Sejf

Początek zapowiada klasyczny heist movie. Niby zwykła rozmowa i kłótnia w okienku zamienia się w napad. Pomysłodawczynie są dwie siostry, które chcą spłacić dług brata. Problem w tym, że w skarbcu okazuje się być za mało pieniędzy na spłatę. W końcu jeden z pracowników informuje o drugim skarbcu: w podziemiach. Od tej pory cały napad zaczyna się sypać.

sejf1

Reżyser Dan Bush postanowił połączyć dwa gatunku, które pozornie nie pasuje do siebie: heist movie oraz horror. Już czołówka zapowiada dość brutalną historię (czyli napad na bank zakończony krwawą jatką), a początek wydaje się bardzo spokojny. Chociaż podskórnie wyczuwa się, że coś wisi w powietrzu. Problem jednak w tym, że w sposobie straszenia sięga po ograne sztuczki z duchami. A to nagle zaczyna się psuć światło, a tu znikąd pojawi się jakiś cień czy postać niewidoczna w kamerze monitoringu. Oczywiście na dole jest tak ciemno, że schodzenie tam w pojedynkę nie może się skończyć dobrze. Dochodzi do coraz dziwniejszych sytuacji (tajemniczy telefon z wezwaniem), dialogi są miejscami bardzo drętwe, mimo bluzgów, a postacie ledwo zarysowane oraz zwyczajnie nieciekawe. Logika siada, historia pełna jest dziur, napięcie totalnie siada, zaś strachu tyle, co kot napłakał. Bo jak ma mnie przerazić nagłe pojawienie się ucharakteryzowanych ludzi (fakt, wyglądają paskudnie), mordujących innych, bo… tak, niczym w rasowym slasherku. Nawet montaż dość łatwo sugeruje, kto wie więcej niż mówi (dość szybkie przebitki), przez co finałowa wolta jest bardzo łatwa do przewidzenia.

sejf2

O aktorstwie w zasadzie trudno powiedzieć coś sensownego, bo materiał nie daje pola do popisów. Wiele osób zostaje bezczelnie zmarnowanych (Clifton Collins Jr. w roli detektywa Igera), z kolei główne protagonistki (Francesca Eastwood oraz Taryn Manning) są dość słabo zarysowane, choć głównie pełnią rolę wizualnego ozdobnika. Jedynie James Franco się wybija (głównie wyglądem), ale też nie ma zbyt wiele do roboty (jest skuty przez większość czasu).

„Sejf” to jeden z takich filmów, który po realizacji trafia od razu na VOD czy DVD. Pomysł nawet nie głupi, ale wykonanie przypomina tysiące innych filmów grozy, zrobione od linijki. Nudny, nieciekawy, standardowy horror w bardzo amatorskim wykonaniu. Ziew.

4/10

Radosław Ostrowski

Errementari: kowal i diabeł

Wierzycie w diabła? Taki paskudny gość z rogami, długim ogonem, co chętnie weźmie twoją duszę w zamian za wszystko, czego pragniesz? Tacy osobnicy gdzieś krążyli po świecie, lecz teraz nikt o nich nie pamięta i straszy nimi kościół. Przypomnijmy jednak sobie czasy, gdy Kościół miał bardzo silne wpływy, zaś diabeł istniał naprawdę. I o tym przypomni nowy film Netflixa.

errementari1

Jesteśmy w Hiszpanii lat 30 wieku XIX., czyli czas burzliwej wojny między karlistami a liberałami. W małym miasteczku w kraju Basków zaginęło złoto, które miało trafić do dowódcy karlistów. Gdzieś w jego okolicy przybywa kowal, o którym krążą nieprawdopodobne opowieści. Drugą istotną postacią jest Ursa – młoda dziewczynka wychowywana przez tutejszego proboszcza oraz gospodynię. Osóbka ta czuje się obco, odrzucona przez wszystkich, nie odnajdując się w tym świecie. Los tych dwojga się zetnie, a istotną postacią był demon pragnący o jednej rzeczy: duszy kowala.

errementari2

„Errementari” oparty na opowiadaniu reklamowany był jako horror. Bardziej jednak pasowałoby określenie baśń z elementami nadprzyrodzonymi. Miejsce akcji, czyli wiek XIX wydaje się troszkę nie pasować do konwencji, ale reżyser Paul Alijo skupia się na budowaniu aury tajemnicy. Samo miasteczko, gdzie religia, surowe wychowanie jest na porządku dziennym. Krytycznie tutaj odnosi się do władzy świeckiej, traktowanej jako zagrożenie, jednak ludzie mieszkający tutaj są prości. Surowa scenografia (siedziba kowala i pułapki dookoła) robi miejscami wrażenie, tak jak kostiumy z epoki budują miejscami mroczny klimat. Także sam wygląd diabła, troszkę przypominający demona z filmu „Legenda” wygląda odpowiednio niepokojąco. Jest też pięknie wyglądające retrospekcje z życia kowala, dodające mroku.

errementari3

Problem w tym, że „Errementari” nie wywołuje przerażenia jako horror. Sama intryga wydaje się bardzo prościutko poprowadzona, zaś kolejne elementy układanki utrzymują przewidywalny tor. O dziwo jest to bardziej kameralne niż mogło by się tego spodziewać. Napięcie coraz bardziej słabnie, bohaterowie wykonują drugi raz te same błędy (rozumiem, że zmieniły się okoliczności), nastrój gaśnie, a same postacie – poza kowalek, dziewczynką oraz demonem – nie są zbyt głęboko zarysowane. Ok, to jest baśń, ale przydałoby się coś więcej.

