Kapitan Ameryka: Zimowy żołnierz

Marvel ostatnio coraz bardziej szaleje, jeśli chodzi o adaptacje swoich komiksów – to, co robi Kevin Feige zasługuje na uznanie. Przed nową częścią Avengers powstają ciągi dalsze przygód członków tej ekipy. Był już Ajron Men, Człowiek Młot (Thor), teraz przypomina o sobie największy harcerzyk tego uniwersum – Kapitan Ameryka.

Jak pamiętamy pierwszą część (a kto nie widział, będzie mu to przypomniane podczas wizyty w Muzeum Smithsonian), Steve Rogers został odmrożony po 70 latach i pracuje dla T.A.R.C.Z.Y. Jednak po ostatniej akcji (odbicie zakładników i ochrona danych) dochodzi do dziwnych sytuacji – szef agencji Nick Fury zostaje zabity, a Kapitan staje się celem. W dodatku wkracza do akcji niejaki Zimowy Żołnierz.

kapitan_ameryka1

O ile pierwsza część miała w sobie coś z lekkiego kina przygodowego, o tyle film braci Russo tym razem skręca w stronę szpiegowskiego thrillera, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Widać to zarówno w ponurej i chłodnej warstwie wizualnej (budynki chłodne i sterylne), a także w piętrowej intrydze, w której pojawia się stary wróg (nazistowska organizacja Hydra). Poza świetnie zrobionymi scenami akcji oraz niezłymi żartami (lista rzeczy do nadrobienie z ostatniego półwiecza) oraz lekkością, padają pytania o inwigilację i bezpieczeństwo obywateli, rząd działający w tajemnicy i po cichu wybierający mniejsze zło. Czy też jest miejsce na Steve’a Rogersa, który zyskuje polityczna świadomość. To wszystko jest tak jakby przy okazji, nie zapominając o czystej zabawie. Nadal jest widowiskowo (zamach na Fury’ego w mieście – takie akcji nie widziałem od czasów „Gorączki”), patos został zredukowany do minimum, montaż jest dynamiczny i efektowny – jednym słowem totalna zadyma. Może trochę bajeranckie, a intryga jest szyta grubymi nićmi, ale to jedyne poważne wady.

kapitan_ameryka2

Twórcom udało się też stworzyć pełnokrwiste postacie, co w tego typu produkcjach jest rzadkością.  grający główną rolę Chris Evans sprawdza się świetnie i widać, ze ma pewne moralne wątpliwości, co do działań służb, jednak pozostaje im lojalny, mając kilka zaufanych postaci. Na podobnym tonie gra Samuel L. Jackson (Nick Fury), będący klasa samą w sobie, a Scarlett Johansson (Czarna Wdowa) potwierdza, że w kinie akcji czuje się jak ryba w wodzie (jednak też ma problemy z zaufaniem). Mało wam? To jeszcze jako bonus dostajecie Roberta Redforda (sekretarz stanu Alexander Pierce) oraz świetnego Sebastiana Stana (Zimowy Żołnierz – zimny i bezwzględny cyngiel, będący skutkiem eksperymentów Hydry, jednak wewnętrznie rozdarty).

kapitan_ameryka3

Naprawdę jestem zaskoczony poziomem tegorocznych blockbusterów od Marvela – co jeden to lepszy. „Kapitan Ameryka” potwierdza tylko formę zwyżkową komiksowych macherów. Pytanie czy ktoś będzie im w stanie podskoczyć? Jakoś nie widzę chętnych.

8/10

Radosław Ostrowski

X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

Seria o X-Menach jest jedną z bardziej znanych filmowych marek. Opowieść o mutantach kierowanych przez profesora Charlesa Xaviera (ci dobrzy) oraz Erika Lehnsherra (ci źli, którzy idą na wojnę z ludźmi) spotkała się ze świetnym przyjęciem widowni, a w 2011 roku doszło do realizacji prequela przez Matthew Vaughna. „Pierwsza klasa” pozostaje dla mnie najlepszą częścią serii, ale pilotujący poprzednie części (poza trójką) Bryan Singer postanowił powrócić i kontynuować wątki z poprzednika.

