Godzilla

Wielki japoński potwór zwany Godzilla po latach powrócił do amerykańskiej ziemi. Po nieudanej wersji dokonanej przez Rolanda Emmericha, tym razem wielkie monstrum wziął na warsztat Gareth Edwards, który wcześniej nakręcił strasznie usypiającą „Strefę X”.

Całość zaczyna się w roku 1999, gdzie na Filipinach grupa naukowców organizacji Manners znajduje coś – jajo wielkiego stwora. W tym samym czasie w Japonii dochodzi do awarii reaktora, która doprowadza do śmierci żony pracownika elektrowni – Joe Brody’ego. Piętnaście lat później cała historia zaczyna się powtarzać, gdy w tym samym miejscu budzi się bestia. Pojawienie się monstrum zwanego MUTO budzi do życia Godzillę – w walkę między stworami o ludzkość włącza się (a przynajmniej próbuje) armia, a także syn Brody’ego, porucznik Ford.

godzilla4

Umówmy się, ze fabuła jest tylko pretekstem do pokazania świata po destrukcji dokonywanych przez wielkie monstra – większe niż najwyższe wieżowce. I tak naprawdę chodzi tylko o to, ale reżyser próbując opowiadać o ludziach wplątanych w ta walkę jedzie po wszelkich możliwych kliszach – armia liczy na siłową konfrontacje, ludzie reagują przerażeniem, a cywile robią to, co potrafią najlepiej: spierdalają w siną dal. Ale mimo to „Godzilla” trzyma w napięciu, ma wielki rozmach, wzorując się mocno na Stevenie Spielbergu. Po pierwsze: samej Godzilli nie ma zbyt często na ekranie, ale jak się pojawia – robi piorunujące wrażenie. To jest OLBRZYMIE bydle większe niż wszystko, co do tej pory widziałem. Roboty  i monstra z „Pacific Rim” przy tym, to wykałaczki. Po drugie: akcja jest dynamiczna, przenosimy się z miejsca na miejsce (ale i tak największa rozróba jest w USA – ciekawe dlaczego), a kilka scen mocno zapada w pamięć. Na pewno obudzenie MUTO, wielki korek z powodu rozbitego samolotu czy walka na moście Golden Gate. Wtedy reżyser trzyma za gardło i robi piękną wizualnie robotę. Szkoda jednak, że wątek porucznika Brody’ego (mdły Aaron Taylor-Johnson) jest mało angażujący i mamy gdzieś to, co się stanie.

godzilla3

W ogóle tutaj aktorzy nie maja nic do pokazania. Naukowcy jako jedyni mają zdrowy rozsądek (Sally Hawkins i mocno zamyślony oraz głęboko patrzący Ken Watanabe), o wojsku mówiłem (reprezentowany przez Davida Strathairna, czyli admirała Stenza), ale tylko jeden aktor zapada najmocniej w pamięć – to grający paranoicznego ojca Brody’ego Bryan Cranston. Może i on jest trochę przerysowany, trochę nadekspresyjny, ale to jego ze wszystkich ludzi pamiętam. Jak widać to jest bardziej walka potworów – Godzilli (strażnika ludzkości) z mutantami powstałymi wskutek nadmiernego używania broni nuklearnej.

godzilla1

„Godzilla” przywraca godność temu potworowi i przy okazji zapewnia naprawdę porządną rozrywkę z potężną rozpierduchą. Podejrzewam, że ciąg dalszy nastąpi wkrótce.

godzilla2

 

7/10

Radosław Ostrowski


Wojna światów

Ray Ferrier jest zwykłym robotnikiem pracującym w porcie. Po rozwodzie kontakt z dziećmi ma tylko w weekendy. I ten jego dość spokojny dzień zostanie przerwany przez dość dziwną burzę, z której wychodzą trójnogie maszyny. A ich celem jest eksterminacja całej ludzkości.

