Poważny człowiek

Larry Gopnik wydaje się szarym człowiekiem mieszkającym na przedmieściach w latach 60. Mieszka z żoną, dwójką dzieci przechodzących okres dojrzewania oraz bratem, który stracił mieszkanie. Uczy fizyki na uniwersytecie i ma wkrótce doczekać awansu. Spokój, powaga i stabilizacja, prawda? Problem w tym, że nic nie trwa wiecznie. Żona chce się rozwieść (bo go zdradza z Sy Ablemanem), jej kochanek chce się wprowadzić do mieszkania, przez co Larry musi spać w motelu, a jego syn kupuje płyty (za jego pieniądze). Świat zaczyna się coraz bardziej walić.

powazny czlowiek1

Bracia Coen znani są z tego, że bawią się wszelkimi gatunkami, a jednocześnie bardzo wnikliwie obserwują świat. Ale „Poważny człowiek” to chyba najbardziej nietypowy film w karierze rodzeństwa. Nie chodzi o mieszanie dramatu z komedią (bo to jest ich znak rozpoznawczy), czy osadzenia w lat 60., ale o coś więcej. Ton całości nakreśla pierwsza scena, która toczy się w XX-wiecznej Polsce, gdzie do małżeństwa trafia uczony w Piśmie. Niby nic niezwykłego, ale ten człowiek… 3 lata temu. Dybuk czy może jednak żywy człowiek? I zderzenie dwóch postaw: racjonalnej oraz religijnej. Która strona ma rację i czy Bóg naprawdę ich przeklął? I co to ma wspólnego z historią Gopnika (dalecy krewni, przodkowie, dybuk)? A może to nie ma znaczenia? Sama historia to powtarzające się spotkania Larry’ego z ludźmi, gdzie nie brakuje masy ekscentryków. Poza żoną i dziećmi, z którymi nie ma najlepszego kontaktu, jej kochankiem (nawiedza go nawet we śnie), kolegą z pracy, co zasiada w komisji czy azjatyckim studentem, który za pomocą przekupstwa chce wymusić zmianę oceny. No i wreszcie z rabinami, próbując znaleźć poradę, pocieszenie czy sens tego wszystkiego. Te ostatnie polane są absurdalnym humorem.

powazny czlowiek2

Wszystko to sprawia wrażenie bycia w jakiejś pułapce, gdzie pojawiają się kolejne sytuacje, konflikty oraz problemy pokazują Larry’emu (fantastyczny Michael Stuhlbarg), że tak naprawdę nic nie jest pewne. Że to, co nam się wydawało za porządny fundament, okazuje się bardzo kruchym budulcem, a sens życia trzeba nadać samemu. Jak to zrobić? Buntować się i dostosować do czasów nowoczesnych, czy może trzymać się tradycji i przyjmować wszystko z pokorą? Na to pytanie odpowiedzi nie znajdziecie, bo… może po prostu jej nie ma. A wszelkie koncepcje to tylko sposoby na interpretację tego świata – pełnego chaosu, nieprzewidywalności, nie kierującego się racjonalną logiką. I to jest w stanie pokazać finał, który zwiastuje jakąś nieodwracalną zmianę. Odpowiedzi jednak nie szukajcie, bo tej zakończenie (mocno urwane) nie da.

powazny czlowiek3

Realizacyjnie czuć rękę Coenów i słychać to w dialogach, opartych na repetycjach czy absurdalnym poczuciu humoru. Śmiech tutaj idzie przez łzy, nie brakuje przewrotnych momentów (bar micwa, gdzie syn przystępuje do niej… naćpany czy wizyta u doświadczonego rabina, gdzie Gopnik zostaje odprawiony z kwitkiem), zaś scenografia i kostiumy wiernie odtwarzają realia epoki, do której zaczynają się przebijać hipisowskie hasła. Ale najbardziej zaskakuje dość głębokie spojrzenie na żydowski Kościół i tradycję, co buduje autentyzm tego świata. Świata opartego na rodzinie i wierze, pozwalającej przetrwać wszystko.

powazny czlowiek4

„Poważny człowiek” dotyka troszkę tematów, której bardziej kojarzą mi się z Woodym Allenem, ale robią to po swojemu. Pozornie wydaje się nudny, oparty na powtarzalnych scenach oraz sytuacjach, jednak pokazuje klincz bohatera zawieszonego między dwoma światami: duchowym i racjonalnym. Jak tutaj zachować powagę?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fargo – seria 3

UWAGA!

Tekst może zawiera kluczowe elementy fabuły, więc osoby nie oglądające serialu, czytają na własną odpowiedzialność.

