Elizabeth Banks wcielającą się we Frankie. To samotna matka, która może nie jest idealna, ale stara się wychować syna, mająca pretensje do ojca, że o niej zapomniał. Ale i tak wszystkich przyćmiła Michelle Pfeiffer, czyli matka Sama.

Na pierwszy rzut oka „Ludzie jak my” to spokojna obyczajowa historia, ale jednak zostaje w pamięci, porusza i zmusza do refleksji, co w przypadku produkcji z USA, nie zdarza się zbyt często. Najbardziej film warty uwagi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rozmowa z gwiazdą

Pierre Peters jest bardzo uznanym dziennikarzem zajmującymi się sprawami politycznymi, reportażami wojennymi i innymi poważnymi sprawami. Dlatego kiedy ma zrobić wywiad z popularną aktorką, jest delikatnie mówiąc rozczarowany. W dodatku jest kompletnie nieprzygotowany, co wywołuje dość negatywną reakcję drugiej strony. Ale na skutek wypadku, Pierre trafia do jej domu i tam próbuje dokończyć wywiad, ale efekt tego spotkania będzie zaskakujący dla obojga.

wywiad_300x300

O tym, że Steve Buscemi (czyt. Buszemi, ja jednak zostaje przy wymowie Buskemi) jest świetnym aktorem wie każdy, kto widział „Wściekłe psy”, „Desperado” czy ostatnio „Zakazane imperium”. Jednak mało kto wie, że Buscemi zajmuje się reżyserią filmów niezależnych. Jednym z takich filmów był nakręcony w 2007 roku „Interview”, remake filmu Theo van Gogha z 2003 roku. Choć cały film w 90% toczy się w jednym pomieszczeniu, udaje się stworzyć naprawdę ciekawe i nieteatralne dzieło. W takim filmie najważniejsze są dwie rzeczy: scenariusz i obsada. Na szczęście, jedno i drugie jest zrobione na dobrym poziomie. Tak naprawdę jest to film o zakładaniu masek, gdzie między bohaterami toczy się gra, tylko jaka jest jej stawka? I kto kogo oszukuje i udaje? Bo nic nie będzie takim jak się wydaje na początku. W dodatku wszystko dobrze sfotografowane (trochę na siłę dynamizowane zdjęcia), ze świetnymi dialogami (sceny „wyznań” bohaterów).

wywiad2_400x400

Ale nawet i to by nie uratowało filmu, gdyby nie dwoje grających główne role. Pierre’a zagrał sam Buscemi i to jest kolejna świetna kreacja. Jego bohater jest jednocześnie cyniczny, ale pod tym ukrywa pewną wrażliwość i tajemnicę. Żałosny i sprytny jednocześnie, a jednocześnie bardzo oszczędny. Ale partnerująca Sienna Miller dorównuje mu kroku i choć na początku sprawia wrażenie na początku typowej głupiej blondyny, okazuje się tak jak Buscemi mieszanką wrażliwości, oszustwa i cynizmu. Patrzenie na tę dwójkę jest dużą przyjemnością.

Buscemi okazał się nie tylko świetnym aktorem, ale i bardzo uzdolnionym reżyserem. „Interview” to jego duże osiągniecie, a już w tym roku znów stanie po drugiej stronie kamery. Już nie mogę się doczekać.

7/10

Radosław Ostrowski

Życie Pi

Ang Lee jest bardzo znanym reżyserem, który mierzy się z każdą konwencją i gatunkiem – od melodramatu po western, co w przypadku azjatyckiego twórcy mieszkającego w Hollywood jest sporym osiągnięciem. Tym razem opowiada dość niezwykłą opowieść o rozbitku, który opowiada ją pisarzowi. Pi Patel był młodym chłopakiem, mieszkającym w Indiach, jego rodzice prowadzą zoo. Ale bieda zmusza ich i zwierzęta do opuszczenia Indii i wypłynięcia do Kanady. Jednak podczas podróży dochodzi do sztormu, na skutek którego Pi wpada do szalupy ratunkowej i jako jedyny ocalał. Poza nim jest jeszcze niejaki Richard Parker – tygrys bengalski.

pi1_400x400

Jednak cała historia opowiedziana przez Patela (dorosły – Irrfan Khan; młody – Suraj Sharma; obydwaj świetni) brzmi dość nieprawdopodobnie (wyspa pożerająca ludzi, której nikt nie widział czy relacja z tygrysem), a jednak wydawała mi się przekonująca. Sam nie jestem w stanie powiedzieć o tym tak, byście uwierzyli. Tresura tygrysa, który poza nim jest jedynym ocalałym i tak samo jak Pi walczy o przetrwanie. Sama opowieść jest dla reżysera pretekstem do pokazania wiary w Boga jako pewnej siły napędowej. Nasz bohater wierzący w trzech bogów (Krisznę, Chrystusa i Allaha), dostrzega ich praktycznie we wszystkim co się dzieje, wzywa ich w momentach kompletnego zwątpienia. Czy dzięki niemu przeżył? A może mu się to przewidziało z powodu wyczerpania i zmęczenia? Czy druga historia opowiedziana Japończykom z zabijaniem i okrucieństwem w tle jest bardziej prawdziwa? Na te pytania poszukajcie odpowiedzi w kinie.

