Wielka przygoda Pee Wee Hermana

Uwaga: Tekst może zawierać spojlery.

Kim jest Pee Wee Herman? To postać stworzona przez komika Paula Reubensa, która pojawiła się najpierw na estradzie, a potem w programie telewizyjnym „The Pee-wee Herman Show”. W końcu trafił na duży kinowy ekran. Ten elegancko ubrany – jak go nazwać – wygląda jak dorosły, ale ma mentalność dziecka. Mieszka sam, tak naprawdę z pieskiem i jest dość lubiany. Ale jego dość spokojne i uporządkowane życie zmienia się, gdy pewnego dnia jedzie do miast kupić parę rzeczy (m.in. różne przedmioty do robienia psot) i jego super fajny rower zostaje skradziony.

pee_wee_herman1

Kiedy Tim Burton został wyrzucony z Disneya, zwrócił uwagę osób z wytwórni Warner Bros., którzy postanowili dać mu szansę, by zrobił film o Pee-Wee Hermanie. I jest to jeden z najzabawniejszych filmów Amerykanina w karierze, gdzie miesza różne estetyki i style, tworząc pokręcony koktajl Mołotowa. Nie brakuje tutaj zarówno pokręconych wizji Burtona (senne koszmary dotyczące losów roweru), jak i wizualnego oczopląsu. Nieobliczalna wyobraźnię widać na samym początku, gdy wchodzimy do domu naszego bohatera. I nie chodzi o to, że w jego pokoju jest sporo zabawek, ale na przykład o sposób wykorzystania różnych rzeczy, gdzie wodę do węża ogrodowego odkręca się… hełmem dla nurków, a przyszykowanie jedzenia budzi skojarzenia z podobnym mechanizmem jakiego użył dr Emmett Brown w „Powrocie do przyszłości”.

pee_wee_herman2

Dalej jednak dzieją się równie szalone rzeczy, gdzie czasami logika przypomina sytuację ze starych kreskówek z Królikiem Bugsem, Strusiem Pędziwiatrem itp. jak w scenie, gdy Pee Wee podróżuje ze zbiegiem i tuż przed zatrzymaniem przez policję mamy… oboje poprzebieranych nie do poznania. Jak i kiedy zdążyli się przebrać? Nie mam pojęcia, a kompletnym wariactwem jest scena pościgu za Pee Wee w wytwórni Disneya, gdzie rower okazuje się dwukołową wersją pojazdu używanego przez Jamesa Bonda. Więcej wam nie zdradzę, bo to wariactwo trzeba zobaczyć samemu. Ja przy tym naprawdę bawiłem się przednio, a w cały klimat wtopiła się równie wariacka muzyka Danny’ego Elfmana, dla którego był to początek współpracy z Burtonem.

pee_wee_herman3

Jednak tak naprawdę film nie byłby taki, gdyby nie grający główna rolę Paul Reubens. Jego Pee Wee budził automatyczne skojarzenia z… Jasiem Fasolą, który na pewno jest bardziej sympatyczny i zawsze jest w stanie wyplątać się z największych tarapatów, zjednując sobie ludzi. Chociaż zapewne wielu zirytuje jego głos oraz śmiech – troszkę dziecinny i dziwaczny. Reszta postaci, łącznie z epizodami, zapada w pamięć, jednak pozostają one tylko tłem dla Hermana.

Pierwsza pełnometrażowa fabuła Burtona potrafi kompletnie namieszać, stanowiąc spory trening dla przepony. Choć poczucie humoru może skojarzyć się troszkę z triem ZAZ (natężenie absurdu na cm taśmy), nigdy nie przekracza granicy dobrego smaku. A co wy byście zrobili, gdyby skradziono wam rowerek?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Głosy

Poznajcie Jerry’ego – facet pracujący w fabryce produkującej sprzęt do łazienek. Zazwyczaj jest uśmiechnięty, ale nie potrafi się odnaleźć w towarzystwie innych ludzi. Można o nim rzec, że jest dziwakiem. I takiemu dziwakowi udaje się zakochać w koleżance z pracy – Angielce Fionie z księgowości. Jest jednak jedno małe ale. Jerry rozmawia ze swoimi zwierzakami, kotem i psem. Okej, przecież wielu tak ma. Ale nie każdy dopuszcza się morderstwa.