xmen_52

Tym razem przyszłość dla mutantów jest wyjątkowo mroczna i nieprzyjemna. W przyszłości pojawią się mechaniczni Strażnicy, którzy są strasznie odporni i zabijają wszystkie mutanty, a także pomagających im ludzi. Żeby przetrwać zjednoczeni Profesor X i Magneto decydują się wysłać jednego z mutantów w czasie, by nie dopuścić do uruchomienia Strażników – wiąże się to z powstrzymaniem Mystique przed zabiciem Stephena Traska, który skonstruował Strażników. Okazuje się, ze jedynym mutantem mogącym przeżyć tą podróż jest Wolverine (wiecie, adamantium). Jednak niedopuszczenie do zamachu jest jednym z paru problemów, z którymi nasz mutant będzie musiał się zmierzyć (różnice między Xavierem i Magneto).

xmen_51

Fabuła wydaje się tak zaplatana, że wystarczyłby jeden błąd i całość szlag by trafił. Jednak zarówno Singer jak i Simon Kirberg (scenarzysta) trzymają mocno rękę na pulsie tworząc widowiskową, ale i inteligentną rozrywkę. Podróż w czasie wydaje się świetnym pomysłem na odświeżenie serii, a jednocześnie jest to sequel, prequel i być może ciąg dalszy. Sama historia jest mocno spójna, a odtworzenie realiów lat 70. jest oddane bardzo dokładnie i słychać to także w warstwie muzycznej. Czasami bywa to okraszone humorem (krótkie wejście Quichsilvera – dla mnie za krótkie – który pomaga odbić Magneta z więzienia – efektowne, efekciarskie i zabawne), postacie są też wiarygodne psychologicznie, efekty specjalne są specjalne, a kilka razy dynamiczny montaż przykuwa uwagę (przeplatanka obydwu czasów w finałowym starciu czy próba zamachu na Traska). Niemal idealne kino rozrywkowe.

xmen_53

Dlaczego niemal? Przyszłość jest tutaj ledwie zarysowana i pokazuje się dość krótko. Pozostało kilka spraw niewyjaśnionych w poprzednich częściach (np. czemu Wolverine ma w przyszłości szpony z adamantium, a cofając się w czasie już nie i jakim cudem nadal żyje Profesor X), ale to już trochę takie czepianie się na siłę. Po drugie kilka postaci jest zaledwie zarysowana (głównie z przyszłości, gdzie panuje wieczna ciemność i jest beznadzieja), a pozornie czarny charakter jakim jest Trask (niezawodny Peter Dinklage) jest mocno zepchnięty na dalszy plan. I niestety, nie udaje się uniknąć patosu, zwłaszcza w kwestiach dotyczących tolerancji.

xmen_54

Swoje też robią świetni aktorzy. Hugh Jackman, który znów gra główną rolę jest dokładnie taki jaki być powinien – wyluzowany, walczący i odpowiedzialny, bo musi stać się mentorem dla wodzów mutantów z przeszłości. Panowie Stewart i McKellen (Xavier i Magneto) pojawiają się dość rzadko, ale nie zawodzą, gdyż film kradną ich młodsze wcielenia, czyli fantastyczni James McAvoy i Michael Fassbender, budując pełnokrwiste postacie mierzące się z własnymi demonami (profesor i jego ból) i bólem zadanym przez drugą stronę. No i oczywiście nie można nie wspomnieć o Jennifer Lawrence (Mystique) – ona znowu pokazała się z najlepszej strony.

xmen_55

„X-Men” przypomnieli o sobie z hukiem oraz mocną siłą ognia. Oznacza to jedno – prawdopodobnie najlepszą adaptację komiksu w tym roku (jeszcze pozostał drugi Kapitan Ameryka) i najlepszy blockbuster tego roku. Będziecie zaskoczeni, jeśli powiem wam, ze będzie ciąg dalszy? Ja nie mogę się doczekać.

8/10

Radosław Ostrowski

Z Księżyca spadłeś?

