Odwet – wersja reżyserska

Kiedy zaczyna się cała opowieść, Michael Cochran odbywa swój ostatni lot w służbie armii. W dniu przejścia do cywila dostaje zabytkową broń oraz zaproszenie od przyjaciela: meksykańskiego biznesmena Tiburona Mendeza. Przyjaciel przyjmuje go z otwartymi ramionami, proponuje wspólne polowania czy grę w tenisa. Tylko jest jeden mały szkopuł: młoda, piękna i pociągająca żona biznesmena. Do romansu jest strasznie blisko, a tutaj kwestie zdrady są rozwiązywane w sposób bardzo bezwzględny.

Adaptacja powieści Jima Harrisona planowana była od momentu wydania, czyli od 1979 roku. zainteresowany był sam John Huston wspierany przez producenta Raya Starka. Mimo zaangażowania do napisania scenariusza Waltera Hilla oraz obsadzeniu w rolach głównych Jacka Nicholsona i Orsona Wellesa, „Odwet” utknął w martwym punkcie. Sytuację zmienił zainteresowany projektem Kevin Costner, który po sukcesie „Nietykalnych” oraz „Byków z Durham” zebrał wystarczająco duży kasy, by zostać producentem wykonawczym, zagrać główną rolę, a także zatrudnić reżysera Tony’ego Scotta. W dniu premiery film został bardzo chłodno potraktowany przez krytykę oraz widownię, jednak po latach zaczęto cieplej myśleć o tym dziele. Niemniej w 2007 roku na DVD wyszła reżyserska wersja filmu, skrócona o ok. 30 minut i to ta wersja jest oceniana.

odwet1

Szczerze mówiąc byłem dość mocno zaskoczony faktem, że reżyser kojarzony z kinem akcji idzie w stronę romansu zmieszanego z kinem zemsty. I nie byłem przekonany czy młodszy z braci Scott będzie w stanie przekonująco pokazać relacje między trójką postaci. Miłość od pierwszego wejrzenia, żądza krwi, zemsta (i to z obydwu stron), przemoc. Zaskakuje tutaj bardzo spokojne tempo oraz bardzo naznaczona melancholią muzyka. Scott spokojnie buduje napięcie, mimo pewnej przewidywalności. Przynajmniej na początku, bo historia dzieli się na dwie części i każda wydaje się kończyć odwetem. Niby stawka jest tutaj kobieta, zaś los wobec niej nie jest zbyt łaskawy, ale tu chodzi o coś więcej: honor, godność, respekt.

odwet2

Klimat przypomina powieści lub filmy spod znaku czystej pulpy, co czuć mocno w dialogach. Krótkich, treściwych, bez zbędnych ekspozycji i tego typu dupereli. A że jest to romans, to nie mogło zabraknąć scen kipiących erotyzmem, bo sam związek wydawał mi się mocno naciągany i nie do końca mnie kupił. Bardziej interesowała mnie relacja kumpli oraz motyw wzajemnej zemsty, gdzie tak naprawdę nikt nie wygrywa, co jest dość nieoczywistym rozwiązaniem. Podobnie jak brak jednoznacznego podziału na dobro i zło. Niby na początku sprawa wydaje się jasna, lecz z każdą minutą pojawia się więcej odcieni szarości, przez co trudno kibicować bohaterom. Drugą niespodzianką były dla mnie zdjęcia, mocno przesiąknięte jeszcze stylem z lat 80. – światło przebijające się przez okna, mocna kolorystyka, skupienie na spojrzeniach. To nadal działa, podobnie jak dość oszczędnie użyte sceny przemocy: krótkie, ale intensywne.

odwet3

Muszę przyznać, że Scottowi udało się zebrać dobrych aktorów, który wykorzystują swój czas oraz pole do popisu. Troszkę zaskoczył mnie Kevin Costner, początkowo wyglądający jak starszy brat Toma Cruise’a z „Top Gun”. Niby przystojniak i troszkę sztywny, jednak w drugiej połowie zmienia się, nabiera mroku oraz żądzy zemsty. Fason trzyma Anthony Quinn, wcielając się w biznesmena prowadzącego nie do końca legalne interesy. Władczy, pełen majestatu godnego „Ojca chrzestnego”, ale na swój sposób lojalnego i trzymającego się zasad. No i najbardziej pociągająca z całej trójki Madeleine Stowe, od której nie można oderwać oczu.

