15:17 do Paryża

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Pociąg z Amsterdamu do Paryża jechał spokojnie, aż z toalety wyszedł terrorysta uzbrojony z karabinem. Ale atak został powstrzymany przez trzech facetów: Anthony’ego Sadlera, Aleka Sakratosa i Spencera Stone’a, którzy byli akurat na wakacjach. I o tym zdarzeniu postanowił opowiedzieć Clint Eastwood. Tylko, że niewiele z tego wynika.

15.17_paryz1

Reżyser postanowił wykorzystać prawdziwą historię do opowiedzenia losów naszej trójki bohaterów od czasów szkolnych (podstawówka), gdzie zaprzyjaźniają się aż po służbę w wojsku czy wakacje po Europie, w trakcie której doszło niemal do tragedii. Tylko, że cała ta otoczka kompletnie nie angażuje, a co gorsza zwyczajnie nudzi. Brakuje w tym wszystkim jakieś przewodniej myśli, emocji, a wszystko wydaje się takie zwyczajnie. Próba zdania do wybranej specjalizacji wojskowej, typowe czynności turystyczne (z robieniem sobie selfie) oraz gadki szmatki o niczym. Dawno, ale to naprawdę dawno się tak nie wynudziłem jak w trakcie oglądania „15:17 do Paryża”.

15.17_paryz2

Do tego te wszystkie retrospekcje są powrzucane bez ładu i składu, wprowadzając w stan zdziwienia, dezorientacji i chaosu. Kompletnie nie dzieje się nic, a nasi bohaterowie są kompletnie nijacy, pozbawieni jakiś bardziej wyrazistych cech, czegoś co czyniło by ich bardziej zapadających w pamięć. Trudno czepić się poziomu technicznego, bo zdjęcia są solidne, a scena ataku potrafi lekko zmrozić krew, tylko że cała reszta jest zwyczajnie mdła i rozmywa całość.

15.17_paryz3

I może byłoby to lepsze dzieło, gdyby to było dobrze zagrane. Eastwood wpadł na pomysł, by w głównych rolach obsadzić prawdziwych bohaterów tych wydarzeń. Nie odmawiam im tego, że dokonali czegoś, na co niewielu ludzi by się odważyło, ale talentu aktorskiego nie byłem w stanie stwierdzić. Każdy ich słowo, brzmienie wypadało sztucznie, wręcz mechanicznie, a reżyser nie był w stanie z nich kompletnie nic wycisnąć. Cała reszta dorównuje poziomem Sadlerowi, Sakratosowi oraz Stone’owi, ale jest też zbyt słabo rozrysowana, żebyśmy mogli wejść głębiej.

Nie spodziewałem się, że Clint Eastwood po raz pierwszy potknął się z wielkim hukiem. Dawno nie widziałem filmu, gdzie miałem kompletnie w dupie wszystko i wszystkich. Może poza sceną ataku, gdzie przez chwilę pojawia się napięcie oraz emocje, ale to troszkę za mało i za krótko. Jedno z największych rozczarowań tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

Pilecki

Rotmistrz Witold Pilecki to jedna z ważniejszych postaci polskiej historii II wojny światowej. Weteran wojny polsko-bolszewickiej, konspirator działający w Auschwitz, walczył w powstaniu warszawskim, wreszcie dołączył do armii generała Andersa i został skazany na śmierć za szpiegostwo. Materiału jest mnóstwo i starczyłoby na kilka filmów. Ale kiedy w projekt zaangażowany jest Michał Kondrat, to szansę na zrobienie dobrego filmu są równie prawdopodobne jak wygrana naszych piłkarzy na Mistrzostwach Świata.

