Gra Endera

W niedalekiej przyszłości, ludzkość toczy ciężką wojnę z robalami. Po 50 latach, robaczki chcą wrócić i znów spuścić nam łomot. Ale ludzie już są do tego przygotowani i stworzyli ośrodek szkoleniowy, gdzie trenowane do walki są… młodzi nastolatkowie. Jednym z nich jest Andrew „Ender” Wiggin – urodzony jako Trzeci (rodziny mogły mieć tylko dwoje dzieci, zaś o trzecie musiały mieć pozwolenie), w którym dowódca szkolenia pułkownik Graff dostrzegł potencjał na wielkiego stratega. Poznajemy go w momencie, gdy chłopak zostaje… usunięty ze szkoły na Ziemi.

ender1

Przeniesienie na ekran powieści Orsona Scotta Carda wydawało się praktycznie zadaniem nie do zrealizowania. Ale kiedy 30 lat po napisaniu powieści, dochodzi do realizacji niemożliwego, to wiedzcie, że coś się dzieje. Zadania adaptacji podjął się Gavin Hood, który jakoś nie ma ręki do dobrych filmów („X-Men Geneza: Wolverine” najlepszym przykładem), ale jak wiadomo zła passa nie może trwać wiecznie. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice głównego bohatera, który jest kreowany i wsadzany w buty „charyzmatycznego stratega”, od którego zależą losy całej ludzkości. I nie ma w tym cienia przesady, zaś metody szkolenia są naprawdę ostre i twarde. Tu nie ma kolegów, tylko konkurencja, a Ender jest manipulowany przez Graffa i innych wojskowych, żeby tylko pasował do mitu, jaki jest tworzony. Manipulacja, oszustwo i przemoc to jedyne uznane metody i tolerowane, a ponieważ tak jak Ender nie jesteśmy do końca świadomi tej gry, przez to dochodzi do kilku zaskoczeń. I ten wątek całej historii jest najciekawszy w całym filmie. Samo szkolenie i „sukcesy” Endera są mocno uproszczone, ale jednak potrafią zaciekawić.

ender2

Także strona realizacyjna trzyma więcej niż przyzwoity poziom. Efekty specjalne potrafią przykuć uwagę – patrz: sceny „walk” między drużynami w sferze bez grawitacji czy ostateczna walka o obcymi, która jest „symulacją”, zdjęcia i montaż tez są zgrabne, jedynie muzyka jest tutaj słaba i za bardzo zajeżdża „Mass Effectem”. Ale ciągle mam wrażenie, że: po pierwsze – trochę to przypomina Harry’ego Pottera (wiem, że powstał później od Endera – przynajmniej pierwowzór literacki, jednak nie byłem w stanie tego rozerwać), po drugie: zakończenie pozostaje dość dziwaczne i urwane (czyżby miały powstać następne części? Will see.)

ender3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono dość nierówne. Z dzieciaków najlepiej sobie radzi Asa Butterfield jako Ender, który jest zagubiony, samotny i jednocześnie bardzo wnikliwy, inteligentny oraz bardzo podatny na manipulacje. Ale nie daje się do końca podporządkować wszystkim regułom i pozostaje człowiekiem. Za to w wielkiej formie jest Harrison Ford, który w roli pułkownika Graffa po prostu błyszczy. To manipulator, któremu zależy tylko na skuteczności (czytaj: sile), stawia uczniów przeciwko sobie i stara się kreować mit wokół Endera swoimi posunięciami i krętactwami. Przeciwwagą jest dla niego Viola Davis jako major Anderson, która stara się dbać o psychikę. No i jest jeszcze Ben Kingsley, czyli otoczony legendą Mazer Rackham, który jest równie bezwzględny jak Graff.

Mam pewne poczucie niedosytu, a brak znajomości powieści Carda działa mi na niekorzyść. Ale to kawał dość nietypowego SF, gdzie ważniejsze od efektów specjalnych i widowiskowej rozwałki pozostaje człowiek i jego etyczne problemy. I reżyser całkiem zgrabnie to rozwija tworząc kawał dobrej rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski

RoboCop

Kim jest RoboCop? To postać, która dawno przeszła do kanonu bohaterów popkultury – niezniszczalny supergliniarz, który w futurystycznym Detroit pilnuje porządku. Niedawno można zobaczyć nową wersję spłodzoną przez Jose Padilhę. Ale przedtem radzę sięgnąć po pierwowzór, czyli film Paula Verhoevena z 1987 roku.