glosy1

Amerykanie mają wiele koncepcji na kino. Jedną z nich jest ściąganie do siebie ludzi piekielnie zdolnych, którzy albo zostaną zmieleni w papkę, albo pozostaną wierni sobie i osiągną sukces. Marjanne Satrapi – autorka komiksu „Persepolis” już od pewnego czasu realizuje filmy, w których nie brakuje elementów surrealistycznych oraz czarnego humoru („Kurczak ze śliwkami”). „Głosy” to pierwsza produkcja Francuzki zrobiona w USA i jest to bardzo mroczny thriller psychologiczny, mający być studium choroby psychicznej.

Jeśli zaś chodzi o humor, to jego źródłem są zarówno rozmowy z gadającymi zwierzątkami zachowującymi się jak Anioł i Diabeł. Kontrast jest widoczny także dzięki głosom (kot jest bardziej angielski i rzucający fakami na prawo i lewo, pies ma głęboki głos, bardziej serdeczny) oraz zachowaniu. Także niektóre sceny zgonów potrafią rozbawić, ale na krótko.

glosy2

Historia jest mroczna, co jest potęgowana przez realizację ocierającą się o ponure horrory (sposób filmowania mieszkania Jerry’ego, ślady krwi, ciemna kolorystyka), co naprawdę budzi przerażenie oraz niepokój. Strona plastyczna ma za zadanie pokazać, jak komórki mózgowe osoby chorej odbierają sygnały z zewnątrz. A gdy nasz bohater nie bierze leków, to wtedy może być naprawdę niebezpiecznie. Jeszcze bardziej jest to potęgowane, gdy wplątują się retrospekcje z przeszłości.

glosy3

Grający główną rolę Ryan Reynolds, kojarzony raczej z komediami tutaj dostał naprawdę trudne zadanie, z którego zaskakująco dobrze sobie poradził. Postać grana przez niego jest prowadzona bardzo oszczędnie, wręcz nienachlanie, jednak każda zmiana mimiki oznacza miotające się emocje. Reynolds także podłożył głosy pod towarzyszących Jerry’emu psu oraz kotu, co jest naprawdę sporym wyczynem. Także należy pochwalić partnerujące panie. Zarówno Gemma Arterton (Fiona), jak i Anna Kendrick (Lisa) sprawdzają się dobrze, przyjemnie oglądając obie aktorki.

glosy4

„Głosy” to mroczna, krwawa i – miejscami – zabawna historia pokazująca zwichrowany umysł chorego człowieka. Ostatnim filmem, który tak na mnie podziałał w tej tematyce był „Pająk” Davida Cronenberga, który nie był aż tak zabawny. Dziwaczna, ale interesująca mieszanka.

7/10

Radosław Ostrowski

Gran Torino

Walt Kowalski – stary, zrzędliwy pierdziel mieszkający w dzielnicy pełnej Azjatów. Nikt go nie lubi, wali prosto z mostu, rodzina liczy tylko na jego spadek i uważa go za niedołęgę. Pewnego wieczora pomaga młodemu chłopakowi znad przeciwka, który dostaje łomot od swojego kuzyna-gangstera. Ta relacja okazuje się bardzo istotna.

gran_torino1

Ostatni film Clinta Eastwooda z Clintem Eastwoodem w roli głównej. A jest to typowy Eastwood – małomówny, niepoprawny twardziel mocny nie tylko w gębie. W końcu gra Polaka (Matki Boskiej ani polskiej flagi nie widziałem) – może troszkę stereotypowego, czyli niepokornego, krnąbrnego i ostrego, ale i tak jest wiarygodny do końca. Sama historia jest tak przewidywalna, że nic nie jest w stanie tego zakryć. Ani niepoprawne politycznie dialogi, ani sarkastyczny humor, nawet rodzina Hmongów (taki lud z Wietnamu i Chin – było jeszcze trzecie państwo, ale wyleciało mi z głowy) wydaje się typowa. Ciapowaty syn, mądrzejsza siostra i babcia mówiąca tylko w swoim języku. Wiadomo jak się potoczy – Walt stanie się mentorem dla dzieciaka, który stanie się prawdziwym facetem, a narwanych gangsterów czeka zasłużona sprawiedliwość. aktorsko jest w porządku – bez jakiś błysków, ale i bez poważnej wtopy.

