Editors – Violence

Editors_violence

Brytyjska formacja Editors ostatnimi czasy zrezygnowała ze stricte rockowego grania, ku bardziej elektronicznym klimatom znanym z Depeche Mode, co było słychać na dwóch ostatnich krążkach. Wyprodukowany wspólnie z Lee Abrahamsem szósty album „Violence” wydaje się kontynuować tą ścieżkę. Czy kapela z Birmingham utrzymuje poziom poprzedników czy może tym razem się potknęli?

Początek wydaje się bardzo spokojny w „Cold” z delikatnie płynącym głosem Toma Smitha oraz pulsującymi klawiszami w tle. Powoli dochodzą wokale w tle, dyskotekowa perkusja i robi się gęściej aż do podostrzonego refrenu, gdzie odzywa się gitara elektryczna spuszczona ze smyczy, dodając dynamiki. Bardziej radiowy jest wybrany na singla „Hallelujah (So Low)”, gdzie zdecydowanie więcej do powiedzenia ma gitara (ostra ściana dźwięku w refrenie, poprzedzona orientalnymi smyczkami oraz melorecytacją), doprowadzając wręcz do ataku na uszy. Jest ciężej, wręcz industrialnie, by wrócić do spokoju z początku – troszkę czuć ducha pierwszych płyt grupy. Ale wtedy na scenę wchodzi utwór tytułowy i nie ma zmiłuj – tu już bardziej czuć klimat elektropopu z lat 80., polany niepokojącym klimatem (przestery, przestrzenne dźwięki oraz perkusja), ale jednocześnie bardzo przebojowy oraz dynamiczny. Mroczny i liryczny jednocześnie, dyskotekowy, lecz nie tandetny, o co było bardzo łatwo i z długim, instrumentalnym końcem, dającym spore pole do popisu dla elektroniczno-perkusyjnych eksperymentów. Noworomantyczny i epicki „Darkness at the Door” (dęciaki, chórki w refrenie) spokojnie mógłby się znaleźć na jednej z płyt OMD, gdyby nie perkusyjne uderzenia, zmieniająca się w militarne werble, co tworzy intrygującą mieszankę. Spokojniej się rozkręca nastrojowe „Nothingless”, lecz twórcy wpuszczają w maliny, tak jak w przypadku „Cold”. Tutaj znowu zmieniają tempo, dochodzą chórki oraz… fortepian wpleciony w elektroniczne cudeńka, by znowu się uspokoić i zaatakować. Drugi singiel, czyli „Magazine” zaczyna się od zapętlonego chóru i lekkiego mroku, by wskoczyć w bardziej taneczne klimaty, nie zapominając o dodaniu „brudnych” gitar. Ale kompletnie nie spodziewałem się „No Sound but the Wind”, czyli delikatnej, nastrojowej ballady opartej niemal w całości na fortepianie i brzmi to… pięknie. Tak samo jak „Counting Spooks”, które jest bardziej rozbudowane aranżacyjnie, lecz zachowujące spokój. Lecz trwa to do połowy, by rozpłynąć się w bardziej tanecznym rytmie.

Na „Violence” grupa łączy melodyjność, gitary z elektroniką oraz miejscami onirycznym klimatem. Tom Smith nadal potrafi czarować swoim aksamitnym głosem, bez popadania w manieryczność. Chociaż bardziej podobały mi się poprzednie płyty Brytyjczyków, to ewolucja grupy budzi szacunek. Editors odnaleźli się na nowo i jeśli ktoś chciałby rozpocząć znajomość z tą grupą, „Violence” będzie idealnym wstępem. Nadal trzymają fason.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarne święto

Znamy muzyczne składanki, ale filmowcy też robią kompilacje, czyli filmy nowelowe. Są to historie, które łączy jeden temat, konwencja czy gatunek. Nie inaczej jest z „Czarnym świętem”, który jest zbiorem trzech opowieści grozy, opartych na opowiadaniach. Wszystkie te historie zrealizował Mario Bava i klimatem troszkę przypomina ekranizacje horrorów Edgara Poe przez Rogera Cormana, ale bardziej jest to wzięte w nawias, co zapowiada sam Boris Karloff.

czarne_swieto1

Każda z opowieści toczy się w innym czasie i dotyczy innych elementów grozy. Pierwsza opowieść to „Telefon” i jest zdecydowanie najbliżej naszych czasów. Bohaterką jest Rosa (kojarzona z serią o markizie Angelice Michelle Mercier), kobieta – jakby to ująć – udzielająca się społecznie. Kiedy ją poznajemy, wraca do domu i szykuje się do snu. Ale wtedy dzwoni telefon i ktoś grozi jej śmiercią. Tutaj reżyser bawi się tropami (czarne rękawiczki, oczy patrzące z okna), przez co zgrabnie prowadzi grę, zaś wyjaśnienie początkowo może wydawać się żartem. Gra elegancki jazz, doprowadzając do przewrotnego finału, którego nie zamierzam zdradzić.