RoboCop1

W dalekiej przyszłości w Detroit policja jest pod kontrolą korporacji OCP, która ma podpisany kontrakt z policją. Ich wynalazcy pracują nad maszyną, która byłaby w stanie zastąpić policjantów i pełnić porządek całodobowo, jednak ich próby są nieskuteczne. W tym czasie, do jednego z komisariatów trafia Alex Murphy – młody gliniarz. Podczas pierwszej akcji wpada na trop gangu Clarence’a Boddickera, przez których zostaje zabity. Wtedy korporacja OCP z jego szczątek tworzy RoboCopa – zmechanizowanego człowieka, który ma pilnować porządku. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że w maszynie zaczyna się budzić jego skasowana przeszłość.

RoboCop2

Pozornie wydaje się to stricte sensacyjne kino, ale poza hektolitrami krwi (naprawdę brutalne rzeczy się tu dzieją, choć z perspektywy czasu nie robi to już tak wielkiego wrażenia) i efektowną akcją jest tutaj wiele więcej. Po pierwsze, bardzo krytyczne spojrzenie na świat korporacji, gdzie wygrywa silniejszy i nie zawsze grający czysto. Po drugie, to bardzo ironiczne spojrzenie na świat pełen przemocy, która nie jest w żaden sposób kontrolowana. I nie chodzi tu o gangi, bo przemoc jest też obecna w reklamach oraz wiadomościach, stała się czymś całkowicie normalnym, co pokazują przeplatające się z fabułą wiadomości telewizyjne. No i końcu najważniejsze – pytanie o człowieczeństwo, które narzuca się w związku z postacią Murphy’ego (ikoniczna już rola Petera Wellera). Pozbawiony pamięci, ludzkich emocji, zostaje zmieniony w bezwzględna i brutalną maszynę – produkt, który nie może zwrócić się przeciwko swojej firmie (stwórcy). Dopiero po pewnym czasie odkrywa swoją przeszłość (scena odwiedzenia dawnego domu) i wtedy zaczynają się kłopoty. A dalej będzie jak zawsze: krwawa zemsta, pomoc dawnej partnerki i konfrontacja z mechem (animatroniczna animacja dzisiaj już mocno trąci myszką). Mimo lat ogląda się to świetnie, nie brakuje pościgów, strzelanin, rozwałki i ostatecznej konfrontacji.

RoboCop3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to trzyma ono więcej niż dobry poziom. Oszczędny Peter Weller świetnie się sprawdza w roli RoboCopa. Poza nim mocno wybijają się trzy osoby: Nancy Allen (Annie Lewis – partnerka Murphy’ego, którą można poznać po tym, że lubi żuć gumę), Ronny Cox (Dick Jones, wiceprezes OCP, który mam mocne zapędy militarystyczne) oraz Kurtwood Smith (bezwzględny i brutalny Clarence Boddicker). Wszyscy oni spisali się bardzo dobrze, tworząc naprawdę wyraziste postacie. Drugi plan też jest tutaj bogaty i wyrazisty (wspomnę choćby Miguela Ferrera jako Bob Morton – pomysłodawca RoboCopa), co jest tylko zaletą.

RoboCop4

Dzisiaj „RoboCop” nie robi już tak wielkiego wrażenia jak w dniu premiery, ale pozostaje kawałkiem bardzo interesującego kina, które ma coś więcej do pokazania niż tylko rozrywkę. Jednak trzeba do tego mieć dystans.

8/10

Radosław Ostrowski

Ona

Zrobić film o miłości (jakakolwiek to jest konwencja) jest bardzo trudno, bo czy można powiedzieć coś nowego w tym temacie, który spędza sen z powiek człowieka niemal od samego początku jego istnienia? To jest w zasadzie samograj, który ma tyle klisz i schematów, że nie da się już nic nowego opowiedzieć. W ostatnim czasie takimi wartymi uwagi tytułami były „Miłość Larsa” i „500 dni miłości”. Do tego grona aspiruje najnowszy film Spike’a Jonze’a „Ona”.