pilecki1

Reżyser filmu Mirosław Krzyszkowski nie ma kompletnie pomysłu na opowiedzenie tej historii, więc wrzuca wszystko do jednego garnka, licząc na to, że jakoś to będzie. Miesza fabułę z dokumentem, archiwalne materiały z aktorską inscenizacją, dodając do tego wspomnienia syna Pileckiego. Ale to wszystko wygląda tak nieudolnie, że ręce opadają. Widać tu bardzo skromny budżet, a wiele wydarzeń, które mogły być najciekawsze, zostają nam opowiedziane z offu albo wypowiadane przez samego Pileckiego dyktującego raport. Przesłuchanie przez UB w ciemnym pokoju, równie zaciemnione sceny z Auschwitz – to wygląda bardzo tanio i wręcz nudno. Obowiązkowo pojawiają się religijne symbole ze szczególnym uwielbieniem Matki Boskiej (jedyna ocalona rzecz po zburzonym budynku czy obrazy rotmistrza) oraz prosty podział na dobrych przedwojennych i złych komunistów.

pilecki2

Maskowanie bardzo szczątkowej fabuły za pomocą materiałów archiwalnych do pewnego stopnia się sprawdza, ale czuć bardzo duży niedosyt. Także wypowiedzi samego Andrzeja Pileckiego nie wnoszą zbyt wiele do całości, pomagając jedynie w budowaniu mitu bohaterskiego. Nawet te reperkusje związane z byciem synem wroga ludu są wspomniane raptem w 4-5 zdaniach, kompletnie nie angażując do reszty.

Wszystko w tym filmie sypie się niczym domek z kart, a sam rotmistrz Pilecki zasługuje na bardzo wyrazisty projekt. Przykładem jest zrobiony dla Teatru Tv „Sprawa rotmistrza Pileckiego” Ryszarda Bugajskiego, skupiający się na jednym wycinku z życia Pileckiego. Krzyszkowski nie potrafi się zdecydować o czym ma być ten film, a zebranie do worka wszystkiego nie działa. Na taki koszmarek szkoda czasu, pieniędzy i nerwów.

1/10 

Radosław Ostrowski

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem

Kino kocha sport każdego rodzaju, nawet jeśli nie wydaje się zbyt emocjonujący na pierwszy rzut oka. Bo co może być interesującego w tenisie? Ale mimo pozornego braku atrakcyjności, pewien skandynawski reżyser, Janus Mraz postanowił zadać kłam tej teorii. Jest rok 1980, Wimbledon – jeden z najbardziej prestiżowych turniejów tenisowych. Piąty tytuł będzie próbował zdobyć niepokonany Bjorn Borg, a po drugiej stronie w finale walczy amerykański tenisista John McEnroe.

borg_mcenroe1

Inspiracja „Wyścigiem” Rona Howarda wydaje się bardzo silna, bo reżyser przygląda się tym dwóm osobowościom i charakterom. Borg – bardzo młody, utytułowany, na korcie sprawia wrażenie wręcz cyborga. McEnroe – o wiele młodszy, bardzo impulsywny, porywczy, wyzywający sędziów i publiczność. Starcie dżentelmena i chuligana? Poniekąd, lecz obaj panowie są bardzo ambitnymi zawodnikami, którzy na korcie dają z siebie wszystko i nie odpuszczają. Twórcom bardziej niż na rekonstrukcji samych pojedynków interesuje psychologiczny portret bohaterów, dodając wiele retrospekcji. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że twórcom (pewnie z powodu pochodzenia) bardziej interesuje Borg, będący w wieku dziecięcym wręcz lustrzanym odbiciem Amerykanina – impulsywnym chłopakiem, któremu zależy tylko na wygranej. Z kolei McEnroe nie do końca radzi sobie z agresją, co odbija się na jego grze. Każdy z tych bohaterów ma jednak osoby, będące wsparciem (Borg – żona i trener, McEnroe – ojciec), co dodaje im pewnych ludzkich cech, a łączy jeszcze jedno: silna presja tłumu.