wojnaswiatow1

Steven Spielberg od lat kojarzy się z kinem SF. Tym razem postanowił uwspółcześnić klasyczna powieść Herberta George’a Wellsa o ataku kosmitów na Ziemię. Oczywiście, obcy kolejny raz zaatakują Amerykę (bo na niej skupia się prawie cała akcja), jednak szala zwycięstwa wydaje się przejść na stronę przybyszów, których żadna broń nie jest w stanie zniszczyć. Widać pewną rękę reżysera w prowadzeniu opowieści i budowaniu napięcia prostymi środkami, co widać zarówno w scenie pierwszego ataku trójnogów czy w kryjówce u byłej zony Raya. Całość jest bardzo mroczna, choć twórcy unikają jak ognia pokazywania brutalności i przemocy. Ale wizja niszczonego świata i opustoszałej ludzkości buduje klimat samotności, opuszczenia i bezsilności. Samo rozwiązanie i finał niczym nie zaskakują, ale całość jest naprawdę solidna i bardzo dobrze się to ogląda – to widowisko takie, jakie być powinno.

wojnaswiatow2

Niestety, jeśli chodzi o grę aktorską już tak dobrze nie jest. Tom Cruise próbujący zerwać z maską superherosa w zdesperowanego i nieradzącego sobie w roli ojca faceta wywołuje co najwyżej niechęć, a grająca córka Dakota Fanning na początku jest nawet zabawna, ale jej krzyki i piski rozdrażniłyby nawet świętego. Jedynym aktorem wybijającym się z reszty dość przeciętnego aktorstwa jest świetny Tim Robbins w roli Harlana Ogilvy’ego, który próbuje podjąć walkę z kosmitami. Cała reszta nie zwraca na siebie uwagi.

wojnaswiatow3

„Wojna światów” potwierdza świetną rękę Spielberga do tworzenia niepokojących wizji i budowania suspensu. Jednak cała reszta nie robi już aż takiego wrażenia. Po prostu solidna, rzemieślnicza robota.

7/10

Radosław Ostrowski

Raport mniejszości

Rok 2054. W niedalekiej przyszłości w mieście Waszyngton przestępczość spadnie poniżej 10%, co w czasach epidemii zbrodni jest wielkim osiągnięciem. A wszystko dzięki wydziałowi Prewencji, którzy korzystają z pomocy trójki jasnowidzów, dzięki czemu mogą zatrzymać sprawcę zanim zostanie popełniona zbrodnia. Tylko trzeba poskładać ich wizje w całość, a najlepszy na tym polu jest detektyw John Anderton. Ale jedna z wizji pokazuje właśnie jego jako sprawcę kolejnego morderstwa, detektyw ucieka przed pościgiem prowadzonym przez agenta FBI, Danny’ego Withwera.

raport1

Steven Spielberg znów mierzy się z SF, które jest tutaj tłem do historii rodem z klasycznego kryminału. Adaptacja opowiadania Dicka zachowuje lekko paranoiczny klimat, zaś sama wizja przyszłości jest mocno interesująca – powstrzymywanie zbrodni zanim jeszcze się dokona, to wręcz idealna wizja. Ale zbyt idealna, bo – jak zawsze w inwencjach dokonywanych przez ludzi – to człowiek pozostaje najsłabszym ogniwem. Intryga jest naprawdę zgrabnie poprowadzona, a poszczególne elementy układanki tworzą bardzo ciekawą całość. W dodatku będziemy powoli pozbawiani prywatności – urządzenia namierzające nasze oczy pojawiają się dosłownie wszędzie, nawet w reklamach, zwracających się bezpośrednio do nas po imieniu. Motorem całego filmu jest bohater, którego osobista tragedia doprowadziła do pracy w Prewencji i z tego powodu w zasadzie bez cienia wątpliwości wierzy w system oraz jasnowidzów. Tym większym szokiem dla niego jest wizja jego jako sprawcy. I wtedy pojawią się wątpliwości.

raport3

Od strony wizualnej film pachnie trochę czarnymi kryminałami. Sterylność pomieszczeń skontrastowana jest z „zimną” przestrzenią oraz dominacją czerni na ekranie, co jest zasługą naprawdę świetnych zdjęć Janusza Kamińskiego. Wystarczy sobie przypomnieć zarówno pościg na autostradzie, gdzie Anderton skacze od auta do auta czy poszukiwania „pajączków” identyfikujących ludzi w bloku – to aż mrozi krew w żyłach. I tej atmosfery nie są w stanie zmienić futurystyczne zabawki.