Wiele mil kosmicznych stąd znajduje się planeta, gdzie mieszkają sami mężczyźni. Ich narządy rozrodcze są strasznie małe, więc rozmnażają się przez klonowanie. Wódz Grayston wysyła swojego najlepszego agenta, by przybył na Ziemię i zapłodnił jedną z kobiet, by dokonać podboju. Ale nie jest to takie proste jak się wydaje.

z_ksiezyca1

Mike Nichols zaczął nowy wiek od filmu, który odniósł kasową porażkę. Z czego to wynika? Być może z faktu, ze scenariusz napisało czterech kolesi (powszechnie wiadomo, ze gdy jest więcej niż dwóch scenarzystów, efekt jest zazwyczaj słaby). Sam humor oparty na seksie jest, niestety dość niskich lotów, choć taka metoda podboju i ubranie tego w komediowe szatki wydawało się całkiem niezłym pomysłem. Tylko, że sama opowieść jest mało wciągająca, podejście naszego agenta (nazwiskiem Harold Anderson) jest zaskakująco naiwne i na początku jest to nawet zabawne. Jednak świszczący penis to nie jest zbyt fajna rzecz, a parę wątków (praca w banku, agent lotniczy tropiący naszego bohatera) nie do końca kleją się w całość. Jest parę niezłych gagów (nieudany seks), a i aktorzy też dają sobie radę (m.in. Annette Bening, Ben Kingsley, John Goodman czy grający główną rolę Garry Shamling).

z_ksiezyca3

Nie będę was jednak dłużej oszukiwał. Jako komedia jest nieśmieszna, choć punkt wyjścia był naprawdę ciekawy. Niestety, to najsłabszy film  karierze Nicholsa, który jest kompletną stratą czasu. Unikać jak kosmitę, chyba że jesteście nawaleni.

4/10

Radosław Ostrowski

Lucy

Historia zaprezentowana w najnowszym filmie Luca Bessona jest tak absurdalna, że aż dobrze się to ogląda. Tytułowa Lucy to blond włosa studentka mieszkająca w Tajwanie, która zostaje zmuszona przez gangsterów do przemycenia narkotyków. Substancja ta – w formie niebieskiego proszku – pęka i trafia do jej organizmu, co doprowadza do uzyskania nieprawdopodobnych mocy.

lucy1

Brzmi to idiotycznie? Przy okazji reżyser przeplata fragmenty żywcem wzięte z kina akcji miesza ze scenami z filmów przyrodniczych albo naspeedowanych fragmentów z „Drzewa życia” lansując tezę o tym, że człowiek wykorzystuje 10% swojego mózgu. To dziwaczne połączenie wydaje się tak absurdalne, że może stać się dosłownie wszystko. Teoretycznie to powinno gryźć się ze sobą, jednak brawurowy sposób opowiadania historii zdynamizowany tak pokręconymi scenami akcji sprawdza się zaskakująco nieźle. Nie będę wam zdradzał co się wydarzy, bo trzeba to potraktować z dużym przymrużeniem oka. Scarlett Johansson sprawdza się w roli delikatnej kobiety zmieniającej się we wszechpotężną istotę niemal nie z tego świata, ze w zasadzie nic nie jest jej w stanie powstrzymać, także Choi Min-Sik w roli czarnego charakteru sprawdza się bez zarzutu. A Morgan Freeman jest po prostu Morganem Freemanem.

lucy2

Ale tak naprawdę w trakcie seansu lepiej wyłączcie swoje komórki mózgowe i przyjmijcie to, co się dzieje na ekranie. Inaczej czeka was rozczarowanie.

6/10

Radosław Ostrowski

Stalker

W niedalekiej przyszłości dochodzi do dziwnej sytuacji – na Ziemię uderza meteoryt, a wytworzona Strefa jest oddzielona od reszty oraz pilnowana przez policję oraz wojsko. Jednak są też ludzie, którzy zajmują się prowadzeniem ludzi przez Strefę – i są to stalkerzy. Jeden z nich podejmuje się poprowadzenia przez Strefę pisarza oraz profesora do tajemniczej Komnaty, która podobno może spełnić najskrytsze pragnienia.