borg_mcenroe2

Samo odtworzenie realiów przełomu lat 70. i 80. pokazano bardzo przekonująco: od stanowisk komentatorskich, przez wnętrza hoteli i mieszkań aż po stroje i fryzury z obowiązkowymi długimi włosami. Za to perłami są tu sceny pojedynków kortowych, gdzie swoje robi przede wszystkim szybki montaż oraz podnosząca adrenalinę muzyka. Każde uderzenie piłki, sapnięcie, zmęczenie ma swoją siłę, a połączona z przebitkami na tłum wygląda rewelacyjnie. W szczególności finałowe starcie, gdzie nie brakuje kadrów z góry, nadając starciu rozmachu godnego prawdziwych wojowników.

borg_mcenroe3

I do tego jest to cudownie zagrane. Wybija się Sverrir Gudnasson w roli Borga, który tylko pozornie sprawia wrażenie chłodnego, opanowanego zawodnika. Tak naprawdę jednak wyczuwa się pewne wypalenie, zmęczenie grą i tą otoczką (sponsorzy, treningi dla publiczności), odbijające się coraz bardziej na jego psychice. Zaskakuje za to Shia LaBeouf, będący przeciwieństwem Borga – impulsywnym, wrzeszczącym chłopcem, niepozbawionym talentu. A jego wyzwiska brzmią bardzo naturalnie. A drugi plan dominuje niezawodny Stellan Skarsgard (trener Lennart Bergelin), będący mentorem Borga, pomagający w przeniesieniu negatywnych emocji na grę.

„Borg/McEnroe” to europejskie spojrzenie na kino sportowe, próbujące przełamać klasyczny szablon tego gatunku. Skojarzenie z „Wyścigiem” Rona Howarda nasuwa się automatycznie i może film Metza nie dorównuje amerykańskiemu dziełu, niemniej potrafi zaangażować i ogląda się świetnie. Nawet jeśli komuś wydaje się, że tenis jest nudny, po tym filmie zmieni zdanie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śmierć Stalina

Jeśli film robi Arnando Iannucci, to wiadomo, że będziemy mieli do czynienia z polityczną satyrą. A punktem wyjścia tego filmu jest śmierć towarzysza Stalina w 1953 roku. To czas, gdy terror był rozkręcony do granic możliwości, a każdy szary człowiek bał się powiedzieć i zrobić cokolwiek, bo w każdej chwili mógł zapłacić za to życiem. A kiedy wódz narodu umiera, najbliższy współpracownicy zaczynają to, co politycy najlepiej: uszczknąć jak najwięcej dla siebie.

smierc_stalina1

Tylko Brytyjczycy byliby zdolni do takiej zagrywki? Nie do końca, gdyż „Śmierć Stalina” oparta jest na komiksie… francuskim. Ale reżyser miesza tutaj bardzo mocno komedię z bardzo smolistym humorem, polewając to brytyjskim absurdem. Jednocześnie to wszystko bardzo sugestywnie pokazuje spiralę strachu i terroru, która niby toczy się w tle (więzienia Berii, rekwirowanie posiadłości Stalina), jednak to wszystko polane jest bardzo gorzką pigułką, pokazującą mechanizmy władzy wręcz dyktatorskiej. A ten niepokój czuć na początku, gdy dyrektor Radia Moskwa, musi utrzymać i zagrać koncert Mozarta jeszcze raz, bo… Stalin chce nagrania, a tego nie zrobiono. Panowie trzymają się na swoich urzędach, dzięki terrorowi oraz wyczuciu odpowiedniego momentu.

smierc_stalina2

Reżyser coraz bardziej pokazuje kolejne podchody, intrygi, machlojki oraz to, jakie są konsekwencje tych działań (wszystko wokół pogrzebu Stalina i nie wpuszczeniu mieszkańców na plac czy wstrzymanie egzekucji w jej trakcie), co śmieszy i przeraża jednocześnie. Śmiech czasami mocno tkwi w gardle, choć nie brakuje ostrych dialogów czy soczystych wiązanek, nie pozbawionych odniesień do postaci zgniłego kapitalizmu. Ale Iannucci bardzo brutalnie przypomina, że rewolucja i terror są w stanie dosięgnąć każdego bez względu na wpływy i koneksje, a każdy jest tylko pionkiem w czyjejś grze. Ostro też krytykuje ludzi u władzy, jako mocno oderwanych od rzeczywistości, dla których liczy się tylko łaskawość wodza. A by ją uzyskać są w stanie zrobić wszystko.

