Zbigniew Wodecki – Dobrze, że jesteś

dobrze-ze-jestes-w-iext52881401

To już rok odkąd nie ma już Zbigniewa Wodeckiego. Ten muzyk i wokalista renesans swojej twórczości przeżył dzięki albumowi nagranemu z Mitch & Mitch. Ale jednocześnie pracował nad nowym, premierowym materiałem. Niestety, album został niedokończony, lecz wydawca wpadł na pomysł, by pozapraszać gości, a całość została nagrana na setkę, bez poprawek, przeróbek i modyfikacji. Co wyszło z tej mieszanki?

Pop w klasycznym, wręcz szlachetnym wydaniu z orkiestrą oraz żywymi instrumentami, zamiast plastikowej sieczki. Elegancko zaczyna się “Dobrze, że słońce”, gdzie każdy instrument (klarnet, fortepian, dęciaki, flety) wybrzmiewa w całości, a klimatem przypomina jazzowe numery Franka Sinatry. Zresztą podobnie wybrzmiewa łagodny “Give It a Moment” o lekko soulowym zabarwieniu, dając większe pole klawiszom oraz… skrzypcom. I to na plumkaniach tego instrumentu oparty jest początek “Na paluszkach”, bardziej wyciszony utwór z niesamowitym klimatem, by rozpędzić się w funkowym “Tylko ty” oraz delikatnym walczyku “Chwytaj dzień”. Troszkę mroczniej jest w dramatycznym “Sobą być”, pełnym mocnych wejść perkusji, gitar oraz skrzypiec.

Nie trwa to jednak długo, gdyż wchodzi lżejsza oraz przyjemniejsza “Piosenka pierwszego olśnienia jazzem” oraz podtrzymująca tą stylistykę “Nie ma jak Bacharach” z drobnymi wejściami Wodeckiego (nawet pewna pszczółka się pojawia) oraz troszkę szybszy “Wykidajło czas”, by dać bardziej liryczne “Nad wszystko uśmiech twój”. Warto też wspomnieć wyciszone “Nauczmy się żyć obok siebie”.

Sam Wodecki wokalnie pojawia się rzadko, lecz to on napisał muzykę do wszystkich utworów. Jednak gdy się udziela, nadal czuć luz, dystans I elegancję w odpowiednich proporcjach. Ale nie boi się też bardziej zadziornego oblicza (“Kod dostępu”). Pozostali wokaliści udźwignęli zadanie, a najbardziej błyszczy Sławek Uniatowski (“Nie ma jak Bacharach”) oraz Beata Przybytek (“Nad wszystko uśmiech twój” i “Piosenka pierwszego olśnienia jazzem”), za to największą niespodziankę sprawił Junior Robinson, śpiewający po angielsku i nie odstający od reszty (“Give It a Moment”, “Good Night, Love”), fason zachowali Kuba Badach (“Tylko ty”, “Wykidajło czas”) oraz Andrzej Lampart (“Sobą być”).

Szkoda, że już więcej płyt od pana Wodeckiego nie będzie, bo tutaj bardzo mocno widać, iż miał jeszcze wiele do zaoferowania nam, słuchaczom. Pozostał ten album – przebojowy, klimatyczny, z inteligentnymi tekstami oraz sznytem, jakiego już nie spotyka się często.

8/10

Radosław Ostrowski

Ernest i Celestyna

Kolejna animacja, tym razem z Francji. Poznajcie dwójkę naszych bohaterów. Ernest jest misiem, który zamiast pełnić poważną profesję (sędzia, sklepikarz), próbuje spełnić się jako artysta. Tylko, że to nie przynosi mu żadnego dochodu. Z kolei Celestyna jest mała myszką, której przyszłość dawno zaplanowano (ma być dentystką i zbierać zęby), a sama woli malować i nie wierzy w historie o złych niedźwiedziach. Ale podczas akcji dochodzi do spotkania tej dwójki, co wywraca życie do góry nogami.