Poznajcie Theodore’a – ma wąsy, rozwodzi się ze swoją żoną i zajmuje się pisaniem listów za innych. W takiej filmie, przez Internet. Wracając z pracy zauważa reklamę systemu operacyjnego OS 1, który ma za zadanie zaspokajać ludzkie potrzeby. Mężczyzna kupuje, wgrywa i tak powstaje Samantha, w której… zakochuje się.

ona1

I co wy na to? Brzmi jak SF? Ale to nie do końca ta szufladka. Komedia romantyczna? Niby tak, ale też niespecjalnie, bo one są naiwne, proste i banalne. Dramat? To już bliżej. Trudno opisać związek człowieka z SI, dlatego reżyser traktuje technologię jak osobę. Element codziennego życia, co teraz jest absolutnie normalnym – rozmawiamy przez słuchawki, mieszkamy w sterylnych domach przy komputerze. To nie jest taka odległa przyszłość, to kwestia kilku(nastu) lat, gdy będziemy mieli swoich wirtualnych partnerów.

Reżyser ubiera to w dość wyraźne kolory, nie oszczędza nam smutku i poczucia przygnębienia (potęgowanego przez muzykę i stonowane zdjęcia), ale też daje pewna nadzieję, że jeszcze jest szansa na akceptację. Tylko ze jest to zajebiście ciężkie. Nie brakuje tutaj psychologicznej wiarygodności i rozważań na temat relacji w ogóle. Co z tego, że Samanthy nie widać, ale chemia między nią a Theodorem jest wręcz namacalna. Tylko czy ta miłość ma szansę przetrwać? Bo nie obejdzie się bez spięć i kłótni. Bo z emocjami jest tak, że nie jesteśmy ich w stanie zawsze nazwać i nie ma mowy o zamknięciu ich w jakiejkolwiek szufladzie czy całkowitej izolacji. Musi nastąpić pewien przełom, jest jeszcze nadzieja.

Ale żeby uwiarygodnić tą dość futurystyczną historię, poza scenariuszem i odpowiednia realizacją, reżyser musi mieć odpowiednią obsadę, która nada wiarygodności. I to się udało. O Joaquinie Phoenixie wiadomo, ze nie boi się wyzwań i po raz kolejny nie zawiódł. Świetnie wcielił się w postać inteligentnego, ale trochę nadwrażliwego i „połamanego” faceta, który boi się/nie potrafi kochać innych kobiet (te spojrzenia mówią więcej niż słowa). Relacja z Samantha początkowo przypomina – jakby to ująć – niezobowiązującą zabawę. Ale powoli to zaczyna się zmieniać i stopniowo zachodzi w nim pewne otwarcie się i umiejętność „wyzwolenia” się (zakończenie). W realnym świecie ten facet drażniłby prawie wszystkich, ale Phoenix potrafi wyzwolić współczucie i odrobinę (niewielką, ale jednak) sympatii dla tego pokręconego egzemplarza. Drugą mocną postacią „fizyczną” jest sąsiadka Amy (świetna Amy Adams), która pojawia się raptem kilka razy i w bardzo stonowany sposób pokazuje swoją bohaterkę – przyjaciółkę bohatera. Ale czy tylko przyjaciółkę? Poza nimi są jeszcze mocne epizdoy Rooney mary (Catherine, ex-żona) i Olivii Wilde („randka”).

ona2

Ale nie można zapomnieć o jeszcze jednej osobie, choć to słowo jest pewnym nadużyciem. SI, czyli Samantha to prawdopodobnie najlepsza rola Scarlett Johansson (może dlatego, że użycza tylko swojego głosu?). Kim jest Ona? Na początku to trochę dziecko głodne świata i chęci odkrywania go. Nie pragnie zniszczyć i wymordować całej ludzkości, jak 99% podobnych „osób” z innych produkcji. Z czasem staje się przyjaciółką, kochanką, pragnie być człowiekiem, ale mimo uzyskania podobnego poziomu „skomplikowania”, nie jest w stanie tego dokonać. Wszelkie emocje są pokazane w sposób bezbłędny – od fascynacji, przez nieśmiałość do wątpliwości i niezrozumienia. Tylko czy ta relacja ma szansę na więcej?

ona3

Jedni powiedzą, ze „Ona” to jeden z najoryginalniejszych filmów ostatnich lat, drudzy nazwa go kompletnym absurdem i dziełem porąbanego. Mnie ta historia w jakiś sposób dotknęła i na pewno zostanie na długo w mojej pamięci. Pytanie tylko, ile osób zgodziłoby się na posiadanie wirtualnego partnera?