Niemniej te trzy role są absolutnie świetnie zagrane. Uma Bracaglia (przeurocza Ursa), Kandido Uranga (kowal Paxti) oraz Eneko Sakardoy (śmieszno-straszny Sartael) są najsilniejszym kośćcem emocjonalnym tego filmu, tworząc bardzo zniuansowane postacie. Reszta postaci prezentuje się bardzo solidnie, bez poczucia żenady czy wstydu.

„Errementari” mogło być naprawdę świetnym filmem grozy, tylko że jest to bardziej baśniowy film i zwyczajnie nie straszy. Niemniej ma to swój urok, początek jest świetny, a finał nawet daje pewną satysfakcję. Szkoda tylko, że środek zawodzi i mógł być lepszy.

6/10

Radosław Ostrowski

Łowcy wampirów

Wampiry interesowały popkulturę przynajmniej od czasu „Drakuli” Brama Stokera. Stwory te mgły być wykorzystywane jako symbol jakiejkolwiek formy zagrożenia: śmiertelnej choroby, poczucia inności czy zła. Po prostu. A jak do tematu podszedł specjalista od kina grozy, John Carpenter?

wampiry12

Sama historia jest prosta niczym konstrukcja cepa. Mamy ekipę prawdziwych gierojów pod wodzą Jacka Crowa. Są specjalnie wyszkolonymi twardzielami, który mają jeden cel i jeden cel mają: zabić wampiry. Ale żadnym tam krzyżem czy czosnkiem, ale osikowym kołkiem oraz światłem słońca. Przy okazji korzystając z włóczni, kuszy oraz spluw, wspierani przez Watykan. Tym razem jednak trafiła kosa na kamień, bo po kolejnej akcji niemal cała ekipa Jacka zostaje wyrżnięta przez jednego, potężnego skurczybyka zwanego Valek. Gość jest nie do zatrzymania, a poza Crowem rzeź przeżył Montoya oraz ukąszona przez wampira prostytutka Katrina.

wampiry22

Opis bardziej zapowiada film akcji niż stricte horror i poniekąd „Łowcy wampirów” czy „Wampiry” (jak pierwotny tytuł nosił ten film) są filmem skupionym na strzelaninach, westernowo wyglądających krajobrazach oraz bardzo przewidywalnej fabule. O ile sam początek ma całkiem niezły klimat oraz spokojnie buduje atmosferę, to dalsza część zaczyna się sypać. Od razu wiadomo kto wspiera głównego złego, który jest kompletnie nudnym, pozbawionym charyzmy oraz głębszej motywacji (poza panowaniem nad światem, ale musi być odporny na światło), wiadomo kto zdradzi ekipę i potrzebny jest też protagonista do odprawionego rytuału. Cała fabuła to jedna wielka bzdura, idąca po sznureczku, gdzie nawet wątek romansowy między Montoyą a Katriną jest tak nudny, że chciało mi się spać.

wampiry32

Czy w ogóle jest coś dobrego w tym filmie? O dziwo tak. Mogą się podobać naprawdę ładne zdjęcia, pełne krajobrazów rodem z westernu, gitarowo-bluesowa muzyka budująca klimat, początek filmu czy sceny powstania wampirów z ziemi. No i jeszcze jest świetny, wyluzowany James Woods w roli Crowa, któremu bliżej do Snake’a Plisskena niż Van Helsinga. Bezczelny, pyskaty, nie bawiący się w półśrodki przykuwa uwagę. Reszta albo zostaje zmarnowana (Maximillian Schell, Mark Boone Junior), albo nie radzi sobie wcale (Daniel Baldwin jako Montoya jest strasznie nijaki oraz Thomas Ian Griffith jako Valek, który wygląda odpowiednio, lecz pozbawiony charyzmy).

„Łowcy wampirów” były pierwszym obejrzanym filmem Carpentera przeze mnie, ale z perspektywy doświadczenia staje się coraz większym rozczarowaniem. Intryga staje się kompletnie nudna i pozbawiona napięcia, wygląda to bardzo tanio (chociaż nie brakuje stylu), a napięcie rozproszyło się w siną dal. Po obejrzeniu film należy zakopać i (na wszelki wypadek) spalić, by przestał się kręcić po okolicy.