smierc_stalina3

Do tego jeszcze jest to koncertowo zagrane, a aktorzy ciągle balansują między komediowym tonem i poważnym, bezwzględnym spojrzeniem. Najmocniej zapadają w pamięć dwaj konkurencji: szef NKWD Ławrentin Beria (kapitalny Simon Russell Beale) oraz sekretarz Nikita Chruszczow (cudowny Steve Buscemi). Pierwszy – pozornie niegroźny misio, ale bezwzględny egzekutor, wykorzystujący każdą nadającą się okazję i mający haki na wszystkich, drugi bardziej przypomina szczura czekającego na właściwy moment cwaniaka. Pojedynek tych panów to prawdziwa przyjemność, ale drugi plan też jest bardzo bogaty: niepewny siebie, zakompleksiony Malenkow (rewelacyjny Jeffrey Tambor), bardzo wycofany Mołotow (trzymający fason Michael Palin), twardy marszałek Żukow (kradnący film Jason Issacs) czy dzieci Stalina – nadwrażliwa i naiwna Swietłana (Andrea Riseborough) oraz nadużywający alkoholu, impulsywny Wasilij (Rupert Friend).

„Śmierć Stalina” to mocna, ostra, ale i bardzo gorzka komedia, stanowiąca ostrzeżenie przed politykami, marzącymi o władzy wręcz absolutnej. A sam Stalin by się mocno wkurzył i twórcom filmu dał bardzo ciężką karę – śmiech się przeplata z przemocą i czasami utkwi w gardle, dając wiele do refleksji.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Ładunek

Andy mieszka na łajbie w postapokaliptycznej Australii opanowanej przez epidemię zombie. Jak zostaniesz ugryziony, to w dwie doby staniesz się fanem mózgów żywych ludzi. Właśnie tak się dzieje najpierw z żoną Andy’ego, a następnie z nim samym. Problem w tym, że jest jeszcze niemowlę o imieniu Rosie. I teraz Andy ma dwie doby, by oddać ją w dobre ręce, zanim stanie się zombie.

cargo1

Netflix próbuje nadrobić lekko podniszczoną reputację swoich filmów, tym razem pozwalając na rozszerzenie pewnej krótkometrażówki z 2013 roku. Postapo w Australii, gdzie niemal wszędzie jest pustynia, sawanna, troszkę roślinności, mało budynków i jeszcze mniej ludzi. Klimat zagrożenie i niepokoju jest wręcz namacalny i bardzo lepki, niczym kurz pustynny na twarzy. Twórcy łączą wątek naszego bohatera z pewną aborygeńską dziewczyną Toomey. Dziewucha ma swoje problemy (ojciec przemienił się, matka walczy z nieumarłymi) i na początku te wątki się przeplatają ze sobą, aż w pewnym momencie stanowią jedną historię. Po drodze nasi bohaterowie spotkają różnych ludzi – wykorzystujących do zabijania zombie, zarażoną rodzinę chcącą odejść z tego świata (bardzo dramatyczny moment) czy Aborygenów, którzy jako jedyni zachowują się tak, jakby wiedzieli, co nastąpi.

cargo2

Ta odyseja, choć toczy się bardzo powoli i opiera się na sprawdzonych schematach (jak żyć w nienormalnym świecie i pozostać człowiekiem), to jednak „Ładunek” potrafi wciągnąć, a ja w głowie stawiałem sobie pytanie: co ja bym zrobił w tej sytuacji? Czy też uciekłbym z klatki jak Andy, zostałbym razem z pogryzioną żoną czy zostawiłbym ją w cholerę? To ciągle prowokuje, a element etniczny daje nowego posmaku.