czarne_swieto2

Jednak najbardziej rozbudowana jest historia druga, czyli kostiumowy „Wurdalak”. Tutaj trafiamy do małej wsi w Rosji, gdzie przypadkowo trafia pewien młodzieniec. I tam trafia do domostwa, wcześniej znajdując trupa ze sztyletem. Tutaj klimat zdecydowanie bardziej przypomina powstająca w tym samym czasie horrory Cormana, mimo pewnej umowności przestrzeni, jaką znamy z „Maski szatana”. Mimo to ten segment ma wiele uroku, powoli odkrywana jest tajemnica (powrót ojca, krwawa walka oraz trudne więzy rodzinne), pojawia się miłość oraz mroczne ruiny zamku. I ten fragment potrafi przerazić kilkoma scenami, bardziej przemawiając klimatem, a także grą Borisa Karloffa.

czarne_swieto3

Trzecia historia wydaje się najprostsza – mamy pielęgniarkę (dobra Jacqueline Pierreux), która pomaga przygotować zmarła kobietę. Decyduje się wykraść jej pierścionek, co wywołuje komplikacje. Powoli zaczynamy dochodzić do stanu obłędu, co podkreśla najpierw spotęgowany dźwięk odbijającej się wody, a następnie pojawienie się samej zmarłej. Jednak sama nowelka wydaje się prościutka i niestety, bardzo przewidywalna, chociaż Bava dwoi się i troi, by utrzymać napięcie.

czarne_swieto4

Trudno jednak odmówić „Czarnemu świętu” na poziomie technicznym. Kolory wydają się nasycone, efekty oświetleniowe oraz praca kamery bronią się przed upływem czasu, scenografia bywa bogata w szczegóły. I to wszystko ma taki swój specyficzny urok, taką wręcz klasyczną elegancję, pozbawioną makabrycznych zbrodni oraz stosowania ciągłego szoku, który jest wręcz nadużywany we współczesnych filmach z gatunku horror und groza. To jest paradoksalnie największa siła antologii Bavy, stawiającego tutaj bardziej na nastrój czy klasyczne sztuczki z arsenału szkoły straszenia. W dzisiejszych czasach jest to zaskakująco świeże doznanie dla fanów grozy.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Narodziny narodu

Nat Turner – to nazwisko dzieli Amerykanów jak żadne inne. Dla czarnoskórych jest to wręcz bohater, a biali najchętniej by o nim zapomnieli. W plantacji pana Turnera nie tylko pracuje, ale jest też kaznodzieją, głoszącym Słowo Boże wśród swoich towarzyszy, gdyż jako dziecko przejawiał talent do pisania i czytania. Jednak im więcej widzi okrucieństwa, tym coraz bardziej zaczyna wątpić. Uznając się za naznaczonego przez Boga, decyduje się wywołać bunt.

narodziny_narodu1

Wbrew tytułowi nie jest to czarnoskóry remake filmu Davida W. Griffitha, choć jest to próba spojrzenia na kwestie niewolnictwa. Ale film Nate’a Parkera nie za bardzo się wybija na tym polu za bardzo niż powiedzmy „Zniewolony”. Niby jest plantacja, ale u Turnera jest wyjątkowo spokojnie, wręcz sielsko, bez przemocy oraz bicia – czarnoskórzy żyją tu względnie dobrze. Bo i panowie są ludźmi wykształconymi, inteligentnymi i traktujący niewolników niczym. Ale nie jest zbyt idealnie, a perspektywa bohatera zmienia się wraz z kolejnymi plantacjami (wyrywanie zębów, by zmuszać niewolników do jedzenia, batożenie, gwałty). Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje i jest strasznie oparte na kliszach. Poza tym nasz bohater (co sugeruje początek, z tajemniczym nocnym rytuałem) jest kreowany na kogoś wyjątkowego, nowego lidera, a miejscami symbolika (czarnoskóry anioł – WTF? – śniący się bohaterowi) wydaje się wręcz łopatologiczna, zaś ciekawe wątki (relacja Nata z Samuelem, z którym dorastał czy „naznaczenie” bohatera) zostają ledwo liźnięte oraz bardzo szybko ucinane.

narodziny_narodu2

Dodatkowo reżyser jest niekonsekwentny w prezentowaniu scen przemocy. Z jednej strony bywa bardzo sugestywny, gdzie przy brutalniejszych scenach kamera się odwraca (gwałt na żonie Nate’a), z drugiej zaś nie boi się pokazywać wyrywania zębów, batożenia czy wieszania. Dodatkowo wiele faktów z życia zostało wybielonych (podczas buntu grupa Turnera mordowała wszystkich, co się napatoczyli – bez względu na wiek i płeć, a w filmie mordowani są tylko biali mężczyźni), zaś batalistyczne sceny są przekrzyczane, nadmiernie patetyczne oraz strasznie nijakie, pozbawione pazura.