3/10

Radosław Ostrowski

Castlevania – seria 1

Filmów opartych na grach komputerowych było wiele, ale żadna nie była do końca udana. Nie odstraszało to jednak filmowców, by w końcu przynajmniej zbliżyć się do zadowalającego efektu („Warcraft: Początek”, pierwszy „Mortal Kombat”) zarówno dla graczy, jak i dla kinomanów. Tym razem jednak do gry postanowił się włączyć Netflix, sięgając po klasykę gier konsolowych, czyli serię „Castlevania”. Cykl opowiadał o rodzie Belmontów, który walczy z Draculą oraz jego armią z zaświatów.

Pierwsza seria to właściwie geneza całego konfliktu. Jest XV wiek i jesteśmy w krainie zwanej Wołoszczyzna, gdzie przebywa Vlad Dracula Tepesz – wampir, posiadający bardzo zaawansowaną wiedzę oraz technologię, jakiej spodziewalibyśmy się w XIX czy początku XX wieku. Wtedy w jego życiu pojawiła się kobieta – Lisa, która chciała leczyć oraz pomagać innym ludziom. Ale 30 lat później pewien duchowny dostrzegł w niej zagrożenie i spalono ją na stosie. Reakcja hrabiego mogła być tylko jedna: dał mieszkańcom rok na pogodzenie się z Bogiem, by potem zebrać armię i wyplenić wszystkich mieszkańców kraju. Jedyną osobą, która może go powstrzymać jest ostatni potomek rodu Belmontów, którzy zostali przeklęci przez Kościół.

castlevania_11

Odpowiedzialny za serial Warren Ellis (scenarzysta) oraz reżyser Sam Deetz ubrali tą historię w konwencji animacji stylizowanej na anime. Kreska jest bardzo charakterystyczna (te oczy), ale tylko w ten sposób można było pokazać brutalność oraz okrucieństwo wielu scen. Twórcy bardzo sugestywnie oddają realia epoki, gdzie Kościół miał wielką pozycję społeczną, lecz zamiast oświecenia oraz miłosierdzia jest terror, indoktrynacja oraz ślepe posłuszeństwo połączone z żądzą władzy. I to doprowadza do rozpanoszenia się zła, które wszystkich potraktuje jednakowo. A Bóg tylko milczy, opuszczając swoich „wyznawców”.

castlevania_12

Pierwsza seria to w zasadzie początek, wprowadzenie do większej opowieści, co sugeruje czas trwania (cztery odcinki po ok. 25 minut), przez co zostawia duży niedosyt. Jednak samo wykonanie robi wielkie wrażenie, ale ostrzegam: to nie jest film dla dzieci, a sceny przemocy są bardzo krwawe i brutalne, co w tego typu stylistyce jest absolutnie naturalne. Same sceny akcji, których nie ma zbyt wiele, wyglądają po prostu świetnie: kamera płynnie pokazuje każdy ruch, cios, uderzenie. I to się bardzo przyjemnie ogląda, zachowując pewien niepokojący klimat.

castlevania_13

Także aktorstwo oraz postacie są bardzo wyraziste. Sam Trevor Belomont (świetny Richard Armitage) ma wszelkie cechy antybohaterów: cynizm, zmęczenie życiem, jednak pod tą maską obojętnego człowieka, mającego w dupie wszystkich dookoła kryje się doświadczony, troszkę arogancki, ale niepozbawiony sprytu i wiedzy wojownik. Może troszkę wyszedł z wprawy, ale nie odpuszcza. Równie wyrazisty jest Dracula (Graham McTavish), chociaż pojawia się stosunkowo rzadko, niemniej budzi majestat swoją posturą oraz fizyczną transformacją. Mocna, wyrazista kreacja, podobnie jak ogarniętego żądzą władzy biskupa (opanowany Matt Flewer) czy tajemniczego Alucarda (James Callis) obecnego w finale.

Jak napisałem, pierwsza seria jest wprawką do mrocznej opowieści o walce dobra ze złem. Czy Belmontowi i jego drobnej ekipie uda się pokonać mrocznego Draculę? Czy może jednak polegną? Jestem strasznie ciekawy ciągu dalszego.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

W paszczy szaleństwa

Czy jesteście w stanie odróżnić prawdę od rzeczywistości? Przecież wystarczy zaufać naszym zmysłom, które są przecież niekwestionowalne – widzimy swoimi oczami, słyszymy uszami, dotykami różne przedmioty itd. Tylko, że to wszystko jest przefiltrowane za pomocą naszego mózgu i co jeśli on zrobi nam figla? O tym w swojej ostatniej części trylogii apokaliptycznej postanowił opowiedzieć w 1994 roku John Carpenter.