gran_torino2

Ale zakończenie przełamuje ten film, który byłby tak naprawdę jednym ze średniaków. Tam Clint kpi i ośmiesza przemoc (więcej nie powiem). Choćby dla niego warto zobaczyć tą konwencjonalną opowieść o starym pierdzielu, który tak naprawdę jest spoko gościem. Tylko jest jeden warunek – nie wkurwiajcie go.

gran_torino3

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Kosmiczni kowboje

W roku 1958 szkolono amerykańskich pilotów myśliwych do lotów w kosmos, gdy powstawała NASA. Jednymi z nich byli Frank Corvin oraz Hank Williams, ale wtedy zrezygnowano z nich. 40 lat później do Ziemi zbliża się rosyjski satelita „Ikona”, a Rosjanom zależy na pozbyciu się tego sprzętu z orbity, jednak maszyna nie reaguje na polecenia. Udaje się ustalić, że układ został „skopiowany” z amerykańskiego sprzętu zaprojektowanego przez Franka Corvina. NASA w osobie Boba Gersona zgadza się, by Corvin oraz jego dawni druhowie wyruszyli w kosmos, by odesłać „Ikonę” z dala od Ziemi.

kosmiczni_kowboje2

Clint Eastwood znów obsadził siebie w roli głównej i dał zadanie uratowanie świata. Ale całość jest podana w dość lekkiej, niemal komediowej formie. Całość oparta jest na antagonizmach łatwych do strawienia oraz miłych dla oka. Sam początek to retrospekcyjne przypomnienie rywalizacji między USA a Rosją o dominację (okraszone ładnymi zdjęciami w kolorystyce błękitu), a dalej jest kontrastowa walka między młodością i starością. Eastwood wykorzystuje ten kontrast nie tylko, by w żartobliwej formie przedstawić oswajanie się z powolną stratą siły fizycznej, ale też pokazuje niezmienność charakteru mimo upływu lat oraz siłę przyjaźni.  Jest bardzo zabawnie (fragment wizyty u Jaya Leno czy przeprowadzane badania), ale bardzo realistycznie pokazano wszelkie elementy szkolenia astronautów (ze wskazaniem na symulatory). Perłami są też ujęcia samej akcji (wygląda to całkiem widowiskowo), jednak tam pojawia się odrobina patosu oraz pokaz dzielności Amerykanów, która jednak nie przeszkadza w seansie.

kosmiczni_kowboje1

Sama ekipa prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Sam Clint nadal przypomina prawego i dzielnego kowboja, który jest obrońcą dawnych wartości, jednak bywa zapatrzony zbyt mocno w siebie, co Eastwood pokazuje wyraźnie. Razem z Tommy Lee Jonesem (Hank Williams) tworzą duet twardzieli, którzy nie odpuszczają sobie, bywają zgryźliwi i bardziej twardzi. Jednak widać pewną szorstką przyjaźń między nimi. Wspierani są przez czarującego Donalda Sutherlanda (uwodziciel Jerry) oraz równie uroczego Jamesa Garnera („Czołg” Sullivan), tworzący dowcipny drugi plan. I w zasadzie ta czwórka wystarczyła by za rekomendację, jednak drugi plan też jest dość wyrazisty z solidnym Jamesem Cromwellem (Bob Gerson) oraz Marcią Gay Harden (Sara Holland) na czele.

kosmiczni_kowboje3

Eastwood zamyka XX wiek filmem może nie zbyt ambitnym, ale przyjemnym i lekkim w odbiorze. To bardziej komedia niż film SF, ale co z tego. Bezpretensjonalna rozrywka zrobiona na naprawdę dobrym poziomie, okraszona porządnym humorem oraz znakomitą obsadą. Clint potem czegoś takiego już nie zrobił.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Honkytonk Man