narodziny_narodu3

Parker reżysersko i scenariuszowo rozbija całość na dwie części, które w żaden sposób nie chcą się ze sobą połączyć. Obsadził także siebie w roli głównej i radzi sobie całkiem nieźle, zwłaszcza podczas kazań. Na drugim planie zdecydowanie wybija się Armie Hammer jako bardzo dżentelmeński właściciel, chociaż ma on pewne problemy (długi, gorzała), ale nie traktuje niewolników jako tylko siłę roboczą. Z drugiej strony aktor pokazuje hipokryzję tej postaci, gdy Nate – wbrew jego woli – chrzci jednego z białych. Reszta postaci, choć pozornie wyrazista, nie zapada za mocno w pamięć.

narodziny_narodu4

„Narodziny narodu” mogły wywrócić spojrzenie na niewolnictwo i rasizm do góry nogami, ale powstały o wiele dekad za późno. To bardzo nudna laurka pokazująca czarnoskórego bohatera jako nowego Mesjasza swoich ludzi oraz pozbawiona pazura historia wstydliwego fragmentu historii USA.

5/10

Radosław Ostrowski

Geneza planety małp

Pamiętacie „Planetę małp” z 1968 roku? Koncepcja znana z powieści Pierre’a Boulle’a doprowadził do cyklu filmów z lat 60. i 70., prezentujących ten konflikt człowieka z inteligentnymi małpami. Była próba restartu serii przez Tima Burtona, ale nikt nie chce tego pamiętać. Ale w 2011 roku postanowiono kolejny raz wskrzesić tą markę, a reżyserem został kompletnie nieznany Rupert Wyatt.

geneza_planety_malp1

„Geneza” jak sama nazwa wskazuje, pokazuje początek konfliktu między ludźmi a małpami. Wszystko została spowodowane przez ludzką chciwość oraz dobrymi chęciami. Cezar jest synem szympansicy, na której testowano eksperymentalny lek, mający pomóc w walce z Alzheimerem. Ale matka ginie wskutek agresywnego zachowania podczas badań, zaś dr Will Rodman. Mały Cezar trafia pod opiekę mężczyzny oraz chorującego na Alzheimera ojca. Ale wskutek pewnych okoliczności, Cezar trafia do ośrodka dla zwierząt.

geneza_planety_malp2

Początek jest bardzo zaskakujący i spokojny, a reżyser powoli buduje całą intrygę stanowiącą przyczynę do konfliktu. Próba stworzenia leku doprowadza tak naprawdę do stworzenia śmiertelnego wirusa dla ludzi oraz wzrost ilorazu inteligencji u małp. A ludzka wrogość, głupota i wszystkie inne najgorsze cechy ściągają nas na samo dno. I stawia pytanie: co to znaczy być człowiekiem – zezwierzęconym bydlakiem czy jednak istotą myślącą. Powoli widzimy kolejne przypadki upodlenia zwierząt, traktowania ich jak obiektów doświadczalnych aż do buntu pod wodzą Cezara. Kulminacją jest ucieczka z ośrodka oraz starcie małp z policją na moście Golden Gate – dynamicznie sfotografowany, ciągle trzymający w napięciu oraz zaskakująco ostry. Same małpy też bardzo dobrze się prezentują, jak żywe.

geneza_planety_malp3

Wyatt pewnie też prowadzi aktorów, a największym zaskoczeniem jest utemperowanie i pokazanie bardziej dramatycznego potencjału Jamesa Franco. Tutaj jest lekarzem odpowiedzialnym za całe to zamieszanie, chociaż jego motywacja i intencje są dobre. Ale przyjęcie Cezara do siebie zaczyna uruchamiać całą lawinę zdarzeń, których nie jest w stanie przewidzieć. Najważniejszy jednak jest Cezar (rewelacyjny Andy Serkis) – na początku bardzo wycofany, nieśmiały i posłuszny, lecz on przechodzi ewolucję. Nadal pozostaje inteligentną istotą, wykorzystując swoją wiedzę oraz budując pozycję przywódcy, co mocno symbolizują pierwsze wypowiedziane słowa. Poza tym duetem na drugim planie najbardziej wybija się świetny John Lithgow (ojciec Willa), bardzo sugestywnie przedstawiającego jakie spustoszenie robi choroba oraz dobry David Oleyowo w roli śliskiego, chciwego biznesmena Jacobsa.

Może i jest to zbyt ospałe, wolno rozkręcające się kino, niemniej ma ono coś do powiedzenia i przypomina o tym, jakim zwierzęciem jest człowiek. Aż nie mogę się doczekać kolejnych części.