raport2

Swoje też robią naprawdę dobrze poprowadzeni aktorzy. Choć nie jestem wielkim fanem Toma Cruise’a, muszę przyznać, że udźwignął postać detektywa, który z łowczego staje się zwierzyną. Nadal dobrze biega, kopie, strzela itp., ale w spokojniejszych momentach też pokazuje się z dobrej strony. I tak film skradł mu Colin Farrell jako bezwzględny, ale logicznie myślący Withwer, dość sceptyczny wobec Prewencji. Mocna i bardzo wyrazista postać, podobnie jak pojawiający się na drugim planie niezawodni Samantha Morton (Agata, jasnowidzka) i Max von Sydow (dyrektor Lamar Burgess).

raport4

„Raport” trzyma dobry poziom filmów Spielberga, który bardzo rzadko zawodzi, a w kinie SF czuje się wręcz jak ryba w wodzie. W tym samym 2002 roku nakręcił jeszcze jeden film, który bardzo mocno zaskoczył.

7,5/10

Radosław Ostrowski

A.I.: Sztuczna inteligencja

Przyszłość dla naszej ludzkości nie zapowiada się zbyt wesoło. Szalejący klimat (burze, zalane wielkie miasta), wyczerpane zasoby naturalne, a ludzie coraz bardziej skręcają ku zagładzie. I wtedy zaczęli produkować roboty, który stały się naszymi służącymi. W końcu, profesor Hobbs wpada na szalony pomysł stworzenia robota-dziecka, które będzie w stanie kochać nieograniczoną miłością – Davida. Jako prototyp trafia do rodzinę jednego z pracowników Cybertechu, którego syn zapadł w nieuleczalną chorobę. Ale kiedy „prawdziwy” syn wraca do zdrowia, „mecha” zostaje porzucony w lesie. Razem z mechanicznym misiem Teddy postanawia odnaleźć Błękitną Wróżkę, która zrobi z niego prawdziwego chłopca.

Kiedy dochodzi do spotkania wielkich osobowości, oczekiwania staja się gwałtownie zawyżone. Chyba dlatego film „A.I.: Sztuczna inteligencja” spotkał się z taką ostrą krytyką. Gdy doszło do spotkania Stevena Spielberga ze Stanleyem Kubrickiem, który planował zrobić ten film dawno temu (niestety, nie dożył chwili realizacji), wtedy wymagania były wręcz kosmiczne. Ja niestety, też oczekiwałem wiele i czułem się lekko rozczarowany. Ale po kolei.

AI2

Streszczenie fabuły może wydawać się idiotyczne, ale Spielberg wie jakie struny naszych emocji trzeba pociągnąć, by poruszyć i tylko to potwierdza. Trudno przejść obojętnie zresztą wobec maszyny, która chce być człowiekiem. Człowiekiem, czyli kim? To jest bardzo poważne pytanie w czasach, gdy ludzie nienawidzą swoje stworzone „mechy” (mocna scena w parku rozrywki) i odrzucają je. Tak jak Monika odrzuca Davida, kiedy o mały włos podczas zabawy robot topi się razem z „braciszkiem” i zostawia go w lesie. Od tej pory klimat staje się mroczniejszy, a wizualnie film ociera się o „Blade Runnera” – bardzo mroczny las, Rouge City pełen mocno świecących świateł czy zalany Nowy Jork (jeszcze z wieżami WTC, zniszczonymi po premierze filmu) – to wszystko robi kolosalne wrażenie, zarówno od strony operatorskiej aż po scenografię i kostiumy (może poza Ścigaczami polującymi na roboty – niemal żywcem przeniesieni z pierwszego „Tronu”). No i zakończenie, które wielu z was (także i mnie) wprawi w konsternację i poważnie może zastanowić. Są tutaj jeszcze mniejsze bzdury (kiedy żigolak Joe zostaje schwytany magnesem przez gliniarzy, czemu policyjny helikopter z Davidem też nie idzie w górę? I czemu David tak bardzo kocha tylko swoją „mamę”, skoro był zaprojektowany dla par?), które mogą mocno psuć oczy i zwłaszcza mózg w trakcie seansu, jednak nawet one przestają mieć poważniejsze znaczenie.