8/10

Radosław Ostrowski

Grawitacja

Raz na kilka miesięcy, a nawet lat pojawia się taki film, ze po jego obejrzeniu po prostu zamykają ci się usta. Chcesz coś powiedzieć, ale słowa wylatują i nie potrafisz ich poskładać w żadne zdanie, wszystko się wymyka kwalifikacji, a każde zdanie jakie dziwacznym sposobem układasz brzmi jak banał. Właśnie czymś takim jest dla mnie „Grawitacja”. Wybaczcie mi ten patos na początku, ale właśnie ja tak się czułem po obejrzeniu.

Fabuła jest tutaj prosta jak konstrukcja cepa – amerykańscy astronauci naprawiają teleskop Hubble’a. Bo jak każdy amerykański przedmiot, lubi się psuć, a w kosmosie to szczególnie. Naprawy dokonuje dr Ryan Stone – na co dzień lekarka oraz dowódca misji – porucznik Matt Kowalski. Wszystko przebiega dość sprawnie, aż tu… JEB!! Odłamki rosyjskiego satelity niszczą bazę i satelitę, a tylko tych dwoje przeżyło. Nie maja kontaktu z Ziemia, tlenu też niewiele zostało, a następne rozbite elementy są w drodze. Innymi słowy – mają przejebane. Chyba, że znajdą sposób, by wrócić do domu.

grawitacja1

Już po tym opisie można stwierdzić, ze najnowszy film Alfonso Cuarona nie jest VII częścią „Gwiezdnych wojen”. Owszem, jest to widowiskowy film, ale nie aż tak jak byście myśleli. Kosmos wygląda tu pięknie, ale jest też bardzo niebezpieczny jak nasza przyroda. Jeden błąd i już nie żyjesz – tu trzeba szczególnie uważać, bo w kosmosie przecież nikt waszych krzyków ani wrzasków nie usłyszy. Bo w przestrzeni kosmicznej nie roznosi się dźwięk, co tu pokazano w scenach, gdzie dochodzi do kompletnych zniszczeń – wtedy słyszymy tylko słowa i ewentualnie bicie serca. To wszystko. I co wtedy zrobisz? Poddasz się czy znajdzie w sobie tyle siły i determinacji, by zawalczyć? Oto jest pytanie.

Całość od strony wizualnej jest po prostu kapitalna, a praca operatora po prostu zapiera dech w piersiach – głównie dlatego, że spora część scen jest pokazywana albo z perspektywy dr Stone (a dokładnie z jej oczu) albo jest to pokazywane wręcz jednym długim ujęciem (patrz: początek filmu – 20 minut aż do katastrofy). O dźwięku tez wspominałem, co dodatkowo buduje poczucie realizmu, choć nie jest to film dokumentalny, zaś bardzo dziwaczna warstwa muzyczna buduje atmosferę samotności. Wszystko robione z żelazną konsekwencją, choć aktorstwo jest tu wręcz minimalistyczne. Ale siła rażenia jest porównywalna z eksplozją bomby. Atomowej.

grawitacja2

A skoro jesteśmy już przy aktorstwie, to ten film trzymają na sobie tylko dwie osoby – Sandra Bullock i przystojny George Clooney. On daje odrobinę humoru i autoironii, co czyni seans lekki. Ale ona – kobieta po przejściach, przeżywająca momenty zwątpienia i bezsilności, jakby wszystko odwróciło się od niej. Ale powoli i stopniowo zachodzi w niej przemiana, nagle znajduje siłę i determinację, by walczyć, nie poddawać się wbrew okolicznościom. Tylko czy to wystarczy?

Na pewno ten film wiele osób podzieli – jedni zachwycą się techniczną biegłością, a innych zniechęci prostota opowieści i brak efekciarskich efektów specjalnych. A jak jest naprawdę, to ocenicie sami, bo ja jestem po prostu skołowany.