Dawno mnie nie było w Minnesocie, gdzie znajdowało się Fargo. Tym razem w trzeciej serii trafiamy do małego miasteczka AD 2010. Tutaj żyją dwaj bracia Stussy. Starszy, Emmit jest szanowanym biznesmenem („Król Parkingów Minnesoty”), żyje w pięknym domu z żoną i dziećmi. Młodszy, Raymond jest kuratorem sądowym, jeździ niedzisiejszym autem, zaś jego dziewczyną jest… podopieczna z pracy, Nikki Swango. Obaj panowie nie przepadają za sobą, a młodszy czuje się oszukany przez brata z powodu pewnego wydarzenia sprzed kilkunastu lat. Ray decyduje się wynająć jednego z podopiecznych (złodzieja, co oblał test moczu), by okraść brata z należnej mu własności. Niestety, złodziej gubi adres i zabija przypadkowego Emmita Stussy’ego. Starszy pan okazuje się być ojcem policjantki Glorii Bungle, dla której sprawa staje się osobista. Jakby tego było mało Emmit też wpada w kłopoty. Kiedyś pożyczył dużą sumę na rozwój firmy, ale przedstawiciel pożyczkobiorcy – pan Varga – nie chce zwrotu pieniędzy, tylko daje je jako inwestycję na rozkręcenie interesu.

fargo3-2

Przez wielu fanów serialu, jego trzecia odsłona uważana jest za najsłabszą. Oskarżano twórców o wtórność oraz zbyt mały udział showrunnera Noah Hawleya, pozbawioną tego unikatowego, eksperymentalnego stylu. To pierwsze oskarżenie dla mnie wydaje się troszkę bez sensu, bo w sumie cały serial to w zasadzie ta sama historia walki dobra ze złem, tylko z zupełnie innymi bohaterami. Ludźmi zderzonymi ze złem, swoją własną chciwością i głupotą, doprowadzając do jedynego, słusznego finału. Niemniej mniejszy wpływ Hawleya (w tym samym czasie tworzył drugi serial dla FX, czyli superbohaterski „Legion”) jest dość mocno odczuwalny, przez co zastępujący go filmowcy nie zawsze dają sobie radę z jego scenariuszami. Niemniej trzecie spotkanie to nadal interesująca historia. Ale po kolei.

fargo3-1

Trzecie „Fargo” nadal ma w sobie ducha braci Coen, co widać już w pierwszej, pozornie oderwanej od reszty, scenie. Tutaj mamy przesłuchiwanego w Berlinie Wschodnim mężczyznę oskarżonego o morderstwo. Mężczyzna nie jest Jurijem Gurką, który zabił kobietę o imieniu Helga, ale dla śledczego nie ma to znaczenia. Bo skoro facet mieszkał tam, gdzie Jurij Gurka, to się nazywa Jurij Gurka, prawda? Tylko, co jest właściwie prawdą? Dzisiaj w czasach fake newsów to pytania jest coraz bardziej aktualne, a to tylko jeden z motywów przewijających się w tej balladzie o chciwości. Bo za prawdę można uznać coś, co zostało starannie zaaranżowane (stworzenie seryjnego mordercy oraz dokonanie dodatkowych zabójstw, by wyciągnąć z aresztu Emmita Stussy’ego), co będzie po prostu wygodne (postawa nowego komendanta, lubiącego proste rozwiązania oraz odpowiedzi). Nawet zdjęcie czy film można zmanipulować, co osoby umiejące z tego korzystać, używają.

fargo3-3

Ale w gruncie rzeczy „Fargo” nadal pozostaje historią kryminalną, gdzie zbrodnia powstaje czasem z przypadku. I to on tak naprawdę determinuje działania ludzi, którzy próbują się odnaleźć w tym pozbawionym sensu świecie. Ten brak sensu jest chyba najbardziej odczuwalny w wątku ojca Glorii, który okazuje się być kiedyś popularnym pisarzem SF. Człowiekiem, który został oszukany i przez to stał się zgorzkniały i pozbawiony chęci do życia. W żadnej innej części tego serialu nie czuć tak mocno poczucia pewnej bezsilności, fatalizmu swojego losu. Jakąkolwiek podejmie się decyzję w oparciu o złe motywy (chciwość, nienawiść, żądza zemsty, manipulacja) musi dojść do kary. Chociaż sam finał sugeruje, że nie każdy zostanie ukarany za swoje czyny. A może?

fargo3-4

Nie brakuje tutaj momentów czy odniesień do stylu braci Coen. Rozbroił mnie odcinek zaczynający się wypowiedzią narratora (głosem Billy’ego Boba Thorntona), gdzie każdy z bohaterów ma przypisany swój instrument w momencie pojawienia się czy pozornie oderwany od głównego wątku odcinek poszukiwania śladów po Mosbly’m, okraszony animowaną wstawką, ilustrującą jedną z jego książek. Jest też wcześniej wymieniona scena konfrontacji zilustrowana tematem z oryginalnego „Fargo” czy tajemnicza kręgielnia z pewnym niezwykłym nieznajomym, którego gra Ray Wise (skojarzenia z „Big Lebowskim” oraz „Barton Fink” na miejscu), ale to wszystko troszkę za mało. Niemniej trzecia seria nadal potrafi wciągnąć, finał jest satysfakcjonujący, a realizacja nadal stoi na poziomie.