Poza samą otoczką, nie można zwrócić uwagi na rewelacyjne wręcz zdjęcia Claudio Mirandy, który tu wspina się na wyżyny swoich możliwości – niepozbawione szerokich planów (ujęcia łódki pokazane z góry), pięknych wizualnie ujęć (pokazanie ławicy latających ryb czy burza to mistrzostwo świata) z dyskretnymi efektami specjalnymi (chmury) i bardzo precyzyjnie zmontowane. To najlepszy wizualnie film jaki widziałem w tym roku, w dodatku świetnie zmontowany z bardzo klimatyczną muzyką Mychaela Danny. A wszystko to reżyser trzyma w ryzach i w pełni kontroluje całość. I tak się powinno robić kino.

8/10

pi2_400x400

Radosław Ostrowski

Bestie z południowych krain

Jesteśmy gdzie na zadupiu, gdzie zbliża się powódź. Mieszkańcy miejsca zwanego tu Wanną zachowują się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i… nie zamierzają się wyprowadzać z tego syfu. A wszystko to widzimy z perspektywy kilkuletniej dziewczynki o imieniu Hushpuppy mieszkającej z ojcem pijusem.

Jeśli chodzi o nominacje do najważniejszych nagród, musi pojawić się przynajmniej jeden niezależny film. I tak jest od kilku lat, a w tym raku padłu na „Bestie…” niejakiego Benha Zeitlina. I szczerze mówiąc, jest to dość dziwny film opowiadający przede wszystkim o relacji ojciec-córka – balansującej między miłością a nienawiścią. Ale tak naprawdę mamy tutaj groch z kapustą: są pewne elementy nie z tego świata (tury pojawiające się w snach), realistycznie pokazano nędzę okolicy zwanej Wanną – podniszczone kontenery, opustoszała okolica, dużo wody. Dlaczego mieszkańcy nie chcą się wprowadzić i boją się bardziej ludzi niż żywiołu? Nie wiadomo, a fabuła jest ledwie naszkicowana. Po jednej scenie, przychodzi kolejna, a po niej kolejna. I gdzieś tak w połowie to wszystko się rozmazuje i w zasadzie przestaje mnie to obchodzić. Niedawno go obejrzałem, ale już niewiele z tego pamiętam i choć całość trwa tylko półtorej godziny, to ten czas wlekł się w nieskończoność. Jedyne czym ten film się broni to zdjęciami (zwłaszcza na początku) oraz muzyką.

bestie_300x300

Drugą najbardziej broniąca się rzeczą jest debiutująca na dużym ekranie Quvenzhane Wallis w roli Hushpuppy. Jest bardzo dojrzała nad swój wiek (narracja z offu), mało mówi i ma silny charakter. Ale nawet ona nie jest w stanie wybronić tego filmu do samego końca.

Jak już wspomniałem, film mnie rozczarował i nie wkręcił mnie. Trochę szkoda, bo widać, że chodziło o coś głębszego. Ale to był skok na głęboką wodę i prawie się utopiłem.

5/10

Radosław Ostrowski

Charlie

Charlie jest 15-letnim chłopakiem, który zacznie chodzić do liceum. Pozornie wygląda jak typowy nastolatek, jednak chłopak jest outsiderem. Jego przyjaciel popełnił samobójstwo, zaś on sam miewa zwidy i zdarza mu się „zawiesić”. Jednak w szkole trafia na podobną grupę wyrzutków i przeżyje swoją pierwszą miłość…

walflower_400x400

Na pierwszy rzut oka jest to typowy młodzieżowy film – czyli gatunek w którym większość reżyserów zwyczajnie nie daje sobie rady. Jednak niejaki Stephen Chbosky – scenarzysta serialu „Jericho” podjął się tego zadania i przenosząc na ekran swoją własną powieść wychodzi z konfrontacji z tarczą. Bo mamy tu zarówno o samotności, chorobie spowodowanej przez traumę (tego wam nie zdradzę, zaś sceny z przeszłości przeplatają się z rzeczywistością), miłość i chłopaka, który nie potrafi tego wszystkiego ogarnąć. Próbuje on szukać swojego miejsca na ziemi, a wszystko to w realiach lat 90-tych, utrzymane w nostalgicznym klimacie, podtrzymywanym m. in. przez bardzo dobrą muzykę (w ścieżce dźwiękowej są m.in. The Smiths, New Order, Crowded House czy David Bowie). Nie brakuje humoru, poważnych problemów, ale jednocześnie nie czuć tu sztuczności i wydumania, co jest bardzo trudne w tego produkcjach, a co najważniejsze udaje się zaangażować w losy bohatera.

walflower2_400x400

I co najtrudniejsze aktorzy też wybronili się i wypadli naprawdę dobrze (a nawet więcej niż dobrze). Nie do końca przepadałem za Loganem Lermanem, jednak tutaj przekonująco pokazał rozterki młodego chłopaka, próbującego żyć w „normalnym” otoczeniu i nie zawsze wie, czego chce. Jemu się wierzy na słowo. Także Ezra Miller wypadł świetnie w roli Patricka – sympatycznego geja, bardzo dowcipnego i wspierający Charliego. Młode dziewczyny wypadły bardzo dobrze i to dotyczy zarówno Emmy Watson (Sam) i Mae Whitman (Mary Elizabeth), zaś obie są postaciami z krwi i kości. Z pozostałej obsady zapadł w pamięć epizody Paula Rudda (pan Anderson – nauczyciel angielskiego), Melanie Lynskey (ciocia Helen) oraz Joan Cusack (dr Burton).

Film jest słodko-gorzką opowieścią o dojrzewaniu i powolnym, stopniowym wchodzeniu w dorosłość. A jednocześnie udana i dobrze opowiedziana historia miłosna.

7,5/10

Radosław Ostrowski