AI1

Wszystko – w sporej części –  rekompensuje niesamowita gra aktorska. Haley Joel Osment, co wcześniej widział martwych ludzi tutaj jako android David jest po prostu genialny. Niewyobrażalna dobroć i miłość płyną z oczu (i nie tylko) tego chłopca, który podąża za swoim marzeniem i jest on w tym taki uroczy oraz naturalny, że po prostu zachwyca. Drugim istotnym bohaterem jest żigolak Joe w wykonaniu wybornego Jude’a Lawa, który staje się jego przyjacielem. Chemia między tymi bohaterami jest naprawdę namacalna. Poza nimi na drugim planie najbardziej wybijają się świetni William Hurt (profesor Hobbs – „stwórca” Davida), Brendan Gleeson (tropiący roboty lord Johnson-Johnson) oraz Frances O’Connor (Monika, która matkuje Davida).

AI3

„A.I.” pozostaje dla mnie dobrą, choć pełną sprzeczności wariacją „Pinokia” w sztafażu SF. Czasami trochę naciąganym, gdzie logika czasami chodzi swoimi drogami, ale na pewno poruszającym dziełem. Spielberg nie po raz ostatni wchodzi w fantastykę, ale o tym opowiem jeszcze innym razem.

7/10

Radosław Ostrowski

Zaginiony świat: Park Jurajski

Minęły cztery lata od wydarzeń z poprzedniej części, a Park Jurajski został zlikwidowany. Firma Johna Hammonda inGen znalazła się na krawędzi bankructwem zaś sam Hammond został odsunięty ze stanowiska szefa. W tym samym czasie na wyspie Isla Sorna znajdują się dinozaury. Hammond prosi dr Iana Malcolma (pozbawionego pracy i ze zrujnowaną reputacją) o udział w ekspedycji naukowej mającej zrobienie fotografii dinozaurom, by przekonać opinie publiczną o zostawieniu gadów w spokoju. W tym samym czasie siostrzeniec Hammonda wysyła swoich ludzi do przejęcia żywych dinozaurów, by pokazać je na kontynencie.

park_jurajski21

Mówi się, że nie można wejść drugi raz do tej samej rzeki. Ta reguła chyba nie dotyczy filmowców, chociaż czasem można mieć co do tego poważne wątpliwości. Spielberg drugi raz postanowił wejść do świata Michaela Crichtona, ale to już nie robi aż tak wielkiego wrażenia jak część poprzednia. Zasada jest prosta: dinozaury przerażają, a ludzie wieją jak najdalej. Jednak zamiast dzielnego Sama Neilla będziemy mieli w akcji opanowanego Jeffa Goldbluma, który jako jedyny zachowuje zdrowy rozsądek z całej grupy. Bo reszta filmu jest a) idiotyczna, b) bohaterowie wkurzają swoim zachowaniem, zwłaszcza dr Harding (mimo całej sympatii dla Julianne Moore – to była wpadka). Mimo akcji toczącej się przez całą noc, świetnych zdjęć Janusza Kamińskiego oraz muzyki niezawodnego Williamsa, druga część jest po prostu nudna. Zachowanie postaci jest mocno przewidywalne i nawet widok T-Rexa terroryzującego Nowy Jork nie jest w stanie tego zmienić. W dodatku brakuje postaci, którym chciałoby się kibicować.

park_jurajski22

Owszem, jest Ian Malcolm, jednak on po pewnym czasie zaczyna nużyć, mimo ironicznych tekstów. Z innych bohaterów najbardziej zapada w pamięć Pete Postlethwaite w roli nieposkromionego Rolanda, który pragnie schwytać T-Rexa, a jego upór i spryt widać w oczach. Ale to jednak za mało, by uznać „Zaginiony świat” za udany sequel. Strata czasu.

park_jurajski23

6/10

Radosław Ostrowski


Snowpiercer: Arka przyszłości

Wyobraźcie sobie sytuację, że w celu uniknięcia efektu cieplarnianego doprowadzimy do wielkiego zlodowacenia. Ocalała ludzkość przebywa w wielkim pociągu Snowpiercerem, który od 17 lat przemierza zamarzniętą Ziemię. Mieszkańcy są podzieleni klasowo – bogaci przebywają najbliżej lokomotywy, a pasażerowie na gapę (ci biedniejsi) przebywają najdalej i w dodatku żyją nędznie. W końcu jeden z nizin – niejaki Curtis postanawia dokonać rewolucji i przejąć pociąg.