7/10

Radosław Ostrowski

I Saw the Light. Historia Hanka Williamsa

W Polsce muzyka country nie jest ani tak ważna, ani tak popularna jak w macierzystej Ameryce. To wyjaśnia fakt, ze wiele filmów o tym nurcie muzycznym nie trafia za często do kin. Nie inaczej było w przypadku „I Saw the Light”, czyli biografii ulubionego wykonawcy jednego z więźniów „Skazanych na Shawshank” – Hanka Williamsa.

i_saw_the_light1

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy Hank bierze ślub z Audrey Mae pod koniec lat 40. Muzyk i wokalista pracuje w radiu, gdzie razem ze swoim zespołem gra muzykę gitarowo-folkową. Ale Hank chce więcej – marzy o karierze muzyka, nagrywaniu płyt oraz koncertowej trasie. Tylko, że Hank ma jednego demona, z którym nie radzi sobie za dobrze: alkohol. „I Saw the Light” to posklejany z różnych kawałków portret, odtwarzający okres przełomu lat 40. i 50., gdzie wiele osób zaczęło wracać z wojny, a Ameryka powoli zaczynała się odnosić z Wielkiego Kryzysu. Nie brakuje zarówno śpiewania, relacji z koncertów, jak i bardziej osobistych fragmentów z życia Hanka: chlanie, kochanki, ciąże oraz coraz większy ból kręgosłupa. Wszystko to stanowi jedną wielką przeplatankę, tylko że wszystko to sprawia wrażenie taśmowej produkcji, pozbawionej większego pazura, głębszego wejścia w postać oraz jego wpływ na muzykę. Owszem, pojawia się kilka ważnych piosenek z „Lovesick Blues” na czele, jednak nie poznajemy samego Williamsa, a cały film wydaje się oparty na kliszach (zawsze wspierająca matka, artysta z nałogami) jakie z filmów o zbyt młodo odchodzących twórcach znamy dość dobrze. A wykorzystane wywiady na czarno-białej taśmie sprawiają wrażenie balastu.

i_saw_the_light2

Ale mimo tej matrycy i sztancy, film ogląda się całkiem nieźle. Z jednej strony jest to zasługa stylowych zdjęć (pierwszy występ Hanka, śpiewającego a capella w mroku) Dante Spinottiego, pomagającego zbudować klimat lat 50. Te korytarze biura, sale muzyczne czy nowojorski hotel prezentuje się okazale Z drugiej sama muzyka prezentuje się okazale i wpada w ucho, a co najbardziej zaskakuje, wykonują ją aktorzy (bez playbacku) i radzą sobie nieźle.

i_saw_the_light3

Wszystko to próbuje nieść na swoich barkach Tom Hiddleston jako Hank Williams i jest on najmocniejszym punktem tego filmu. Kiedy musi śpiewać, robi to z lekkością (poza wizerunkiem Luke’a The Driftera), a stany psychiczne są odtwarzane bezbłędnie. Tylko, że aktor jest tak naprawdę zdany na siebie, bo scenariusz ani reżyser nie pozwalają w pełni wykorzystać potencjału aktora. Podobnie niewykorzystana jest Elisabeth Olsen jako charakterna, zadziorna i ambitna Audrey Mae, chociaż też ma swoje momenty.

„I Saw the Light” to niestety przykład przeciętnej biografii, marnującej potencjał swojego bohatera. O samym Williamsie nie dowiadujemy się zbyt wiele, a cała historia wydaje się zebrana z poradnika „Jak zrobić biografię artysty na łatwiznę”. Należało to zrobić o wiele lepiej.

5/10

Radosław Ostrowski

Duchy Goi

Francisco Goya był jednym z najbardziej znanych hiszpańskich malarzy przełomu XVIII i XIX wieku. Jednak ostatni film Milosa Formana nie jest stricte biografią tego twórcy, ale jego losy przeplatają się z dwójką bohaterów, w których losy zostanie wplątany. Pierwszy to inkwizytor ojciec Lorenzo, nawołujący do powrotu wykorzystania dawnych metod, drugą jest modelka malarza – Ines Bilbatua, oskarżona o tajemne praktykowanie judaizmu.

duchy_goi3

Reżyser portretuje realia epoki, skupiając się na dwóch przestrzeniach czasowych – rok 1792 oraz 1807, kiedy do Hiszpanii przybywa Napoleon z hasłami „wolności, równości i braterstwa”. Najpierw mamy terror św. Inkwizycji oraz panującą psychozę strachu, gdzie na podstawie drobnego gestu można zostać oskarżonym o herezję, a tortury tylko wywołują jeszcze większy ból. Bóg się tylko przygląda i nie ingeruje, robi to za niego Historia – przewrotna, okrutna oraz złośliwa persona. Wszystko to okraszone bardzo sugestywnymi rycinami Goi, trafnie punktującego okrucieństwo, podłość oraz wszelkie grzechy ludzkie. Ale potem na scenę wkracza sam Napoleon oraz jego wojska, wprowadzające swój porządek: gwałty, morderstwa, powieszenia, egzekucje. Kraj niby wydaje się „oświecony”, ale jest tak samo zdegenerowany i zgniły jak przedtem, zwłaszcza że ludzie za sterami są niemal ci sami. Może i nie ma św. Inkwizycji, a wpływy Kościoła osłabły, ale poza tym? Forman pokazuje niezmienną siłę władzy dokonywanej przez ludzi, lecz także pewną przewrotność ludzkiego losu, tak zaskakującego i nieoczywistego, doprowadzając do dość ciekawego finału. Cała intryga jest bardzo zgrabnie poprowadzona, a niektóre dialogi do dziś mogą robić wrażenie.