ernest_celestyna2

Sama historia może wydawać się mało zaskakująca, jednak twórcy potrafią zaangażować. Twórcy bardzo uważnie pokazują jak wielką siłę mają uprzedzenia, stereotypy i zwykły strach. A wyjście ponad to dla każdej ze stron jest ogromnym wysiłkiem, tylko czy komuś tak naprawdę chce się go podjąć. Kimś takim wydaje się nasza para – osoby idące mocno pod prąd, uznawane za raczej aberrację, dziwadła, ale nie dający się tak łatwo stłamsić. Ale oboje też początkowo traktują się z pewną nieufnością (oniryczne sceny koszmarów), które jednak udaje się przełamać dzięki… sztuce oraz empatii Celestyny. I te relacja czyni ich nie tylko silniejszymi, mimo ostracyzmu, ale wręcz samowystarczalni, nawzajem się uzupełniają. Może i opowieść jest dość przewidywalna, jednak film po prostu angażuje, wciąga, porusza.

ernest_celestyna1

Za to sama animacja jest zaskakująco archaiczna. Może inaczej, jest to klasyczna, wręcz ręcznie rysowana kreska, jaką wykorzystywano w tym gatunku jakieś 30-40 lat temu. Wykorzystanie tego zabiegu, tworzącego dość oszczędną, wręcz ascetyczną formę, staje się najmocniejszym atutem, wyróżniając ją z tłumu komputerowej animacji. „Ernest i Celestyna” mają dzięki temu swój własny charakter, choć jest to skierowane do zdecydowanie młodego odbiorcy. Nie jest to jednak kino naiwne, infantylne czy głupie, ale bardzo szczere, pełne ciepła oraz empatii. Tak samo jak bardzo „francuska” jest muzyka, budująca klimat.

ernest_celestyna3

Także do polskiego dubbingu nie można mieć zastrzeżeń, a duet Miłogost Reczek (Ernest)/Julia Kołakowska (Celestyna) wznosi całość na wyższy poziom. Pozornie dość oschły i wycofany miś w zderzeniu z bardzo serdeczną myszką, tworzy bardzo intrygujący, kapitalny duet. Tak samo na drugim planie błyszczy grający dwie role Grzegorz Pawlak (szef mysiej kliniki oraz niedźwiedzi sędzia), pokazując swoją wokalną wszechstronność.

Ja jestem zwyczajnie oczarowany „Ernestem i Celestyną”, który jest przykładem szlachetnej animacji dla dzieci w starym, dobrym stylu. Prosty, szczery, szlachetny, poruszający, ciepły – mógłbym wymieniać kolejne przymiotniki, ale miejsca by nie starczyło. Absolutnie godny polecenia.

8/10

Radosław Ostrowski

Paddington

13 października 1958 dla dzieciaków z Wielkiej Brytanii miał się stać bardzo ważny, ponieważ otrzymały nowego, fajnego bohatera dla swoich czasów. Pochodził z Peru, lubił marmoladę, mówił po angielsku, był dobrze wychowany, ale też troszkę nieporadny i pakował się w różne tarapaty. Jego imię było dość trudne do wymówienia, więc dostał ludzkie imię – Paddington, gdyż na tym dworcu w Londynie został znaleziony. Miś Paddington spodobał się wszystkim, a ich autor Michael Bond (1926-2017) zapewnił sobie sympatię milionów czytelników. Kwestią czasu był fakt, żeby zainteresowali się nim filmowcy. Najpierw w formie animowanego seriali, by w 2014 stworzyć pełnometrażowy film aktorski. Zadania podjął się Paul King, reżyser wcześniej pracujący dla telewizji. I muszę przyznać, że z realizacji wyszedł dość obronną ręką.

paddington11

Sama historia to niejako – posługując się terminologią superbohaterską – origin story, gdzie poznajemy naszego misia jeszcze w Peru, wychowywanych przez wujostwo. Ich życie zmienia się z przybyciem pewnego odkrywcy, który poznał ich z cywilizacją i zaprosił ich do Londynu. Wiele, wiele lat później okoliczności zmuszają naszego misia do opuszczenia domu oraz ruszenia do Londynu, gdzie trafia do rodziny Brownów. Familia próbuje pomoc misiowi znaleźć odkrywcę i pozwalają na chwilę przenocować. Tylko, że ktoś bardzo dybie na życie niedźwiadka i chce zrobić z niego wypchanego pluszaka.