snowpiercer1

Brzmi to trochę niedorzecznie? Poniekąd tak jest. Ale skoro jest to film zrobiony za amerykańskie pieniądze na podstawie francuskiego komiksu, w dodatku reżyserem jest Koreańczyk, a całość sfilmowano w Czechach. Abstrakcyjne kino SF, które mimo pewnych sprzeczności ogląda się naprawdę dobrze. Niejaki Joon-Ho Bong prowadzi fabułę, która trochę przypomina grę komputerową (przejmujemy wagon, ruszamy dalej, po drodze dojdzie do jakieś morderczej walk), choć fabuła mocno balansuje na granicy bzdury. No żeby tak łatwo im to poszło, a strażnicy pilnujący „nizin” nie mają naboi w karabinach – doprawdy niepojęte. Świat jest mocno dystopijny, gdzie rządzi propaganda bogaczy i kult Wilforda – konstruktora oraz „kierowcy” tego pociągu (scena w przedszkolu), a wagon to dość idealne miejsce do konfrontacji i pewnego komentarza społecznego. W dodatku ścisk wagonów potęguje klaustrofobiczny klimat, choć dalej bywa trochę barwniej i z żywymi kolorami. Na pewno kilka scen zostanie w pamięci – produkcja batonów proteinowych czy walka z ubranymi na czarno rzeźnikami zmieniająca tempo oraz szalę zwycięstwa (tunel, gdy widzimy walkę z noktowizora jednego ze strażników).

snowpiercer2

Aktorstwo jest całkiem niezłe, choć postacie mocno szablonowe i niezbyt ciekawe (przywódca Curtis grany przez Chrisa Evansa to niemal typowy osiłek). Ale jest kilka mocno wyróżniających się osób jak przerysowana minister Mason (świetna Tilda Swinton) czy uzależniony od narkotyków haker Nam (Kang-ho Song), którzy wnoszą odrobinkę życia do tego przedsięwzięciu. O Edzie Harrisie (Wilford) i Johnie Hurtcie („lider” Gilliam) nawet nie muszę wspominać.

„Snowpiercer” jest dziwny i miejscami mocno zaskakujący. Potencjał był wielki i chyba nie do końca go wykorzystano. Ale jeśli potraktuje się całość z przymrużeniem oka, to zabawa może być przednia, a miejscami trzyma to w napięciu. Każdy powinien to sam obejrzeć, by wyrobić zdanie na ten temat.

7/10

Radosław Ostrowski


E.T.

Te dwie literki powinny mówić więcej niż tysiąc słów. Oznaczają one istotę pozaziemską. I właśnie kogoś takiego poznał pewien chłopiec imieniem Elliott. Mieszkający z bratem i siostrą, ojciec zostawił go, matka pracuje i nie zawsze ma czas. Jednak kosmita został na Ziemi dość przypadkowo i próbuje wrócić do swoich.

et2

Spielberg tym filmem potwierdził, że mocno interesuje się sprawami pozaziemskimi. I znów wierzy w to, że można nawiązać dobry kontakt z istotami pozaziemskimi. Bo tytułowy E.T. nie jest jakimś morderczym potworem zamierzającym podbić wszystkie planety. Wygląda trochę komicznie (te oczy i ta twarz), ale jest bardzo uroczy – zwłaszcza jeśli nosi peruczkę i damskie ciuchy. Ale tak naprawdę jest to film o przyjaźni, gdzie dzieci okazują się być bardziej szczere i otwarte niż trochę nieufni dorośli. Całość mimo upływu lat nadal potrafi poruszyć, choć i tak najbardziej w pamięci pozostaje finałowa ucieczka z latającymi rowerami. Dla mnie jednak jest to troszeczkę sentymentalne i bardziej skierowane dla młodszego widza, z kilkoma pięknymi plastycznymi ujęciami (las, próba „wskrzeszenia” E.T. czy pierwszy kontakt Elliota z kosmitą). Owszem, nie można nie docenić muzyki Johna Williamsa (choć wydawało mi się, że temat przewodni trochę pachnie „Marszem Imperialnym”, a może mi się wydawało) czy pracy gości od efektów specjalnych, ale nie porwał mnie ten tytuł, mimo realizacji na naprawdę wysokim poziomie (w końcu to Spielberg).

et1

Dzieci jak to dzieci z USA grają po porostu świetnie. Nie można po prostu się na nich napatrzeć (ze szczególnym wskazaniem na Henry’ego Thomasa, który traktuje przybysza – choć nie od razu – jako przyjaciela) i są całkowicie naturalni. Także sam E.T. prezentuje się naprawdę wspaniale, a scena nauki słów jest naprawdę urocza :).