fargo3-5

No i kolejny raz udało się zebrać znakomitych aktorów, choć tutaj panowie mają więcej do roboty. W roli głównie gra dwóch Ewanów McGregorów, odpowiednio niuansując postacie Emmita oraz Raya. Ten pierwszy wydaje się pewnym siebie człowiekiem interesu, szpanującym swoim boactwem, zaś ten drugi jest bardzo wycofany, niepewny siebie oraz bardzo niezdarny. Gdyby nie jego kobieta, Ray nie zrobiłby nic. Problem w tym, ze obydwu łączy jedno – są idiotami. Emmit nie sprawdza firmy, od której bierze kredyt i coraz bardziej staje się podatny na manipulacje, zaś Ray jest zaślepiony żądzą zemsty oraz chęcią zarobienia szybkiej gotówki. Kiedy obaj odkrywają do czego doprowadziły ich działania, już nie mogą się wycofać. Równie dobrze wypada partnerujący Michael Stuhlbarg, będący wspólnikiem oraz doradcą Sy Feltz. Nasza reprezentantka prawa, czyli Gloria Burgle w wykonaniu Carrie Coon wydaje się być najmniej ciekawa spośród postaci po tej stronie Mocy. Oczywiście, nie można jej odmówić uporu oraz determinacji w dążeniu do wyjaśnienia sprawy, ale coraz bardziej ta postać przebija się przez mur. Mur głupoty, bezsilności oraz bezradności, który powoduje w niej nawet chęć rezygnacji, co jest pewnym novum w tym świecie. Niemniej kibicuje się tej postaci. Tutaj show kradnie w pewnym momencie Mary Elizabeth Winstead jako Nikki, tworząc prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Jej przemiana z zadziornej, charakternej dziewuchy w bezwzględną mścicielkę pokazana jest bez efekciarskich cuda wianków, tworząc bardzo charyzmatyczną postać.

fargo3-7

Ale dla mnie tak naprawdę liczył się tylko jeden aktor – David Thewlis, będący tutaj niejakim VM Vargą. Ten antagonista mocno wyróżnia się od pozostałych ról w tym serialu. Wygląda dość niepozornie (mocno zużyta odzież), a nawet dość obleśnie (wystające przednie, popsute zęby), jednak pod tym wszystkim kryje się prawdziwy geniusz zbrodni. Złotousty mówca, przewidujący kilka ruchów do przodu, zawsze opanowany i spokojny, ciągle niezaspokajający swój wielki głód (bulimia), o którego przeszłości nie wiemy nic. Przyciąga i magnetyzuje swoją charyzmą, tworząc bardzo niezapomnianą kreację gangstera. Powiem krótko – WYBITNA kreacja, zasługująca na wszelkie nagrody świata.

fargo3-6

Choć trzeci „Fargo” ma pewne wady i rysy, to nadal jest to serial z najwyższej półki, ratowany przez ocierające się o wybitność aktorstwo oraz dialogi, zawierające drugie dno. Mniejszy wpływ Hawleya spowodował pewne odbicie się fanów serialu, ja jednak cieszyłem się z powrotu do mroźnej Minnesoty. Troszkę inaczej rozkłada akcenty, ale pozostaje tak samo interesującą opowieścią w duchu Coenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Steve Jobs

Żaden człowiek w historii współczesnej technologii nie miał takiego medialnego szumu jak Steve Jobs – wizjoner, geniusz, jeden ze współodpowiedzialnych za coraz bardziej fikuśne wynalazki. Komputery, telefony, iPad i Bóg wie, co jeszcze. Geniusz, manipulator, skurwysyn czy robot? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć narzucający swój styl scenarzysta Aaron Sorkin oraz reżyser Danny Boyle. Jak im się to udało?

steve_jobs1

Jednak nie jest to klasyczna biografia, jakiej należało się spodziewać z tego typu gatunkiem, dlatego że fabuła skupia się na trzech prezentacjach nowych wynalazków: Mac, Nexta oraz iMaca. A dokładniej na kulisach przed tymi wydarzeniami. Tam zaczynają iskrzyć spięcia między Jobsem a resztą jego współpracowników: Woźniakiem, Hoffmann, Sculley, Hertzfeld oraz kobietą z córką, uważająca Jobsa za ojca swojego dziecka. Skoro jest Sorkin, to wiadomo, ze będziemy mieli tzw. „walk & talk”, podczas której poznajemy kolejne konflikty, animozje, spięcia. I jak to w fabułach Sorkina była, dialogi serwowane są z prędkością karabinu maszynowego, podkręcając w ten sposób napięcie oraz atmosferę. Tutaj mamy jeszcze pewne montażowe tricki: podczas rozmowy na ścianie widzimy odpalaną rakietę, w innej pojawiają się wplecione na ścianie cytaty czy sam początek, gdzie mamy rozmowę Arthura C. Clarke’a (autora „2001: Odysei kosmicznej” – tej literackiej), a także równolegle przeplatającą się przeszłość z teraźniejszością (rozmowy Jobsa ze Sculleyem) tylko podbijają stawkę. A w tle jeszcze mamy elektroniczno-symfoniczną muzykę Daniela Pembertona, dodając jeszcze więcej oliwy do ognia.

steve_jobs2

Sam reżyser musi żonglować niczym cyrkowiec różnymi elementami, by opanować ten cały bajzel. Bo sprzęt w ostatniej chwili nie chce zadziałać, bo Steve nie przyznaje się do swojej córki, zaś jej matkę traktuje bardzo szorstko (ta go z kolei wykorzystuje jako skarbonkę do wyciągania forsy). Jeszcze po drodze są jeszcze Woźniak, który czuje się bardzo niedoceniony (zrobił Apple II), pełniący role ojca Sculley czy próbująca w miarę utrzymać Jobsa na wodzy Joanna Hoffmann. Jednocześnie Boyle z Sorkinem chcą pokazać tytułowego bohatera w sposób jak najbardziej uczciwy sposób, co udaje się naprawdę bardzo przekonująco (zwłaszcza pod koniec).