Red Stovall to jest ktoś albo inaczej, chciał być kimś i odnieść sukces jako muzyk country. Dostaje zaproszenie na Grand Ole Opry (audycja radiowa), gdzie grają najlepsi z najlepszych. W końcu decyduje się ruszyć do Nashville, by zacząć karierę. Przybywa do swojej siostry lekko podchmielony oraz zabiera ze sobą – za jej zgodą – swojego siostrzeńca Whita oraz jego dziadka.

honkytonk_man2

Clint Eastwood nadal nosi kowbojski kapelusz, ale zamienia rewolwer na gitarę i nadal jest bardziej wyluzowany niż poważny. To lekkie kino drogi, rozładowywane humorem (kradzież kur, ucieczka z więzienia czy pozorowany napad), wizytami w knajpach oraz śpiewaniu country. Jednak ostatnie pół godziny to zmiana klimatu, a z naszym bohaterem jest coraz gorzej (propozycja nagrania płyty, podczas której coraz silniej naznacza się choroba) i końcówka staje się bardziej poważna. Finał bardzo mocno pokazuje dramat ludzi pełnych pasji, którzy są tak blisko jej spełnienia, ale nie doczekają się możliwości. Sama konstrukcja przypomina luźny zbiór żartów czy postaci, które przewijają się w tle – zadłużony koleś, który nie chce oddać forsy, marząca o karierze wokalistki dziewczyna pozbawiona talentu, właścicielka burdelu czy policjanci. W sumie wychodzi całkiem niezłe kino, jednak zakończenie niebezpiecznie skręca w stronę ckliwości.

honkytonk_man1

Muszę przyznać, że Eastwood we wcieleniu Reda pozostaje nadal twardy i silnym facetem, który lubi sobie wypić, a głos ma naprawdę niezły. Jest mniej cyniczny niż zwykle, jednak ta wersja Clinta jako cynika o gołębim sercu sprawdza się dobrze. Równie przekonujący jest jego syn Kyle (obecnie basista jazzowy) jako siostrzeniec Whit, tworząc zgrany duet z Clintem i obaj uwiarygadniają ten tytuł. Reszta robi za tło, które czasami bywa wyraziste.

„Honkytonk” bliżej jest do „Bronco Billy’ego”, czyli serwuje lekki klimat, sympatyczną przygodę z odrobiną humoru. Finał mocno zmienia tonację całej opowieści, a parę wątków można było bardziej rozwinąć, ale i tak ogląda się to całkiem nieźle. Ale najlepsze filmy dopiero miały nadejść.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Bronco Billy

Kim jest Bronco Billy – facet, który uważa się za najszybszego kowboja na Dzikim Zachodzie? Tak naprawdę jest szefem trupy cyrkowej, w której prezentuje różne sztuczki z czasów westernowych. Ale nie mają łatwo – brakuje asystentki w najtrudniejszych trickach (koło fortuny). I wtedy do trupy – nie do końca z własnej woli – trafia Antoinette Lilly, którą opuścił mąż.

Bronco_Billy2

Po robieniu zadymy, zabijaniu oraz cedzeniu ostrych słów, Clint Eastwood tym razem postanowił zrobić lekką komedię. Film ten jest miły i sympatyczny, pokazując dość jarmarczną formę Dzikiego Zachodu, a jednocześnie jest to pochwała konserwatywnych wartości z lojalnością i przyjaźnią na czele. O dziwo ogląda się to całkiem nieźle, co jest zasługą zarówno scen z pokazów (solidnie nakręconych oraz dynamicznie zmontowanych), fajnych postaci, chociaż sam scenariusz jest dość luźny i oparty na schemacie przyjazd-pechowa sytuacja-występ-wyjazd. Nie brakuje tutaj odrobiny humoru („napad” na pociąg czy troszkę szalony finał), który ratuje sytuacji oraz odrobiny akcji w postaci bijatyki w barze, jednak całość jest bardzo lekka, niemal familijna. Czuć tutaj pewną nostalgię i sentyment za Dzikim Zachodem, troszkę wyidealizowanym, gdzie wszystko było proste i jasne, a jednocześnie jest to ubrane w komedię romantyczną. Może i jest przewidywalna, ale miło się ogląda.