Zanim zacznie się cała opowieść widzimy, jak zostaje wydrukowana powieść niejakiego Suttera Cane’a „W paszczy szaleństwa”. Następnie trafiamy do szpitala psychiatrycznego, gdzie zostaje wysłany niejaki John Trent. Kim był ten człowiek, który w swojej celi narysował masę krzyży? Był detektywem ubezpieczeniowym, który badał sprawy różnych kantów mających na celu wyłudzić ubezpieczenie. Tym razem jednak dostaje bardzo trudne zadanie – chodzi o odszukanie bardzo poczytnego pisarza, Suttera Cane’a, pracującego nad swoim nowym dziełem, którego nikt nie czytał. Autor jest tak popularny, że jego czytelnicy dostają lekkiego kociokwiku. Detektywowi towarzyszy Linda – redaktorka oraz wielka fanka pisarza.

w_paszczy_szalenstwa1

Cokolwiek by nie mówić o Johnie Carpenterze, to jest to fachura w tworzeniu bardzo klimatycznych filmów grozy, nawet jeśli dzisiaj nie straszą aż tak mocno. Podobnie jest z tym filmem, którego sam początek jest bardzo tajemniczy, gdzie powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy pokręconej układanki, zaczynając od próby zabójstwa za pomocą… siekiery (scena w restauracji) aż po odkryciu fikcyjnego (aby na pewno?) miasteczka Hobb’s End. I tutaj zaczynają się niezłe jaja, gdzie fikcja z rzeczywistością mieszają się ze sobą. Przy okazji pokazuje, jak wielką siłę może mieć słowo pisane, doprowadzając do szaleństwa. Pisarz zaś zaczyna powoli pełnić rolę kapłana czy proroka, który staje się otoczony kultem. W ten sposób apokalipsa wydaje się jeszcze bardziej niebezpieczna, a zło nie do powstrzymania, ponieważ każdy twój ruch już wcześniej został zaplanowany, nawet zanim zdążysz o tym pomyśleć. I to budzi prawdziwe przerażenie, bo czym tak naprawdę jest rzeczywistość?

w_paszczy_szalenstwa2

Choć muszę przyznać, że klimat jest budowany pierwszorzędnie, to sam scenariusz jest dla mnie dość problematyczny. Odkąd trafiamy do miasta z książek Cane’a napięcie zaczyna się sypać i pojawia się wiele niejasności. Skąd Cane posiada moc tworzenia rzeczywistości? Skąd pochodzą te bestie, w które transformują się mieszkańcy? Nie ma też interakcji ze społecznością, która jest sterowana i pozbawiona swojej woli. Same te dziury wywołują niejasności w całej intrydze, której finał – nadal mocny oraz najbardziej gorzki ze wszystkich – był do przewidzenia. Z drugiej strony wrażenie robi świetna scenografia, ze szczególnym wskazaniem na kościół oraz całkiem przyzwoite efekty specjalne, muzyka buduje klimat (nawet ten zadziorny szarpidrut z czołówki), a montaż – zwłaszcza te krótkie zbitki – jest świetny. Same bestie wyglądają jakby żywcem wzięte z książek Clive’a Barkera czy obłąkanego umysłu Davida Cronenberga.

w_paszczy_szalenstwa3

Carpenter całkiem nieźle prowadzi swoją opowieść, w czym pomagają mu świetni aktorzy. Najbardziej błyszczy rewelacyjny Sam Neill w roli coraz bardziej zagubionego detektywa, balansując między obłędem, przerażeniem i cynizmem. Trent wydaje się niemal klasycznym detektywem z książek noir, który widział już wiele i świat nie jest w stanie go niczym rozczarować. Jednak im dalej w las, tym bardziej bohater zostaje wystawiony bardzo ciężkiej próbie, zmuszony do pogodzenia się z pewnymi wydarzeniami. Świetna jest Julie Carmen w roli zafascynowanej pisarzem redaktorki Lindy, powoli zatracającej się w szalonych tworach autora. Nie do końca wykorzystano Jurgena „Das Boot” Prochnowa jako Cane’a, ale za każdym razem jego obecność podnosi adrenalinę. Tej postaci jest zwyczajnie za mało i aż się prosi o bliższe poznanie.

Przyjęło się mówić o filmie „W paszczy szaleństwa”, że to ostatni udany film Johna Carpentera. Trudno mi się z tym nie zgodzić, na pewno jest lepiej wyreżyserowany niż napisany, chociaż sam pomysł był świetny. Nadal to klimatyczny horror, idący w innym kierunku niż typowi reprezentanci tego gatunku, ale czegoś zabrakło do pełni satysfakcji.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Książę ciemności

Ile razy słyszeliście o końcu świata – dniu, w którym Szatan przejmie władzę nad światem, a ludzkość umrze ewentualnie stanie się jego niewolnikami. Filmowcy swoich wizji zagłady prezentowali mnóstwo, także John Carpenter odpowiedzialny za trylogię apokaliptyczną. W jej skład wchodzą niezapomniane „Coś”, finałowe „W paszczy szaleństwa” oraz część środkowa, czyli „Książę ciemności”.