paddington12

Reżyser nie wstydzi się sięgać po ograne klisze i archetypy znane z kina familijnego – jest odpowiedzialny i zbyt nadopiekuńczy ojciec, zdrowo postrzelona matka, córka nie mogąca się odnaleźć w tym świecie oraz syn, marzący o karierze astronauty. Całość jest pełna ciepła, prostego humoru opartego na slapsticku, bo nasz miś jest strasznie nieporadny i potrafi wywołać wręcz mały Armageddon (pierwsza próba umycia się czy próba zaklejenia urwanej kartki taśmą), chociaż jest to bardzo sympatyczny i kulturalne zwierzątko z głosem Bena Whishawa. i mimo tego rodzaju humoru, to wszystko naprawdę działa. Choć film jest przewidywalny, serwuje proste przesłanie (bycie dobrym zawsze się opłaca, zło zawsze ukarane jest, a dobro zawsze wraca, rodzina to siła), robi to w sposób bezbolesny (chociaż końcówka korzysta troszkę z łopaty). A realizacyjnie ma kilka ciekawych pomysłów jak przedstawienie rodziny za pomocą… domku dla lalek, gdzie w każdym z pokoi widzimy członków i to, co robią, co dodaje troszkę świeżości czy wizyta w Gildii Geografów, wyglądającej w lekko retro-futurystycznej wersji.

paddington13

Aktorsko jest solidnie, każdy robi swoje, zaś postaci są na tyle zarysowani, że potrafią zapaść (zwłaszcza bardzo skontrastowani państwo Brown, czyli Hugh Bonneville i Sally Hawkins oraz ich sąsiad – lekko wścibski pan Curry w wykonaniu Petera Capaldiego). Ale film kradnie zarówno wspomniany Whishaw, jak i Nicole Kidman w roli czarnego charakteru – opanowanej, chłodnej manipulantki, której motywacja jest zaskakująco jasna, a w realizacji celu jest bezwzględna.

„Paddington” jako wprowadzenie do większej całości sprawdza się dobrze, mimo że troszkę trąci myszką. Niemniej potrafi zaangażować, ma w sobie wiele uroku, chociaż wydaje się być skierowany głównie do młodego widza. Ja się bawiłem całkiem nieźle i doceniam połączenie starego stylu z nowoczesnym sznytem. Widzę potencjał na większą serię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Blef

Howard Hughes – żadna inna postać nie magnetyzowała i nie skupiała uwagi ludzi na całym świecie jak ten miliarder, którego życiorys jest pełen plotek, spekulacji. Zwłaszcza jego powojenne losy, gdy wycofał się z życia publicznego. Ale czemu by na tym nie zarobić kasy? Tak postanowił zrobić Clifford Irving – bardzo ambitny pisarz, który postanowił napisać „autobiografię” Howarda Hughesa, ale bez udziału Howarda Hughesa. Cała ta historia może wydawać się nieprawdopodobna, ale całość wiele lat później spisał ją sam Irving.

blef1

Jeszcze większym zaskoczeniem jest fakt, że tą wariacką historię postanowił opowiedzieć… Lasse Hallstrom, czyli specjalista od obyczajowych opowieści. A historia o dużej mistyfikacji ciągle zaskakuje. Reżyser bardzo spokojnie prowadzi fabułę, coraz bardziej komplikując całą intrygę. A ja ciągle zadawałem sobie pytanie, kiedy i czy w ogóle to wszystko się sypnie. Kradzieże, fotografowanie dokumentów, imitowanie nagrań i głosu Hughesa – wszystko podkręca tempo, potrafi zaskoczyć i trzyma w napięciu. Ale jednocześnie są pewne momenty, gdzie część (przynajmniej) informacji może wydawać się prawdziwa. Mam tutaj wątki polityczne związane z prezydentem Nixonem, którego brat dawno temu wziął pożyczkę od Hughesa, co miało pewne perturbacje. To wszystko wciąga totalnie, potrafi parę razy wyciąć brzydki numer i jest bardzo soczyste. To na pewno film Hallstroma?

blef2

Reżyser zachowuje klimat lat 70. – i nie chodzi tylko o stroje, muzykę czy fryzury, ale też przede wszystkim scenografię. Zarówno wnętrze Watergate, chata Irvinga czy szklane biura wydawnictwa oddano z pietyzmem. Ale też pytania o prawdę i to, w co można wierzyć pozostają aktualne. Są spowodowane nie tylko „pracą” autora nad książką, lecz także z „przesłuchaniem” Hughesa przed komisją przez… telefon czy momentów obecności współpracownika Hughesa, George’a Holmesa. Czy aby wszystko było kłamstwem, a może Irving był tylko pionkiem? Na to pytanie sami musicie udzielić odpowiedzi.