stalker1

Kino SF można pokazywać na wiele sposobów. Kojarzy się ono najbardziej z dynamiczną akcją, bogatymi efektami specjalnymi (będącymi popisami gości od komputera) oraz bogatą scenografią. Ale co zrobić, jeśli nie mamy dużego budżetu i kręcimy ten film w niezbyt bogatym kraju? Przed takim dylematem stanął radziecki reżyser Andriej Tarkowski, który postanowił przenieść powieść braci Strugackich (także napisali scenariusz), nie mając do dyspozycji dużych nakładów, a i sytuacja polityczna tez nie pozwalała na wiele. Więc reżyser wybrał Strefę (Zonę) oraz postać stalkera, tworząc kompletnie własną wizję pustego świata. Cóż to jest za świat? Świat pozbawiony wiary w cokolwiek – kulturę, naukę, Boga. Gdzie ludzie są zepsuci, wypaleni, samotni, desperacko poszukujący nadziei.

stalker2

To wywnioskować można nie tylko po dialogach i monologach wygłaszanych przez naszych bohaterów (znakomicie zagranych zresztą), którzy pokażą swoje inne oblicze (chyba nie jest przypadkiem, że stalker prowadzi dwóch intelektualistów), powiedzą więcej niż sami tego by chcieli. A jednocześnie reżyser za pomocą pozornie ascetycznej i pozbawionej dynamiki realizacji potrafi przykuć uwagę (choć zdania w tej kwestii pozostają podzielone), a sama Strefa przypomina opuszczone miejsce pełne pięknej przyrody. Jednak ślady człowieka są tutaj widoczne – opustoszały szpital, podniszczone budynki, pozostawione przedmioty (jakieś rury, ikony pod wodą, telefon w szpitalu), ale wszystko to jest pełne tajemnic. Wrażenie niesamowitości potęguje też pewien rodzaj wizualnej schizofrenii – miejsca poza Strefa (z wyjątkiem wejścia) utrzymane jest w tonacji buro-sepijnej, a sama Strefa jest w pełnym kolorze. Ale po drodze pojawia się masa pytań, na które odpowiedzi każdy musi sobie sam poszukać: Czy Komnata naprawdę spełnia marzenia? Czemu Strefa nie jest radioaktywna? A może stalkerzy są ludźmi, którzy tylko zarabiają, żerując na ludzkiej nadziei? I czemu jest ona tak naprawdę chroniona? Wrażenie obcowania z Tajemnicą towarzyszy nam niemal do samego końca, ale wielu może poczuć się rozczarowanymi.

stalker3

O kwestiach technicznych nie mówię, bo to tak naprawdę jest dla mnie sprawa drugorzędna. Oglądając „Stalkera” miałem pewne wątpliwości czym reżyser będzie chciał zwrócić moją uwagę. Ale nie wszystkim spodoba się ten film, bo wymaga maksymalnego skupienia i cierpliwości. Jednak jeśli posiadacie obydwie te cechy, to czeka was niezwykła wyprawa. Jeśli jesteście w stanie przygotować się do niej. Dlatego oceny wyjątkowo nie będzie, bo jak ocenić Tajemnicę?

Radosław Ostrowski

Strażnicy Galaktyki

Poznajcie Petera Quilla – mieszkaniec bardzo znanej planety Ziemia, który w 1988 roku przeżył dwie ważne rzeczy. Po pierwsze, stracił matkę. Po drugie, został porwany przez Ravagarsów, którzy zajmują się kradzieżą wszystkiego co ma wartość. Quill, zwany też Star Lordem podczas jednej akcji zabiera Kulę. Jak się okazuje zainteresowanych Kulą jest wielu, z czego najbardziej niejaki Ronan, który potrzebuje jej do jednej rzeczy – rozwalenia Wszechświata. Poza Quillem wplatani w to zostają zielona (dosłownie) Gamora, łowca nagród szop Rocket i jego bodyguard drewniany Groot oraz Drex Niszczyciel. I ta banda miałaby powstrzymać Ronana?