Doceniam sprawność realizacyjną Spielberga oraz techniczną precyzję, jednak dla mnie „E.T.” pozostaje dobrym filmem, miejscami ocierającym się o wielkie wzruszenia oraz emocje. Ale gdybym go obejrzał jakieś 15 lat temu, byłbym oczarowany. Ale chyba już z tego wyrosłem, na nieszczęście dla kosmity.

7/10

Radosław Ostrowski

Bliskie spotkania trzeciego stopnia

Wierzycie w UFO? Roy Neary początkowo nawet sobie tym głowy nie zawracał. Był zwykłym elektrykiem, który naprawiał usterki. Aż pewnej nocy w drodze do miejsca awarii zobaczył coś, czego nie był w stanie wyjaśnić w żaden sposób. Najpierw zaczęły świrować urządzenia elektryczne, potem zapaliło się wielkie światło, co spowodowało wysypkę na twarzy. Ale jak się okazało, to nie był jedyny przypadek pojawienia się rzeczy nie z tego świata.

bs3s1

Po sukcesie „Szczęk” nazwisko Spielberg zaczęło elektryzować, a na każdy jego film czekano z zapartym tchem. Tym razem po raz pierwszy zaczął obracać się wokół tematyki, która stała się znakiem rozpoznawczym – kosmitami, którzy są zagadką. Choć nie do końca, bo ich pojazdy pojawiają się dość szybko, ale ich motywacja pozostaje największą tajemnicą i siłą napędową tego zaskakującego filmu, przez co czułem się jakbym oglądał kryminał, prowadzony dwutorowo. Pierwszy watek dotyczy Roya (będący na fali Richard Dreyfus) oraz jego obsesji po bliskim spotkaniu ze statkiem kosmicznym, która doprowadza jego najbliższych w stan rozpaczy. Drugi wątek to badania oraz tajemnicze zjawiska, które próbują wytłumaczyć naukowcy pod wodzą Claude’a Lacomba (zaskakująca i świetna rola uznanego reżysera Francuisa Truffauta) – puste samoloty, które zaginęły w 1945, statek na pustyni czy tajemnicze dźwięki usłyszane w Indiach. Wszystko to się zazębia i łączy w genialnym finale, wywracając wszystko do góry nogami.

bs3s2

Spielberg (który także napisał scenariusz – po raz pierwszy i ostatni) jest bardzo wiarygodnym obserwatorem, gdzie pokazuje próby wytłumaczenia Tajemnicy (sami kosmici pojawiają się w finale – podobnie jak rekin w „Szczękach”), stopniowo podrzucając różne wskazówki dotyczące miejsca nawiązania kontaktu, ale też pewnej – nie wiem jak to ubrać w słowa – próby oszukiwania przez władze oraz ukrywanie prawdy.

bs3s3

Najbardziej pozostają w pamięci sceny pojawienia się statków kosmicznych. Wszelkie urządzenia zaczynają same się włączać, wskaźniki w samochodach wskazują maksimum, a dość szybki montaż budzi skojarzenia z horrorem (pierwszy kontakt Roya czy porwanie syna przez statek kosmiczny), doprowadzając emocje i napięcie do czerwoności. Ale zakończenie pokazuje wręcz humanistyczne podejście reżysera i wiarę w dobrą naturę kosmitów, którzy nie dążą do zniszczenia wszystkiego dookoła.