steve_jobs3

Boyle mocno się odnajduje w tym całym stylu i zbiera naprawdę mocną obsadę. Pewne emocje wywołał wybór Michael Fassbendera, który za cholery nie jest podobny do Jobsa, jednak jest absolutnie GENIALNY. Z jednej strony to bardzo twardy, przekonany o swojej nieomylności, nie znający słowa: „pomyłka”, „błąd”, „nie mam racji”, bardziej przypominający robota (pamiętacie Davida z „Prometeusza” czy „Alien: Covenant”?) niż człowieka, ale jednak coś się w nim gotuje. Te różne spięcia wygrywa absolutnie bezbłędnie, kompletnie dominując nad wszystkimi. Co nie znaczy, że reszta jest nieciekawa. Kompletnie zaskakuje Seth Rogen (Steve Woźniak), grając absolutnie poważnie, fason trzyma Jeff Daniels (John Sculley), który zawsze dobrze wygląda w garniaku oraz Michael Stuhlberg (Andy Hertzfeld). Jednak drugi plan kradnie i dzieli Kate Winslet, która wydaje się być najmniej widowiskowa ze wszystkich, lecz staje się czymś w rodzaju głosu sumienia dla Jobsa. Ich wspólne rozmowy jeszcze bardziej podsycają całą temperaturę.

Byłem troszkę sceptyczny wobec „Steve’a Jobsa” odkąd odwołano ze stołka reżyserskiego Davida Finchera. Jednak Danny Boyle odnalazł się w tym charakterystycznym stylu Sorkina, odpowiednio podkręcając napięcie i nawet te wątki obyczajowe potrafią zaangażować. Kolejne potwierdzenie, że współpraca z Sorkinem zawsze zmienia się w złoto.

8/10

Radosław Ostrowski

Sama przeciw wszystkim

Waszyngton, czyli siedlisko uczciwości, gdzie politycy kierują się względami swoich wyborców, dbających jedynie o dobro swojego kraju. Oczywiście, że żartuję, bo każdy kto widział „House of Cards” wie, że jest zupełnie odwrotnie. I właśnie tutaj pracuje Elizabeth Sloane – lobbystka pracująca w potężnej korporacji. Ale pewnego dnia pojawia się senator w sprawie zniszczenia ustawy dotyczącej kontroli nad dostępem do broni. I wtedy pani Sloane wykonuje woltę, opuszczając swoich szefów oraz sprzymierzając się z małą firmą lobbystyczną, walczącą o ustawę.

panna_sloane1

Przyznam się szczerze, że nie do końca wiedziałem, czego spodziewać się po filmie Johna Maddena. „Miss Sloane” (polskie tłumaczenie jest do dupy) to thriller z zabarwieniem politycznym w duchu „House of Cards” czy scenariuszy od Aarona Sorkina. Innymi słowy, gadanina, gadanina, dynamiczny montaż oraz próba nadgonienia całej intrygi. Chodzi o przekonanie kongresmenów do glosowania za ustawą, a metody nacisku od lobbystów są bardzo szerokie: kłamstwo, manipulacja, łapówki, szantaże. Niby to wszystko widziałem i znałem z tysięcy tytułów („House of Cards”, „Idy marcowe” czy „Układy”), jednak reżyser nie gubi się tak bardzo w tym słowotoku. Udaje się zachować ciągłe tempo, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwile postoju.

panna_sloane3

Cała intryga zaczyna się w momencie, gdy Sloane zostaje postawiona przed komisją senacką pod zarzutem naruszenia etyki. A potem zaczynamy się cofać, by odkryć o co tu tak naprawdę chodzi. Tutaj niemal wszyscy bohaterowie są albo umoczeni i sumienia od dawna mają do sprzedania na Allegro czy innym Amazonie lub są wykorzystywani do konkretnych celów (jedna z pracownic nowej firmy naszej bohaterki). A po drodze różne podchody, wiele nieczystych zagrywek, które dzieją się głównie poza kamerą. I kiedy wydawało mi się, że jest już po wszystkim, przeciwnicy jak i nasza bohaterka zaczęli wyciągać kolejne asy z rękawa. Można się w tym bardzo łatwo pogubić, jednak Madden ciągle trzyma rękę na pulsie, a poczucie podskórnego napięcie potęgowała minimalistyczno-elektroniczna muzyka Maxa Richtera.

panna_sloane2

I w zasadzie można byłby to jeden z tysiąca filmów o tematyce polityczno-biznesowej, gdyby nie grająca główną rolę Jessica Chastain. W jej wykonaniu pani Sloane pozornie wydaje się kolejnym korporacyjnym szczurem, z zabójczą skutecznością oraz diabelnie inteligentną, podporządkowująca karierze całe swoje życie, za co pewną ceną są bezsenność i brak rodziny (to drugie wydaje się nie być problemem). Ale oglądając film, cały czas próbowałem rozgryźć tą cyniczną i bezwzględną sukę. Dlaczego decyduje się wystąpić przeciw swoim szefom oraz czemu jest przeciwna broni? Skąd nagle te przekonania? Wyrzuty sumienia, zdarzenie z przeszłości, jakaś trauma? Te pytanie pozostaje kompletnie bez odpowiedzi, co z jednej strony pozostaje problemem (bo w czasach, gdzie wiele rzeczy jest zazwyczaj wykładanych kawa na ławę), z drugiej zaś sprawiło, że nie jest w stanie wymazać tej zimnej, pozbawionej skrupułów harpii.

panna_sloane4

Cała reszta postaci, granych m.in. przez Marka Stronga (Rudolfo Schmidt), Michaela Stuhlbarga (Pat Connors) czy Gugu Mbathy-Raw (Esme) stanowią czasami bardzo mocne albo solidne, ale tylko tło, dodające wiele smaczku.