Fabuła wydaje się być prosta – lokalny proboszcz, ojciec Loomis otrzymuje w posiadaniu małą skrzynkę oraz pamiętnik od umierającego zakonnika. W skrzynce jest klucz do bardzo starego, wręcz zapomnianego kościoła, gdzie znajduje się dziwna, zielona substancja w dużej kapsule. Prosi o pomoc fizyka, profesora Biracka, żeby zbadać tą materię oraz przetłumaczyć dziwną księgę pisaną różnymi językami. Naukowiec razem ze studentami przybywają do kościoła, a tam zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

ksiaze_ciemnosci2

Carpenter znany był z pewnej ręki przy tworzeniu kina grozy wszelkimi metodami. I już w pierwszych 10 minutach, serwuje napięcie obrazami niemal pozbawionymi dialogów, za to z pulsującą, mroczną muzyką – ciekawe, że sakralny charakter zbudowano tylko za pomocą syntezatorów – zapowiadających złe wydarzenia. A reżyser nie tylko nie spieszy się z serwowaniem kolejnych informacji, stawiając bardziej na klimat oraz poczucie zagrożenia niż na sensowny scenariusz. Samo wnętrze kościoła (w szczególności pomieszczenie z płynem otoczone krzyżami oraz świecami) robi piorunujące wrażenie, zaś atmosfera robi się coraz bardziej niepokojąca. Z jednej strony działa sam zły, stosując niemal klasyczny trick z opętaniem (tym razem przenosząc się poprzez… płyn) i przechodząc z postaci na postać, z drugiej swoje robi grupa bezdomnych otaczająca budynek.

ksiaze_ciemnosci1

Dalej już mamy rzucane różne sposoby straszenia: od powoli budowanej atmosfery niepokoju, przez sporą obecność mrówek po odrobinę krwawej jatki (śmierć za pomocą roweru), przemianę w zombie (mocna scena rozpadu ciała, z którego wyłażą robaki) aż po niebezpieczny moment związany z powrotem Szatana – końcówka jest wręcz rewelacyjna aż do niejednoznacznego finału. Reżyser przy okazji dorzuca swoje trzy grosze w kwestii Kościoła, który ukrywał tajemnicę związaną z prawdziwym Złem, zastępując ją swoimi dogmatami działającymi niczym dobry produkt. Złem, z którym nie można negocjować, przekonać, ale zwalczać. Tylko, czy nauka i wiara jest w stanie pokonać Antychrysta? Zakończenie – jak to u reżysera przystało – nie daje wcale pozytywnej odpowiedzi, o czym lepiej się samemu przekonać.

ksiaze_ciemnosci3

Aktorstwo jest typowe dla kina klasy B, czyli jest przyzwoicie. A film kradnie fantastyczny Donald Pleasence w roli księdza Loomisa (zbieżność nazwiska z lekarzem z „Halloween” nie jest przypadkowe) – zmęczonego życiem duchownego, który wydaje się bardzo niepokojącym bohaterem. Równie świetny jest Victor Wong w roli profesora Biracka – naukowca, z zacięciem filozoficznym, prowokującego do bardziej samodzielnego myślenia. Młodzi studenci, choć mają po około 30 lat, wypadają całkiem nieźle.

„Książę ciemności” zaskakująco dobrze się trzyma, choć to jeden z mniej znanych filmów Carpentera. Strasznie klimatyczny (troszkę przypominał mi „Linię życia” zmieszaną z „Egzorcystą” oraz „Coś”), chociaż czasami fabuła nie zawsze jest sensowna, a poczucie grozy nie zawsze się utrzymuje przez cały film. Niemniej pewna realizacja, świetne zdjęcia oraz niepokojąca muzyka nadal robią bardzo silne wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Lekarstwo na życie

Byliście kiedyś w sanatorium, gdzie ludzie spokojnie odpoczywają i chcą w nim zostać na zawsze? Tak jest w małym miasteczku gdzieś w szwajcarskich Alpach, do którego trafił szef pewnej dużej korporacji, wplątanej w duże tarapaty. I właśnie tam zostaje wysłany niejaki Lockhart – młody korposzczurek, który zrobił pewne drobne przekręty w firmie przed fuzją. Jednak sam ośrodek wygląda jakby początek XX wieku nadal trwał. Jednak podczas powrotu Lockhart ma wypadek, podczas którego łamie nogę i zostaje pacjentem ośrodka, gdzie poznaje pewną młodą dziewczynę o imieniu Hannah.