Takie filmy jak „Bliskie…” są wielkim przeżyciem, którego sami musicie doświadczyć, bo żadne słowa nie są w stanie tego pokazać. Z kapitalnymi zdjęciami (zwłaszcza tutaj gra oświetlenia zasługuje na uznanie), świetnym montażem oraz niezawodną muzyką Johna Williamsa. Jesteście gotowi na kontakt?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

bs3s4

Transcendencja

Słowo „transcendencja” oznacza „istnienie bytu poza świadomością”. Innymi słowy, że jest byt, którego nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć. Czymś takim może być sztuczna inteligencja. Ale to kwestia kilku(nastu) lat. Wyobraźcie sobie świat, gdzie prace nad sztuczną inteligencją na całym świecie są mocno zaawansowane. Będzie ona w stanie mieć własną świadomość i umysł silniejszy niż jakikolwiek człowiek lub grupa ludzi na świecie. Przewodzi tymi badaniami dr Will Caster, ale ludzie boją się tego, co nowe. I taka grupka terrorystów dokonuje ataków na kilka laboratorium, a Caster zostaje postrzelony kula z polonem. Ale jego zdesperowana żona będzie chciała połączyć jego umysł z rozwiniętą sztuczną inteligencją. I nawet ona nie będzie w stanie przewidzieć konsekwencji tych wydarzeń.

transcendencja1

Kino SF od dłuższego interesuje się kwestią AI oraz kontroli człowieka nad maszynami i na odwrót. Do tego głosu wlicza się debiutancki film Wally’ego Pfistera. Wszyscy go znamy jako operatora współpracującego z Christopherem Nolanem. I osoby spodziewającego się dużego budżetu, bajeranckiej akcji i wielkiej rozwałki – poczują się mocno rozczarowani. Bardziej jest to kameralne, bazujące na dialogach i stawiające poważne, etyczne pytania. O granicę między postępem technologicznym, który może zrobić z nas niewolników a posiadaniem własnego „ja”. Twórcy nie rozwiązują tego sporu, tylko próbują rozważnie przedstawić racje obu stron, które dla własnego dobra są w stanie zrobić wszystko. Wątek sensacyjny akurat wypada tutaj najsłabiej i wszelkie wybuchy czy strzelaniny zwyczajnie nużą. Całość jest mocno oszczędna wizualnie, a efekty specjalne poza scenami regeneracji nie odgrywają tutaj żadnego znaczenia. I na pewno „Transcendencja” daje tutaj sporo do myślenia i zmusza do refleksji.

transcendencja2

Jeśli chodzi o grę aktorów to jest ona dość nierówna. Za tło robią tutaj bohaterowie grani przez Morgana Freemana (dr Joseph Tagger) i Cillian Murphy (agent FBI Buchanan), którzy ładnie wyglądają, są poprawnymi postaciami, ale nie odgrywają istotnej roli. Najtrudniejsze zadanie miało troje głównych bohaterów. Pierwszy to dr Caster grany przez Johnny’ego Deppa. Po pierwsze, Depp wygląda tutaj normalnie i nie jest naładowanymi kilogramami charakteryzacji i jest to typowy naukowiec z kompleksem Boga, dla którego nie ma granic do nie przekroczenia, co trochę kontrastuje z dość powściągliwą grą tego aktora. Drugim mocnym punktem jest Rebecca Hall, czyli Evelyn Carter. Ta kobieta po śmierci męża, staje się ofiara swojego obłędu i chcą desperacko utrzymać męża przy życiu przekracza granicę etyki. Dla niej Will, nawet w formie komputera jest tym samym ukochanym, a zanim przejrzy na oczy minie sporo czasu. I trzecia postać, czyli dr Max Waters (solidny Paul Bettany), który ma znacznie więcej wątpliwości i jest bardziej sceptyczny od małżonków. I posiada on na tyle zdrowego rozsądku, że można się z nim identyfikować.

transcendencja3

Pfister nie boi się stawiać pytań, a choć całość nie porywa i ma dość powolne tempo, to jest jest całkiem przyzwoitą propozycją. Może i nie jest tak powalającym wizualnie widowiskiem, to jednak daje kilka poważnych pytań, nie dając w zamian żadnych odpowiedzi i zmusza do refleksji. Solidna produkcja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Person of Interest – seria 1

Tzw. prodecural to serial zazwyczaj kryminalny, w którym co odcinek rozwiązuje się jedną sprawę, choć może być też wątek przewodni pojawiający się gdzieś w tle i scala wątki w jedna całość. „Person of Interest” (polskie tłumaczenie „Impersonalni” to kompletny idiotyzm) pozornie wydaje się kolejną tego typu produkcją.