„Odwet” to mniej znany i mniej oczywisty film w dorobku Tony’ego Scotta, który nie skupia się na dynamicznej akcji czy efekciarskiej rozwałce. Być może dlatego z czasem nabrał większego szacunku oraz uznania widzów. Mimo zahaczania o kicz, pozostaje strawnym oraz mniej oczywistym spojrzeniem na kino zemsty.

7/10

Radosław Ostrowski

The Highwaymen

Bonnie Parker i Clyde Barrow – ta para kochanków-morderców stali się pierwszymi sławnymi bandytami czasów Wielkiego Kryzysu. Ale ta sława spowodowała, że ludzie coraz bardziej zaczęli fascynować się nimi, czcząc ich jak bogów. Doczekali się nawet pokazania swoich losów na dużym i małym ekranie,  ale Netflix postanowił pójść w zupełnie innym kierunku. Całą tą historię prezentuje z perspektywy tropiących ich gliniarzach (a dokładniej byłych Strażnikach Teksasu): Franka Hamera oraz Manny’ego Gaulta.

highwayman1

Reżyser John Lee Hancock zrealizował ten film w taki sposób, jakby to była produkcja skierowana dla telewizji. Bardzo kameralna, spokojnie, wręcz ospale poprowadzona historia, ale zrealizowana w bardzo stylowy sposób. Mamy tutaj bardzo szczegółowo odtworzone realia lat 30., zaś całość (poza kryminalnym wątkiem) jest mieszanką kina drogi i… westernu. Ale zapomnijcie o jakiś widowiskowych strzelaninach (te są pokazywane z oddali) – może poza finałem czy dynamicznych pościgach. W zamian dostajemy zbieranie dowodów i poszlak, piękne krajobrazy oraz zderzenie dwóch weteranów ze współczesnym światem, którego nie rozumieją. Świata nie tylko pełnego dość rozwiniętej technologii (radia w samochodach, podsłuchy, auta, mocniejsze bronie), ale świata coraz bardziej brutalnego, gdzie sławę otrzymują bandyci, stając się współczesnymi bohaterami mass-mediów oraz społeczeństwo. Czyżby ten świat zwariował? I ta konfrontacja ze współczesnym światem jest jednym z ciekawszych wątków tego filmu.

highwayman2

Hancock bardzo sprytnie za to bawi się tym śledztwem. Sami nasi antagoniści nie są pokazywani z przodu, w pełnej sylwetce, tylko albo gdzieś z tyłu, albo z bardzo daleka. Zupełnie jakby Bonnie i Clyde byli nie z tego świata, jakimś nadprzyrodzonym tworem, co bardzo dobrze działa. Ale mimo znajomości finału, reżyserowi udaje się utrzymać uwagę do samego końca i ma kilka naprawdę mocnych scen (rozmowa z ojcem Clyde’a czy wspomnienie ataku na zbiegów i początek przyjaźni Franka z Mannym), które dodają smaczku do całości, podnosząc odrobinę poziom.

highwayman4

No i jeszcze mamy naprawdę świetny dobrany duet w rolach głównych, czyli Kevina Costnera i Woody’ego Harrelsona. Czuć między nimi taką szorstką przyjaźń, scementowaną latami doświadczenia, mimo dość dłuższej przerwy oraz różnie potoczonych losów. Ich wspólne przekomarzania, utarczki oraz zaufanie to najmocniejsza aktorsko karta w dorobku. Na drugim planie przewija się głównie Kathy Bates (gubernator Ma Ferguson) oraz John Carroll Lynch (naczelnik Lee Simmons), który – jak zawsze – trzymają fason, mimo krótkiej obecności na ekranie.