duchy_goi4

Technicznie „Duchy Goi” przypominają obraz – trudno oderwać oczu od trafnej kolorystyki, czasem wręcz surowej (wizyta w zakładzie dla obłąkanych), a jednocześnie pełnej masy detali oraz szczegółów. Przepięknie wyglądały sceny w tawernie czy pierwsze kadry, gdzie inkwizytorzy rozmawiają o grafikach Goi. Także kostiumy robią wręcz piorunujące wrażenie, jakie był pod tym względem (i nie tylko pod tym) osiągnął tylko „Barry Lyndon” oraz scenografia, wiernie rekonstruująca Hiszpanię w czasie fermentu, wręcz z ogromnym pietyzmem odtwarzając choćby tworzenie rycin przez Goyę czy tortury św. Inkwizycji, budząc wielki podziw.

duchy_goi2

To wszystko nie miałoby takiej siły, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Na pierwszy plan wybija się ojciec Lorenzo, fenomenalnie zagrany przez Javiera Bardema. Sprawia wrażenie początkowo oddanego sprawa fanatyka, ale to tak naprawdę to śliski facet, zmieniający przekonania niczym chorągiewka na wietrze oraz mający wiele, BARDZO WIELE na sumieniu. Ale mimo to ta postać pozostaje ludzka, nie jest czystym wcieleniem zła, co byłoby bardzo łatwo osiągnąć. Równie piorunujące wrażenie robi podwójna kreacji Natalie Portman. Ines, gdy ją poznajemy jest energiczną, żywiołową dziewczyną, pełną radości. Ale pobyt w lochach Inkwizycji zmienia ją nie do poznania, a charakteryzacja dopomogła aktorce w pokazaniu zagubienia, lęku oraz poczucia obcości. Z kolei jej córka Alicia to jej przeciwieństwo – pewna siebie, pozbawiona troszkę zębów, lecz nadal atrakcyjna. I każda z tych Pań mówi i zachowuje się inaczej, co jest ogromnym plusem.

duchy_goi1

A jak z Goyą? Wcielający się w tego malarza Stellan Skarsgaard wydaje się jedynie postacią poboczną, pionkiem wplątanym w opowieść Ines oraz Lorenzo. Pozornie wyluzowany, towarzyski, ale jednocześnie zdystansowany obserwator, nie opowiadający się po żadnej ze stron. Niby tło, ale zapada w pamięć. Drugi plan też jest przebogaty: od wielkiego Inkwizytora (solidny Michel Lonsdale) przez ojca Ines (świetny Jose Louis Gomez) aż po pozbawionego talentu muzycznego króla Hiszpanii (bardziej poważny Randy Quaid).

„Duchy Goi” dla wielu były sporym rozczarowaniem, bo oczekiwano drugiego „Amadeusza”. Jednak Milos Forman potwierdza swój imponujący warsztat, zarówno od strony audio-wizualnej i prowadzeniu aktorów aż do przewrotności w opowiadaniu historii. Gorzkie, refleksyjne oraz bardzo brutalne kino, chociaż pozornie statyczne i teatralne w formie. Bardzo niedoceniony tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Śmierć nadejdzie dziś

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że budzicie się w dzień swoich urodzin. Po przebudzeniu czujesz się jakbyś był sparingpartnerem braci Kliczko, pamięć dnia wczorajszego praktycznie nie istnieje i jesteś aroganckim bucem. A że masz dziś urodziny, przypomina ci dzwonek telefonu i jakoś młody, pryszczaty gnojek. Wieczór zapowiada się na fajną imprezę, ale pojawia się osobnik w masce twarzy bobaska i wbija ci nóż. Lecz zamiast skończyć w kostnicy, otwierasz oczy i masz poczucie deja vu. Znowu ten sam pokój, ten sam chłopak, ten sam dzwonek. Co tu się wyrabia?

happy_death_day1

Pomysł z „Dnia świstaka”, czyli zapętlenia jednego dnia non stop, jest sam w sobie świetny. Był w komedii (w/w), był film wojenny („Na skraju jutra”), teraz przyszła pora na film horror und groza. Film Christophera Meloni wykorzystuje koncept umierania aż do nieskończoności, by ugrać dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze, by poprowadzić grę z widzem w kwestii tożsamości mordercy, będącego ciągle o krok przed naszą Tree. Kim jest? Dlaczego to robi? To, jak reżyser podrzuca tropy (maski porozrzucane, obecność seryjnego mordercy w szpitalu uniwersyteckim), robi wrażenie, ale twórcy nie traktują tego tytułu absolutnie poważnie. Elementy horroru (nieznany morderca, pomysłowe zgony, sceny filmowane nocą czy budująca napięcie muzyka) bardziej pasują choćby dla serii „Krzyk”, stanowiąc dodatkowe źródło humoru i pokazując cudzysłów całego przedsięwzięcia. Właśnie, humor tutaj oparty jest i na ironicznych tekstach, wykorzystaniu repetycji, nawet zachowania Tree w sytuacji sam na sam z mordercą polegających na krzyczeniu oraz uciekaniu przed delikwentem.