straznicy_galaktyki3

Marvel to marka znana każdemu fanowi komiksu, a że one ostatnio są coraz lepsze („Iron Man 2”, „Avengers”) nie można być rozczarowanym. Do tego grona aspirują „Strażnicy Galaktyki” sfilmowani przez niejakiego Jamesa Gunna. Czerpie ona garściami z Kina Nowej Przygody, gdzie strach miesza się z ironicznymi złośliwościami, a powaga ustępuje czasem luzowi. Sama intryga i opowieść mogą wydawać się dość proste i komiksowe (ale w żaden sposób prostackie czy prymitywne), ale przynajmniej nikt nie udaje, że chodzi tu o coś więcej. Humor jednak pozwala odświeżyć schemat hartowania stali oraz tworzenia zgranej grupy przez osoby o kompletnie sprzecznych interesach. Uniwersum jest trochę uboższe niż w takich „Gwiezdnych wojnach”, efekty specjalnie prezentują bardzo solidny poziom, a scenografia i strona plastyczna naprawdę imponuje (zarówno więzienie, siedziba Kolekcjonera czy statek Ronana – budzą głęboki szacunek). Także wplecione w tło piosenki z lat 70. (awesome mix Star Lorda is awesome) dodaje smaczku i luzu. Od czasu „Avengersów” nie bawiłem się tak przednio i nie śmiałem się tak często.

straznicy_galaktyki4

W tą cała konwencję świetni wpisują się główni bohaterowie i w ogóle prawie cała obsada. Chris Pratt w roli Star Lorda (kogo?) jest zarówno łobuzerskim awanturnikiem pokroju Hana Solo jak i herosem, kiedy tylko pozwalają okoliczności. To, że Zoe Saldana potrafi zagrać twarde i charakterne babki wiem nie od dzisiaj. Tutaj tylko to potwierdza i świetnie walczy. I nie tylko walczy, ale to trzeba zobaczyć samemu. Ale największe szoł robi tutaj szop Rocket (z głosem Bradleya Coopera) – arogancki, chciwy, serwuje najlepsze teksty i jako jedyny sprawia wrażenie twardo stojącego po ziemi. A jego kumpel Groot (małomówny Vin Diesel) to swój kawał drewna i lepiej go mieć po swojej stronie.

straznicy_galaktyki2

Żeby jednak nie było tak słodko, to główny zły, czyli Ronan jest najsłabszym ogniwem fabuły. Bardziej przypomina on rozkapryszone dziecko niż potężnego arcywroga do pokonania. Innymi słowy, temu kolesiowi brakuje jaj, ikry i poweru. A poza nimi na drugim planie jest niezawodny Michael Rooker (Yondu Udunta – szef Ravagarsów), solidny John C. Reilly (gliniarz Dev) oraz wyborny Benicio Del Toro (Kolekcjoner).

straznicy_galaktyki2

Nie skłamię mówiąc, że to najlepszy blockbuster tego roku. Świetna rozrywka z dość prostą opowieścią, ale za to z wielką mocą, emocjami oraz wszystkimi podobnymi bajerami. Możecie mi mówić Star Lord, ewentualnie Groot. Ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

Kongres

Robin Wright jest aktorką w średnim wieku, która swoje najlepsze lata ma już dawno za sobą. Nikt już nie chce ją zatrudniać ze względu na nerwy oraz charakter panikary. W końcu dostaje bardzo nietypową propozycję, skomputeryzowania swojej twarzy ze wszystkimi swoimi emocjami. Dwadzieścia lat po tym wydarzeniu przybywa na kongres futurystyczny do animowanego miasteczka Abrahama, gdzie dochodzi do ataku terrorystycznego.

kongres1

Stanisław Lem nigdy nie należał do „filmowych” pisarzy, gdyż jego książki stanowiły dla filmowców materiał tak bogaty, ze trudno byłoby wybrać istotne elementy. Tym razem z „Kongresem futurologicznym” postanowił się zmierzyć izraelski reżyser Ari Folman. I stworzył mieszankę „żywego” filmu z animacją, nie do końca trzymając się literackiego pierwowzoru. Niby futurystyczny, ale bardzo dzisiejszy i opowiadający o świecie tak złudnym, że aż prawdziwym. Zaczyna się od świata, gdzie aktor jest zastąpiony przez awatara, imitującego jego ruchy, emocje, a prawdziwi aktorzy mają zakaz pojawiania się publicznie. Inaczej nie przetrwasz, ale to dopiero początek: wszelka chemizacja, gdzie możesz być każdym po zażyciu pigułki (nawet jedząc jogurt) – wszelki konsumpcjonizm i ekshibicjonizm w zamian za „wolny wybór”.