highwayman3

Muszę przyznać z czystym sumieniem, ze „The Highwayman” to jeden z lepszych filmów Netflixa ostatnich miesięcy. Zaskakująco kameralna opowieść zrobiona za skromne pieniądze, ale za to z pewną ręką, mocną obsadą oraz stylową realizacją. Wielu może odstraszyć bardzo wolne, wręcz żółwie tempo, ale ta demitologizacja pary zabójczych kochanków robi dobre wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Gra o wszystko

Pieniądze, pieniądze, pieniądze. To, że one rządzą światem jest oczywistą oczywistością, ale zdobyć je można na wiele sposobów. Jedną z metod jest organizowanie domu gry, gdzie osoby z najwyższych sfer (pełne dużych portfeli) grają w grach hazardowych o dużą kasę. Taką osobą była Molly Bloom, nazywana Księżniczką Pokera. Ta niedoszła sportsmenka została jednak oskarżona, m.in. o pobieranie prowizji (co jest nielegalne) oraz za współpracę z mafią, gdyż wśród jej graczy byli gangsterzy. Ale jak było naprawdę?

gra_o_wszystko1

Chyba każdy kinoman słyszał o Aaronie Sorkinie, jednym z nielicznych scenarzystów filmowych, którzy posiadają swój własny, niepodrabialny styl. Wystarczy zobaczyć takie filmy jak „Ludzie honoru”, „Wojna Charliego Wilsona”, „The Social Network” czy „Steve Jobs” (nie wspominając o serialach „Newsroom” i „Prezydencki poker”). Innymi słowy jest dużo gadaniny (dialogi lecą z prędkością karabinu maszynowego), w niemal teatralnych dekoracjach, lecz by zachować tempo, bohaterowie wypowiadają je zazwyczaj w ruchu. Tzw walk & talk. Tym jednak jednak Sorkin postanowił sam przenieść na ekran swój scenariusz, co z jednej strony powinno mnie cieszyć, ale z drugiej budzi wątpliwości. Napisanie scenariusza wydaje się być prostsze od fuchy reżysera, który musi zadbać o więcej rzeczy niż zapodanie dialogów w dobrym stylu.

gra_o_wszystko2

Ale Sorkin już od samego początku wie jak skupić uwagę, mimo dużej ilości słowotoku, co jest zasługą bardzo bajeranckiego montażu a’la Martin Scorsese. Pierwszy monolog, gdzie pada pytanie o największą porażkę dla sportowca przeplata się z pierwszym przełomem panny Bloom (upadkiem podczas zjazdu narciarskiego) oraz zaczynamy obserwować jej karierę w hazardzie. Najpierw praca jako sekretarka, potem licząca kasę u swojego szefa (także przy pokerze), wreszcie prowadzenie własnego, eleganckiego domu gry. Innymi słowy, wejście do męskiego świata. Przy okazji, dostajemy masę anegdot, krótkie zasady gry w pokera, spojrzenie na świat high-life’u oraz – niczym w klasycznym filmie gangsterskim – wzlot i upadek naszej bohaterki, która próbuje grać czysto w niezbyt uczciwym świecie. Świecie, gdzie za jeden błąd można zapłacić utratą wszystkiego: pieniędzy, reputacji oraz życia.

gra_o_wszystko3

By jeszcze bardziej zwrócić naszą uwagę, narracja jest dwutorowa. Mamy retrospekcje, pełne narracji z offu od samej Molly i to się przeplata z przygotowaniami do procesu oraz dialogami z obrońcą, Charliem Jaffeyem. A jednak, mimo przeskoków, cała akcja wydaje się klarowna i przejrzysta. Niemniej nie mogłem pozbyć wrażenia, że Sorkin zwyczajnie się popisuje. Że potrafi pisać zajebiste dialogi, pełne błysku, inteligentnych ripost, trafnych obserwacji, przypominając szybkie odbijanie piłeczek pingpongowych. I to, po pewnym czasie (dokładnie, gdzieś w 2/3 filmu) zaczyna robić się męczące. Jeszcze bardziej rozczarowuje mnie motywacja głównej bohaterki oraz wątek dotyczący jej relacji z ojcem, bo wydało mi się troszkę banalne.