Bronco_Billy1

Sam Clint choć jest troszkę łagodniejszą wersją samego siebie, daje radę w roli Bronco. Jednak Clint parę razy serwuje swoje charakterystyczne oblicze, ale w zasadzie to porządny i fajny facet. I po raz pierwszy przekonałem się do Sondry Locke, która raczej wywołuje irytację, jednak jako rozkapryszona dziewczyna próbująca się odnaleźć w tym całym cyrku radzi sobie przyzwoicie. Ta dwójka ciągnie ten film, ale nie można nie wspomnieć Scatmana Crothersa (Doc Lynch – będący kimś w rodzaju impresario), Geoffreya Lewisa (podstępny mąż John Arlington) oraz Billa McKinneya (mistrz lassa – Lefty LeBow).

Bronco_Billy1

Miła i sympatyczna komedia, która przy browarze może być dobrym towarzyszem. Lekka i dość przyjemna rozrywka zabarwiona odrobiną nostalgii.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Wojna Charliego Wilsona

To były prawdziwe zdarzenia. Były one wspaniałe i zmieniły świat, ale końcówkę oczywiście spieprzyliśmy.

Być może to, co zobaczycie zabrzmi nieprawdopodobnie, ale działo się naprawdę. Charles Wilson był teksańskim kongresmenem, który miał spore znajomości i dwie poważne słabości – alkohol i młode kobiety. Pod wpływem przypadkowego impulsu (wiadomości w telewizji) dowiaduje się o wydarzeniach w Afganistanie. Polityk postanawia podjąć działania (jako członek Podkomisji Obrony może zwiększyć budżet na tajne operacje), w czym pomaga mu poważana bywalczyni salonów oraz doświadczony agent CIA. We trójkę dokonują karkołomnych operacji, by pogonić Sowietów z Afganistanu.

charlie_wilson1

Jak się miało okazja, ta dość pokręcona komedia polityczna była ostatnim filmem nakręconym przez zmarłego w tym roku Mike’a Nicholsa. Facet z pewnym dystansem i humorem opowiada historię tak nieprawdopodobną, że musi być prawdziwa. Nie brakuje tutaj dowcipnych dialogów (autorem scenariusza był Aaron Sorkin, który ma nosa do fabuł oraz dialogów – ci, co widzieli „Ludzi honoru”, „The Social Network” czy „Newsroom” wiedzą o czym mówię), oglądałem ten film ze zdumieniem i niedowierzaniem. Ponieważ polityków pokazuje się jako skorumpowanych bydlaków albo kompletnych idiotów. Nichols pokazuje mechanikę władzy, jednak trudno mi uwierzyć, że to można było tak łatwo to załatwić. Ale zakończenie jest bardzo gorzkie, pokazujące zatrzymanie się w pół drogi oraz krótkowzroczność polityki USA. Jak możliwe, ze takie mocarstwo potrafi rządzić tak idiotycznie? Plusem są wiernie odtworzone realia lat 80-tych (muzyka, scenografia, kostiumy i fryzury), dowcipne i niepozbawione ironii dialogi oraz solidna realizacja. Może się nie podobać propagandowy charakter (Amerykanie są ok, Ruscy nie), ale mocne wrażenie robi wizyta w obozie uchodźców – takich rzeczy się nie da wymazać.

charlie_wilson3

Od strony aktorskiej prezentuje się film naprawdę dobrze. Pozytywnie zaskakuje Tom Hanks w nietypowej dla siebie roli polityka-imprezowicza. Ale jak się okazuje ten facet ma zasady i zawsze dotrzymuje składanego słowa, co świadczy o pewnej klasie. A że lubi wypić szkocką oraz otaczać się pięknymi kobietami – jako singlowi mu wolno. Mniej mi się podobała Julia Roberts (ze szczególnym uwzględnieniem fryzur), która jest mniej wyrazista jako religijna oraz mająca spore wpływy bywalczyni salonów. Ale i tak obojgu aktorom szoł ukradł wyborny Philip Seymour Hoffman jako cyniczny i doświadczony agent CIA Avrakatos. Ma najlepsze teksty, niejasną motywację swoich działań i swoją obecnością rozsadza po prostu ekran. Tak potrafią wielcy aktorzy, prawda?

charlie_wilson2

Nichols pożegnał się z kinem w moim zdaniem dobrym stylu. Wielu może uznać, ze ta produkcja jest zbyt lekka jak na tematykę, ale ma dość wywrotowe przesłanie i kilka mocnych kwestii dających do myślenia. Ci dzielni Amerykanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Z Księżyca spadłeś?