„Sama przeciw wszystkim” to całkiem zgrabna imitacja filmów w stylu Aarona Sorkina, gdzie dialogi są wystrzeliwane z prędkością karabinu maszynowego, coraz bardziej komplikującą się intrygą i przypominając starą prawdę, że cel uświęca środki. Ale czy aby jest on tego wart?

7/10

Radosław Ostrowski

Kształt wody

Poznajcie Elizę – to niezbyt młoda, w dodatku pozbawiona głosu kobieta, pracująca jako sprzątaczka. Ale nie w byle jakim miejscu, tylko w tajnej bazie, gdzie pracują naukowcy, wojskowi oraz tajny agenci. Pewnego wieczora (bo to nocna praca jest) do placówki trafia tajemnicze coś – istota będąca taka humanoidalną dużą rybą. Ma być zbadana lub (w razie braku powodzenia) zlikwidowana. Kobieta zaczyna potajemnie „spotykać się” (o ile można to tak nazwać) z tym stworem.

ksztalt_wody1

„Kształt wody” to najnowsze dziecko Guillermo del Toro – jeden z najbardziej wyrafinowanych plastycznie twórców kina. Sam film to bardzo dziwna mieszanka baśni, horroru, kina szpiegowskiego oraz melodramatu, bardzo niekonwencjonalnego. Jakimś dziwnym cudem to wszystko nie rozłazi się i nie wywołuje zgrzytów. Realizm splata się z fantastyką, miłość z przemocą i krwią, a wszystko to reżyser prowadzi bardzo zgrabnie, tworząc bardzo unikającą opowieść o inności, bliskości oraz przyjaźni. Ale i realia nie są wybrane przypadkowo – lata 60. to czas, gdy nieliczni mogli być traktowani jak ludzi (czarnoskórzy, homoseksualiści), przez co traktowano ich z uprzedzeniami oraz lękiem. Tak jak naszego stwora, mającego stanowić nową broń w walce z Sowietami.

ksztalt_wody2

Wszystko się zaczyna gmatwać, ale reżyser bez cienia fałszu, za to z ogromnym ładunkiem subtelności oraz empatii. Te jajka, troszkę nieśmiałe gesty, grana muzyka czy wreszcie fizyczny kontakt (spokojnie, bez obrzydliwości). Nie brakuje lekkości w kilku scenach („taniec” przed telewizorem), ale jednocześnie jest konsekwentnie budowane napięcie jak w wątku szpiegowskim czy podczas próby porwania istoty. Wszystko to wygląda nieprawdopodobnie pięknie, a kilka kadrów (finał, krople deszczu podczas jazdy autobusem czy czarno-biała partia musicalowa) zostanie w pamięci na długo. Ale najbardziej zaskakuje tu fakt, że to bohaterowie uznawani za wykluczonych (niemowa, gej, czarnoskóra) okazują się być najbardziej szlachetnymi oraz normalnymi ludźmi w tym szalonym świecie pełnym wrogości, uprzedzeń, nienawiści. Del Toro, mimo wszystko wierzy w człowieka, że potrafi wznieść się ponad zabijanie czegoś, co jest nieprzydatne lub niezrozumiałe.

ksztalt_wody3

A w tym wszystkim znakomicie sekundują aktorzy. Największe wrażenie robi Doug Jones, czyli nasz stwór, który się nie odzywa, ale ma w sobie coś tak poruszającego, że nie da się go traktować tylko jako zwierzątka. Poruszająca, znakomicie wyglądająca postać. Z ludzi zachwyca Sally Hawkins, która miała utrudnione zadanie – jak pokazać emocje bez mówienia? Robi to wybornie za pomocą gestów oraz mowy ciała, z każdą minutą coraz bardziej promieniejąc oraz nabierając kolejnych sił do konfrontacji. Jej przemiana z szarej myszki do silnej kobiety robi ogromne wrażenie. Partneruje jej znakomity Richard Jenkins (sąsiad-gej Giles), a także Octavia Spencer (koleżanka Zelda). Ale film kradnie absolutnie magnetyzujący Michael Shannon w roli pułkownika Stricklanda – pozornie opanowany i spokojny, lecz bezwzględnie dążący do realizacji celu.

ksztalt_wody4

Nie wiem jakim cudem sprawił to Del Toro, ale „Kształt wody” porusza, jest pełen wrażliwości oraz dopieszczony wizualnie. To wizja romantyka, który może i jest naiwny, ale szczery w swoim przekazie. Brzmi to bez sensu? Sprawdźcie to sami – ja to kupuję.