Radosław Ostrowski

The World’s End

Gary King 20 lat temu razem z kumplami postanowili wyruszyć szlakiem Zielonej Linii, czyli w jedną noc obskoczyć 12 pubów i wypić w nich złocisty trunek. Ale wtedy to się nie udało. Teraz Gary King ma 40 lat i opuszcza odwyk. Skrzykuje starych kumpli (Andy, Oliver, Peter i Steven), by dokończyć tą trasę. I nie będzie go w stanie powstrzymać – nawet inwazja kosmitów, którzy chcą zniewolić mieszkańców Ziemi.

worlds1

Duet scenarzystów Edgar Wright (także reżyser)/Simon Pegg tworzą nową jakość w brytyjskim kinie komediowym serwując tony absurdu za pomocą szalonej wyobraźni, która jest w stanie połączyć pozornie nie pasujące do siebie historie. Z jednej strony jest lekko nostalgiczna opowieść o dawnej przyjaźni, gdzie prawie wszyscy (poza Kingiem) mają stabilne i spokojne życie, ale tak naprawdę jest ono puste i monotonne. King idzie w stronę samodestrukcji i nie chce poddać się czyjejkolwiek kontroli i władzy, a alkohol jest jedynym sensem życia. Ale potem zaczyna się konfrontacja z kosmitami i nagle wszystko się zmienia – idąc w stronę SF i horroru, po drodze serwując jednak odrobinę humoru. Bijatyki bywają zabawne, niebieska krew leje się strumieniami, zaś efekty specjalne są tandetne. To brzmi tak absurdalnie, że albo to kupicie albo nie. W dodatku mamy tutaj świetna muzykę, niezłe dialogi i trochę dziwaczne zakończenie.

A i jeszcze jest to piekielnie dobrze zagrane. Simon Pegg znów daje z siebie wszystko i razem z Nickiem Frostem tworzą wybuchowy duet. Reszta w zasadzie nie byłaby potrzebna, ale jednak bardzo miło się patrzyło na Paddy’ego Considine’a (Steven), Martina Freemana (Oliver „Omen”) i Eddiego Marsana (Peter). Ferajna razem jest zabójcza, choć najbardziej wybijają się z niej Pegg i Frost.

worlds2

Ostrzegam – to jest brytyjski humor, a taki nie odpowiada każdemu. Więc w trakcie oglądania lepiej mieć przy sobie kilka butelek piwa.

7/10

Radosław Ostrowski

Elizjum

Jest rok 2154. Planeta Ziemia jest przeludniona, mieszkają biedni ludzie, wszystko jest zanieczyszczone. Ci bardziej nadziani, zbudowali Elizjum – pełne zieleni, wielkich domostw oraz pięknych ludzi, dzięki darmowej służbie zdrowia oraz komór regeneracyjnych. Wszelkie próby wejścia na Elizjum kończą się zestrzeleniem lub w najlepszym wypadku aresztowaniem. Jednym z takich desperatów jest skazaniec Max, który pracuje dla potężnej korporacji. Jednak pewnego dnia dochodzi do wypadku, na skutek którego zostaje napromieniowany i zostaje mu 5 dni życia. Nie mając nic do stracenia, chce ruszyć na Elizjum. Przy okazji wplącze się w intrygę mającą na celu obalenie władzy na Elizjum.

elizjum1

Pamiętacie taki film „Dystrykt 9”? Debiutujący nim reżyser Neil Blomkamp odświeżył nim kino SF, tworząc bardzo pasjonujące kino. Teraz wraca, z większym budżetem, gwiazdorską obsadą i… lekko rozczarowuje. Z jednej strony jest to świetne kino akcji, gdzie kamera pędzi z ręki, montaż jest lekko chaotyczny, ale mimo to akcja wygląda imponująco. Sama wizja świata jest dość prosta, ale jednak sugestywna, dzięki pracy kamery, a także kontrast wizualny. Ziemia wygląda jak wypłowiała i zniszczona pustynia, z upadającymi budynkami oraz kompletnym brakiem zieleni, z kolei Elizjum jest sterylne, z zielenią, imponującymi budynkami i rozwiniętą technologią. To przede wszystkim film akcji, ukryty w szatki fantastyki.