Wiele mil kosmicznych stąd znajduje się planeta, gdzie mieszkają sami mężczyźni. Ich narządy rozrodcze są strasznie małe, więc rozmnażają się przez klonowanie. Wódz Grayston wysyła swojego najlepszego agenta, by przybył na Ziemię i zapłodnił jedną z kobiet, by dokonać podboju. Ale nie jest to takie proste jak się wydaje.

z_ksiezyca1

Mike Nichols zaczął nowy wiek od filmu, który odniósł kasową porażkę. Z czego to wynika? Być może z faktu, ze scenariusz napisało czterech kolesi (powszechnie wiadomo, ze gdy jest więcej niż dwóch scenarzystów, efekt jest zazwyczaj słaby). Sam humor oparty na seksie jest, niestety dość niskich lotów, choć taka metoda podboju i ubranie tego w komediowe szatki wydawało się całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że sama opowieść jest mało wciągająca, podejście naszego agenta (nazwiskiem Harold Anderson) jest zaskakująco naiwne i na początku jest to nawet zabawne. Jednak świszczący penis to nie jest zbyt fajna rzecz, a parę wątków (praca w banku, agent lotniczy tropiący naszego bohatera) nie do końca kleją się w całość. Jest parę niezłych gagów (nieudany seks), a i aktorzy też dają sobie radę (m.in. Annette Bening, Ben Kingsley, John Goodman czy grający główną rolę Garry Shamling).

z_ksiezyca3

Nie będę was jednak dłużej oszukiwał. Jako komedia jest nieśmieszna, choć punkt wyjścia był naprawdę ciekawy. Niestety, to najsłabszy film  karierze Nicholsa, który jest kompletną stratą czasu. Unikać jak kosmitę, chyba że jesteście nawaleni.

4/10

Radosław Ostrowski

Barwy kampanii

Henry Burton jest wnukiem legendarnego działacza społecznego, który włącza się do kampanii prezydenckiej gubernatora Jack Stantona – polityka wzbudzającego dość spore zaufanie. Jednak droga będzie wyboista i to nie tylko z powodu konkurentów, ale też słabostek prezydenta oraz ambicji jego żony.

barwy_kampanii4

Politycznych satyr, które nie pozostawiają na rządzących suchej nitki powstało mnóstwo, a same mechanizmy władzy wywołują raczej obrzydzenie i niechęć (kto oglądał „Idy marcowe” czy „House of Cards” wie o co chodzi), z tego powodu wiele starszych produkcji wydaje się dość archaicznych. Czy film Mike’a Nicholsa, który jest jawną aluzja do kampanii prezydenckiej Billa Clintona nie opowiada niczego, co bym nie wiedział – „Polityka to tarzanie się w błocie i każdy się musi ubrudzić” (Kazik Staszewski). Podczas kampanii wychodzi na jaw małostkowość ludzi, którzy marzą tylko o jednym celu – mieć władzę, tylko i wyłącznie, czasami po trupach (próba kompromitacji senatora Harrisa zakończona… śpiączką czy szukanie materiałów na kryształowego niemal Pickera), zdrady wewnątrz sztabu (afera z fryzjerką oraz spreparowanie rozmów przez jednego z członków sztabu) oraz gładkich słówek wygłaszanych dla wyborców. Moralność i uczciwość już dawno odeszły, wykorzystywana przez doświadczonych wyjadaczy. Owszem, bywają lekkie nudne momenty (zwłaszcza między jednym a drugim wiecem), jednak nie brakuje też ironicznego humoru (wykrycie zdrady, gdzie o mało nie dochodzi do odstrzelenia jaj) oraz gorzkich refleksji. Nie ma się do czego przyczepić, ale też niespecjalnie porywa jako całość.