8/10

Radosław Ostrowski

Tamte dni, tamte noce

Włoskie miasteczko gdzieś na początku lat 80. To właśnie tutaj mieszka rodzina Perlmanów. On jest profesorem specjalizującym się w kulturze greko-romańskiej, ona jest tłumaczką. I jest jeszcze syn, 17-letni Elio – czytający książki, grający na fortepianie muzykę klasyczną oraz chodzącego z dziewczyną Marzią. Ale w te wakacje, jak co roku, przyjeżdża stypendysta do pomocy ojcu. Jest nim Amerykanin Oliver.

tamte_dni_noce1

Luca Guadagnino niejako powtarza klimat znany z „Nienasyconych”, czyli wakacje w Italii oraz bardzo powoli budzące się uczucia. Jednak w przeciwieństwie do poprzednika jest to letni romans w niesamowitych plenerach. Ruiny miasta, starożytne posągi oraz willa, gdzie mieszka familia – i to słońce. Sam początek jest dość powolny, a wszystko opiera się z jednej strony na masie niedopowiedzeń, spojrzeniach, zatrzymanych gestach, z drugiej reżyser (rzadko i dość delikatnie) używa łopaty. Mam tu na myśli scenę, gdy matka czyta XVI-wieczny romans, który – całkiem przypadkowo – współgra z tym, co ma się wydarzyć w życiu Elio. Sam film próbuje bardziej przemówić sfera wizualną, pełną nasyconych kolorów, reliktów przeszłości, jakbym oglądał któryś z pierwszych filmów Bertolucciego. Wszystkiego zaczyna nabierać rumieńców gdzieś w połowie, a dla Elio to całe zdarzenie będzie też odkrywaniem swojego „ja” oraz tajników miłości (jedno słowo: morela – nic już po tym nie było takie same).

tamte_dni_noce2

Ten romans jest poprowadzony tak delikatnie jak to jest możliwe i być może dlatego to wszystko tak angażuje, a finał tak boli. Tutaj płeć kochanków nie miała dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, co pokazuje jaką siłę emocjonalną ma ten tytuł, jednocześnie unikając sentymentalizmu czy kiczu, co jest zasługą pewnej ręki reżysera oraz uważnego scenariusza.

tamte_dni_noce3

Ale to nie miałoby w sobie tej siły, gdyby nie świetne aktorstwo. Uwagę zwraca zwłaszcza Timothee Chalamet, o którym na pewno jeszcze usłyszymy. Elio na początku sprawia wrażenie lekko pretensjonalnego chłopaka znającego się niemal na wszystkim (intelektualista totalny), wchodzącego w dorosłość młodzieńca, bardzo wyciszonego. Zaskoczył mnie za to Arnie Hammer, czyli bardziej wyluzowany, pewny siebie Oliver, zaś chemia między nimi powoli zaczyna się rozkręcać. A swoje pięć minut ma też Michael Stuhlberg, czyli ojciec Elio (monolog pod koniec autentycznie porusza), stanowiąc solidne tło.

tamte_dni_noce4

Guadagnino powoli podkręca klimat oraz atmosferę, ale nie jest to kontrowersyjne, szokujące czy prowokujące. To tylko albo aż wakacyjny romans, klimatyczny, nastrojowy oraz działający na wszelkie zmysły. Czy zostanie w pamięci na dłużej? To już kwestia indywidualna, ale warto dać się uwieść.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nowy początek

Ile razy już to mieliśmy? Pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską to jeden z archetypowych motywów kina SF. Najczęściej oznaczało to siłową, brutalną konfrontację między kosmitami chcącymi przerobić naszą planetę w proch i pył, a dzielnymi, prawymi Amerykanami. Jakoś dziwnie ufoludki pokochały USA, by lądować tam. Nie inaczej jest i tutaj, ale to tylko jeden z dwunastu statków pojawiających się na Ziemi. Kim są? Czego chcą? Dlaczego akurat wylądowali tam? Do jednego z takich miejsc trafiają wojskowi, naukowcy, agenci rządowi, wśród nich bardzo ceniona lingwistka Louise Banks, wspierana przez matematyka i fizyka Iana Donnelly’ego.

nowy_pocztek1

Tym razem jednak całość pilotuje Denis Villeneuve, który potrafi pokazać pazur w kinie gatunkowym, co pokazał w mrocznym „Labiryncie”. Ale kino SF rządzi się innymi prawami niż thriller czy kryminał, chociaż jak każdy gatunek można poprowadzić na kilka sposobów. Od razu uprzedzę, że nie ma tu miejsca na strzelaniny, popisy pirotechniczne czy gości od efektów specjalnych. Tak naprawdę ufo jest tylko papierkiem lakmusowym, a najważniejsi jesteśmy my, ludzie. Jak reagują ludzie? Strachem, lękiem, agresją, co jest absolutnie zrozumiałe. A politycy kłócą się ze sobą i nie potrafią wznieść się ponad swoje podziały, lęki, strachy, dążąc do siłowej konfrontacji jak przywódca Chin. I jak my mamy znaleźć kontakt z obcą cywilizacją, gdy sami ze sobą nie potrafimy się dogadać, mimo nowoczesnej technologii oraz różnych gadżetów? Czy jesteśmy w stanie wznieść się ponad swoimi strachami czy tak jak zawsze najpierw będziemy chcieli spuścić łomot?