Ale tak naprawdę ten film ma jednego mocnego asa w tej talii, czyli zjawiskową (nie tylko w kwestii ciuchów) Jessicę Chastain. Może i Molly Bloom sprawia wrażenie kalki kreacji z filmu „Miss Sloane”, czyli błyskotliwej kobiety, co nie daje sobie w kaszę dmuchać konsekwentnie dąży do swojego celu. I tak jak tam, nie można od aktorki kompletnie oderwać oczu, ona tutaj rozdaje karty i można odnieść wrażenie, że czasami ma więcej szczęścia niż ktokolwiek z jej graczy. Reszta obsady jest tutaj tylko solidnym tłem (jak Idris Elba w roli Jaffreya czy powoli wracający do gry Kevin Costner jako ojciec Molly), choć największą niespodziankę robi tutaj Michael Cena w roli tajemniczego Gracza X, który pod maską chłopięcej twarzy skrywa bardzo bezwzględnego gracza.

„Gra o wszystko” to zaskakująco udany debiut Sorkina jako reżysera, chociaż jego styl scenariuszowy może już powoli wywoływać zmęczenie materiału. Niemniej utrzymuje przez sporą część tempo, błyszczy montażowo i aktorstwo, zaś sporo dialogów to prawdziwe perły. Czysta sorkinoza.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ukryte działania

O podbijaniu kosmosu powstało już wiele ciekawych filmów jak „Pierwszy krok w kosmos”, „Apollo 13” czy ostatnio „Grawitacja” (aczkolwiek ten ostatni to bardziej survival). Ale czy można połączyć podbój kosmosu z równouprawnieniem i walką o godne życie dla kolorowych? Najnowszy film Theodore’a Melfiego pokazuje, że tak. A wszystko skupia się wokół programu Merkury, czyli pierwszych załogowych lotów kosmicznych NASA. Jest mi znana ta historia, gdyż widziałem znakomity „Pierwszy krok w kosmos” Philipa Kaufmana, ale tym razem zobaczymy to z innej perspektywy.

ukryte_dziaania1

Bohaterki są trzy, ale tak naprawdę skupienie jest na jednej: Katherine Goole, czarnoskórej matematyczce, pracującej w dziale obliczeniowym NASA. Jej przyjaciółkami są koleżanki z pracy: pulchna Dorothy Vaughn (nieformalnie pełniąca rolę przełożonej) oraz Mary Jackson, mająca ambicje oraz zacięcie inżynieryjne. Wszystkie trzy pomagają przy obliczeniach nad trajektorią lotów statków kosmicznych, a kulminacją opowieści jest lot Johna Glenna. Więc stawka teoretycznie jest wysoka, bo trzeba walczyć – w końcu finałowym celem jest Księżyc.

ukryte_dziaania2

Tej strony pracy w NASA nie pokazywano zbyt często na ekranie, więc jest to na pewno ciekawy punkt widzenia. Twórcy umieszczają to w konkretnym kontekście – pojawia się w telewizji dr King oraz zdarzenia związane z nienawiścią wobec czarnych (wspomniane jest podpalenie autobusu), wreszcie ciągle jest odczuwalna segregacja (oddzielne półki w bibliotece, miejsca w autobusie, toalety w budynku NASA), co bywa irytujące, ale nie zostało pozbawione humoru (sprawa toalety, która zostaje brutalnie rozwiązana za pomocą łomu czy uruchomienie komputerów IBM). I to nadal zastanawia, chociaż minęło już tyle lat od tych wydarzeń. Sporadycznie też poznajemy życie prywatne naszych pań, chociaż jest to ledwo liźnięte. Nie żeby to był zarzut, w końcu nie jest to najważniejszy motyw całej historii, ale pozwalał zbudować psychologię bohaterek, ich motywacje, lęki. zarówno walkę o możliwość studiowania (jedna, ale mocna scena w sądzie) czy pojawienie się nowego partnera dla Katherine – to daje także odrobinę luzu i humoru (padłem ze śmiechu przy scenie oświadczyn podczas kolacji rodzinnej).

