Paterno

Kim jest Joe Paterno? To jeden z najaktywniejszych trenerów ligi uniwersyteckiej, pracujący od ponad 60 lat w szkole Penn State. Jednak jego ostatni, 66 sezon miał odbić się na jego karierze najmocniej. 29 października 2011 Paterno wygrywa 409 mecz w swojej karierze, co robi imponujące wrażenie, ale niecały tydzień po meczu wybucha prawdziwa bomba – były asystent trenera, Jerry Sadursky został oskarżony o molestowanie seksualne 8 chłopców. Dziennikarka lokalnej gazety, Sara Ganim, próbuje dalej śledzić sprawę.

paterno1

Barry Levinson ostatnimi czasy łapie wiatr w żagle, dzięki współpracy z telewizją HBO. „Paterno” potwierdza tą tezę, a reżyser opowiada o jednym z największych skandali pedofilskich ostatnich lat. Ale twórcy prowadzą swoją narrację dwutorowo: z perspektywy dziennikarki oraz samego Paterno, skupiając się na dwóch tygodniach. Levinson wprowadza retrospekcje, miesza wątki, mnoży postacie, ale jednocześnie wszystko jest bardzo czytelne. Ale czy to oznacza, że wiemy wszystko w tej kwestii? Dlaczego w 2001 roku nie powiadomiono policji? Czemu próbowano zamieść pod dywan? Ale na najważniejsze pytanie, czyli czy Paterno wiedział odpowiedź nie jest wcale taka prosta. Skąd ten wniosek? Im dalej poznajemy całą historię, zdarzenia i fakty, coraz bardziej wszystko zaczyna przybierać kolor szary. Jest wiele sprzeczności (brak rozmowy członków z ofiarą, braki pamięci i szok, z drugiej maile mówiące, że Paterno był na bieżąco informowany, próba pozbycia się odpowiedzialności), a sam Paterno sprawia wrażenie zagubionego dziecka, pionka pozbawionego głosu w obawie, że może jeszcze bardziej zaszkodzić. Z drugiej strony jest ofiara (Aaron), traktowany tylko przez dziennikarkę oraz osoby z opieki społecznej poważnie, bez osądzania, szczucia i straszenia.

paterno2

Levinson bardzo zręcznie stosuje montaż oraz kolorystykę. Retrospekcję związane z rozmowami głównych graczy tej historii wyglądają jak stare fotografia, pełne światła, wręcz stonowane. Z kolei szybkie cięcia (czytanie aktu oskarżenia czy momenty wywołujące mętlik w głowie trenera) jeszcze bardziej podkręcają klimat tajemnicy, niejasności, potęgowany przez niepokojącą muzykę. Ale ostatnie kadry (rozmowa dziennikarki przez telefon) wprawią w konsternację, pozbawiając kropki nad i.

paterno3

„Paterno” nie byłby tak świetnym filmem, gdyby nie wracający do wielkiej dyspozycji Al Pacino. Aktor znakomicie pokazuje zagubienie oraz mętlik w głowie trenera, który jest bardziej skupiony na swojej pracy trenerskiej niż na czymkolwiek innym. Ale jednocześnie jest przekonany o swojej pozycji i sile, ciągle oddany drużynie oraz szkole, traktowany przez uczniów jak Bóg. Tak zniuansowanego Pacino chciałoby się oglądać jak najczęściej, żeby zapomnieć o takiej „wybitnej” roli z „M jak morderca”. Gwiazdor zmiótł pozostałych aktorów z powierzchni ziemi, że choćby nie wiadomo jak się starali (a starają się bardzo), nie są w stanie odwrócić od niego uwagi. Nie można nie wspomnieć Riley Keough (dziennikarka Ganim), Petera Jacobsena (naczelny gazety, David Newhouse) czy świetnego Bena Cooka (bardzo wycofany Aaron – ofiara Sadursky’ego), którzy również tworzą wyraziste postacie.

paterno4

„Paterno”, mimo pozornie sięgania po temat, mający tylko wywołać kontrowersje, prowokuje do pytań. O odpowiedzialność, moralność i kwestię komu tak naprawdę można dziś ufać. Bo jeśli najbliższy przyjaciel czy współpracownik jest pedofilem, to czy mógłbyś dać pod opiekę swoje dzieci? Jakkolwiek pomyślimy o tytułowym bohaterze i jego czynach (nie wiedział, nie chciał wiedzieć, zrobił ile trzeba, a może za mało), zawsze będzie go stawiać w złym świetle. Poza tym, to znakomite kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Wściekłość