kongres2

Po 40 minutach żywych aktorów zastępuje animacja i to bardzo surrealistyczna, a wszelkie wizję wyglądają jak po zażyciu używek. A zaczynało się jak satyra na Hollywood, gdzie rządzi kult młodości, kończąc na krytyce konsumpcjonizmu i egoizmu, co bywa mocno powiedziane wprost. Moralizatorstwo zabija trochę ten film, a rzeczywistość wolna od halucynogenów wygląda znacznie gorzej. Jak wszyscy wiemy, prawda jest brzydka i Folman dosłownie to pokazuje. Kolejne dziwne halucynacje po drodze (zamach na korporację, atak halucynogenicznym gazem, odmrożenie) wywołują rozgardiasz, ale końcówka jest tak mocna, że trudno przejść obojętnie.

kongres3

Najmocniejszym punktem jest tutaj znakomita Robin Wright w roli samej siebie, podstarzałą gwiazdę „sprzedającą się” za święty spokój i możliwość spędzenia większego czasu z dziećmi. Jej naturalizm jest wielkim atutem, a wszelkie emocje (zagubienie, smutek, bezradność) wygrywa całkowicie. Wydaje się jedynym głosem sumienia ludzkiego w tym szalonym świecie. Poza nią są jeszcze niezawodny Harvey Keitel (agent Al – scena opowiadania o początkach w fachu – naprawdę mocna), wszechwładny Danny Houston (producent Jack) oraz mocny Kodi Smith-McPhee (syn Aaron).

„Kongres” to dziwna mieszanka, która jest miejscami zbyt moralizatorska, poważna i nie do końca udana. Jednak potrafi zaintrygować, zmusić do refleksji i zastanowić się nad sobą samym. Mimo wszystko – całkiem interesująca propozycja.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Apollo 13

To miał być zwykły, podręcznikowy wręcz lot na Księżyc. 11 kwietnia 1969 Apollo 13 miał polecieć w przestrzeń kosmiczną, zebrać kamienie z Księżyca i wrócić na Ziemię. Załoga – dowódca Jim Lovell, Fred Haise i Ken Mettingly przez dwa miesiące ostro trenowali, jednak z powodu możliwości złapania odry, ten ostatni zostaje zastąpiony przez Jack Swigerta. Lot wydawał się tak nudny i spokojny, że żadna telewizja nie była zainteresowana transmitowaniem lotu. Wszystko się zmieniło przez trzy słowa: „Houston, mamy problem”.

apollo13_1

Ron Howard jest uważany za jednego z najlepszych rzemieślników Hollywood. Poniekąd jest to prawda, bo nie posiada własnego stylu, który by go wyróżniał od innych twórców, jednak gdy dostanie dobry scenariusz, jest w stanie z niego wycisnąć wszystko. Tak było w przypadku „Ognistego podmuchu”, „Frost/Nixon” czy ostatniego filmu – „Wyścig”. Historia misji Apollo 13 tylko potwierdza umiejętności Howarda w opowiadaniu historii. Mimo znajomości finału całej opowieści, udaje się trzymać w napięciu do samego finału, a o czymś to chyba świadczy. Technicznie trudno się przyczepić – ale to standard w przypadku produkcji zza Wielkiej Wody. Kamera bardzo sprawnie podąża, montaż podkręca tylko napięcie, a podniosła muzyka Jamesa Hornera nadaje powagi całej sytuacji. Nie sposób też nie zauważyć scenografii (zwłaszcza wygląd pojazdu kosmicznego robi wielkie wrażenie). Przerzucenia akcji z miejsca na miejsce (od momentu usterki jesteśmy w NASA, potem w domu pani Lovell, gdzie przychodzą przyjaciele ją wesprzeć, wreszcie mamy relacje telewizyjnych programów, gdzie zostaje nam wszystko powoli wytłumaczone) tylko podkręca dynamikę, a zbudowania filtru na dwutlenek węgla nie powstydziłby się sam MacGyver.