blef3

Największym atutem jest kapitalna, wręcz życiowa kreacja Richarda Gere’a, który z gracją i urokiem wciela się w Irvinga. Z jednej strony to facet posiadający talent literacki, lecz brakuje mu siły przebicia, ale to także łgarz, mający sporo szczęścia oraz skłonności do oszustw (scena wyznania o romansie). A kiedy udaje Hughesa na taśmie, robi to bezbłędnie. Za każdym razem magnetyzuje, zwraca uwagę i niemal cały czas nie wychodzi z roli. Partneruje mu Alfred Molina, który jest tak poczciwy, ze bardziej się nie da, ale daje się wkręcić w cała akcję. Obaj panowie tworzą dość ciekawy duet, z kolei drugi plan błyszczy (m.in. Stanley Tucci, Marcia Gay Harden czy Hope Davis), kradnąc parę minut.

„Blef” to jeden z nieoczywistych filmów Hallstroma, który nie zawiódł. Zgrabny balans między humorem a dramatem, ciągłe zachowanie tempa, chociaż końcówka jest lekko mroczna. Mocne, miejscami bardzo mięsiste kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Sneaky Pete – seria 1

Pete Murphy wydaje się zwykłym, przeciętnym gościem. Kiedy go poznajemy, opowiada o swoim pobycie u dziadków. I wtedy okazuje się, że Pete siedzi w więzieniu za napad na strzelnicę, a wszystko słychy jego współwięzień, Marius Josepovic – drobny cwaniak i oszust. Mężczyzna właśnie wychodzi z aresztu, a Pete ma jeszcze rok odsiadki. A ponieważ Mariusa ściga pewien gangster, którego próbował okantować i jest mu winien hajs, decyduje się podszyć pod Pete’a Murphy’ego i wyruszyć do domu dziadków prawdziwego Pete’a. Cel jest prosty: zdobyć sto tysięcy dolców albo brat Mariusa, przetrzymywany przez gangstera Vince’a, zacznie tracić kolejne kończyny.

sneaky_pete11

Amazon próbuje zrobić kolejny hit, a zrobiony 3 lata temu pilot spotkał się z tak ciepłym przyjęciem, że po roku zaczęto realizować „Sneaky Pete”. To bardzo gęsty, pełen tajemnic, mroku oraz oszustw kryminał. Co tym bardziej zaskakuje, że twórcami serialu są David Shore („Dr House”) i… Bryan Cranston aka Walter White. Jednak klimatem bliżej jest do „Breaking Bad”, gdzie zaczynamy coraz bardziej odkrywać kolejne sekrety rodziny Bernhardtów, będącej bardzo zwichrowaną familią, a Marius próbuje odkryć relacje między nimi, spięcia i dramaty. A obecność naszego protagonisty przychodzi jak zbawienie, bo familia ma spore tarapaty z powodu pewnego kantu.

sneaky_pete12

Do tego jeszcze mamy bardzo inteligentnie poprowadzony wątek kryminalny a’la „Żądło”, gdzie mamy coraz bardziej pomysłowe operację: od drobnych kradzieży i podmianek aż do finałowej operacji, odkrywającej kolejne elementy przebiegu, zmieniając perspektywę. A jednocześnie coraz bardziej komplikująca się akcja zdobycia długu potrafi zaangażować, bywa miejscami nieprzewidywalnie. Podmianka zegarka, próba otwarcia sejfu czy drobne „poduczenie” młodych kanciarzy robią świetną robotę. Ale największy suspens związany jest z próbą odegrania się na gangsterze, gdzie wydaje się, że wszystko pójdzie w łeb, a tu wszystko okazało się częścią planu. Z kolei zakończenie sugeruje, że to dopiero początek kłopotów.

sneaky_pete13

I jak to jest jeszcze zagrane. Błyszczy tutaj genialny Giovanni Ribisi jako Marius. Bardzo śliski, opanowany, może czasem sprawiający rozedrganego faceta, który zawsze ma oczy dookoła głowy. Do tego ma niesamowity talent manipulatorski, nawijkę godną mistrzów, chociaż jego motywacja jest bardzo jasna. Po drugiej stronie jest Bryan Cranston jako Vince – były glina, obecnie szef nielegalnego domu gry. Opanowany, inteligentny (te monologi w jego wykonaniu – perełki) facet, nie dający sobie w kaszę dmuchać. Ale cały drugi plan jest przebogaty: od pozornie ciepłej, lecz bardzo ostrej babci Audrey (rewelacyjna Margo Martindale) przez zadziornego i upartego Otto (świetny Peter Gerety) aż po wręcz prostodusznego gliniarza Taylora (mocny Shane McRae) oraz samotnie wychowującej dzieci Julie (Marin Ireland).