cargo3

Tak samo jak niosący na swoich barkach Martin Freeman, który – pozornie – wpisuje się w klasyczne emploi faceta mierzącego się z dramatycznymi wydarzeniami. On powoli zaczyna uczyć się życia w ekstremalnym świecie (zabijanie), posługując się bardziej sprytem, ale pozostając nadal ludzki. Tak samo próbuje żyć Toomey (świetna Simone Landers), rozdarta między ojcem a resztą otoczenia. Ona znajduje w Andym imitację ojca, choć oboje będą musieli sobie zaufać. Tak mocnego duetu dziecko-dorosły nie widziałem od dawna.

„Ładunek” nie jest może najlepszym filmem o zombie, ale potrafi wnieść wiele świeżości w tej gatunek. Pustynny klimat, zombie chowające się w piasek i światło w tym wyniszczonym świecie. Troszkę klimatem przypomina grę „Walking Dead”, a Freeman pokazuje, że sam jest w stanie udźwignąć film. Netflix powoli poprawia swoją reputację.

7/10

Radosław Ostrowski

Hazardzista

Dan Mahoney wydaje się na pierwszy rzut oka szarym człowiekiem, nie wyróżniającym się z grona innych szarych ludzi na świecie. Pracę też ma szarą – jest bankierem w Kanadzie. Niedawno awansował na stanowisko młodszego wspólnika i zajmuje się poważnym rachunkiem. Ale – jak każdy człowiek – ma też swoje sekretne życie. A tam dominuje jedna rzecz, czyli hazard. Od kiedy gra w kasynie, obstawia wyścigi i przegrywa kolejne pieniądze. Hazard plus dostęp do kont daje bardzo niebezpieczną mieszankę.

hazardzista1

Dla reżysera Richarda Kwietniowskiego, historia Mahoneya mogła być pretekstem do różnych konwencji. Mógł to być dramat sensacyjny, pokazujące finansowe przekręty bankiera, policyjnego śledztwa, ale tak naprawdę kryminalny wątek jest tak naprawdę tylko pretekstem. Reżyser bardziej skupia się na psychologicznym stanie bankiera, który już dawno przekroczył linię oddzielającej jego nałóg od życia. Kiedy nałóg przejął nad jego życiem kontrolę – tego nie wiemy, ale Mahoney wydaje się być tego świadomy. Doszedł do tego stopnia, ze hazard jest nierozerwalną częścią, wręcz sensem życia. Sama historia jest oparta na pewnej rutynie: praca, kontakty z bukmacherem (Frank Perlin), wyjazd do Atlantic City, powrót (już spłukany). I tak w kółko, w kółko aż do gry wkracza policja oraz szef kasyna, Victor Foss. Mimo tego spokoju, wręcz rutynowego rytmu, „Hazardzista” potrafi wciągnąć swoim klimatem, coraz większym poczuciem paranoi i pytaniem: czy tym razem się uda wyjść z wygraną? A może nie ma już wyjścia i Mahoney skończy bardzo brutalnie?

hazardzista2

Film ma w sobie pewien hipnotyzujący, w czym pomaga bardzo pulsująca muzyka (elektroniczno-jazzowy sznyt) oraz zgrabny montaż. Kwietniowski bardzo sugestywnie pokazuje coraz bardziej nakręcające się stadium uzależnienia, gdzie nasz bohater kompletnie nie dostrzega problemu i rani kolejne osoby, próbujące mu pomóc. Co takiego jest w tym stole, ze nasz bohater u psychiatry przyznaje, ze najbardziej ekscytujące przeżycie – poza hazardem w skali 1-100 dostaje 20, a hazard maksa?

hazardzista3

Ale film ma jeden mocny atut, którego nie waha się użyć – Philipa Seymoura Hoffmana. W jego wykonaniu Mahoney może i sprawia wrażenie niepozornego grubaska w okularach. Ale kiedy zacznie grać, staje się zupełnie kimś innym – te drobne ticki, rozpędzone i galopujące oczy oraz chłodna twarz tworzą bardzo niebezpieczną mieszankę. Aktor kradnie każdy ekran, tworząc bardzo skomplikowany portret nałogowca, znajdującego się w sytuacji już bez wyjścia. Poza nim trzeba docenić łasicowatego Johna Hurta (szef kasyna Victor Foss) oraz bardzo ciepłą Minnie Driver (Belinda).