elizjum2

Jednak są dwie poważne wady, które psują frajdę z oglądania. Po pierwsze, wątek moralnej rozterki bohatera między chęcią wyleczenia siebie, a pomocą dawnej dziewczynie ociera się mocno o melodramat i masę zbędnych retrospekcji. Po drugie, kontrastowość i schematyczność głównych antagonistów, aż do bólu (i nawet dobra gra Matta Damona oraz Jodie Foster nie jest w stanie tego ocalić). Wyjątkiem jest agent Kruger (świetny Sharito Copley), stworzony na granicy karykatury cyniczny twardziel.

elizjum3

Mimo tego wyszedł z tego całkiem niezły film, który dobrze się ogląda, ale nie jest w żaden sposób następcą „Dystryktu 9”. I to doprowadziło do zniechęcenia wielu osób, także i mnie. Jednak wierzę, że Blomkamp jeszcze mnie zaskoczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Człowiek ze stali

Kim jest Superman? To jeden z pierwszych komiksowych herosów, którzy ratowali świat przed zagładą. Pochodzący ze zniszczonej planety Krypton, egzystuje na Ziemi jako jedyny ocalony z zagłady. Powstało o nim już sześć filmów (ostatni dość średni z 2006 roku), jednak reżyser Zack Snyder wcisnął przycisk restart opowiada całą historię kompletnie od nowa. Poznajemy jego początki, lata na Ziemi aż do momentu zdobycia pracy w Daily Planet. Po drodze będzie nauka życia na Ziemi, pojawi się dziewczyna oraz paskudny generał Zod, który chce na Ziemi odbudować swoją planetę.

superman3

To tak w skrócie. Snyder dostał dość spore wsparcie od scenarzysty Davida S. Goyera („Blade”, „Batman – Początek”) oraz producenta Christophera Nolana w realizacja zadania uczłowieczenia Supermana idąc trochę w stylistykę wymienionego wcześniej pierwszego Batmana od Nolana. I wydaje mi się, że ten element jest najciekawszym w tym filmie o „harcerzyku” wśród superherosów. Poszukiwanie prawdy o sobie, obawa przed odrzuceniem od ludzi, w końcu wzięcie odpowiedzialności za ich los. Jednak dla mnie problemem w prowadzeniu tego wątku jest zaburzona chronologia pobytu Kal-Ela na Ziemi, co wprowadza odrobinę chaosu i dezorientację.

superman1

Nie brakuje tutaj efektownych i widowiskowych scen (sam Krypton i jego zagłada – znakomite), zaś sama konfrontacja Supermana z Zodem tutaj niestety jest dość średnia. Owszem, jest rozpierducha, że aż całe budynki wyglądają jak po rozbiórce, ale miałem wrażenie przesytu i nadmiaru, a nawet przytłoczenia oraz kompletnej nudy – czego, co w epickich produkcjach, zwłaszcza z superherosami jest niewybaczalne. Ale chyba będzie dalszy ciąg tej opowieści. W dodatku nie brakuje zapożyczeń z innych filmów: od „Star Treka” (praca kamery) do „Prometeusza” (wygląd statków Zoda i jego wnętrza), co mi nie przeszkadzało, czego nie można powiedzieć o patosie.

superman2

Jednak o dziwo te wady są mocno rozbrajane przez naprawdę dobrze dobraną obsadę. Najwięcej wątpliwości budził Henry Cavill w roli Superkolesia z peleryną i w gatkach. Ale poradził sobie całkiem nieźle, pokazując jego wątpliwości i dylematy. Ale i tak cały szoł ukradło mu trzech aktorów: Michael Shannon – nieprzyjemny generał Zod, Russell „Maximus” Crowe – biologiczny ojciec Kal-Ela, mędrzec oraz dawno niewidziany Kevin Costner – „ziemski” ojciec. Jeśli zaś chodzi o panie, to nie można nie wspomnieć Amy Adams, czyli Lois Lane – dziennikarka, która potem staje się „damą do ratowania”.

Superman AD 2013 to strasznie nierówny film, pełen porywających i oszałamiających scen, które są niszczone przez patos i nudę. Ale i tak pozostaje dość ciekawą produkcją.