Sama realizacja jest prowadzona bez fajerwerków, jednak scenariusz i reżyser jest tak świetna, iż nie stanowi to problemu. Kolejne przewrotki, czarny humor, mocne dialogi oraz budowane napięcie to najmocniejsze atuty. Do tego jeszcze mamy kapitalne aktorstwo, piętrową intrygę i galerię wyrazistych postaci. Taka współczesna parada oszustów zrobiona z gracją akrobaty oraz precyzją snajpera. Nie mogę się doczekać drugiej serii.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Alicja po drugiej stronie lustra

Pamiętacie Alicję, która trafiła do Krainy Czarów i pokonała Żabrołaka? Minęło od tego wiele lat, a Alicja pozostaje bardzo niezależną kobietą, która sama sobie jest sterem, żaglem i okrętem. Jednak okoliczności zmuszają ją do trudnej decyzji, by sprzedać okręt i zachować swój dom. Wtedy udaje się jej uciec lustrem do Krainy Czarów, gdzie Szalony Kapelusznik powoli umiera. Prosi Alicję o pomoc, by znaleźć jego rodzinę. Ale do wykonania tego zadania trzeba wykraść Chronosferę od Czasu.

alicja21

Powiem szczerze, że nie czekałem na ten sequel i wydawał się tylko stratą czasu, skokiem na czasu oraz odcinaniem kuponów. Jednak reżyser James Bobin dokonuje cudu, bo zrobił kontynuację lepszą od oryginału. Zanim zaczniecie ględzić, że wygaduje bzdury i twórcy idą szlakiem Tima Burtona (czyli tworzenia wariacji na temat niż adaptacji jako takiej), muszę przyznać, że ta fabuła zwyczajnie wciąga. Alicja z jednej strony próbuje dokonać kolejnej niemożliwej rzeczy (niczym Tom Cruise w serii „M:I”), ale zaczyna się także uczyć, że pewnych rzeczy, choćbyśmy nie wiem jak próbowali i kombinowali nie da się zmienić. Co ma się stać, stanie się. Dlatego z Czasem (w jakiejkolwiek postaci by nie był) nie warto się kłócić, tylko pogodzić.

alicja22

Same podróże w czasie wyglądają niczym wyprawa przez morze wspomnień, a poszukiwania pomagają bliżej poznać nie tylko historię Kapelusznika, ale także Białej Królowej (Mirada) i jej siostry Czerwonej Królowej (Leżbieta), która doprowadziła do poróżnienia oraz zemsty. To jest jedno z największych zaskoczeń. Także sam wygląd Krainy Czarów nadal imponuje baśniowością oraz rozmachem. Choć nie mogłem pozbyć się wrażenia, że ten świat został wygenerowany komputerowo niż jest rezultatem scenografów (przynajmniej na początku), to jednak wsiąkłem w ten świat bardziej niż w poprzedniej części. Pięknie wygląda zwłaszcza mroczna, mechaniczna siedziba Pana Czasu.

alicja23

Wracają dawni znajomi, choć niemal wszyscy (poza Czerwoną Królową i Szalonym Kapelusznikiem) są zepchnięci do niemal epizodów, co troszkę mnie boli. Oni czynili poprzednią część odrobinkę przyjemną. Johnny Depp nie drażni aż tak mocno, mimo kilogramów charakteryzacji oraz bardzo piskliwego głosu. Fason dzielnie trzyma Mia Wasikowska, nadal czyniąc Alicję bardzo charakterną dziewuchą. Ale film kradnie Sacha Baron Cohen, czyli Czas – wnosi nie tylko sporo humoru (zarówno słownego, jak i slapstickowego), a także pokazuje jak wielką ma na sobie odpowiedzialność. To jedna z bardziej nieoczywistych rzeczy w tym filmie, tak jak Helena Bohnam Carter.