ukryte_dziaania3

Trudno się przyczepić do kwestii technicznych – scenografia i kostiumy wiernie oddają realia epoki, dodatkowo wplatając archiwalne materiały. Zwłaszcza wygląda NASA oraz pracy Sekcji Obliczeniowej robią dobre wrażenie, nie dominując nad całością filmu. A lot Glenna (mimo wiadomego finału) potrafi utrzymać w napięciu, co jest pewną sztuką. Troszkę to psuje pojawiające się patetyczne wypowiedzi dotyczące pościgu za Ruskimi w podboju kosmosu, ale nie wywołuje to mocnego bólu gardła.

ukryte_dziaania4

Sam film byłby zaledwie poprawny, gdyby nie więcej niż solidne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się bardzo wyrazista Taraji P. Henson jako pani Goole. Skupiona, zdystansowana i próbująca dbać o własną rodzinę, ale gdy dokonuje obliczeń matematycznych przy tablicy, to wtedy działa jak prawdziwy komputer z iskrą geniuszu. Te sceny to prawdziwa wisienka na torcie. Poza nią solidny poziom trzyma Octavia Spencer (Dorothy Vaughn), chociaż pozostaje bardzo w cieniu partnerek. Niespodziankę wszystkim zrobiła piosenkarka Janelle Monae jako twardo walcząca o swoje Mary Jackson z odrobinę niewyparzoną gębą (spotkanie z policjantem na początku filmu), debiutując z prawdziwym hukiem. Ale drugi plan podporządkowuje wracający do formy (i dobrego doboru ról) Kevin Costner w roli szefa sekcji, Ala Johnsona. Trzeźwo myślący, niepozbawiony ambicji, ale i wyrozumiałości facet z dobrym ser duchem (ideał szefa, prawda).

„Ukryte działania” nie tworzą niczego nowego w historii kina, tylko są kolejnym przykładem historii, która może zainspirować do walki o swoją godność, spełnienie zawodowe. Solidne rzemiosło, sprawnie udokumentowane i oddające ducha realiów, ale brakuje w tym pazura. Ale czepiać się nie będę.

7/10

Radosław Ostrowski

Doskonały świat

Jest rok 1963, do Dallas ma przyjechać prezydent JFK. W tym samym czasie z więzienie ucieka dwóch ludzi – złodziejaszek Butch Haynes oraz psychopatyczny morderca Terry Pugh. Po drodze porywają 7-letniego Phillipa, a Butch zabija wspólnika. Między dzieckiem a mężczyzna tworzy się więź. Tropem zbiega wyrusza Strażnik Teksasu (nie, nie mylić z Chuckiem Norrisem) Red Garnett.

doskonaly_swiat1

Clint Eastwood postanowił nie spoczywać na laurach i rok po legendarnym „Bez przebaczenia” nakręcił kolejny film. Pozornie jest to film sensacyjny, ale tak naprawdę jest to obyczajowa historia o przyjaźni oraz inicjacji. Atmosfera przez większość czasu wydaje się lekka, niemal jak na wycieczce, ale o obławie przypominają sceny z Garrettem. Ale mimo tego całość sprawia wrażenie autentycznie poruszającego filmu z bardzo dramatycznym finałem, który nie kończy się do końca happy endem. Eastwood pewnie trzyma rękę na pulsie, nie brakuje tutaj zarówno scen przemocy, jednak nie są one pokazywane wprost (wyjątkiem jest to, co się dzieje u czarnoskórej rodziny), a wszystko to jest pozbawione naiwności i sentymentalizmu (może poza lekko rozciągniętą końcówką). Towarzyszą temu naprawdę piękne zdjęcia, trzymająca w napięciu muzyka oraz niepozbawiona dobrych dialogów oraz zabawnych sytuacji historia.