apollo13_2

Aktorsko w zasadzie też jest bez zarzutu, a całość jest rozpisana na piątkę postaci. Pierwsza to Jim Lovell o aparycji Toma Hanksa, czyli poczciwego, amerykańskiego everymana znajdującego się w sytuacji ekstremalnej. I – jak to Amerykanin – próbuje znaleźć rozwiązanie z każdej sytuacji. Partnerujący mu Bill Paxton (zabawny – na początku – Fred Haise) oraz Kevin Bacon (niezgrany do końca z członkami misji Jack Swigert) podtrzymują poziom, świetnie pokazują zarówno zaufanie, precyzję swojej roboty, nerwy oraz zmęczenie. Sekundują im dwaj mistrzowie. Pierwszy to (zasłużenie) nominowany do Oscara Ed Harris. Jego Gene Kranz (szef misji) to odpowiedzialny dowódca, który traktuje bardzo poważnie swoje zadanie i jest bardzo powściągliwy w wyrażaniu emocji. Druga postać to grany przez Gary’ego Sinise’a Ken Mattingly, który odegra kluczową rolę w misji powrotu na Ziemię. Jednak nawet drobne epizody są bardzo dobrze poprowadzone przez reżysera.

apollo13_3

Jednak „Apollo” nie jest pozbawiony wad. Najpoważniejszą jest tutaj amerykański patos, który pod koniec mocno wymyka się spod kontroli reżysera (sceny, gdy świat modli się za astronautów czy finał – trochę nadęty). Poza tym film może być odebrany jako kolejny triumf synów amerykańskiej ziemi, co akurat w tym przypadku jest prawdą.

Ale dla mnie to przede wszystkim historia triumfu człowieka wobec przeciwności oraz jego silnej. A że panowie w tym wypadku posługują się angielszczyzną jest sprawą drugorzędną. Całość jednak tak mocno trzyma za gardło, że te wady nie mają wielkiego znaczenia. Ale to nie jest najlepszy film Howarda (dla mnie takim jest „Wyścig”), ale to i tak ścisła czołówka.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Na skraju jutra

W niedalekiej przyszłości Ziemia zostanie zaatakowana przez paskudnych obcych zwanych Mimikami. Paskudne monstra przez pięć lat opanowały niemal całą nasza planetę, ale wkrótce ma dojść do ostatecznej konfrontacji – lądowanie na plaże Normandii. I tak trafia zdegradowany major Bill Cage, specjalista od PR-u. Ale niestety ma pecha, bo podczas walki… ginie spalony przez zwłoki Mimika. W zasadzie mógł to być koniec filmu, gdyby nie fakt, że po śmierci Cage… budzi się dzień przed inwazją.

na_skraju_jutra1

Dziwne prawda? Nowy film Douga Limana, czyli twórcy nowej wersji „Tożsamości Bourne’a” to adaptacja powieści japońskiego autora, którego nazwiska nie jestem w stanie wymówić. To wyjaśnia obecność egzoszkieletów oraz wyglądu paskudników, a sam pomysł zapętlenia czasowego budzi skojarzenia z „Dniem świstaka”, tylko że tutaj to inaczej uzasadniono. Efekt? Dynamiczne kino akcji, które wykorzystuje zapętlenie (świetnie zmontowane) wywołując na początku sporo humoru. Oglądając można mieć wrażenie patrzenia na grę komputerową (giniesz, powtórka, znowu, giniesz, znowu powtórka) przechodzoną na najwyższym poziomie trudności. Po śmierci poznajesz ruchy przeciwnika, zapamiętujesz to, w ten sposób udoskonalając się. Jest sporo rozwałki, lądowanie pokazano w sposób wręcz kameralny (sporo piachu, brudu i paskud) i nie jest to wcale takie głupie, jeśli chodzi o fabułę, która trzyma się kupy. W zasadzie zastrzeżenia są dwa. Po pierwsze, słaba muzyka a’la Hans Zimmer, która wypada przeciętnie na ekranie. Po drugie, zakończenie nie do końca logiczne. Więcej nie powiem, ale to się zaskakująco dobrze ogląda, m.in. dzięki humorowi.