6,5/10

Radosław Ostrowski

W ciemność. Star Trek

USS Enterprise po wykonaniu zadania obserwacji planety (niestety, nie udało się nie pokazać innej cywilizacji) zostaje pozbawiony dowództwa Kirka. W tym samym czasie w Londynie, dochodzi do wysadzenia biblioteki Gwiezdnej Floty, zebrana zostaje narada dowódców, gdzie także dochodzi do ataku. Odpowiedzialny za to John Harrison ucieka na teren Klingonów, którzy mają dość napięte relacje z Flotą. Kirk razem z załogą Enterprise wyrusza się zemścić.

st2

Kiedy cztery lata temu J.J. Abrams zrestartował cały cykl (film nr 11), nikt nie podziewał się tak dużego sukcesu, otwierając uniwersum nawet dla osób, które nie znały poprzednich filmów. Tutaj intryga pozornie wydaje się taka sama jak 4 lata temu, jednak tak naprawdę jest aż dwóch czarnych charakterów, zaś od zachowania Enterprise zależą losy całego kosmosu. Jest to efektowne (nawet efekciarskie), choć już nie robi to aż takiego wrażenia. Jest mroczniej, poważniej i dłużej. Strzelaniny i pościgi są dynamiczne, jest masa wybuchów, czasami jest to przewidywalne, nie brakuje też humoru (Scotty rządzi!), ale jako całość ogląda się to naprawdę dobrze, zaś nie brakuje tutaj pomysłowych zagrań. Może trochę za mało jest tutaj obcych ras, ale może następnym razem się uda.

st1

Aktorsko młodzicy 4 lata temu zrobili zamieszanie i nadal sobie dobrze radzą. Między Chrisem Pinem (łobuzerski kapitan Kirk) a Zacharym Quinto (sztywny i trzymający się regulaminu Spock) iskrzy, zaś sprzeczność charakterów dorzuca odrobinkę humoru. Cała załoga Enterpirse radzi obie dobrze (ze szczególnym wskazaniem na Karla Urbana czyli dra Bonesa oraz Simona Pegga – Scotty’ego). Jednak najmocniejszym atutem jest Benedict Cumberbatch, czyli główny zły. Mówi z brytyjskim akcentem, szarżuje i naprawdę budzi respekt. To samo można powiedzieć o Peterze Wellerze (dążący do wojny admirał Marcus).

Niby nie jest to coś nowego, ale ogląda się to dobrze i jest to kawał porządnie zrobionego kina SF. Może bardziej efekciarskie niż poprzednik, jednak trudno odmówić Abramsowi pomysłu na odświeżenie cyklu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pacific Rim

Pod koniec roku 2012 na dnie Oceanu Spokojnego pojawił się portal, z którego wyłoniły się potwory zwana Kaiju. Istoty te niszczą Ziemię, a ludzkość połączyła siły, powołując Pacific Rim oraz tworząc Jaegery – wielkie mechy sterowane przez dwóch pilotów. Ale projekt ten ma zostać porzucony z powodu klęsk tych maszyn. Marszałek Pentecost zbiera ekipę najlepszych pilotów, chcąc zadać ostateczny cios stworom, atakując portal.

pacific_rim1

Wiem, że fabuła nie należy do specjalnie mądrych czy inteligentnych, jednak Guillermo del Toro to cwany reżyser, który potrafi zrobić bardzo ciekawe widowisko przy dość prostej fabule (kto widział „Hellboya” czy drugiego „Blade’a” załapie o co chodzi). Już po zwiastunach można było stwierdzić, że będzie to połączenie „Godzilli” z „Transformersami” i nie ma w tym przesady. Fabuła jest prosta i nieskomplikowana, tak samo psychologia i motywacje bohaterów. Jednak między bohaterami iskrzy, nie brakuje odrobiny humoru (ekscentryczni naukowcy czy handlarz organami Kaiju), rozwałki są widowiskowe, efekty specjalne przednie (widać na co poszło te 200 milionów baksów), a dwie godziny mijają jak z bicza strzelił. Film jest po prostu na maksa przegięty, że trudno to potraktować do końca serio i ogląda się to naprawdę przyjemnie. Tylko tyle i aż tyle.