„Hazardzista” wydaje się pozornym, skromnym filmem, ale ma w sobie coś tak intrygującego, wręcz uzależniającego. Bardzo sugestywne, mroczne stadium, chociaż pozornie zakończone happy endem, który nie jest dany raz na zawsze.

7,5/10

Radosław Ostrowski

A Perfect Circle – Eat the Elephant

APC_eat_the_elephant

Poboczny project gitarzysty Billy’ego Howerdela oraz wokalisty Toola, Maynarda Jamesa Kennana był w uśpieniu przez wiele lat. Ostatni album wyszedł w 2004 roku, a od 2011 dopiero wznowiła działalność. I nagle niczym Filip z konopi, wyskakuje APC z nowym, czwartym materiałem. I jak wyszło?

To bardzo progresywne, tajemnicze brzmienie, które ciągle próbuje zaskakiwać. Nawet tytulowy utwór, który rozpoczyna całość, zaczyna się bardzo jazzowo, z łagodnymi dźwiękami pianina oraz perkusji, nabierając z czasem przyspieszenia, chociaż i niepozbawiona piękna (druga połowa), by zapuścić się w nieco mroczniej w troszkę cięższy, lecz dynamiczniejszy “Disilussioned” (ta perkusja oraz chropowata elektronika). Ale półtorej minuty później następuje wyciszenie, gdzie szansę ma wybrzmieć fortepian (pod koniec słychać tylko jego) oraz odbijające się niczym echo wokal. A półtorej minuty przed końcem wracamy do melodii z początku. A im dalej w las, tym bardziej dziwaczne rzeczy: harfowo-elektroniczny “The Contrarian”, pełen przesterowanych dźwięków oraz perkusyjnych popisów “The Doomed”, lekko oniryczne “So Long, and Thanks for All the Fish” czy bardziej art rockowy “TalkTalk”. Nawet wejścia smyczków (“By and Down the River”) nie wydają się przypadkowe.

Pozornie to wszystko wydaje się chaotyczne, a mieszanka różnych styli potrafi się nałożyć na jeden kawałek, co na szczęście nie jest poważną wadą. Nawet instrumentalny “DLB” daje wiele frajdy, chociaż industrialny “Hourglass” może przyprawić o ból uszu, a wszystko zachowuje bardzo mroczny klimat.

“Eat the Elephant” jest na tyle intrygującym albumem, że mimo pozornej melodyjności, potrafi oczarować swoim podskórnym klimatem niepokoju. Nie jest to stricte rockowe dzieło (gitara bardziej odzywa się od połowy), zaś Maynaard jest zaskakująco spokojny, wręcz delikatny. Album ciągle nieobliczalny, zmieniający tempo, instrumenty i rytm, co w progresywnym świecie jest naturalne. Choć niektóre zakręty są wyboiste (triphopowy “Ge the Lead Out”), droga jest słuszna.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mama i tata

Macie dzieci? Macie czasem taki moment, że już chcielibyście je zabić? Tak się dzieje gdzieś na przedmieściach, gdzie dochodzi do prawdziwej epidemii. Rodzice chcą wymordować swoje dzieci – nieważne, czy mają kilka dni, kilka- czy kilkanaście lat. Dlaczego? Bo zbyt wiele razy zawiodły, oszukiwały, okłamywały, oddaliły się? A może to atak biologiczny czy większy plan? Nie wiadomo, ale ogarnęło to cały świat, a dla reżysera cała ta rzeźnia staje się pretekstem.