barwy_kampanii1

Jeśli coś w filmie Nicholsa się sprawdza, to jest to naprawdę świetna obsada. Zaskakująco dobrze wypada tutaj John Travolta, który jest mocno stylizowany na Clintona. Stanton sprawia wrażenie wiarygodnego i przekonującego mówcę (świetna scena w stoczni), który wie jak przykuć uwagę, z odrobiną charyzmy. Partneruje mu w tym równie mocna Emma Thompson, która jest bardziej bezwzględna w dążeniu do celu od męża. Także grający główną rolę Adrian Lester w roli młodego i naiwnego Burtona radzi sobie naprawdę dobrze. Ale i tak szoł skradli niezawodni na drugim planie Billy Bob Thornton (doświadczony szef kampanii Richard Jemmons) oraz Kathy Bates (trzymająca mocny kręgosłup moralny Libby Holden).

barwy_kampanii2

Sam film wyszedł jako więcej niż przyzwoitą satyrą polityczną, choć nie zaskakującą niczym nowym. chyba w tym temacie nie da się już niczego nowego w tym temacie. Za to można pokazać zawsze intrygujące moralne dylematy.

barwy_kampanii3

7/10

Radosław Ostrowski

Klatka dla ptaków

Armand Goldman jest właścicielem klubu dla gejów „Klatka dla ptaków”, gdzie gwiazdą jest jego żona – Albert. Ich wspólny syn Val chce przedstawić swoja narzeczoną oraz jej rodziców – konserwatywnego senatora Keeley’ego, marzącego o reelekcji oraz jego żony. Co może wyjść z tego zderzenia dwóch światów?

klatka_dla_ptakow1

Jest to kolejny amerykański remake. Tym razem padło na francuską komedię „Klatka szaleńców” (nie widziałem), zaś zadanie przeniesienia na amerykańskie realia podjął się Mike Nichols. Wsparty przez scenarzystkę Elaine May, z którą występował w latach 60. na scenie teatralnej. Film ma dość prostą konstrukcję, opartą na odrobinie humoru sytuacyjnego oraz lekko farsowego qui pro quo. Może i to jest dość proste, ale autentycznie zabawne, bez szyderstwa, pójść w prymitywizm, z ciepłem oraz empatią, co zdarza się naprawdę rzadko. Nichols przedstawia homoseksualistów jako normalnych ludzi, którzy – tak jak ludzie powszechnie uznawani za normalnych – pragną miłości, akceptacji wobec siebie, przeżywają trudne chwile. Wygląd samego klubu jest niemal barokowe i rozwiewa wszelkie wątpliwości, co do tego kim są właściciele – fallusy, awangardowa sztuka itp., a gosposią jest transwestyta. Zderzenie tych światów (obiad) to mała perła dowcipu, gdzie wszystko się komplikuje, a finał potrafi rozbroić największego smutasa.

klatka_dla_ptakow2

To wszystko by nie wypaliło, gdyby nie aktorstwo z wysokiej półki. Robin Williams potwierdza tu swoje umiejętności jako bardziej męski gej ze sporym talentem tanecznym, pewnością siebie, ale też pewnego rodzaju nieporadnością i brakiem stanowczości wobec swojej partnerki. Prawdziwy popis vis comica serwuje tutaj genialny Nathan Lane. Nadwrażliwa i nadopiekuńcza matka, która bywa prawdziwym wrzodem na dupie. Ale udaje się uniknąć przerysowania i pójścia w stronę groteski, ale stworzenia pełnokrwistej postaci – mistrzostwo. Także grający dość konserwatywną rodzinę Gene Hackman (myślący o karierze senator) i Dianne Wiest (pani Keeley) radza sobie bardzo dobrze, a na drugim planie szaleje lekko pyskaty Agador (świetny Hank Azaria).

klatka_dla_ptakow3

Film ten tylko potwierdza, że Nichols sprawdza się w komediowych produkcjach, łączących inteligencję z humanizmem. Co z tego, że zapożyczone od żabojadów? Amerykanie wcale nie są od nich gorsi.

7/10

Radosław Ostrowski