Punktem wyjścia jest spotkanie dwóch kompletnie odmiennych ludzi. Pierwszy to John Reese – były agent CIA, uznany za zmarłego i ścigany przez swoich dawnych towarzyszy. Drugi to Harold Finch – ekscentryczny milioner i geniusz komputerowy, który wiele lat temu skonstruował pewną maszynę. Jej zadaniem było znalezienie sprawców zamachów terrorystycznych jeszcze przed dokonaniem zbrodni. Ale maszyna zaczęła zbierać informacje o każdej planowanej zbrodni. Finch zdobywa numer ubezpieczenia potencjalnego sprawcy lub ofiary, zaś Reese zajmuje się jej obserwacją, by powstrzymać zbrodnię. Maszyna to obserwuje oraz podsłuchuje wszystko i wszystkich, co ułatwia zadanie.

person_of_interest4

Proste? Banalne? Być może. Ale jeśli w projekt jest zaangażowany Jonathan Nolan (brat TEGO Nolana), zaś w produkcję wplatany jest J.J. Abrams, to sprawa staje się poważna. Owszem, łamigłówki są dość schematyczne (obserwacja, włamywanie się do telefonów i komputerów, walenie pięściami i strzelanie), jednak nie można zarzucić tutaj nudziarstwa. Poza tym dzieje się tu sporo: skorumpowani gliniarze, gangsterzy, a jednocześnie pościgi, tajne służby. A jeśli dodamy do tego sceny retrospektyw, gdzie poznajemy fragmenty przeszłości naszych bohaterów, to robi się tu naprawdę ciekawie. Przy okazji, twórcy pokazują jak łatwo możemy być obserwowani i inwigilowani przez tajne służby. Nie potrzebna jest do tego Maszyna, wystarczy telefon, komputer, portale typu Facebook i wszystko o tobie wiedzą. W dodatku finał pierwszej serii kończy się tak mocnym akcentem, że trzeba po prostu sięgnąć po drugą serię.

person_of_interest2

Łamigłówki są naprawdę pomysłowe i nie nudzą, dialogi okraszone są odrobiną humoru, a technicznie tez trudno się do czegoś przyczepić. To po prostu solidna robota, więc swoje muszą zrobić aktorzy. I robią, choć główne role są zbudowane na kontraście. Weźmy Reese’a i Fincha, granych przez Jima Caviezela (bardziej znanego jako Jezus z „Pasji” Gibsona, choć tutaj dobrze sobie radzi z rolą) i Michaela Emersona (Ben Linus z „Zagubionych”). Pierwszy to mięśniak, który świetnie posługuje się bronią, podsłuchami, ale komputery potrafi obsłużyć w stopniu podstawowym. Finch to inteligent, mający paranoję i ukrywający swoje prywatne życie przed wszystkimi (także przed Reesem), który za pomocą komputera może zrobić dosłownie wszystko, ale używanie broni – to dość spore wyzwanie. Razem świetnie się uzupełniają, tworząc bardzo kreatywny duet.

person_of_interest3

Jednak nawet oni nie są w stanie działać sami. Wykorzystują do pomocy dwójkę gliniarzy, którzy nie wiedzą o tym, że grają w jednej drużynie. Detektyw Joss Carter (dobra Taraji P. Henson) jest uczciwa, twarda i nieustępliwa, początkowo tropi naszych bohaterów, ale potem zaczyna im pomagać, z kolei Lionel Fusco (uroczy Kevin Chapman) jest umoczony i zmuszony do współpracy szantażem. Równie dobrana para jak główni bohaterowie. A poza nimi jeszcze przewijają się takie kluczowe postacie jak zajmująca się „naprawianiem” spraw Zoe Morgan (Paige Turlo), walczący o władzę gangster Carl Elias (Enrico Colantoni) czy błyszcząca w finale hakerka Root (Amy Acker), która dopiero zacznie się rozkręcać.

person_of_interest1

Pierwsza seria „Person of Interest” to kawał bezpretensjonalnej i dobrej rozrywki. Nie mogę się jednak oprzeć się wrażeniu, że najlepsze dopiero przed nami. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwa rozróba.

8/10

Radosław Ostrowski