lekarstwo_na_zycie4

Pamiętacie takiego reżysera jak Gore Verbinski? Ten zdolny filmowiec po rejsach z piratami na Karaibach oraz zrobieniu najdroższego westernu, który się nie zwrócił („Jeździec znikąd”), dostał o wiele mniejszy budżet, by zrealizować dziwaczny horror/thriller, jakiego dawno nie było. I nie chodzi tylko o to, że trwa prawie dwie i pół godziny (co jest ogromną rzadkością), ale i samą realizację, mieszającą wystawność z kameralnością w jednym. No i nie ma w nim jump-scare’ów oraz lejącej się wiadrami posoki. Zamiast tego reżyser skupia się na budowaniu aury tajemnicy wokół tytułowego ośrodka, który wygląda dziwnie niewspółcześnie. Brak zasięgu, przez co są tylko tradycyjne telefony, hydroterapia, jakieś stare sprzęty jak duża komora pełna wody niczym z „Kształtu wody” czy pełna korytarzy sauna potrafią zrobić duże wrażenie. Verbinski ma niesamowity zmysł wizualny, gdzie kilka scen to prawdziwe perełki (pociąg wjeżdżający do tunelu, początek w korporacji, gdzie umiera jeden z pracowników), które cieszą oko.

lekarstwo_na_zycie1

W ogóle realizacyjnie film zachwyca. Nie tylko mocno wyczuwalną zielenią przewijającą się w wielu scenach, tworząc bardzo chropowaty, dziwny klimat. Wszystko to potęgująca scenografia – samo sanatorium wygląda jakby żywcem wzięte z początków XX wieku (te kafelki, mroczne podziemia), który mrozi. Do tego Verbinski bardzo powoli odkrywa mroczną tajemnicę ośrodka, z bardzo niepokojącą przeszłością. By jednak nie było tak łatwo, każdy z napotkanych bohaterów przekazuje informacje, będące wobec siebie bardzo sprzeczne, co wywołuje jeszcze większy mętlik. I przez większość czasu ta aura mocno trzyma za pysk, w czym pomaga bardzo dobry montaż, gdzie zdarzają się sceny równoległe (Lockhart i Hannah podążający ku dwóm różnym miejscom), łamana chronologia (śmierć matki, rozmowa z szefami przed wyjazdem) czy wplecione sceny snów (Hannah w wannie pełnej węgorzy), zaburzające percepcję. I jest jedna mocna scena u dentysty – wierzcie, będą was zęby bolały.

lekarstwo_na_zycie2

Ale żeby jednak nie było tak słodko, reżyser w pewnym momencie zaczyna zdradzać troszkę zbyt wiele, przez co szybciej rozgryzłem tajemnicę sanatorium od bohatera (jakieś 30-40 minut przed finałem), zaś sam finał oraz rozwiązanie było dla mnie kompletnym rozczarowaniem. Dlaczego? Bo wyjaśnienie (niczym w „Uciekaj” czy „Hereditary”) jest po prostu idiotyczne, wzięte z jakiegoś straszaka ubarwionego elementami fantasy, które kompletnie nie pasuje do – w miarę realistycznego – portretu świata do tej pory. I nawet ostatnia scena nie jest w stanie tego zrekompensować, a dość powolne tempo pod koniec filmu zaczyna działać usypiająco. Do tego cały czas nie mogłem pozbyć się z głowy skojarzenia, że już podobny film widziałem: „Wyspę tajemnic” Martina Scorsese. Tam też był szpital, nowy przybysz oraz aura tajemnicy, tylko było to lepiej wykonane.

lekarstwo_na_zycie3

Jednak „Lekarstwo na życie” całkiem przyjemnie mi się oglądało ze względu także na dobre aktorstwo. Błyszczy tutaj Dane DeHaan jako nasz protagonista, który jest troszkę takim śliskim cwaniakiem, próbującym ugryźć to całe dziwne sanatorium i coraz bardziej zaczyna gubić się w tym wszystkim. Bardzo dobrze udaje się zaprezentować wszelkie stany emocjonalne: od pewności siebie, opanowania po gniew, paranoję oraz poczucie zagrożenia. Świetnie wypada też Jason Isaacs jako bardzo życzliwy i opanowany dyrektor Volmer, który jednak ma w sobie coś demonicznego, niepokojącego oraz skontrastowana wobec nich śliczna Mia Goth jako bardzo naiwna, niedoświadczona Hannah. I to trio najbardziej przyciąga uwagę do samego końca, choć reszta obsady też prezentuje się solidnie.

Mam bardzo duży problem z nowym filmem Verbinskiego, który z jednej strony ma jaja, by być czymś zupełnie innym od reszty filmów z tego gatunku – bardzo stylowym, wysmakowanym horrorem z ambicjami (i to jestem w stanie docenić), z drugiej jego spokojne tempo oraz długi metraż potrafią zmęczyć, a im bliżej końca, tym bardziej klimat zaczyna się rozpływać. Ale „Lekarstwo” ma coś w sobie, co nie pozwala o sobie zapomnieć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Mgła

Antonio Bay – małe miasteczko nad morzem, które zaraz będzie obchodzić 100-lecie istnienia. I już w pierwszej godzinie rocznicy, nad miastem zaczyna pojawiać się mgła tak gęsta, że wręcz można zrobić z niej wiele ciast. I podczas jej obecności dzieją się coraz dziwaczniejsze rzeczy: telefony same dzwonią, włączają się alarmy w samochodach oraz telewizory, tak same z siebie. Oprócz tego kryje się za nią grupa ktosiów, którzy dawno opuścili ludzki żywot.