nowy_pocztek2

Sceny, gdy powoli odkrywamy język naszych kosmitów to małe perełki, które oglądałem niczym w rasowym kryminale. Tajemnica, która musi zostać rozwiązana, gdyż od niej zależą losy naszego znanego świata. Nie zapomnę sceny pierwszego spotkania Louise z obcymi, mającymi macki niczym ośmiornice w szczelnym, wręcz surowym wnętrzu statku. I jest ta szyba pełna mgły, gdzie ledwo widać kogokolwiek. Pierwsze ruchy, pierwsze tajemnicze kółka i próba wgryzienia – wtedy Villeneuve podkręca napięcie kolejnymi spojrzeniami, znakami i pytaniami. Wszystko zrobione bardzo prostymi środkami, bez efekciarstwa i zadymy.

nowy_pocztek3

To jednak jeden z aspektów, bo drugim jest nieuchronność podjętych przez nas decyzji oraz wejść do naszego niemal wnętrza. I w końcu Louise (jedyna kobieta w tym całym męskim świecie) musi dokonać pewnego wyboru. Czy gdybyś mógł się cofnąć w przeszłość, zmieniłbyś coś w swoim życiu? – pyta nasza bohaterka. Ciągle pojawiają się przebitki na zdarzenia z życia prywatnego Louise – rozpadu małżeństwa, śmierci dziecka. Początkowo może to wprawić w konsternację, ale nie ma tutaj niczego przypadkowego, włącznie z zakończeniem, które wprawiło mnie w zakłopotanie i jedno wielkie WTF? Nie zdradzę wam dokładnie o co chodzi, ale ma to związek z czasem. To na szczęście jedyna skaza tego filmu.

nowy_pocztek4

Villeneuve pewnie prowadzi całą fabułę pewną ręką i nie traktuje nas jak idiotów. Owszem, są pewne sceny tłumaczące działania naszej bohaterki (świetne pokazanie związane z zadaniem pytania o cel obcych), ale ponieważ jest jedyną lingwistką w grupie, to te wyjaśnienia pomagają rozgryźć całą pracę. Do tego jest to fantastycznie zagrane. Film bezczelnie kradnie wszystkim zjawiskowa Amy Adams jako delikatna, wyciszona, ale bardzo skupiona, inteligentna i bardzo cierpliwa. Jak wobec dziecka, któremu trzeba objaśnić pewne skomplikowane rzeczy. Ma mocnych partnerów w osobach Jeremy’ego Rennera, obsadzonego wbrew swojemu emploi, który daje radę jako inteligentny naukowiec oraz Forresta Whitakera wcielającego się w wojskowego.

„Nowy początek” to jeden z najciekawszych filmów SF ostatnich lat, gdzie fantastyczna otoczka jest tylko pretekstem do pokazania i spojrzenia tak naprawdę na człowieka – jego lęki, wątpliwości oraz działań. A co wy byście zrobili w sytuacji pierwszego kontaktu? Reżyser daje bardzo wiarygodną i przekonującą wizję, skupioną na realizmie oraz psychologii postaci niż tylko na rozwałce. I to lubię, a mam wrażenie, że jeszcze wrócę do tego filmu. 

8/10

Radosław Ostrowski

Trumbo

Hollywood – kto z nas nie chciałby choć raz tam zamieszkać. Jednak nie zawsze był to czas słodki i beztroski. Nawet, jeśli mówimy o złotych latach 40. i 50., gdyż był to okres mroczny w historii USA. Czas polowania na czerwone czarownice oraz obsesji na punkcie obecności komunistów. Jedną z ofiar tego czasu był scenarzysta filmowy Dalton Trumbo – bohater nowego filmu biograficznego Jaya Roacha.

trumbo1

Reżyser ten jest twórcą tworzącym niejako dwutorowo. Z jednej robi dość prostackie komedie jak cykl o pielęgniarzu Gregu Fockerze („Poznaj mojego tatę”, „Poznaj moich rodziców”), z drugiej realizuje dla telewizji ambitne filmy o polityce („Zmiana w grze” o wyborach 2008 roku i udziale Sary Palin). Rzemiosło reżysera wydawało się i tak zaskakującym wyborem na film biograficzny, ale udało się. Reżyser bardzo przekonująco odtwarza realia lat 40 i 50., z tym całym blaskiem i sznytem. Mieszkanie aktora Edwarda Robinsona, gdzie spotykali się scenarzyści sympatyzujący w kierunku bardziej liberalnym, skromny dom Trumbo czy plan filmowy wygląda bardzo porządnie. Podobnie z pietyzmem oddano kostiumy i wpleciono we wszystko materiały archiwalne. Owszem, sama opowieść jest dość uproszczona i przewidywalna: sukces, upadek, działalność konspiracyjna oraz spektakularny powrót, ale ogląda się to z zaangażowaniem. Roach konsekwentnie przedstawia portret Trumbo oraz jego środowiska, próbującego sprytem pokonać i ośmieszyć osoby pokroju senatora McCarthy’ego oraz Heddy Hopper, broniącej Amerykanów przed komunistami. Te postacie przedstawiane są jako bezwzględni manipulatorzy, precyzyjnie wykorzystującymi strach, posuwając się do szantażu.