Drugie spotkanie z Alicją bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Historia bardziej wciąga, jest bardziej dopracowane i zachwyca nie tylko stroną wizualną. Ale potrafi przypomnieć dość banalną kwestie, że rodzina i życie mamy tylko jedno. Nie zmarnujmy go.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Gru, Dru i Minionki

Pamiętacie tego bandziora Gru, który później został agentem walczącym z przestępczością? Teraz on z Lucy oraz adoptowanymi dziewczynkami są pełnoprawną rodziną. Ale cała okolicę terroryzuje Balthazar Bratt – aktor dziecięcy znany z roli młodocianego geniusza zbrodni, którego kariera załamała się z powodu… okresu dojrzewania. Jak dorósł naprawdę został geniuszem zbrodni, który ciągle wymyka się Gru z każdej pułapki, przez co nasz prawy bohater zostaje zwolniony razem z Lucy. I wtedy otrzymuje zaproszenie od… swojego brata, o którym nic nie wiedział.

gru_i_dru1

Trzecie spotkanie z Gru i Minionkami (dystrybutor robi wszystko, by utrudnić oglądanie tej serii), czyli flagowe dzieło Illumination Entertainment. Choć wydaje się najsłabsza, to wciąż potrafi dostarczyć całkiem sporo frajdy. Dla mnie największy problem jest w nadmiarze wątków, bo mamy Gru skłóconego z Minionkami (żółciutkie istoty chcą czynić Zło, a Gru nie), Lucy próbującą wejść w rolę matki, najmłodszą córkę wierzącą w jednorożce czy braciszek próbujący swoich sił w zbrodniczym procederze. I jednocześnie próba powrotu do agencji i kradzież skradzionego brylantu. Dzieje się wiele, akcja miejscami wręcz pędzi na złamanie karku (finał), ale cały czas miałem poczucie przesytu, a pewne wątki zostają zaskakująco szybko rozwiązane. Także sam antagonista miał zadatki na wyrazistą postać, a tak to klasyczny villain żądny zemsty jakich było wielu.

gru_i_dru2

A same Minionki? Nie ma ich aż tak często, ale jak już wchodzą, to jest naprawdę zabawnie. I nie ważne czy porównują dokonania Gru, występują w talent show (petarda) czy wieją z więzienia. Za każdym razem rozładowują napięcie, tak samo jak fajnie wykorzystane kawałki Pharella Williamsa oraz hity z lat 80. Animacja wygląda bardzo dobrze, jest tak barwnie jak się da, a postacie wyglądają miejscami wręcz olśniewająco. Zachwyt gwarantowany, a wszystko pozostaje czytelne i wyraziste, bez poczucia chaosu i bałaganu, zaś kilka scen (pierwszy skok do rytmu „Bad” Michaela Jacksona) wprawiają w osłupienie.

gru_i_dru3

Co do dubbingu, to wyszedł dość dobrze. Marek Robaczewski nadal pasuje do Gru, tak jak Izabella Bukowska jako Lucy, chociaż te postacie przechodzą bardzo przekonującą ewolucję. A jak sobie radzą nowe postacie? Przyznaję, że początkowo nie byłem przekonany do falsetowego Dru w wykonaniu Mikołaja Cieślaka. Ale po pewnym czasie przyzwyczaiłem się do niego i odkryłem, ze nawet on pasuje do troszkę ciamajdowatego braciszka, marzącego duże ambicje oraz wypasiony sprzęt. Za to perłą jest Robert Górski w roli Bratta – narcystycznego, zakompleksionego bandziora, niepozbawionego luzu oraz dystansu.

„Gru, Dru i Minionki” (zamiast „Jak ukraść księżyc 3”) może już nie mają takiej świeżości i nie są w stanie czymś dobrym zaskoczyć, niemniej to nadal kawał przyjemnej rozrywki dla rodziny. Lekkie, ale jednocześnie nie będące tylko efekciarską rozwałką.

7/10

Radosław Ostrowski

Ozzy

Tytułowy Ozzy to psiak mieszkający gdzieś na przedmieściach z rodzinką. Ale psiak to rozrabiaka, chociaż nie pozbawiony uroku i inspiracja do komiksu stworzonego przez ojca rodziny. Dzieło jest tak popularne, że familia dostaje propozycję przyjazdu na zlot do Japonii, ale nie można zabrać pieska ze sobą (kwarantanna dwutygodniowa), więc Ozzy trafia do „Pieskiego raju” – specjalnego ośrodka. Hotel, spa, w ogóle full wypas. Tylko, że to wszystko jest pic na wodę, bo gdy rodzinka z ośrodka wyjeżdża, pieski trafiają do pierdla.