happy_death_day2

Z drugiej strony to młodzieżowa historia dziewczyny, dla której szansa ponownego przeżywania tego samego dnia staje się szansą do zmierzenia się z samą sobą oraz zmianą pewnych postaw. O dziwo, przemian z imprezowej, zołzowatej jędzy w fajną dziewuchę jest przekonująca, mimo pozornie absurdalnego założenia, dając sporo satysfakcji. Nawet bardziej poważniejsze wątki związane ze stratą matki i relacją z ojcem, nie są zbyt przeszarżowane, o co byłoby bardzo łatwo.

happy_death_day3

Postawiono tutaj na kompletnie nieznane twarze i to był kolejny strzał w dziesiątkę. Aktorzy grają dobrze, nawet z pewnym luzem (świetna jest Jessica Rothe, wyglądająca jak młodsza siostra Blake Lively) i dystansem, wpasowując się do konwencji horroru z przymrużeniem oka.

happy_death_day4

To lekkie i bardzo przyjemna rozrywka, stanowiąca zgrabną zabawę konwencją horroru. Choć bywały znacznie zabawniejsze („Zombieland”, „Krzyk”) albo znacznie bardziej makabryczne („Martwica mózgu”) i mimo wykorzystania klisz z kina młodzieżowego (romans z nauczycielem, grupa zrzeszająca chude laski, nerdy, sexy chłopak), film Meloniego daje wiele frajdy oraz satysfakcji. Jak dobrze przygotowany drink.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie róże

Mała wioska gdzieś w Polsce, gdzie wszyscy się znają. To tutaj mieszka Ewa – młoda kobieta, zbierająca dzikie róże, opiekująca się dwójką dzieci. A jej mąż wyjechał za chlebem poza kraj i pojawia się raz na rok. Kobieta sprawia wrażenie bardzo wycofanej, nie kontaktowej oraz nieufnej, a my powoli zaczynamy odkrywać, co się naprawdę stało.

dzikie_re1

Film Anny Jadowskiej to dramat obyczajowy, który stara się nie iść na łatwiznę i nie pokazywać polskiej wsi w jeden z dwóch znanych sposobów. Pierwszy to „wieś sielska, anielska”, gdzie wszyscy są sobie życzliwi, przyjaźni i każdemu można zaufać. Drugi sposób to wizja znana z dorobku Smarzowskiego, czyli piekło, patologia oraz wszelki możliwy koszmar. Reżyserka jest tutaj gdzieś pośrodku, bo nie brakuje plotek i życia na pokaz, ale kiedy zdarza się tragedia, mieszkańcy rzucają się na pomoc. To pierwsze pokazują przygotowania do komunii oraz poczucie, by żyć tak, żeby nie dawać pretekstu do plotek. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę związaną z Ewą, do której na początku bardzo trudno się przekonać, polubić, zrozumieć. Ale z czasem widzimy jej klincz z resztą otoczenia (apodyktyczna matka, pyskata i krnąbrna córka, coraz bardziej oddalający się od niej mąż czy pewien namolny chłopak), gdzie musi odgrywać pewne role i coraz bardziej zaczyna jej to ciążyć. Pytanie tylko, co zrobi – dalej będzie się kisić czy w końcu podejmie próbę wyrwania się z tej dziury?

dzikie_re2

Jadowska nie ocenia swoich postaci, ale traktuje ich ze zrozumieniem oraz sympatią. Jednocześnie portret tej wsi (mimo dość luźnej konstrukcji fabularnej) nie sprawia wrażenia złagodzonego czy przerysowanego, ale jest też bardzo autentyczny, bardzo przyziemnie. Wszystko to jest zaskakująco pięknie wizualnie (zdjęcia pokazujące las z dzikimi różami), tylko muzyka potrafi rozdrażnić uszy. Wiele wątków może sprawić wrażenie pourywanych (komunia, zaginięcie, romans), ale później to wszystko zaczyna się kleić w jedną, sprawnie połączoną układankę. Nawet to pourywane zakończenie daje pewną nadzieję i szansę na nowy rozdział.

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczna Marta Nieradkiewicz. Jej Ewa to bardzo wycofana kobieta, tłumiąca w sobie masę niekiedy bardzo sprzecznych emocji: od zmęczenia przez obojętność po walkę. Bardzo trudno grać postać, sprawiającą wrażenie biernej emocjonalnie, ale wszystko zostało tutaj wygrane drobnymi spojrzeniami, niewielkimi ruchami, pauzami czy „łapaniem” oddechu. Nie potrafiłem oderwać oczu i z czasem zacząłem coraz bardziej rozumieć tą bohaterkę. Drugą niespodziankę zrobił Michał Żurawski, czyli Andrzej – żywiciel domu, pan i władca. Ale to bardziej złożona postać, próbująca na nowo odnaleźć więź z żoną, której nie rozumie, atakuje, grozi. Czuć w tym pewną miłość, ale dla niego coraz trudniej jest ją wyrazić. Ten duet nakręca „Dzikie róże”, pozbawiając poczucia fałszu. Nawet role dziecięce wypadają bardzo przyzwoicie, ale największą skazą jest Konrad Skolimowski (kochanek), który samym głosem wywołuje irytację.