doskonaly_swiat2

Eastwood jednak nie byłby sobą, gdyby nie dobrał świetnych aktorów. Tym razem jednak na pierwszy plan wybija się Kevin Costner. Mówi się, że ten aktor nie wie, co to jest mimika twarzy, ale potrafi grać na emocjach, a Butch to tak naprawdę spoko facet. Gdyby nie jego kryminalna przeszłość, byłby naprawdę fajnym kolesiem. Inteligentny, niepozbawiony pewnego silnego kręgosłupa, ale potrafi się w nim obudzić psychol (po uderzeniu dziecka, grozi zabiciem ojca oraz knebluje usta całej rodzinie, a ojcu jeszcze związuje ręce). Razem z partnerującym mu T.J. Lowtherem tworzą zgrany duet, a chemia między nimi jest mocno silna. Sam Eastwood pojawia się na drugim planie jako tropiący gliniarz, jednak nie jest to emerytowana wersja Brudnego Harry’ego. To przede wszystkim facet unikający przemocy i używający przede wszystkim mózgiem oraz doświadczeniem. Podobnie działa Laura Dern jako psycholog Sally Gerber.

doskonaly_swiat3

Eastwood znów chwyta za gardło i utrzymuje swoją wielką formę. Może nie jest to Az tak wielki film jak „Bez przebaczenia”, ale to i tak bardzo dobre kino. Niepozbawione emocji, empatii oraz pewnej pozytywnej energii.

8/10

Radosław Ostrowski

doskonaly_swiat4

nadrabiam_Eastwooda

Ostatni gwizdek

Czym jest draft day? To dzień w lidze NFL (futbol amerykański), gdzie dochodzi do transferów zawodników. Wyborów dokonują menadżerowie drużyny. Właśnie przed takim dniem najtrudniejszego wyboru będzie musiał dokonać menadżer Cleveland Browns, Sonny Weaver Jr. A że nie jest to przyjemne, bo trzeba spełnić oczekiwania trenera, menadżera i wyjść z cienia swojego wielkiego ojca, którego syn zwolnił przed śmiercią.

draft_day1

Amerykański sport jest zrozumiały i popularny głównie w USA, więc poza tym krajem filmy o ich sportach mogą mieć problem z przebiciem ze względu na niezrozumiałość zasad. Chyba że to baseball czy piłka nożna, zwana przez Jankesów soccerem. O tym, że można zrobić świetny film sportowy nie pokazując samego sportu pokazał „Moneyball”. Najnowszy film Ivana Reitmana „Draft Day” próbuje iść w tym samym kierunku, pokazując sport z perspektywy menadżera. Więc nie zobaczymy jak sobie radzą zawodnicy (poza materiałami archiwalnymi i zapisami z taśm), tylko zobaczymy jak się prowadzi negocjacje. A nie jest to łatwe – korzystanie z „wywiadu” (szukanie słabości), rozmowy z menadżerami, presja właściciela szukającego szumu i prestiżu. W dodatku dość skomplikowane życie osobiste Sonny’ego (nie najlepsze relacje z matką i byłą, w dodatku jeszcze pojawia się nowa kobieta – podwładna) jeszcze bardziej rozprasza i nie zawsze pozwala dokonać właściwego wyboru. Pozornie wydaje się dość nieciekawym i typowym dramacie ze sportem w tle.

draft_day2

Ale Reitman jest tego świadomy i dość zgranie pokazuje wszystkie wątki. W połowie filmu, gdy dochodzi do tytułowego dnia draftu, napięcie gwałtownie rośnie i opada dopiero w ostatnich minutach. Dość sprytnym, choć mało zaskakującym patentem jest dzielenie ekranu w trakcie rozmów, co spełnia swoje zadanie bezbłędnie. Wszelkie zagrywki, gra na czas i próba osiągnięcia swoich celów – wtedy film zaczyna nabierać rumieńców, a patrzenie na ruchy i posunięcia naszego bohatera robią duże wrażenie. Technicznie to solidny, dość spokojny film, bez żadnych popisów i bajeranckich cuda wianków, ale one nie są potrzebne.