mama_i_tata2

„Mama i tata” to ubrany na wesoło slasher, gdzie sama koncepcja polegający na wyłączeniu instynktu opiekuńczego, wnosi wiele świeżości do tego gatunku. Rodzice stojący przed szkołą niczym hordy zombie czy wracający do domu tylko w jednym celu to obraz tak szokujący, że fani politycznej poprawności już zaczną robić się zieloni. Krew się leje litrami, a niektóre pomysły (próba zabicia świeżo narodzonego dziecka przez matkę – a w tle „It Must Have Been Love” Roxette; obłędne wykorzystanie tego utworu) trafiają w punkt. Ta dziwna mieszanka czarnej komedii, krwawego slashera oraz gorzkiego dramatu początkowo może wydawać się co najmniej niezrozumiała. Przyczyny epidemii nie poznajemy, co akurat dla mnie jest sporym plusem. Drugim są relacje rodziców, które dla paru osób (mających własne rodziny) będą odbiciem w lustrze. Bo czy nie było takiej sytuacji, ze wkurzały was porozrzucane zabawki, dostanie piłką w łeb, kradzieże pieniędzy czy traktowanie przez swoje dzieci? Brian Taylor sprawi, że odnajdziecie się tutaj bez większych problemów.

mama_i_tata1

Wiele może przeszkadzać horrorowa konwencja, pełna rozedrganej kamery, agresywnej muzyki czy momentów straszenia opartych na szokowaniu, polanym bardzo czarnym humorem. Sama fabuła wydaje się pretekstem do kolejnych pomysłów związanych z mordowaniem czy dostaniem się do swojego potomstwa (wkrótce martwego). Ale kiedy wejdą dziadkowie, spirala jeszcze bardziej się rozkręca. A dla mnie największą wadą było zakończenie – nagle urwane, stawiające całą historię w stanie zawieszenia.

mama_i_tata3

Aktorstwo jest tu mocno przerysowane, podkręcone, ale takie właśnie miało być. I dlatego mamy tutaj samego Nicolasa Cage’a, dającego typowego Cage’a. Gra on bardzo ostro i wyraziście, ale to bardzo pasuje do tego świata. Na tym samym tonie nakręcona jest Selma Blair, będąca bardziej przyziemi, choć w momentach „ataku” jest jeszcze bardziej szalona niż Cage. W tym świecie jest to komplement.

Tak dobrego Cage’a nie widziałem od dawna, tak jak dobrego filmu z nim. Ten wywrotowy film o tej stronie rodzicielstwa, o której nie mówi się, daje wiele frajdy. Jednocześnie pokazuje pewną cenę za wybranie ścieżki rodzinnej, chociaż robi to nienachalnie.

7/10 

Radosław Ostrowski

Planeta wampirów

Na planetę Aura, z której dochodzi pewien tajemniczy sygnał, wyrusza ekspedycja składająca się z dwóch statków: Argosa i Galliota. Jednak podczas lądowania załoga jest wręcz gnieciona przez tamtejszą grawitację, a gdy dochodzi do kontaktu z podłożem, załoga dostaje szału i próbuje się nawzajem wymordować.

planeta_wampirow1

Mario Bava tym razem idzie w stronę kina SF zmieszanego z horrorem. Pozornie historia brzmi jak z kina klasy B, czyli mamy tajemniczą planetę, coraz dziwne sytuacje, których trudno wyjaśnić w sposób racjonalny. Ale wyjaśnienie, mimo że wydaje się bardzo oczywiste (umierająca rasa chce wyrwać się i podbić świat, by przetrwać), to jednak reżyserowi udało się zbudować klimat tajemnicy, osaczenia, niepokoju. Uderzyła mnie bardzo bogata scenografia, chociaż twórcy – poza salą filmową nie mieli praktycznie nic – zbudowali wnętrze statku kosmicznego (widać, że to lata 60.), jak i samej planety pełnej zarówno niepokojącej roślinności, wulkanów, dziwacznych kształtów. Wygląda to bardzo elegancko, a długie kadry tylko pomagają wejść w tą opowieść, będącą inspiracją dla „Obcego”.