dzikie_re3

To zaskakująco delikatny, spokojny film, ale nie jest to chłodna wiwisekcja polskiej wsi. To bardzo przekonujący dramat osoby nie potrafiącej dostosować się do norm społecznych, mimo wszelkich starań. Jaki będzie kolejny etap Ewy? Dojdźcie do ostatniej sceny i sami wyciągnijcie wnioski.

7/10

Radosław Ostrowski

Nigdy cię tu nie było

Kim jest Joe? Poza brodatym, zmęczonym facetem? To facet do wynajęcia, kiedyś posiadał bardzo odpowiedni zestaw umiejętności do tropienia, lokalizowania i likwidowania wszelkiej maści delikwentów. Gdy go widzimy po raz pierwszy, jest w trakcie roboty. Właśnie skończył i dostaje kolejną fuchę: porwano córkę pewnego senatora, kandydującego w wyborach.

nigdy_cie_tu_nie_bylo1

To bardzo dziwny film, który pozornie wydaje się klasycznym thrillerem. Lynne Ramsey postanowiła pomieszać wątek kryminalny z dramatem psychologicznym, polewając onirycznym klimatem znanym z filmów Lyncha czy Refna. Powbijane niczym kasza skwarkami krótkie retrospekcje potrafią wywołać dezorientację i próbują wejść płynnie w narrację, w czym częściowo pomaga montaż. Skąpane w mroku zdjęcia ze świdrującą uszy muzyką Jonny’ego Greenwooda tylko potęguje poczucie niejasności, tajemnicy, niezrozumienia. Wszystko jest jeszcze przyprawione arthouse’owym sosem, zawierającym długie kadry oraz bardzo krótkie sceny przemocy. Zdarzają się ciekawe pomysły (odbicie dziewczyny oraz sceny zabijania pokazywane z perspektywy kamery przemysłowej), jednak to wszystko nie wyjaśnia zbyt wiele. Reżyserka nie zostawia żadnych narzędzi pomocnych do interpretacji kilku scen czy symboli (odliczanie od 50 do 1 czy wrzucenie ciała do jeziora), a wszystko tonie we krwi. Samych scen przemocy nie ma zbyt wiele, widzimy główniej jej skutki.

nigdy_cie_tu_nie_bylo2

Drugim problemem jest dla mnie fabuła, sprawiająca wrażenie mocno naciąganej oraz banalnie prostej. Tylko, że samo rozwiązanie bardziej przypomina działanie deus ex machina, pozbawione czasem logiki (odnalezienie ciała sprawcy całego zamieszania, zakończone dużym poczuciem winy oraz… dotarciem do dziewczyny w kuchni, jedzącej sobie jak gdyby nigdy nic czy szybko budowana więź między Joe a porwaną) oraz sensu. Wszystko to wydaje się puste, pozbawione postaci, zbudowanymi z jakiegoś papierka zamiast krwi i kości.

nigdy_cie_tu_nie_bylo3

Wyjątkiem od tej reguły jest nasz bohater Joe, grany przez Joaquina Phoenixa. To gość z mocno połamaną psychiką oraz bardzo dziwnymi fetyszami (uwielbia duszenie w plastikowym worku, bawi się nożem i jest wielkim fanem młotków – ale nie takich dużych jak Thor) i wewnętrznymi demonami w środku. Ten facet mógłby być bratem Drivera z filmu Refna, a jego tajemnica zaczyna także męczyć.

„Nigdy Cię tu nie było” miało być chyba nowym wcieleniem „Taksówkarza”, tylko że nadmiar oniryzmu wywołuje totalny bajzel w głowie. O co tutaj tak naprawdę tu chodzi? Próba odkupienia? Zemsta? Sprawiedliwość? Możemy się domyślać, tylko że brak jakichkolwiek tropów doprowadza do stanu znużenia. Wymęczony seans dla prawdziwych twardzieli.

4/10

Radosław Ostrowski

Pitbull. Ostatni pies

Dawno, dawno temu, czyli gdzieś w 2005 roku pojawił się „Pitbull”. Debiut niejakiego Patryka Vegi to było surowe, brudne i – co z dzisiejszego czasu wydaje się niemożliwe – bardzo realistyczne, wiarygodne pod względem psychologicznym, mimo fragmentarycznej konstrukcji fabuły. Despero, Benek, Gebels, Metyl, Nielat – te postacie, dodatkowo fantastycznie zagrane, zapadły mocno w pamięć. Ale Vega zaczął robić filmy pokazujące prawdę, całą prawdę i gówno prawdę, a reaktywacja „Pitbulla” w 2015 roku była szczytem przeciętności. Teraz za markę wziął się twórca, który na psach znał się dobrze – Władysław „Co ty, k****a, wiesz o reżyserowaniu” Pasikowski.