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. I tutaj najbardziej trzeba pochwalić Kevina Costnera, który może i swoje najlepsze lata ma za sobą, ale pokazuje, że jest w naprawdę dobrej dyspozycji. Może i on nie wie, co to mimika twarzy, ale wie co to jest modulacja głosu. Wewnętrznie rozdarty, opanowany, a jednocześnie porywczy i pełen energii – tak można opisać Sonny’ego, który czasami zdaje się na instynkt i co pokazuje finał, umie podjąć ryzyko. Mocna, wyrazista i świetna rola tego aktora od dawna. Partneruje mu trzymająca fason Jennifer Garner jako Ali, która na sporcie zna się naprawdę dobrze i jest kimś więcej niż tylko sekretarką. Choć na drugim planie przewija się kilka znanych twarzy, m.in. Frank Langhella (właściciel Molina), Terry Crews (Earl Jennings) czy raper Sean „P. Diddy” Combs (agent Chris Crawford), to tam zdecydowanie rządzi Denis Leary jako trener Penn. Bywa porywczy, nie rozumie planów Sonny’ego i go skreśla łatwo, ale widać, że – tak jak menadżerowi – zależy mu na drużynie i klubie.

draft_day3

Film miał być okazją powrotu Reitmana jak i Costnera do pierwszej ligi, jednak wpływy do kasy były za małe, więc znów trzeba będzie trochę poczekać. Trochę szkoda, bo to kawał bardzo solidnego kina. Dobrze zagrany, nie pozbawiony napięcia i emocji, z solidnym scenariuszem. Ja nie zmarnowałem tych dwóch godzin.

7/10

Radosław Ostrowski

JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Testament

W miasteczku Hamlin życie toczy się bardzo spokojnie i bez poważnych zakłóceń. Tak wyglądało życie m.in. państwa Weatherly. Mąż pracował, żona zajmowała się domem. Któregoś dnia mąż normalnie pojechał do pracy, żona z dziećmi są w domu i wtedy przestaje działać radio, telewizja, telefon. Dochodzi do wybuchu nuklearnego, a mąż nie wraca do domu. Kobieta musi sama zmierzyć się z rzeczywistością i pomóc swojej rodzinie przetrwać.

Jeżeli ktoś się spodziewał filmu stricte SF, będziecie musieli się rozczarować. Ta mało znana produkcja jest tak naprawdę dramatem obyczajowym, który dzieje się w poważnych okolicznościach. Promieniowanie, choroby, śmierć oraz mała nadzieja, że ojciec wróci, że wszystko minie i będzie dobrze. Surowa stylistyka, statyczne ujęcia, nawet wybuch nie jest widowiskowy (parę jaśniejszych kolorów). Ten cały lęk pokazany jest w bardzo stonowany i subtelny sposób (narada w kościele czy pokazanie chowanych zwłok w płótnach), ale to właśnie najmocniej działa na wyobraźnię. Bez wysokiego budżetu, efektów specjalnych – tym bardziej robi to wrażenie. Reżyserka Lynne Littman pewną ręką trzyma w zainteresowaniu do samego stopnia, bardzo powoli pokazując stopniowy koniec świata oraz bardzo powolne umieranie małego miasteczka (potęgowane przez wręcz elegijną muzykę Jamesa Hornera).

testament1

Ale największą siłą tego filmu jest znakomita Jane Alexander w roli Carol. Jest to kobieta, która musi być twarda, ale jest jednocześnie niepewna i wystraszona, łudząca się jeszcze nadzieją, że wszystko będzie dobrze. Jednak z czasem to się zmienia, choć stara się zachować godność w tym świecie.  Za to trudno nie pochwalić aktorów dziecięcych, ze szczególnym uwzględnieniem Rossie Harris jako Brada, który szybko dojrzewa i stara się najbardziej pomóc matce. Z innych ról zwróciłem uwagę na Leona Amesa (radiowiec Henry Albert), Mako (Mike, właściciel stacji), a także grające młode małżeństwo Kevina Costnera i Rebeccę De Mornay. Od tej strony naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić.

testament2

Film ten popadł w zapomnienie, choć z perspektywy czasu ciągle się broni nietypowym podejściem do tematu i świetnym aktorstwem. Bardzo ciekawa i smutna opowieść, która nadal jest aktualna.

7/10

Radosław Ostrowski