planeta_wampirow2

Zdarzają się w zachowaniu mniejsze głupotki, ale „Planeta” potrafi miejscami straszyć, choć później ten klimat zaczyna się coraz bardziej sypać. Za to Bava pewnie prowadzi intrygę, potrafi zaskoczyć finałem (ale jak niby miałoby dojść do tej sytuacji – nie mam pojęcia), chociaż sceny bijatyk oraz strzelanin wyglądają dość teatralnie, zaś aktorstwo też delikatnie mówiąc, nie jest najwyższych lotów. Ale z tych dziwacznych elementów powstał film klasy B, który daje wiele frajdy i satysfakcji. Angażujący, wciągający, chociaż niekoniecznie mądry film rozrywkowy.

Ma w sobie pewien niewymuszony urok, chociaż wampirów nie zauważyłem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Blood and Black Lace

Dom mody gdzieś we Włoszech. Prowadzi go hrabina Como oraz jej partner Max Marlan i powodzi się nawet całkiem nieźle. Lecz spokojna egzystencja zostaje przerwana przez morderstwo jednej z modelek. Zbrodniarz w masce sprawiającej wrażenie pozbawionej twarzy, czarnych rękawiczkach i płaszczu sieje spustoszenie, a prowadzący śledztwo inspektor Silvestri próbuje znaleźć sprawcę. Kluczem może być ukryty dziennik ofiary.

blood1

Mario Bava znowu bawi się w giallo, rozwijając jego formułę. Pojawia się charakterystyczny dla tego nurtu zamaskowany morderca (zawsze w czarnych rękawiczkach), sprawiający wrażenie istoty demonicznej, jakby pojawiającej się znikąd i zawsze przygotowanej do kolejnego działania. Reżyser serwuje kolejnych podejrzanych, motywy, mnoży tajemnice i tropy (narkotyki, szantaż), przez co nie jesteśmy w stanie rozszyfrować sprawcy. Bava nadal prezentuje swój wysmakowany styl plastyczny i tutaj w kolorze jeszcze mocniej to widać. Zwłaszcza wizyta w domu mody, otoczonym manekinami czy w galerii jest zarówno zachwycająca wizualnie (nawet jeśli wydaje się kiczowato-tandetna), ale potrafi też pomóc w budowaniu napięcia. Zwłaszcza w scenach torturowania rozgrzanym do czerwoności (dosłownie) piecykiem, zrobiona wręcz z nerwem, ale i bardzo elegancko. Bava jest znacznie bardziej brutalny, zarówno w ilości trupów jak i metodzie mordowania, prezentując więcej krwi. Z drugiej strony samo zabijanie (wbijanie narzędzi typu nóż) z dzisiejszej perspektywy nie wydaje się aż tak straszne, lecz uniknięto przesadnej teatralności.

blood2

Jedyne, co mi bardzo mocno przeszkadzało to samo wyjaśnienie, które wydało mi się bardzo banalne oraz zakończenie, oparte na zasadzie, że sprawca – prędzej czy później – zapłaci za swoje uczynki. Nawet nie o to chodzi, że wykorzystano ten zabieg, ale tutaj nie za bardzo pasowało. Podobnie aktorstwo było na bardzo przyzwoitym poziomie, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić. Nikt też za to nie wystaje, każdy pasuje do swoich postaci i nie wywołuje irytacji.

blood3

Przyznam się, że wciągnęła mnie ta intryga, a kolejne tropy podrzucane przez Bavę potrafiły mnie wpuścić w maliny. Ale gdyby bardziej zaszaleć w finale, to „Blood and Black Lace” byłoby bardzo dobrym, a wręcz rewelacyjnym filmem. A tak to jest – stosując szkolną klasyfikację – na cztery z plusem, czyli mocny punkt w dorobku Włocha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071