na_skraju_jutra2

Zaskakuje też całkiem dobre aktorstwo. Nie jestem fanem Toma Cruise’a, któremu wydaje się, że jest twardziele i nadal może sobie biegać, zabijać itd. Ale tutaj jest takim cwaniaczkiem, który na początku chce się wymigać od walki. Im dalej jednak w las, tym bardziej staje się superherosem i prawdziwym badassem. I tą przemianę naprawdę dobrze ogrywa. A czy mogło być inaczej, jeśli nauczycielką jest Metalowa Suka Rita (fantastyczna Emily Blunt), która jest ostrą zawodniczką, bardzo skrytą i nie do końca ufną. Ten duet rozkręca cała imprezę, ale o wątku miłosnym możecie zapomnieć – na wojnie nie ma miejsca na takie pierdoły jak miłość. Poza tym killerskim duetem jest jeszcze na drugim planie wyrazisty Bill Paxton (starszy sierżant Farrel) oraz kościsty Brendan Gleeson (generał Brigham).

na_skraju_jutra3

Film zawiera mniejsze i większe bzdury, widać kupę kasy zainwestowaną – to prostu rozrywkowe kino zrobione na solidnym poziomie. Fajny pomysł, solidna realizacja, dobre aktorstwo i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Teoria wszystkiego

W niedalekiej przyszłości prywatność nie będzie istniała, w zamian będzie masa firm zajmujących się spełnianiem wszelkich pragnień. W tym świecie żyje Qohen Leth – genialny informatyk pracujący w dziale metafizyki. Od swoje szefa, zwanego Zarządem dostaje najtrudniejsze zadanie: udowodnienie Teorii Wszystkiego, czyli 0= 100%.

zero_theorem1

Terry Gilliam to filmowiec, który ma tak nieskrepowaną wyobraźnię, że może sobie pozwolić na wszystko. Nadal mamy mroczny, lekko obłąkany klimat, futurystyczny świat wyglądający tandetnie i człowieka pełnego demonów, zwątpień balansującego na granicy szaleństwa. Tylko, że tak naprawdę niewiele z tego wynika. Gilliam nadal atakuje konsumpcjonizm i pokazuje ludzi jako narzędzia w rękach innych, ale tym razem nie znajduje wyjścia z tego chorego świata. Nawet sen, który wydawał się wentylem bezpieczeństwa we wcześniejszych filmach nie jest taki spokojny, bo Wielki Brat czuwa i jest wszędzie. Zderzenie wiary z chaosem (symbolicznie widać to w domu Letha, którym jest… kościół z komputerem) musi przynieść poważne skutki, ale tak naprawdę im dalej w las, tym bardziej reżyser nudzi, staje się wtórny wobec samego siebie. My to wszystko już znamy, a tutaj brakuje jakiejś puenty, która podsumuje całość, bo zakończenie nie daje nam tej satysfakcji. Choć świat Letha (na zewnątrz) wygląda bardzo gilliamowsko (reklamy, murale, dziwaczne stroje i urządzenia), to większość czasu spędzamy w domu Letha – szarym, ponurym i mało przyjemnym.

 

zero_theorem2

Sytuację próbują częściowo ratować aktorzy, choć najlepiej poradził sobie świetny Christoph Waltz, który jest tutaj kompletnie pozbawionym włosów facetem. Qohen Leth (prawie jak Kohelet) to wystraszony, samotny człowiek wierzący, że jeden telefon jest w stanie zmienić jego życie. I czeka na niego, ciągle balansując między pracą, obłędem (ciągłe mówienie o sobie w liczbie mnogiej) i lekiem przed śmiercią. Wygrywa te emocje jednym spojrzeniem lub drobnym gestem. Druga mocna postacią jest stażysta Bob (fenomenalny Lucas Hedges), który próbuje pomóc Lethowi w zadaniu, ale jest strasznie znużonym i zmęczonym nastolatkiem. Na drugim planie jeszcze wyróżniają się niezawodni David Thewlis (Joby, zwierzchnik Letha) i Tilda Swinton (psychiatra).

zero_theorem3

„Teoria wszystkiego” ma dziwaczny klimat oraz pokręconą wizję Gilliama, ale pozbawiona jest ona sensu. Może ktoś z was w trakcie seansu odnalazł sens, ale ja się mocno pogubiłem. Zmarnowany potencjał i tyle.

6/10

Radosław Ostrowski