mgla_19802

Kolejny wygrzebany z mroków przeszłości film Johna Carpentera, który tym razem serwuje opowieść o duchach. Impulsem prowokującym całe wydarzenie jest wygrzebany ze ściany kościoła dziennik prowadzony przez proboszcza 100 lat temu, który pokazuje prawdę na temat powstania miasta. Bo jest to miejscowość zbudowania na krwi, chciwości oraz okrucieństwie mieszkańców, którzy wymordowali, a następnie okradli szukających schronienia trędowatych pod wodzą Blake’a. Jednak reżyser szuka swojego sposobu na strasznie i prowadzi narrację w dość nieoczywisty sposób. Dość szybko poznajemy genezę samej mgły, a sama historia toczy się wokół grupy osób, które niemal do końca nie spotykają się ze sobą. Mamy radiową prezenterkę, miejscowego księdza, autostopowiczkę, właściciela zaginionego okrętu oraz panią Williams – bardzo istotną personę w mieście.

mgla_19801

I te przeskoki między postaciami dają wiele świeżego do tego gatunku, chociaż sama historia potrafi intrygować. Klimat budowany głównie dzięki nocnym zdjęciom oraz bardzo pulsującej muzyce, jednak sam sposób straszenia dziś już nie robi tak silnego wrażenia (może z wyjątkiem finałowego oblężenia kościoła, gdzie jest bardzo przewrotne zakończenie). I nie chodzi o użycie jump-scare’ów, ale sposobu działania mgły (nawet rozwala generatory), potrafiącej się poruszyć niczym człowiek.

mgla_19803

Także aktorstwo jest tutaj strasznie nierówne, albo inaczej, nie wszyscy zostali w pełni wykorzystani. Największą robotę wykonuje tutaj Adrienne Barbeau (Stevie Wayne) oraz Hal Holbrook (opanowany ojciec Malone), który dość szybko odkrywa prawdę na temat założenia miasta. Prosto zarysowane postacie, zmuszone do działania pod wpływem okoliczności. Zdecydowanie zmarnowano Jamie Lee Curtis (Elizabeth), która w zasadzie nie ma tu zbyt wiele do roboty, podobnie jak Janet Leigh (pani Williams), którzy zwyczajnie się snują na ekranie.

„Mgła” ma dość prostą fabułę o duchach, ale ma dość obiecujący początek oraz ogromny potencjał na coś więcej. Dziś całkiem nieźle się sprawdza jako klasyczny w duchu film grozy z aurą tajemnicy, przenikającą przez cały seans, chociaż samo źródło strachu nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery.

6/10

Radosław Ostrowski

Mandy

Raz na jakiś czas pojawia się taki film, po obejrzeniu którego masz kompletny mętlik w głowie i nie wiesz, czego byłeś świadkiem. Czy to było zachwycające, ohydne, złe, głupie, nielogiczne, ale ma w sobie coś takiego, że nie potrafisz oderwać oczu. A jeśli gra prawdziwy mistrz aktorstwa, jakim jest Nicolas Cage, zaś w pierwszych scenach słychać w tle „Starless” King Crimson, będziesz świadkiem czegoś niesamowitego.

mandy1

Cage gra w tym filmie niejakiego Reda, który jest zwykłym drwalem mieszkającym bardzo głęboko w lesie. Ma bardzo fajną chatę oraz dziewczynę o imieniu Mandy. Wygląda bardziej jak facet, ale nie mnie to oceniać. Żyją sobie dość spokojnie z dala od cywilizacji, pełni szczęścia oraz miłości. Jednak, jak wszyscy wiedzą, szczęście bywa ulotne niczym spalony popiół wiatrem. A wszystko z powodu grupy świrniętych, podstarzałych hipisów pod wodzą nawiedzonego Jeremiasza. Goście porywają Mandy, potem zabijają ją i zostawiają Reda związanego… drutem. A to oznacza jedno: czas na zemstę.

mandy2

Reżyser Panos Cosmatos tym razem serwuje tak wielki odlot, że wszelkie LSD, dopalacze oraz inne narkotykowe cuda wianki. Wizualnie to jest po prostu prawdziwa orgia, bo kolorami wali po oczach, miejscami wręcz pulsuje (scena porwania Mandy z niemal stroboskopowym światłem), przechodząc przez jakieś inne stany świadomości (jakieś animowane wstawki), nie mogąc w pełni zorientować się, co tu naprawdę jest grane. Cały klimat jest pełen jakiegoś psychodelicznego tripu, gdzie logika oraz ciąg przyczynowo-skutkowy kieruje się ścieżkami, jakich nikt nie jest w stanie ogarnąć trzeźwym umysłem. Czego tu nie ma: demony w zbrojach, pojedynek na… piły mechaniczne, użytymi niczym miecze, kusza z lunetą, dialogi pełnymi bełkotliwego pierdolenia, jakie może wypowiedzieć ćpun albo szaleniec. Mało wam? Jeszcze tygrys, w chuj krwi, troszkę bluzgów, świdrującą muzykę Johanna Johanssona.