pacific_rim2

Jeśli zaś chodzi o obsadę, powiedziałbym, że są to poprawnie zagrane postacie, ale to nie do końca prawda. Może i nie wszystkie są głęboko skomplikowane psychologicznie, ale wystarczająco przekonujący. To można powiedzieć o Charliem Hunnamie i Rinko Kikuchi (piloci Rayleigh Becket i Mako Mori, którzy muszą się zmierzyć nie tylko z Kaiju, ale i swoimi traumami). Jednak najbardziej w pamięć zapadły trzy postacie. Najważniejszy jest marszałek Pentecost, fantastycznie poprowadzony przez Idrisa Elbę – opanowany, charyzmatyczny i twardy dowódca, który skrywa swój instynkt ojcowski jak i chorobę nie pozwalającą mu walczyć. Napędową siłą humoru jest duet naukowców – dr Geiszler i dr Gottlieb – w rozbrajającym wykonaniu Charliego Daya (pierwszy to wręcz maniak na punkcie Kaiju) i Burna Gromana (opanowany jak to Niemiec racjonalista).

pacific_rim3

Jednak na szczególne wyróżnienie zasługuje Ron Perlman pojawiający się w malej roli Hannibala Chowa – handlarza organami Kaiju. Złote zęby, przekrwione oko, buty ze złotymi czubkami i elegancki garnitur tworzą mieszankę wybuchową. To mafiozo, choć wygląda trochę jak błazen, cyniczny biznesmen. Zapada w pamięć najbardziej.

Umówmy się, to nie jest najlepsze widowisko jakie widziałem w tym roku, ale jeśli wyłączycie komórki mózgowe, będzie się świetnie bawić. Oszałamia, wygląda, zaś same starcia są lekko efekciarskie, ale to naprawdę robi wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Iron Man 3

Wszyscy fani komiksów znają Tony’ego Starka ps. Ajron Men. Jeden z najbardziej wyluzowanych superherosów ostatnio nie ma lekko. Po ostatniej akcji z Avengersami, gdzie o mało nie zapłacił tego własnym życiem, przeżywa napady lękowe. Ale jeśli myślicie, że facet będzie miał urlop powiem krótko: nie będzie. Światu (czyt: Ameryce) zagraża tajemniczy terrorysta Mandaryn i pomagający mu Adrian Killian – szalony naukowiec.

im2

Powiem tak: jeśli widzieliście poprzednie części, wiecie czego należy się spodziewać – efektownej rozpierduchy, bez patosu i smęcenia, bo to jest rozładowywane żartem, ironią i humorem. Nie jest to aż tak efektowne i widowiskowe jak „Avengers”, ale i tak zabawa jest przednia. Intryga w zasadzie jest prosta, ale bardzo zgrabnie poprowadzona (tożsamość Mandaryna mnie akurat zaskoczyła), ostateczna konfrontacja jest efektowna, efekciarska i w ogóle, prosty schemat na dobrych i złych, psychologia jest uproszczona, ale umówmy się. To miała być czysta rozrywka i Shane Black (zastąpił Jona Favreau na stołku z napisem: director) wywiązuje się ze swojego zadania znakomicie, zaś finał (operacja „Melanż”) to zadyma na maksa. Choćby dla tego warto zobaczyć ten film (jest dostępny z polskim dubbingiem, choć nie polecam).

im3

Scenariusz może nie jest zbyt logiczny i jest parę bzdur, ale to akurat jedyna wada. Aktorzy dopasowują się i wypadają rewelacyjnie. Robert Downey Jr. w poprzednich częściach brylował i był strzałem w dziesiątką. Tutaj tylko to potwierdza i czuje się w tej roli jak ryba w wodzie, nawet w dramatycznych sytuacjach nie traci poczucia humoru. Ze starej ekipy zostali jeszcze Gwyneth Paltrow (Pepper Potts) i Don Cheadle (pułkownik Rhodes, kumpel Starka), którzy trzymali fason, zaś silnym wzmocnieniem są koncertowi Guy Pearce (jako Killian potwierdza, że jest świetny w rolach czarnych charakterów), Ben Kingsley (Mandaryn – niesamowicie ucharakteryzowany) i Rebecca Hall (Maya Hansen, była dziewczyna Starka).

im1

Infantylna, trochę naiwna, ale za to bardzo widowiskowa bajka w starym, dobrym stylu. Ajron Men wrócił i to w wielkiej formie. Pytanie tylko jak sobie poradzą sobie Avengersi?

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Jak zawsze w tej serii, po napisach końcowych jest jedna zabawna scenka.