ozzy1

Kolejna animacja z Europy, a dokładnie z Hiszpanii. Sam pomysł, by zrobić więzienną historię z psami w roli głównej, wypada naprawdę nieźle. Chociaż sama historia toczy się dość przewidywalnie, bo będzie ucieczka (nawet kilka prób) i nasz zdeterminowany zwierzak nie dający się złamać, mimo szykan, ustawiony wyścig oraz sytuacja między młotem a kowadłem. Wygląda to niczym „Wielka ucieczka”, a kilka postaci jest głębiej zarysowanych niż się to wydaje (ślepy jamnik Fronky, zgorzkniały Chester czy niepozorny, ale bezwzględny Vito). Parę razy potrafi dodać troszkę humoru, chociaż wymowa jest o wiele bardziej serio niż się wydaje na początku i to jest jedna z pozytywnych niespodzianek. Tak jak budująca klimat świetna muzyka Fernando Velazqueza.

ozzy2

Niestety, ale sama animacja to stany średnie. O ile ruchy postaci, ruchy ust  są zrobione bez poważniejszych zastrzeżeń, o tyle same zwierzątka, otoczenie jest tak surowe, wręcz pozbawione detali, że potrafi czasami przyprawić o ból oczu. Wiadomo, że to nie będzie techniczny kolegów zza Wielkiej Wody (nie ten budżet), jednak to można było zrobić lepiej albo bardziej wyraziście.

ozzy3

Za to trudno się przyczepić do polskiego dubbingu, bo ten w przypadku animacji zawsze był na wysokim poziomie. „Ozzy” nie jest wyjątkiem od reguły, chociaż najciekawsze są postacie drugoplanowe. Zarówno zdrowo postrzelony Fronky (świetny Waldemar Barwiński), jak i bardzo stary Chester (niezawodny Miłogost Reczek) zapadają w pamięć, podobnie jak bardzo mrukliwy szef strażników Decker (Grzegorz Pawlak) czy sepleniący Vito (zaskakujący Krzysztof Dracz). A grający Ozzy’ego Krzysztof Szczepaniak? Radzi sobie bardzo przyzwoicie, oddając determinację bohatera i budząc sympatię do niego.

Szkoda tylko, że sam film jest skierowany do bardziej młodego widza. Twórcy pokazują siłę więzi psa z człowiekiem oraz, że nie należy traktować zwierząt źle, ale to wszystko za mało. Sama historia średnio angażuje, wygląda to średnio i można było coś więcej wycisnąć.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Riko prawie bocian

Riko to bardzo młody wróbelek, który stracił rodziców przed przyjściem na świat. I pewnie nie przeżyłby kolejnego dnia, gdyby nie znalazła go bocianica. Ptak przygarnia go i wychowuje jak własne dziecko. Ale bociany zamierzają wyruszać na migrację do Afryki, a wróbelek całkowicie pewny, że jest bocianem chce dołączyć do wyprawy. Rodzice ze swoim synem jednak podstępem (bo przekonanie Riko do prawdy nie daje rezultatu) zostawia przybranego syna, który jednak się nie zraża i wyrusza na południe. Towarzyszy mu w tym postrzelona sowa Olga oraz marząca o karierze wokalisty disco papugi.

riko1

Dziwaczny pomysł na bajkę z Europy (a dokładnie z Niemiec, Belgii i Luxemburga), gdzie mamy niedobraną ekipę, która powoli zaczyna tworzyć coś więcej. Niby to już znamy, a kolejność zdarzeń dla każdego powyżej sześciu lat nie będzie raczej czymś zaskakującym. Dojdzie do spięć, nie wszyscy mają czyste intencje (papuga Kiki), po drodze dojdzie do dramatycznych pościgów (nietoperze czy finał), bohaterowie zaczną się otwierać. Innymi słowy, klasyka gatunku. Ale ja się niestety troszkę znudziłem przewidywalnością, gdzie wszystko szło jak po sznurku. Oczywiście, happy end i akceptacja przez rodzinę też musi być. Ale po drodze jest parę całkiem niezłych pomysłów (gołębie na drutach elektrycznych podłączone do… Internetu i gadające slangiem komputerowym – perełka), dodających odrobinkę świeżości.

riko2

Sama animacja jest całkiem przyzwoita i twórcy na tym polu nie mają się czego wstydzić. Może widać, że niektóre postacie nie są zbyt szczegółowo zarysowane, jednak nie kłuje to mocno w oczy. Typowa produkcja ze średnim budżetem, gdzie czuć pewien europejski sznyt. Tak samo przyzwoicie prezentuje się polski dubbing, gdzie tłumaczenie jest naprawdę niezłe.