mandy3

No i jest jeszcze Nicolas Cage, który tutaj odnajduje się kompletnie bez problemu, tak samo jak porąbany Linus Roache w roli Jeremiaha. Obaj panowie dają popis szarżującego (ale kontrolowanego) aktorstwa, jakie w pamięci zostaje na BARDZO długo. Warto też wspomnieć o Billu Duke’u (Caruthers) oraz intrygującej Andrei Riseborough w roli tytułowej.

Co tu się odjaniepawliło, nie mam kompletnie pojęcia. „Mandy” to bardzo dziwaczna wyprawa w kompletnie nieznane rewiry, które albo wprawi was w zachwyt, albo kompletnie odrzuci. Stanów pośrednich nie udało się stwierdzić, więc oglądacie na własne ryzyko.

Radosław Ostrowski

Stephanie

Sam początek jest bardzo zagadkowy i dziwaczny. Jest duży dom oraz mała dziewczynka, która sama w nim mieszka. Rozmawia ze swoim pluszowym żółwiem, w miarę normalnie funkcjonuje, jednak okolicę terroryzuje pewne monstrum. Nikt nie wie, jak wygląda, wszędzie wprowadzona jest kwarantanna, więc strach wychodzić na zewnątrz. I właśnie wtedy do domu wraca… mężczyzna i kobieta, czyli rodzice Stehpanie.

stephanie1

Kolejny horror ze stajni Blumhouse, tym razem wyreżyserowany przez Akivę Goldsmana, czyli bardzo uznanego scenarzystę. Ale pisać scenariusz to jedno, a reżyserowanie to drugie. Sam film może wydawać się filmem pozornie wykorzystującą klasyczne chwyty: nagłe zgaszenie światła, jakaś niewyraźna postać w tle, niemal ciągły mrok oraz typowe sceny, będące koszmarami. Dużo jest tutaj tajemnic, niejasności oraz aury niepokoju, troszkę klimatem przypominając „Ciche miejsce” oraz „Thelmę”. Ale w 30 minucie pojawiają się rodzice i zaczynamy częściowo poznawać odpowiedzi, serwowane bardzo oszczędnie. Czy to oznacza, że „Stephanie” traci impet oraz swoją moc? Niekoniecznie, bo nie wszystko zostaje wyjaśnione (np. skąd bierze się ta cała epidemia), a częściowe strzępki z serwisów pozwalają troszkę dopisać parę rzeczy. I ogląda się to naprawdę nieźle, kilka razy zdarzyło mi się podskoczyć z fotela. Nie serwuje niczego, czego bym nie znał w tym gatunku, ale realizacja trzyma to wszystko w ryzach. Stylowe zdjęcia, bardzo elegancka muzyka oparta na wręcz kołysankowej melodii, dobry montaż – aż chce się oglądać.

stephanie2

Ale jest jeden bardzo mocny szkopuł w postaci zakończenia – nie, nie chodzi mi o to, że jest brutalne, krwawe oraz nie pasujące do nastroju czy konwencji tego filmu. Tylko, że ono wprawia w kompletny mętlik, pozostawiając wiele dziur. Co jest przyczyną tej epidemii? Dlaczego dotyka tylko dzieci? Wydaje się, że chodzi tutaj o poczucie pewnej bezradności człowieka wobec nieznanego, jednak nie umiem się do tego przekonać.

stephanie3

Aktorsko film tak naprawdę trzyma w ryzach Shree Crooks w roli tytułowej. Ona na samym początku jest praktycznie sama i musi skupić na siebie uwagę widza. Niby bardzo delikatna, ale zaradna, wystraszona, lecz silna, próbując opanować swoją nieprzyjazną stronę, pełną gniewu, wrogości oraz nienawiści. Wszystko to dziewczynka prezentuje bardzo dobrze, płynnie przechodząc ze skrajnych emocji, bez popadania w karykaturę. Przy niej dość blado prezentują się rodzice o aparycji Franka Grillo oraz Anny Torv, przy czym ta druga sprawia wrażenie troszkę zbędnej. To nie są złe role i emocje w ich wykonaniu są pokazane wiarygodnie, ale Crooks kompletnie zdominowała ekran, nie dając nikomu szans.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić „Stephanie”. Z jednej strony to bardzo klimatyczny, mroczny horror z dość zgrabnie poprowadzoną intrygą wokół tytułowej bohaterki, ale z drugiej wykorzystuje ograne sposoby straszenia i nie daje pełnej satysfakcji. Po seansie nie zostanie na długo w pamięci.

6,5/10 

Radosław Ostrowski