Cała historia zaczyna się od zabójstwa niejakiego Soczka – byłego partnera Majami („Kto to k***a jest Majami?). Dostał kulkę w łeb, a że to było za mało, to jego wóz eksplodował. Komendant zbiera ekipę, wraca Metyl z zesłania, prosto ze szkolenia FBI wskakuje Nielat (teraz Quantico) i jest hipoteza: zabójstwo zlecił Gawron – szef Pruszkowa. Tylko jak to zweryfikować? Jest plan: infiltracja przez gliniarza pod przykrywką. Wybrany zostaje Despero, który jest łudząco podobny do niejakiego Hycla, którego schwytali Ruscy.

pitbull__ostatni_pies1

I już pierwsza scena, czyli transakcja na wschodzie z wódą, podniszczony magazynem oraz rosyjską ruletką pokazuje jak wielka jest różnica jest między kinem wegańskim, a kinem dobrym. Bo dla takiego Pasikowskiego napisanie scenariusza z początkiem, środkiem i zakończeniem to rutyna, a dla Vegi był szczytem możliwości. Sama intryga jest prowadzona powoli, spójnie oraz z wręcz sk***łą konsekwencją. Reżyser pewnie buduje swój świat: pozbawiony zasad, gdzie męska przyjaźń jest szorstka oraz z typowym dla tego twórcy portretem kobiet – albo są to dziwki, morderczynie i suki, bardziej bezwzględne (albo i tak samo) od facetów. I jak żyć w takim świecie? Reżyser potrafi wciągnąć w dochodzenie, po drodze odnosząc się albo do poprzednich części (czego się nie spodziewałem), jak i do aktualnych wydarzeń (Amber Gold, zabójstwo komendanta Papały), trzymając aż do, prawie samego końca. Bo zakończenie, niestety mnie rozczarowało, sprawiając wrażenie urwanego.

pitbull__ostatni_pies2

Stylistycznie nowemu „Pitbulowi” bliżej jest do sensacyjniaków z lat 90., co wynika z przedstawienia tła. Rzadko są pokazywane nowoczesne cacka (w komisariacie), nadal mamy wojnę Pruszkowa z Wołominem, dyskoteki z pstrokatymi kolorami oraz gangsterów z ciuchami jakby z tego okresu. Czy to mi przeszkadzało? Absolutnie nie, choć dla wielu może stanowić problem. Po drodze nie brakuje rozmów, ciętych dialogów, niepozbawionych złośliwego humoru, dobrze zrobionych strzelanin (akcja na targu czy starcie z Wołominem – trzech na siedmiu, czyli uczciwa, równa walka) oraz kilku zwrotów akcji. Może i troszkę czuć pewne stępienie pazurów.

pitbull__ostatni_pies3

Za to film jest fantastycznie zagrany. Klasę potwierdza powracający do roli Despera Marcin Dorociński, który ciągle balansuje między obydwoma stronami barykady. W zasadzie on jeden mógłby grać i byłby lepszy niż cała obsada poprzednich części. Wrócił też Rafał Mohr, który kompletnie nie przypomina swojej postaci z poprzednich części. Nielat, wróć Quantico zmężniał, lepiej się nosi, no i jakby troszkę mądrzejszy się zrobił. Na mnie jednak największe wrażenie zrobił kapitalny Krzysztof Stroiński, czyli Metyl. Nadal inteligentny, nadal pijący i nadal rzucający ciętymi ripostami – jakby nic się nie zmieniło. A jego wejście podczas finałowej strzelaniny („Wchodzę na dancing”), robi porażające wrażenie. Stara gwardia ciągle w formie.

pitbull_ostatni_pies4

A jak sobie radzą nowe postacie? Rzuca się w oczy Dorota Rabczewska, czyli Mira. Niby zwykła, ale charakterna dziewucha, która – z powodu pewnych okoliczności – musi przejąć inicjatywę, stając się rozgrywającą. Niespodziankę też zrobił Cezary Pazura jako gangster Gawron, pokazując troszkę zapomniany talent dramatyczny. Mocny jest Adam Woronowicz (Junior), sprawiający wrażenie tylko pomocnika, ale jest bardziej cwany, wręcz śliski. Także drobniejsze role Jacka Króla („Kowal”), Zbigniewa Zamachowskiego (bezdomny „Gawełek”) czy pojawiającej się na chwilę Kasi Nosowskiej zostaje w pamięci na długo.

Pasikowski może i troszkę złagodniał (jest troszkę sucharów, mniej bluzgów niż zwykle), troszkę czerpie z klisz klasycznego kryminału, ale „Ostatni pies” tylko na tym zyskał. To mocne, klimatyczne kino sensacyjno-policyjne, wieńczące ten cykl i wracające troszkę do korzeni. Na takiego „Pitbulla” czekałem.

7/10

Radosław Ostrowski