riko3

Za to głosy są bardzo wyraziste i nawet drobne epizody (Mirosław Zbrojewicz jako kruczy mafiozo czy Waldemar Barwiński jako mewa) zapadają w pamięć. Ale główne role też są świetne i wnoszą film na troszkę wyższy poziom. Kapitalna jest Magdalena Boczarska w roli lekko schizofrenicznej sowy Olgi (a ten znaczek a’la Punisher na tułowie) z dość podłamaną przeszłością. Humor wnosi Piotr Gąsowski, czyli Kiki – lekko narcystyczna, napuszona diwa zbyt dramatycznie przeżywająca wiele wydarzeń. Zaś Bernard Lewandowski przy nich wydaje się troszkę blado, ale całkiem nieźle radzi sobie z pokazaniem jego determinacji.

„Riko” to dość pokręcona i miejscami pozwalająca sobie na dość nieoczywiste postacie fabułka skierowana do bardzo młodego odbiorcy. Ja może jestem troszkę za stary na takie cudeńka, ale czas nie był do końca stracony. Ocena lekko podwyższona za dubbing, będącym mocnym wsparciem dla tytułu.

6/10

Radosław Ostrowski

Noel Gallagher’s High Flying Birds – Who Built The Moon?

NGHFB-whobuiltthemoon

Kiedy jeszcze istniał zespół Oasis, to trwały dyskusje kto miał większy wpływ na tworzenie muzyki tej grupy: wyszczekany i pyskaty wokalista Liam czy bardziej skupiony na graniu gitarzysta Noel. Ten drugi od 2010 roku tworzy Noel Gallagher’s High Flying Birds, pokazując i potwierdzając, że kreatywność jest po jego stronie. Po dwóch płytach i drobnych roszadach w formacji (perkusistę Jeremy’ego Staceya oraz gitarzystę Tima Smith zastąpili Chris Sharrock z Gemem Archerem, a także dołączył chórek żeński), muzyk postanowił przypomnieć o sobie trzecim wydawnictwem, wyprodukowanym przez specjalistę od elektroniki, Davida Holmesa. Co tym razem wyszło?

To zdecydowanie najbardziej odjechana, psychodeliczna płyta, ale też najtrudniejsza do przełknięcia w dorobku tej formacji. Że będzie inaczej pokazuje “Fort Knox”, gdzie dźwięki wręcz na siebie nakładają się, atakując swoją atonalnością. Ciężkie wejścia elektroniczno-ambientowego tła, nasilające się smyczki oraz dyskotekowa wręcz perkusja zmieszana z wokalizami, a nawet budzikiem. To wszystko brzmi jak narkotyczny trip, tylko podkręcony do granic wytrzymałości uszu, gdzie jest wręcz przeładowanie. Podobnie, choć mniej agresywnie rzuca się “Holy Mountain”, gdzie wchodzą dęciaki oraz lekko przesterowana reszta, mocno garażowa, ale potrafi chwycić swoim refrenem. Podobnie działa rozpędzony, wsparty przez klawisze, fortepian oraz sekcję rytmiczną “Keep on Reaching”, gdzie przełamanie dają dęciaki. O wiele przystępniejszy jest “It’a a Beautiful World” z minimalistyczną perkusją, “mechaniczną” gitarą a’la The Edge, chociaż Gallagher pozwala sobie na pewne eksperymenty (refren z wokalem odbijającym się niczym echo) czy wręcz odjechany “She Taught Me How to Fly”.

Każdy utwór to inna szufladka, inny klimat i faza. Od bluesowego “Be Careful What You Wish For” z riffem oraz perkusją troszkę przypominającą… “Come Together”, ale jest bardziej niepokojąco (te perkusjonalia w tle) przez bardzo dynamiczny “Black & White Shadows” po instrumentalne dwie części “Wednesday”. Ale nic nie jest  stanie przygotować na “The Man Who Built the Moon”, będący wręcz monumentalnym dziełem, pełnym smyczków oraz klimatu znanego fanom Oasis.

Trudno jednoznacznie ocenić nowe dzieło Latających Ptaków Noela, bo jest najbardziej wymagającym ze wszystkich. Jest przebogata i pełna różnych detali na drugim planie, ale jest też bardziej odjechana, mniej przystępna (przynajmniej na początku) oraz trzeba ją przesłuchać kilka razy, by się przekonać. A wtedy daje się pokazać ze swojej strony.

7/10

Radosław Ostrowski