trumbo3

Jak mocno oddziałuje ten strach widać w scenach, gdy państwo Trumbo przenoszą się do nowej dzielnicy, a sąsiedzi przesyłają „przyjazne” listy, brudzą basen. Także naciskają na wpływowych ludzi z branży. Zagrożenie praw obywatelskich nadaje uniwersalnego charakteru całości. Sam Trumbo w filmie pokazany jest jako geniusz w swojej branży, mistrz pióra oraz rzemieślnik. Grający go Bryan Cranston w pełni oddaje jego charyzmę i spryt, ale też i egoizm. Tytan pracy, zmuszający się do ciągłej koncentracji (z tego powodu nie przychodzi na urodziny córki) oraz zapatrzony w siebie Trumbo jest bardzo trudny w obyciu, ale nie boi się swoich przekonań. Aktor zawłaszcza sobą ekran, a fizyczne podobieństwo do pierwowzoru jest imponujące.

trumbo2

Drugą wyrazistą postacią jest Heddy Hopper, grana przez wyborną Helen Mirren. Pod tym pozornie miłym spojrzeniem jest zimna i twarda suka, przekonana o swojej sile oraz bezwzględności. Te dwie role zahaczają o wybitność i warte są wszelkich wyróżnień. Poza tą dwójką mocno wyróżnia się świetny Louis C.K. (uparty i walczący o swoje racje scenarzysta Arlen Hird), niezawodny John Goodman (producent Frank King) oraz solidny Michael Stuhlberg (aktor Edward G. Robinson).

trumbo4

Roach swoim „Trumbo” potwierdza swoje ambicje w tworzeniu kina gatunkowego. Sam film w sobie jest przyzwoity i ma ciekawą historię, ale to świetne aktorstwo wnosi go na wyższy poziom. Mniej znany okres w historii USA jak bardziej warty przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Blue Jasmine

Jasmine była żoną strasznie dzianego faceta w Nowym Jorku. No właśnie, była. Ponieważ jej mąż okazał się oszustem finansowym (kimś w rodzaju Madoffa), została pozbawiona wszelkich środków i nieruchomości. I co może zrobić? Decyduje się przyjechać do swojej siostry na zadupie (czyli San Francisco), by pozbierać się. A może pojawi się jakiś nowy facet?

jasmine1

Wszyscy znamy Woody’ego Allena jako twórcę błyskotliwych komedii z inteligentnymi dialogami, wnikliwymi obserwacjami damsko-męskimi. Ale jego najnowszy film to zupełnie inna półka. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru bazującego na zderzeniu świata bogatego z proletariackim, ale jest to bardzo gorzki dramat z bardzo wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci. Wyraźnie jest tutaj skontrastowane spokojne i bardziej ciepłe San Francisco z pełnym blichtru i bogactwa Nowym Jorkiem – pełnym zakłamania i hipokryzji (to miasto poznajemy tylko w retrospekcjach, przeplatających się z rzeczywistością). Ale tak naprawdę jest to historia o tym, że życie nie jest łatwe ani przyjemne, że szklanka jest do połowy pusta. Zaś postacie to przede wszystkim ludzi pełni buty, pozerstwa i głupoty, ale oni nigdy się nie zmienią. I co wtedy zrobić, żeby żyć dalej. Są dwa wyjścia – albo żyć złudzeniami, że jeszcze będzie lepiej (Jasmine) albo pogodzić się z tym faktem i brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (Ginger). Owszem, widać elementy charakterystyczne Allena (dialogi, jazzowa muzyka i prosta czołówka), jednak tym razem nabiera to innego wydźwięku. I mimo pewnej zmiany tonu, ogląda się to naprawdę dobrze, choć ta pigułka jest naprawdę mocna i brutalnie szczera.

jasmine2

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. Nie brakuje tutaj wyrazistych ról takich aktorów jak Bobby Carnivale (trochę prymitywny, ale szczery Chili), Michael Stuhlberg (dr Flicker, podkochujący się w Jasmine), Alec Baldwin (Hal, mąż Jasmine) czy bardzo atrakcyjny Peter Saarsgard (Dwight, marzący o karierze polityka).

jasmine3

Jednak tutaj dominują panie. Zacznę od świetnej Sally Hawkins – prostej kobiety, która zazdrościła swojej siostrze bogactwa, elegancji, ale jednocześnie nie znosi w niej dystansu wobec reszty. Mocna i ciekawa postać. Ale cały splendor idzie w stronę Cate Blanchett, która tworzy naprawdę wielka kreację. Jasmine to kobieta, która jest przyzwyczajona do życia na pewnym poziomie (nawet spłukana przylatuje samolotem lecąc pierwszą klasą). Co jeszcze? Neurotyczka mająca napady braku oddechu i gadająca czasem do siebie, uzależniona od leków oraz mocno żyjąca złudzeniami, wręcz naiwna. Blanchett gra ta rolę na granicy przerysowania, wręcz groteski, ale tak naprawdę było mi żal tej kobiety i naznaczając ją pewnym tragicznym rysem, nigdy nie przekraczając granicy przesady.

jasmine4

„Błękitna Jasmine” wprawiła mnie mocno w konsternację, gdyż spodziewałem się trochę innego filmu od Allena. Nie oznacza to, że seans był kompletnie nieudany. To kawał mocnego, poważnego kina, które skłania do refleksji i pokazuje Allena z troszkę innej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski