Tully

Wydaje się, że temat macierzyństwa już został porządnie wyeksplorowany przez filmowców. Ale Jason Reitman do spółki ze scenarzystką Diablo Cody pokazał, iż to nie do końca prawda. Cała historia obraca się wokół Marlo – kobiecie powoli wchodzącej w wiek średni, z dwójką dzieci (jedno z nich,  Jonah, jest atypowe) oraz trzecim w drodze. Nie trzeba być geniuszem, że poród wywraca całe życie do góry nogami. Dzieciak (o wdzięcznym imieniu Mia) nie jest w stanie dać spokoju, zaś mąż próbuje jakoś wesprzeć kobietę, ale praca dość mocno męczy. Wtedy brat Marlo decyduje się wynająć dla niej nocną nianię – osobę opiekującą się dzieckiem w nocy, pozwalając odpocząć oraz wyspać. Obecność Tully dokonuje dość intrygujących zmian.

tully1

Reitman jest na tyle ciekawym reżyserem, że ciągle próbuje pokazać pozornie znane tematy w mniej oczywisty sposób. Tutaj mamy kwestię macierzyństwa, powszechnie uważane za najlepszą rzecz w życiu każdej kobiety (oprócz zakonnic). Ale mało kto mówi i wspomina, jak bardzo potrafi zmęczyć, mimo bycia supermamą. Pokazuje to świetnie zmontowana sklejka, gdzie mamy Marlo co noc idącą do niemowlaka, zmienia mu pieluszkę, produkuje mleko, karmi dziecko, by pójść spać. I tak przez kilka dni, tygodni, nawet miesięcy. Jakim cudem nasza bohaterka jeszcze nie zamieniła się we wrak człowieka? Reżyser przygląda się naszej Marlo, a kiedy pojawia się Tully, film nagle zaczyna odlatywać i dzieją się rzeczy, których nie umiałem wytłumaczyć. Nagle cała kuchnia jest posprzątana, pojawiają się wypieki z ciastek, zaś Marlo zaczyna znajdować czas dla siebie. Kim jest ta laska, która sprawia wrażenie wszechwiedzącej? Powiedzmy, że rozwiązanie mnie nie zaskoczyło, jednak wspólne sceny rozmów Marlo z Tully potrafiły parę razy mnie zaskoczyć nie tylko szczerością, humorem, ale też stawiając pewne pytania. Jak mimo bycia matką, nadal znaleźć czas na siebie i czerpać radość z życia, a nie tylko widzieć ciężar związany z wychowywaniem, jaki przygniata. I po potrafi zmusić do myślenia.

tully2

Sama konstrukcja tego filmu wydaje się pewnym zbiorem scenek, których pewne wątki nie zostają w pełni rozwinięte. Kwestia nowej szkoły dla atypowego syna, sugerowany trójkącik, mocno popsuta relacja Marlo z bratem – te wątki sprawiają wrażenie patchworka, który ma tak naprawdę pokazać kolejne warstwy i problemy, z jakimi musi zmierzyć się nasza bohaterka. Ale mimo tego pomieszania z poplątaniem, ogląda się to z niemałą satysfakcją.

tully3

To wszystko tak naprawdę działa dzięki dwóm rewelacyjną kreacjom: Charlize Theron oraz Mackenzie Davis. Pierwsza w roli Marlo kompletnie zaskakuje, mocno odcinając się od swojego wizerunku. Pozbawiona hollywoodzkiego blichtru aktorka bardzo naturalnie wypada w roli kobiety, która z jednej strony jest wyrozumiała żona oraz kochająca matka, choć z drugiej strony sprawia wrażenie troszkę zmęczonej całodobową pracą jako rodzic. Z kolei Davis to postać pozornie dziwaczna: wygląda jak jakaś małolata świeżo po studiach, a jednocześnie serwuje teksty godne jakiegoś terapeuty lub osobistego trenera, mając umiejętności godne perfekcyjnej pani domu. I ta więź między tą dwójką wydaje się być najmocniejszym punktem tego dzieła.

Reitman nadal trzyma się kina niezależnego w duchu, ale „Tully” nie do końca mnie powaliła. Być może ta nietypowa narracja mnie odstraszyła, niemniej świetne dialogi oraz aktorstwo są w stanie przyciągnąć uwagę do końca. Nawet mimo poczucia pewnego niedosytu, seans nie będzie czasem straconym.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dywizjon 303. Historia prawdziwa

Pora na kolejny film o Dywizjonie 303, ale tym razem nasi dzielni, wspaniali i utalentowani filmowcy spróbowali opowiedzieć historię, bazując na legendarnej powieści Arkady’ego Fiedlera. Przynajmniej taki mają PR, a prawda niekoniecznie musi się za nimi kryć. Bo co może pójść nie tak, jeśli przed kamerą staje Denis Delić (reżyser wybitnego filmu „Ja wam pokażę”), producentem i współscenarzystą jest Jacek Samojłowicz (legendarna „Kac Wawa”), zaś w rolach głównych zobaczymy kompletnie nieznanych aktorów jak Maciej Zakościelny, Piotr Adamczyk, Jan Wieczorkowski czy Antoni Królikowski?

W zasadzie sposób opowiadania historii naszych pilotów wydaje się na pierwszy rzut oka podobny. Też jest dość chaotycznie, ale za to przynajmniej są podane już konkretne daty, przez co jednak byłem w stanie się jednak chronologicznie odnaleźć. Jednak żeby pokomplikować sprawę, zostają wrzucone retrospekcje, z których tylko jedna (scena szkolenia przez Urbanowicza w Dęblinie) jest uzasadniona. Do tego twórcy są bardzo ambitni, bo pojawia się też spojrzenie na to starcie z perspektywy dwóch niemieckich pilotów. Sam pomysł dodaje trochę świeżości, jednak wykonanie jest tak sztampowe, że boli. Bo jeden jest fanatycznym nazistą, drugi bardziej ze starej szkoły i nawet przyjaźnił się z Urbanowiczem. Zgadnijcie, który z nich dostanie „nagrodę” od Goeringa?

dywizjon_3031

Niemniej film mnie pary razy zaskoczył. Po pierwsze, mimo mniejszego budżetu od wersji brytyjskiej, po prostu lepiej wygląda. I nie chodzi tylko o kolorystykę, jasność, ale też film jest troszkę bardziej wystawny. Mamy nie tylko koszary i bar, gdzie nasi chłopcy piją na koszt Sikorskiego, ale jest także baza lotnicza Niemców, sztab brytyjski, jakiś szpital (zaatakowany przez lotników z Reichu), a nawet teatr. I to żadne biedne dekoracje, tylko naprawdę porządnie wyglądające miejsca. Także same sceny lotnicze wyglądają o niebo lepiej od tego drugiego filmu, choć efekty specjalne to nadal średnia półka. Nie ma tutaj chaosu, wszystko jest ciekawie zainscenizowane i potrafi to trzymać w napięciu. Jeśli chodzi o zalety, to w zasadzie tyle. Jeszcze twórcom udało się wykorzystać prawdziwe archiwa (filmy, zdjęcia) i wpleść je do fabuły, tak jak postać Arkady’ego Fiedlera.

dywizjon_3033

Ale cała reszta to pierwszorzędne partactwo. Scenariusz nadal jest powiązanym ciągiem scen, gdzie wojna jest gdzieś tam w tle, czasem przypominając o sobie. Klimat jest jak na tego typu kino zbyt lightowe, wręcz sielankowo-kiczowate. Nasze chłopaki czasem kogoś zastrzelą, a to poderwą jakąś laleczkę (zwłaszcza Zumbach i dość rozbudowany wątek, ale o tym nie warto gadać), ale nie czuć powagi wydarzeń, żadnego dramatu czy dylematów. Choć nie, jest jedna mocna scena związana z… dance macabre, która mocno chwyciła. Tylko, że to troszkę za mało, by kompletnie przejąć się tymi postaciami. W zasadzie (poza Zumbachem i Urbanowiczem) o tych postaciach nie wiemy nic, a co gorsza, zlewali się w taką masę, że nie byłem ich w stanie od siebie rozróżnić. Nawet Kent zostaje olany i ograniczony do roli statysty. Sami Anglicy też nie zapadają w pamięć, co jest kompletnie niewiarygodne.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o aktorstwie, ale to wszystko jest na poziomie jakiejś telewizyjnej produkcji, co udaje film za dużą kasę. Czy tylko mnie już drażni oglądanie tych samych twarzy w kółko, jakby innych aktorów do wojennej produkcji nie można było obsadzić? Zakościelny nadal dla mnie jest kawałkiem drewna, które może i ładnie wygląda – nie mnie to oceniać – lecz talentu za nic nie jestem w stanie dostrzec. Wieczorkowski po prostu jest, Królikowski jako Tolo niby próbuje być śmieszny, lecz mu nie wychodzi. Broni się tylko naprawdę tylko Piotr Adamczyk w roli Witolda Urbanowicza. Po pierwsze, ma sporo czasu na ekranie i nie tylko się snuje. To charyzmatyczny lider (ta scena przemowy przed pierwszym lotem – słucha się tego z wielką frajdą), który nie do końca trzyma się przepisów, ale jest szanowany przez swoich podwładnych (czasami pozwala na pewne akcje, nie zawsze zgodnie z przepisami). I to jest bardzo mocno pokazane, zaś angielszczyzna Adamczyka brzmi bardzo naturalnie.

dywizjon_3032

Przyznam się bez bicia, że „Dywizjon 303. Historia prawdziwa” skreśliłem jeszcze przed seansem. Choć muszę przyznać, iż zrobił na mnie lepsze wrażenie pod względem wizualnym czy scen batalistycznych, to wszelkie pozostałe obawy się spełniły. Jest zbyt podniośle, zbyt grzecznie i zbyt nudno. Mimo pewnych niedoskonałości, wersja brytyjska przynajmniej próbuje głębiej wejść w tą opowieść, a Delić idzie po najprostszej linii oporu, by zrobić kino ku pokrzepieniu serc. Tylko czy jest to potrzebne?

4,5/10 

Radosław Ostrowski

303. Bitwa o Anglię

O bitwie o Anglię słyszał chyba każdy, bo chyba każdy Polak ma pewną szczątkową wiedzę na ten temat. Zwłaszcza, że spory udział w tym walnym zwycięstwie mieli piloci z Polski. Czy to nie jest wręcz gotowy materiał na kinową produkcję? Odpowiedź na to pytanie wydaje się teoretycznie prosta. Tylko, że trzeba umieć z tego materiału coś powyciskać, wybrać oraz stworzyć z tego spójną opowieść. W roku 2018 powstały aż dwa filmy o tej tematyce: jeden brytyjsko-polski, a drugi polski (o nim innym razem).

„303. Bitwa o Anglię” to produkcja Davida Blaira, który spore doświadczenie osiągnął przy pracy dla telewizji. Jednak nasz dystrybutor postanowił tą dość skromną produkcję pokazać na dużym ekranie. I nie wiem, czy to był dobry pomysł. Cała narracja skupia się przede wszystkim na dwóch postaciach: polskiego pilota Jana Zumbacha oraz dowódcy dywizjonu, Johna Kenta „Kentowskiego”. Ale twórcy mają tutaj spore ambicje, próbując upchnąć całą historię Dywizjonu od momentu przygotowań aż do roku 1946 i wydalenia Polaków z Brytanii po wojnie. Sporo jak na ponad półtorej godziny – tylko, czy aby nie za dużo.

bitwa_o_anglie1

Sam scenariusz sprawia wrażenie bardzo chaotycznego, gdzie postacie, nazwiska, wydarzenia mieszają się bardzo mocno i nie do końca wiadomo, na czym tak naprawdę się skupić. W zasadzie opowieść można podzielić na trzy etapy: pojawienie się naszych lotników i szkolenie, pierwsze loty oraz zestrzelenia (co wywołuje szacunek przełożonych) oraz – na dość krótko – Paradę Zwycięzców bez udziału naszych. Ale samo wykonanie jest, delikatnie mówiąc, niezadowalające. Niby są też krótkie sceny z perspektywy niemieckich soldaten, jednak są bardzo krótkie i nieistotne dla całości. Do tego narracja jest poprowadzona bardzo skokowo, przez co nie mogłem się zorientować, kiedy dzieją się poszczególne wydarzenia oraz potyczki. To można było lepiej poprowadzić i wybrać.

bitwa_o_anglie2

Drugi dość istotny problem to są postacie, które w zasadzie są ledwo zarysowane. Aczkolwiek są w tej materii pewne wyjątki – troszkę lepiej poznajemy Zumbacha, Urbanowicza (ku mojemu zdziwieniu jest go zaskakująco niewiele), bardziej charakternego Tola, „Króla” czy Gabriela Horodyszcza, który ma pewien moralny dylemat (całkiem nieźle rozegrany). Pomóc w tych szczątkowych portretach psychologicznych próbują krótkie retrospekcje z Polski, pokazujące losy najbliższych naszych pilotów. Do tego jeszcze pokazani są jako ludzie, a nie pomnikowe postacie bez skazy. Za to akurat spory plus.

Ale coś, co mnie w tym filmie bardzo zaskoczyło: jak bardzo jest to historia pozbawiona „romantycznej” otoczki oraz patosu. Tutaj nie brakuje scen śmierci, porażek, co mocno odbija się także na psychice naszych bohaterów, którzy są wykorzystywani przez brytyjskie wojsko. Chociaż sceny żalu i bólu są jest tutaj parę klisz (scena, gdy pozostali piloci po prostu gapią się ze smutnymi minami w ciszy, a w tle gra smutna muzyka), niemniej pojawiają się emocje, a niektóre sceny potrafią złapać za gardło.

bitwa_o_anglie3

No i chyba najgorsza rzecz – sceny lotniczych starć. Nie chodzi nawet o to, że wykorzystano efekty komputerowe, bo w takich produkcjach jest to nieuniknione. Tylko, że jakość tych efektów woła o pomstę do nieba. Paskudnie wyglądające wybuchy, lecące kule czy samoloty to po prostu porażka. A sam montaż tych scen wywołuje ogromną konsternację – nie byłem w stanie określić kto jest gdzie, jaka jest odległość i z kim tak naprawdę walczą. Mimo, że tych scen jest dość sporo, choć są dość krótkie i nie angażują. Jest nawet pewien wątek romansowy, ale nie wywołuje bólu głowy.

Aktorzy po prostu robią, co mogą, jednak sam scenariusz nie daje im zbyt wiele pola do popisu. Najważniejsze tutaj są dwie postacie, czyli Zumbach i Kent. Muszę przyznać, że Iwan Rheon w roli naszego pilota wypada naprawdę nieźle. Ma sporo charyzmy, jest dość wycofany, a i po polsku daje sobie radę (choć akcent troszkę boli, niemniej jest do przyjęcia), z czasem widać zmęczenie wojną. Zaś Gibson w roli Kenta również wypada solidnie (głos po tatusiu, czyli mocny, szorstki), a jego relacja z lotnikami się pogłębia. Pozostali aktorzy (w tym Polacy), robią tutaj za tło, wykorzystując w pełni swój czas. Szkoda mi najbardziej Marcina Dorocińskiego jako Witolda Urbanowicza, który nie ma tutaj zbyt wiele do roboty i w zasadzie jest zepchnięty do bycia dekoracją. Podobnie tacy zdolni goście jak Filip Pławiak (czarujący Miro), Sławomir Doliniec (zadziorny Tolo) czy Adrian Zaremba (Horodyszcz), choć każdy z nich ma jedną scenę, gdzie zapada w pamięć. To jednak troszkę za mało.

Powiem, że jestem brytyjską wersją tej historii lekko zawiedziony. Muszę przyznać, że jednak w miarę to wszystko trzyma się faktów, a sami Anglicy potrafią pokazać, iż nie zawsze byli wobec naszych bohaterów fair (ostatnia scena). Potencjał jednak był na wiele, wiele lepszy film, tylko wymagałby bardziej „pewnego” reżysera i scenarzysty, o budżecie nawet nie wspominając.

5/10

Radosław Ostrowski

Roma

Nie dajcie się zwieść temu tytułowi, bo akcja nie toczy się w Rzymie, lecz w dzielnicy Mexico City zwanej Romą. Jest końcówka roku 1970, a cała historia krąży wokół pewnej rodziny. Jest matka, czworo dzieci, mąż-naukowiec, babcia oraz dwie służące, siostry (ale nie zakonnice) Cleo i Adela. Podglądamy zwykłe, szare i nieciekawe życie, które dla Cleo oraz pani domu zostaje nagle wywrócone do góry nogami. Pierwsza odkrywa, ze jest w ciąży, druga czeka na swojego męża, przebywającego na długich badaniach.

roma1

Alfonso Cuaron to reżyser, który ostatnimi czasy bardziej skręcał ku dużym produkcjom jak „Grawitacja” czy „Ludzkie dzieci”, gdzie widowiskowość oraz techniczna perfekcja mieszała się z kameralnością, wręcz niemal intymnym klimatem. Dlatego dla wielu „Roma” może być zbyt wielkim zaskoczeniem. Trudno powiedzieć cokolwiek o fabule, bo tak naprawdę jest bardzo szczątkowa. Jest to taki typ kina, które jedni nazwą snujem, gdzie klasycznie rozumianej akcji nie było albo zwyczajnie kinem kontemplacyjnym, które wizualnie jest olśniewający. Oczywiście, jest to czarno-białe dzieło (przez co wygląda bardziej artystycznie), jednak to w żadnym przypadku wadą. Zwłaszcza, że reżyser bardzo często korzysta z długich ujęć, co akurat nie dziwi. A niejako w tle widzimy poważny tumult dziejący się na ulicach (protesty studentów), zaś wydarzenia poznajemy z perspektywy Cleo. Przez co dostajemy dość szczątkowe informacje dotyczące tego, co się naprawdę dzieje w domu.

roma2

Ta szczątkowa narracja może wywołać znużenie albo zmęczenie dla kinomana, nastawionego na jakoś głęboko rozrysowane postacie czy złożona intrygę. Bo tak naprawdę widzimy zwykłe czynności dnia codziennego: sprzątanie (także po psie), czyszczenie posadzki, prace kuchenne. Czasem były też drobne wydarzenia jak wizyta w kinie, obserwacja kursu sztuk walki czy scena zabawy u krewnych. Niby nic, czego byśmy nie widzieli czy robili w dniu codziennym, ale jednocześnie jest to zrobione w taki sposób, że nie wygląda to jak coś zwykłego, codziennego. Te długie ujęcia w wielu scenach (próba ukrycia się jednego z młodych ludzi w sklepie meblowym, poród – bardzo mocna scena czy scena na plaży) miejscami potrafią podbić miejscami napięcie i oczarowują pewnym klimatem. Chociaż początkowo nie byłem w stanie wejść w ten klimat, niemniej z czasem zacząłem łapać ten rytm.

roma3

Do tego kompletnie nieznane twarze (z cudowną Yalitzą Aparicio na czele) tworzące bardzo wyraziste postacie, naturalnie brzmiące dzieci, a jednocześnie jest to bardzo pewnie, spokojnie zrealizowane. Nie jest to arcydzieło, jak głosi większość recenzentów, ale to zdecydowanie jedna z ciekawszych, ambitniejszych dzieł zrobionych przez Netflixa. Jeden z bardziej zaskakujących filmów Cuarona.

7,5/10

Radosław Ostrowski

The ABC Murders

Każdy fan kryminałów prędzej czy później natknie się na powieści Agathy Christie. Postacie panny Jane Marple i Herculesa Poirota stały się częścią popkultury, tworząc wiele wersji tych postaci. Pod koniec roku 2018 brytyjska BBC postanowiła (zgodnie z paroletnią tradycją) przenieść w formę miniserialu kolejną powieść brytyjskiej mistrzyni kryminałów. Ale pierwszy raz spotykamy się z Poirotem.

Jednak tym razem nasz detektyw troszkę poszedł w odstawkę. Czasy swoje wielkiej chwały i świetności minęły dawno (jest rok 1933), dodatkowo jako cudzoziemiec bywa nielubiany przez rodowitych Brytyjczyków, mimo pełnej asymilacji. Nie jest już przez nikogo zatrudniany i w zasadzie pozostaje tylko czekanie na śmierć. Aż tu nagle dostaje list od niejakiego A.B.C., który grozi, że zacznie zabijać i jedynie nasz detektyw będzie w stanie go powstrzymać. Co gorsza, zabójca sprawia wrażenie osoby, która naszego Belga zna więcej niż dobrze. Policja jednak sprawę ignoruję, zaś inspektor Japp przeszedł na emeryturę. Kiedy jednak sprawca dotrzymuje słowa, Poirot podejmuje się (troszkę na własną rękę) poprowadzić śledztwo. A wszystko się zaczęło, gdy do pewnego małego hoteliku trafia pan Cust. Alexandre Bonaparte Cust.

abc1

Tym razem scenarzystka Sarah Clarke zmierzyła się z niemal ikoniczna postacią, troszkę zmodyfikowała przy fabule (odstępstw jest dość sporo, ale nie kłują mocno w oczy – z pewnymi wyjątkami) i zrobiła solidny, bardzo mroczny kryminał. Jednak twórcy serwują pewną sztuczkę: od razu poznajemy sprawcę i ważniejsza jest tutaj psychologiczna rozgrywka. Taka zabawa w kotka i myszkę między Poirotem a zabójcą, sprawiającym wrażenie psychopaty. A jednak nie brakuje tutaj kilku wolt, które wywracają całą intrygę do góry nogami. Same zbrodnie (w większości) dzieją się poza ekranem, a my widzimy jedynie trupy pełne krwi. Jednocześnie dość wiernie odtworzono realia epoki – film zachwyca scenografią, kostiumami oraz kilkoma sztuczkami montażowymi (sceny pisania listów, gdzie każde uderzenie maszyny brzmi jak strzał z karabinu), dodającymi atrakcyjności. W ogóle montaż parę razy wprowadza w pole,

abc2

Ale żeby nie było tak słodko, to muszę się do paru rzeczy przyczepić. Po pierwsze, samo zawiązanie intrygi trwa dość powoli, przez co pierwszy odcinek troszkę mnie wynudził. Na szczęście z czasem zaczyna nabierać impetu, by w finale zaskoczyć (na szczęście). Po drugie, parę razy zostaje tutaj wpleciony (za pomocą ulubionego narzędzia filmowców, czyli łopaty) kwestia imigrantów oraz nietolerancji Brytyjczyków wobec nich. Jeszcze ta wrogość jest podsycana przez media. Po trzecie (i chyba najważniejsze) zostają wplecione sceny z przeszłości Poirota, czyli przed trafieniem do Anglii w 1914. Z jednej strony rozumiem ten zabieg, bo chodziło o pogłębienie psychologicznego portretu naszego detektywa, ale samo wyjaśnienie tej tajemnicy nie było mi do szczęścia potrzebne. No i troszkę mnie rozczarowało (powiedziałbym coś więcej, ale to mi nie przejdzie przez gardło), przez co byłem zdumiony.

abc3

Początkowo wybór Johna Malkovicha do roli Poirota wydawał mi się niedorzeczny. Nie zrozumcie mnie źle, bo to świetny aktor, ale ten detektyw tak kojarzy się z brytyjską kulturą, że automatycznie wyobraża się w tej roli mieszkańca Albionu. Jednak sama interpretacja oraz pomysł na tą postać jest znakomita. Amerykanin bardzo dobrze pokazał pewne zmęczenie oraz wręcz wegetację Poirota, który nie stracił swoich umiejętności dochodzeniowych. Jest jak mędrzec, który widział wiele, ale jednocześnie jest w nim coś mrocznego (mocno to pokazuje scena rozmowy z księdzem). Szkoda, ze dopowiedzieli tą tajemnicę. Mimo, że zrezygnowano z jego charakterystycznych wad (próżność, przywiązanie do symetrii), pozostawiono jego ironiczne poczucie humoru. Drugim zaskoczeniem jest Rupert Grint w roli młodego inspektora Crome’a, dzięki czemu udaje się odciąć od znanej kreacji z pewnej serii o czarodzieju z blizną. Aktor świetnie sobie radzi w roli zarozumiałego, pewnego siebie buca, który powoli zaczyna dostrzegać w Belgu sojusznika, a nie wroga. Ta relacja jest jedną z przyjemniejszych rzeczy na ekranie, choć troszkę za mało panowie mieli wspólnych scen. Równie imponującą robotę robi Eamon Farren jako tajemniczy pan Cust, który wydaje się być pozornie miłym dżentelmenem, lecz skrywa pewną tajemnicę. Poza tym jest jeszcze parę ciekawych postaci drugoplanowych, które zapadają w pamięć jak właścicielka motelu (Shirley Henderson), przywiązana do luksusu panna Grey (Freya Mavor) czy chorująca lady Clarke (Tara Fitzgerald).

Powiem szczerze, że serial „ABC” jest porządnie wykonanym miniserialem, który proponuje inne spojrzenia na postać Poirota, troszkę przypominając „Pana Holmesa” z Ianem McKellenem w roli główniej. Bardziej skupia się na psychice bohatera, chociaż intryga kryminalna też potrafi wciągnąć, mimo pewnych potknięć.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Przebudzenia

Rok 1969, Bronx. Tutaj znajduje się szpital, gdzie pacjentami są chronicznie chorzy pacjenci zwani tutaj warzywkami. Dawno stracili kontakt z otoczeniem, nie reagują na bodźce, można rzec – wegetują. Ale pojawia się nowy lekarz – dr Malcolm Sayer, neurolog bardziej skupiający się na pracy naukowej niż pracy z pacjentami. Odkrywa, że kilkoro z pacjentów miało zdiagnozowane w dzieciństwie zapalenie opon mózgowych, przypominające objawy Parkinsona. Lekarz decyduje się na eksperymentalną terapię za pomocą nowego leku zwanego L-dopa, wykorzystując jednego pacjenta – Leonarda Lowe’a jako królika doświadczalnego.

przebudzenia2

Nakręcony w 1990 roku film Penny Marshall wydaje się na pierwszy rzut oka produkcją, która najwyżej mogłaby trafić do telewizyjnego cyklu „Okruchy życia”. To bardzo skromne kino, pozbawione (od strony formalnej) jakiś wodotrysków, ale angażujące emocjonalnie. I tutaj dochodzi do zderzenia dwóch światów: lat 60., czyli bardziej współczesnego bohaterów oraz tych ludzi, którzy zachorowali jako dzieci i zapadli się jak kamień w latach 20. i 30. Tylko, czy powrót do tego świata po tak długiej przerwie nie wywoła psychicznego szoku. Reżyserka zaczyna też pokazywać więź jaka się tworzy w relacji między Sayerem a Lowe’m – ta przyjaźń staje się impulsem do postawienia pytania, kto tu tak naprawdę śpi. I nie chodzi tu tylko o fizyczny sen, ale ten bardziej mentalny. Wszystko jest tutaj zgrabnie zbalansowane między dramatem a humorem, czyniąc ten seans bardzo pokrzepiającym doświadczeniem.

przebudzenia1

Ale pojawia się jeszcze jedno pytanie, związane z tym, jak doszło do tego „przebudzenia” i dlaczego choroba nawróciła, mimo używania leku. Mimo lat, to pytanie pozostaje nadal bez odpowiedzi. Jest tutaj kilka naprawdę poruszających scen („przebudzeni” na dyskotece, pierwszy spacer Leonarda z Sayerem, recytowany wiersz Rilkego), które pozostaną ze mną na dłużej. Może nawet na zawsze. Każdy z wątków, nawet jeśli wydaje się lekko zarysowane (jak relacja między Leonardem z dziewczyną, która przychodzi odwiedzać swojego ojca).

przebudzenia3

Ale to wszystko trzyma na swoich barkach dwie znakomite kreacje. Bardzo pozytywnie zaskakuje Robin Williams w roli bardzo empatycznego, choć pozornie nieporadnego lekarza. Z każdą sceną coraz bardziej zaczyna nabierać pewności siebie, próbuje dotrzeć do każdego z pacjentów, bo mu na nich zależy. Widać to w jego oczach, pewnych drobnych nieporadnościach, ale to bardzo sympatyczna postać, którą każdy pacjent chciałby poznać. Ale tak naprawdę tutaj błyszczy Robert De Niro w roli Lowe’a. Aktor znakomicie prezentuje swoją postać człowieka, który na nowo odkrywa świat, chcący czerpać z niego garściami. Jednak największe wrażenie robią sceny, gdzie widać nawrót choroby – nerwowe tiki, problemy z poruszaniem, porozumiewaniem się. Bardzo łatwo było tą rolę przeszarżować, ale to wszystko zostaje utrzymane w rysach, bez popadania w karykaturę. Absolutnie totalna rola, bez cienia fałszu. Także pozostali aktorzy w rolach „przebudzonych” pacjentów wypadają bardzo dobrze, chociaż bardzo krótko ich poznajemy, zaś drobne epizody Maxa von Sydowa (dr Ingram, który pierwszy badał pacjentów) czy Petera Stormare’a (chemik) dodają smaczku.

Jeśli jeszcze nie widzieliście „Przebudzeń”, to zobaczcie je koniecznie. O takich filmach zwykło się mawiać jako „małe wielkie kino”. Niby niepozorne, delikatne i może wydawać się bardzo drobna, jednak potrafi zaangażować, jest bardzo głęboko humanistyczny w duchu. Krzepiące, kapitalne kino, który wydaje się być ponadczasowe.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2018

Zawsze jest tak, że obok tych filmów, co w zachwyt moją duszę (i nie tylko) wprawiają, znajduje się grupa tytułów, po obejrzeniu których chce się je jak najszybciej zapomnieć. Niewypały, gnioty, paździerze, g***a – można obrzucić je różnymi inwektywami, zaś przyczyn porażek zawsze jest kilka: bezczelna żądza pieniądza, brak doświadczenia, brak talentu, lenistwo, przerost ambicji. A czasami po prostu to, co na papierze wydaje się świetnym pomysłem, w trakcie realizacji zostaje brutalnie zweryfikowane i już nie można tej maszyny zatrzymać. Najsmutniejsze jest to, że na tym polu dominują filmowcy z pewnego kraju nad Wisłą, choć parę pułapek udało mi się ominąć (tak, panie Vega, mówię o panu oraz twórcach tzw. polskich komedii romantycznych, będącymi zbiorem reklam, pozbawionym tak prostych elementów jak scenariusz czy reżyseria). Ale niestety, nie wszystkie. Oto filmy, jakich powinniście omijać szerokim łukiem i/lub takie, które kompletnie rozminęły się ze mną. I tak jak w przypadku filmów najlepszych, umieszczam je w kolejności chronologicznej, bez lokat, miejsc czy wyróżniania czegokolwiek:

  1. Assassin’s Creed, reż. Justin Kurzel (2016)
  2. Królewicz Olch, reż. Kuba Czekaj (2017)
  3. Outsider, reż. Martin Zandvliet (2018)
  4. Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze (2017)
  5. Totem, reż. Jakub Charon (2017)
  6. Reakcja łańcuchowa, reż. Jakub Pączek (2017)
  7. Soyer, reż. Łukasz Barczyk (2017)
  8. Pewnego razu w listopadzie, reż. Andrzej Jakimowski (2017)
  9. Pilecki, reż. Mirosław Krzyszkowski (2015)
  10. Nigdy cię tu nie było, reż. Lynne Ramsey (2017)
  11. 15:17 do Paryża, reż. Clint Eastwood (2018)
  12. Cudowna lampa Aladyna, reż. Mario Bava (1961)
  13. Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny, reż. Mario Bava (1966)
  14. Krępujące zdjęcia z rodzinnego albumu, czyli zniszczona wątroba i złamane serce, reż. Paweł Nowak (2018)
  15. Prawdziwa historia, reż. Roman Polański (2018)
  16. Kochankowie roku tygrysa, reż. Jacek Bromski (2005)
  17. Czuwaj, reż. Robert Gliński (2017)
  18. Prawdziwe zbrodnie, reż. Alexandros Avranos (2016)
  19. Nadzieja, reż. Stanisław Mucha (2006)
  20. Pułapki czasu, reż. Ava DuVarney (2017)
  21. Zabicie świętego jelenia, rez. Yorgos Lanthimos (2017)
  22. Serce na dłoni, reż. Krzysztof Zanussi (2008)
  23. Łowcy wampirów, reż. John Carpenter (1998)
  24. Circus of Fear, reż. John Llewelyn Moxley (1966)
  25. Mścicielka, reż. Walter Hill (2016)
  26. Sejf, reż. Dan Bush (2017)
  27. Szron, reż. Sharunas Bartas (2017)
  28. Grupa wsparcia, reż. Zoe Lister-Jones (2017)

I tak jak w przypadku podsumowania najlepszych filmów, także tutaj pojawią się wyróżnienia. Nie będą to jednak filmy wyciągnięte z największej otchłani piekła, lecz moje największe rozczarowania tego roku. Czyli tytuły, po których liczyłem na wiele (może nawet na zbyt wiele), a okazały się zawodem. To niekoniecznie są filmy złe, ale czegoś mi tu zabrakło. Wyjątkowo krótki spis:

  1. Twarz, reż. Małgorzata Szumowska – po „Body/Ciało” przez chwilę liczyłem, że Szumowska mnie zaskoczy. Niestety, ale reżyserka chciała za bardzo zrobić film w stylu Smarzowskiego, czyli napiętnować nasze „grzechy narodowe”. Klisza goni klisze (ksiądz-erotoman, wojna o spadek podczas pogrzebu) i poczucie wtórności strasznie boli. Szkoda mi tutaj Mateusza Kościukiewicza oraz Agnieszki Podsiadlik, bo robią świetną robotę, tworząc bardzo wyraziste postaci. Tylko, że reżyserka od połowy filmu ma ich głęboko w dupie i już przestaje się na nich skupiać.
  2. Kler, reż. Wojciech Smarzowski – już słyszę te głosy, że autora chyba Bóg opuścił i herezje rozpowiada. Prawda jest taka, że bardzo lubię, szanuję i cenię sobie filmy Smarzowskiego. Problem jednak w tym, że sam temat Kościoła oraz księży nie zostaje do końca wykorzystany. Owszem, zagrane jest to świetnie (zwłaszcza przez Jakubika i rewelacyjnego Braciaka jako duchownego-gangstera, który przewiduje na kilka ruchów do przodu), jest kilka naprawdę mocnych scen („przesłuchanie” jednej z ofiar księdza-pedofila), ale całość zwyczajnie nudzi (jedną trzecią filmu – głównie ostatni akt – można było spokojnie wyciąć). Reżyser nie sięga głębiej, pozostawiając dość oczywiste wnioski i nie prowokuje do większej dyskusji, zaś zakończenie drażni symboliką.
  3. Predator, reż. Shane Black – do tej pory nie rozumiem, co Black tutaj odpierdolił. Pierwszy „Predator” to był zajebisty film akcji, zmieszany z horrorem. Tutaj reżyser postanowił pójść w komedię akcji, gdzie nie brakuje krwawej rzezi. Tylko, że zamiast napięcia, poczucia zagrożenia, jest zbyt wiele pajacowania, fabuła nie ma sensu, jest za dużo zbiegów okoliczności. No i to jest k***a „Predator”, jakiego mi obiecano. Szkoda aktorów, bo jest całkiem niezła chemia między grupą świrniętych wojaków, ale to troszkę za mało, by uznać seans za udany. Panie Black, wracaj pan do buddy movies, bo to pan czuje najlepiej.
  4. Venom, reż. Ruben Fleischer – tu chciwość producentów sprawiła, że powstał kompletny pierdolnik. Początkowo to miał być skromny, tani horror, skupiający się na relacji Eddiego Brocka z symbiontem Veniusiem 😉 Ale wytwórnia odebrała kontrolę reżyserowi, zaczęła pompować hajs i robić duży blockbuster, będący sztampowym origin story, dodatkowo zamiast R-ki zrobiono PG-13 („Cieniasy”). Do tego masa nierozwiniętych wątków (relacja Brocka z Venomem oraz jej destrukcyjny wpływ na organizm protagonisty, kompletnie niepotrzebna Michelle Williams jako była dziewczyna, walka z kompletnie nijakim złolem oraz koszmarna scena po napisach). Gdyby nie obecność Toma Hardy’ego, który kompletnie wyciska ze swojej postaci maksimum i odnajduje się w każdej konwencji, „Venom” rozpadłby się w drobny mak. Mam nadzieję, że pojawi się jakiś director’s cut, bo inaczej będzie wiocha.

No i jeśli chodzi o podsumowanie to w zasadzie tyle. Mam nadzieję, że nie popełniliście moich błędów i omijaliście te filmy szerokim łukiem. A może Wam się podobały i uważacie tą listę za gigantyczną pomyłkę. Piszcie w komentarzach pod postem. No i niech się zacznie rok 2019. Do poczytania w przyszłości.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2018

Skończył się rok 2018, a to oznacza jedną rzecz i rzecz jedną tylko: okres wielkich podsumowań, rankingów oraz bilansu dla wielu blogerów, recenzentów oraz kinomanów wszelkiej maści. Czy to znaczy, że będzie też takie zestawienie tutaj? Oczywiście, ale zamiast podawania Top 10 z uzasadnieniami oraz miejscami na lokatach, sprawę uproszczę do maksimum. Po prostu będzie tutaj umieszczona lista filmów (wspartych m.in. moim kontem na Filmwebie), które zrobiły na mnie w minionym roku największe wrażenie. Spis będzie w kolejności chronologicznej, bez podawania miejsc czy lokat – czyli (moim skromnym zdaniem) najuczciwsze podejście do sprawy. Jeśli uważacie, że jakiegoś tytułu brakuje, to przyczyny są dwie: albo go jeszcze nie zobaczyłem, albo zwyczajnie nie zrobił takiego wrażenia jak na was. Co najbardziej mnie zaskoczyło to fakt, że nie ma ani jednego NOWEGO (czyli tegorocznego) polskiego filmu. Ale może w tym roku będzie inaczej – czas pokaże. To bez ceregieli – oto lista the best movies of 2018 by Ja.

  1. Lucky Logan, reż. Steven Soderbergh (2017)
  2. Człowiek z księżyca, reż. Milos Forman (1999) ❤
  3. Jim & Andy: The Great Beyond, reż. Chris Smith (2018)
  4. Ikar, reż. Bryan Fogel (2018) ❤
  5. Truman Show, reż. Peter Weir (1998) ❤
  6. Strażnicy Galaktyki vol. 2, reż. James Gunn (2017)
  7. John Wick 2, reż. Chad Stahelski (2017)
  8. Thor: Ragnarok, reż. Taika Waititi (2017) ❤
  9. Czas mroku, reż. Joe Wright (2017)
  10. Nić widmo, reż. Paul Thomas Anderson (2017) ❤
  11. Kształt wody, reż. Guillermo del Toro (2017)
  12. Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, reż. Martin McDonaugh (2017) ❤
  13. Patti Cake$, reż. Geremy Jasper (2017)
  14. Niemiłość, reż. Andriej Zwiagincew (2017)
  15. Annihilacja, reż. Alex Garland (2018)
  16. Maska szatana, reż. Mario Bava (1960)
  17. Paterno, reż. Barry Levinson (2018)
  18. Duchy Goi, reż. Milos Forman (2006)
  19. Ślepa furia, reż. Philip Noyce (1989)
  20. Avengers: Wojna bez granic, reż. Anthony & Joe Russo (2018)
  21. Czarna suknia, reż. Janusz Majewski (1967)
  22. Photon, reż. Norman Leto (2017) ❤
  23. Bicz i ciało, reż. Mario Bava (1963)
  24. Deadpool 2, reż. David Leitch (2018) ❤
  25. Blef, reż. Lasse Hallstrom (2006)
  26. Ernest i Celestyna, reż. Stephane Aubier, Vincent Patar, Benjamin Renner
  27. Siedem minut po północy, reż. Juan Antonio Bayona (2016)
  28. Atlantyda – zaginiony ląd, reż. Gary Trousdale, Kirk Wise (2001)
  29. Herkules, reż. Ron Clements, John Musker (1997) ❤
  30. Amerykańska opowieść, reż. Don Bluth (1986)
  31. Ruchomy zamek Hauru, reż. Hayao Miyazaki (2004) ❤
  32. Słodki kraj, reż. Warwick Thornton (2017)
  33. Operacja strach, reż. Mario Bava (1966)
  34. Bomb City, reż. Jameson Brooks (2017)
  35. Ostatnie zadanie, reż. Hal Ashby (1973)
  36. Last Flag Flying, reż. Richard Linklater (2017)
  37. Upgrade, reż. Leigh Whannell (2018) ❤
  38. Sophie i wschodzące słońce, rez. Maggie Greenwald (2017)
  39. Trzecia część nocy, reż. Andrzej Żuławski (1971)
  40. Predator, reż. John McTiernan (1987)
  41. Arcyoszust, reż. Barry Levinson (2017) ❤
  42. Zezowate szczęście, reż. Andrzej Munk (1960)
  43. Płoty, reż. Denzel Washington (2016)
  44. Jowita, reż. Janusz Morgenstern (1967)
  45. Iluminacja, reż. Krzysztof Zanussi (1972)
  46. Zombie express, reż. Sang-ho Yeon (2016)
  47. Gorzka siedemnastka, reż. Kelly Fremon (2016) ❤
  48. Metallica: Some Kind of Monster, reż. Joe Berlinger, Bruce Sinofsky (2003)
  49. Orzeł kontra rekin, reż. Taika Waititi (2006)
  50. 22 lipca, reż. Paul Greengrass (2018) ❤
  51. Steve Jobs, reż. Danny Boyle (2015)
  52. Coś, reż. John Carpenter (1982)
  53. Nie jestem twoim Murzynem, reż. Raoul Peck (2016)
  54. Niepodległość, reż. Krzysztof Talczewski (2018) ❤
  55. Sprawa Gorgonowej, reż. Janusz Majewski (1977) ❤
  56. Śmierć prezydenta, reż. Jerzy Kawalerowicz (1977)
  57. Czarna Pantera, reż. Ryan Coogler (2018)

O dziwo znalazło się też kilka filmów, którym bardzo niewiele zabrakło, więc postanowiłem przyznać im honorowe wyróżnienia. Za sprawienie mi wielkiej niespodzianki w roku 2018. Oto te dzieła:

I tak cię kocham, reż. Michael Showalter (2017)
Czwarta władza, reż. Steven Spielberg (2017)
Pentameron, reż. Matteo Garrone (2016)
Pusty i głupi gest, reż. David Wain (2018)
Pitbull. Ostatni pies, reż. Władysław Pasikowski (2018)
Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem, reż. Janus Metz (2017)
Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, reż. David Yates (2017)
Fritz Bauer kontra państwo, reż. Lars Kraume (2015)
Ben Hall: Legenda, reż. Matthew Holmes (2017)
Zemsta, reż. Coralie Fargeat (2017)
On wrócił, reż. David Wnendt (2015)
Prosta historia o miłości, reż. Arkadiusz Jakubik (2010)
Han Solo: Gwiezdne wojny – historie, reż. Ron Howard (2018)
Zwierzęta Ameryki, reż. Bart Layton (2018)
Marjorie Prime, reż. Michael Almereyda (2017)
Apostoł, reż. Gareth Evans (2018)
W cieniu drzewa, reż. Hafsteinn Gunnar Sigurdsson (2017)
Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu, reż. Paul McGuigan (2017)
Król wyjęty spod prawa, reż. David Mackenzie (2018)
Czarne bractwo. BlacKkKlansman, reż. Spike Lee (2018)
Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie, reż. Ken Scott (2018)

Przyznaję, że jest tego bardzo grupa lista. Mogę żywić się tylko nadzieją, że nadchodzący rok 2019 też będzie obfitował w masę udanych doświadczeń filmowych. No i żeby tych złych tytułów spotykać jak najrzadziej, tak samo jak rozczarowań.

Radosław Ostrowski

Jeff Goldblum & The Mildred Snitzer Orchestra – The Capitol Studio Session

the-capitol-studios-sessions-b-iext53596124

Być może to wielu wkurza fakt, że osoby ze świata aktorskiego zaczynają flirtować z muzyką. Przykłady Hugh Lauriego czy Setha MacFarlaine’a pokazują, że nie wywołuje to poczucia przerażenia. Teraz do tego gronia postanowił dołączyć fantastyczny Jeff Goldblum. Aktor znany z takich filmów jak “Mucha”, “Park Jurajski”, “Dzień Niepodległości” czy “Thor: Ragnarok” potrafi także grać na fortepianie (uczył się odkąd skończył 15 lat), działając już w latach 90. jako frontman założonego razem z Johnem Maestro The Mildred Snitzer Orchestra, gdzie grali po klubach jazzowe standardy. Ale dopiero w 2018 roku postanowił razem z grupą wydać album – i to koncertowy, będącym zapisem popisów w Capitol Records.

I muszę przyznać, że efekt jest więcej niż przyzwoity. O dziwo, nie zabrakło też instrumentalnych kompozycji jak otwierający całość “Cantaloupe Island” z cudownie szalejącym saksofonem, by w połowie się uspokoić oraz dać pole innym (klawisze, gitara elektryczna, perkusja). Popisem umiejętności trębacza Tilla Bronnera jest pozornie spokojny “Don’t Mess with Mister T”, a także nieśmiertelny “Caravan” oraz nostalgiczny “It Never Entered My Mind”. Pojawiają się także popisy innych instrumentów jak choćby klawisze (“Nostalgia in Times Square”).

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiają się osoby śpiewające. Tutaj są aż trzy, same panie, zaś każda z nich zaskakuje. Na pierwszy ogień idzie Haley Reinhart, zaczynająca od uwodzącego “My Baby Just Cares for Me” zakończonego uroczym droczeniem się wokalistki z Goldblumem, by wskoczyć na spokojne tory w “Gee Baby”, gdzie udziela się saksofon bardziej zadziorny niż zwykle. Druga w kolejce jest Imelda May, którą bardziej znam z bluesowego grania. Ale i w jazzie jej głos sprawdza się naprawdę dobrze – zarówno w zwiewnym, eleganckim “Straighten Up and Fly Right”, dosłownie bawiąc się ozdobnikami,  by przejść do wyciszonego “Bitter Earth” oraz wręcz uwodzącego “Come On-A-My House”. No i trzecia panna to Sarah Silverman, gdzie pojawia się najpierw w dość długiej zapowiedzi (szkoda, że nie ma wersji DVD z zapisem video tego koncertu), by wskoczyć w jeden numer: “Me and My Shadow”, gdzie Jeff także śpiewa, tworząc dowcipny kawałek.

Bardzo sceptycznie byłem przekonany do płyty Goldbluma, ale jako muzyk sprawdza się solidnie, choć pozostaje troszkę w cieniu swoich kolegów. Nie mniej udało się grupie stworzyć bardzo intrygujące, energetyczne oraz piekielnie dobry materiał, choć reakcje publiczności nie są zbyt częste. Czy to będzie nowy etap w karierze aktora? Czas pokaże, ale jestem strasznie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Grzegorz Turnau – Bedford School

bedford-school-b-iext53454583

Jaki Grzegorz Turnau jest, każdy słyszy oraz widzi. Pianista i wokalista ma swój wypracowany styl, którego trzyma się konsekwentnie, czasem pozwalając na drobne modyfikacje. Na swojej najnowszej płycie zrobił dwie rzeczy, jakich nigdy nie robił. Po pierwsze, nagrał płytę w całości śpiewaną po angielsku. Po drugie, jest to zbiór coverów z czasów młodości artysty, gdy uczył się w tytułowym Bedford School w centralnej Anglii.

Jest jeden wyjątek od normy, czyli piosenka tytułowa (to nie jest cover), idąca ku łagodniejszej odmianie jazzu (trąbka oraz perkusyjne werble robią robotę). Reszta to piosenki takich wykonawców jak Billy Joel, The Beatles, Paul McCartney, Sting czy Queen. I o dziwo, niekoniecznie są to głośne hity, co jest pewną zaletą (są pewne wyjątki, ale o nich jeszcze opowiem). Bo mamy zarówno bardziej melancholijnego “The Fool on the Hill” z bardzo skocznym środkiem (perkusjonalia, smyczki), jak i zwiewny, chociaż krótki “Souvenir” czy okraszona folkiem w formie “Vienna” (duet z Marią Rumińską z zespołu Shannon). Zaskakuje dynamiką rozpędzające się “Miami 2017 (Seen The Lights Go Out On Broadway)”, gdzie w środku szaleje saksofon z perkusją, z kolei “Waterfalls” wsparte na delikatnej elektronice brzmi bardzo delikatnie. Turnau robi wszystko, by nie przynudzać i parę razy zaskakuje (lekko stonowany duet “All Dead, All Dead” z folkowymi naleciałościami czy wyjątkowo mroczne “My Valentine”).

Bardziej znanymi utworami w tym zbiorku są “Until” Stinga, “Sorry Seems to Be the Hardest World” Eltona Johna oraz “Imagine” Johna Lennona. Pierwszy pozostaje walczykiem, zdominowanym przez fortepiano, choć im dalej, pojawia się coraz więcej kolorów. Drugi wydaje się dość zachowawczy, ale Turnau potrafi wykrzesać z siebie większe emocje. Z kolei trzeci zostaje ubrany w formę duetu, przez co nabiera nowego blasku.

Turnau nadal gra na fortepianie, jak na prawdziwego zawodowca przystało, potrafi oczarować swoim głosem, a angielszczyznę ma naprawdę bez zarzutu. Przyjemnie się słucha tego cover albumu, zwłaszcza duetów z Rumińską, ale i sam gospodarz potrafi zaskoczyć, choć nadal pozostaje w swoim stylu. Czy to będzie ciekawostka, czy nowy etap w drodze Krakusa – will see.

7,5/10

Radosław Ostrowski