Adam jest dziennikarzem, ma dobrą pracę, całkiem niezłe pieniądze, żonę i dwójkę dzieci. Do tego dostaje awans na szefa jutrzejszego wydania serwisu informacyjnego. No i oczywiście kochankę, z którą spędza czas na siłowni. Nocą – jak to zawsze – biega na dłuższym dystansie. Ale ta noc będzie troszkę inna, a wszystkie problemy nałożą się na całe życie naszego bohatera.

wscieklosc11

Bracia Węgrzyn to kolejni polscy twórcy niezależni, kręcący filmy poza strukturami państwowego finansowania, a „Wściekłość” to już trzeci pełnometrażowy tytuł. Pomysł, gdzie mamy samotnego, wędrującego bohatera po mieście nocą, z telefonem przy uszach troszkę przypomina „Locke’a”. Tylko, że cały – dość intrygujący konspekt – trafia jasny szlag. Nie tylko dlatego, że mamy bieg oraz rozmowy przez telefon, ale ponieważ sam bohater jest strasznie odpychający. W przeciwieństwie do bohatera w/w filmu, Adam to arogancki dupek i egoista, który sprawia wrażenie kompletnego pierdoły, bezradnego, pozbawionego własnej woli oraz myśli. Niby dziennikarz, ale najgorszego sortu: podporządkowany szefowi, nie interesujący się prawdą, obiektywizmem oraz fachowością swojej roboty. Kolejni rozmówcy, też nie są postaciami pozytywnymi (poza żoną): kochanka, szef, wydawca, wreszcie matka-dewotka, która najbardziej intryguje. Jej rozmowy mają największy ciężar, co jest też sporą zasługą świetnej Małgorzaty Zajączkowskiej.

wscieklosc21

Zaskakuje strona techniczna, bo „Wściekłość” ładnie wygląda. Zdjęcia są naprawdę ładne, w tle gra zaskakująco przyjemna muzyka elektroniczna, a dźwięk bardzo wyraźny. Nawet dialogi są całkiem całkiem. Tylko, że ta cała opowieść nie angażuje, przebieg wydarzeń wydaje się wydumany, a dwa napady (jeden dość brutalny) sprawiają wrażenie dodanych na siłę. Ten brud, zgnilizna oraz degrengolada świata, gdzie wartości są pozbawione swojego znaczenia – wydają się tak ograne, że zwyczajnie nużą. A zakończenie może dawać nadzieję, tylko czy aby na pewno.

wscieklosc31

Największą wadą jest główny bohater, który jest bardzo słabo napisany. Jakub Świderski zwyczajnie odpycha swoim chamskim podejściem, bezczelnością oraz pozbawieniem autorefleksji. Niby dochodzi do przemiany Adama, tylko że nie brzmi w żaden sposób przekonujący. Z głosów postaci – poza Zajączkowską – najbardziej się wybija Konrad Marszałek, czyli profesjonalny dziennikarz Gadowski. Jako jedyny potrafi zyskać sympatię.

Jak na „Wściekłość” jest to film zadziwiająco spokojny, statyczny oraz pozbawiony pazura. Trudno odmówić jednak sprawności technicznej, mimo skromnego budżetu, ale sam scenariusz nie wyrabia i nie potrafi skupić uwagę.

5/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna, która wiedziała za dużo

Wszystko zaczyna się dość niewinnie – młoda Amerykanka, Nora Davis przyjeżdża do Włoch, odwiedzić swoją ciotkę. Już przy lądowaniu jej sąsiad zostaje aresztowany za przemyt narkotyków, a na miejscu ciotka choruje i tej samej nocy umiera. Szok doprowadza do tego, że kobieta wychodzi z miasta nocą, zostaje okradziona oraz poturbowana. Uderzenie w głowę wywołuje dezorientację, którą potęguje fakt, że Nora widzi morderstwo. No właśnie, widzi czy to było urojenie?

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo1

Kryminał Mario Bavy rozpoczął trend filmów zwanych giallo – krwawych kryminałów zmieszanych z horrorem, gdzie zagadka coraz bardziej się gmatwa, a po drodze jest bardzo brutalnie. Reżyser jednak nie pokazuje za bardzo morderstw, unika też widoku krwi, dodatkowo Bava na początku podpuszcza i dezorientuje, nie wiedząc o czym tak naprawdę jest ten film: przemyt narkotyków, upozorowane zabójstwo czy urojone (chyba?) morderstwo. A im dalej w las, tym wszystko zaczyna się krystalizować, chociaż pojawiają się kolejne tajemnice, związane z niejakim „alfabetowym mordercą”. Z drugiej strony jest tu poprowadzony wątek między Norą a pewnym lekarzem, którego nigdy nie widzimy w szpitalu, co też jest ciekawym tropem, a jego motywacja pozostaje tajemnicą. Bava bardzo powoli buduje napięcie, w czym pomaga mu troszkę nachalna (z dzisiejszej perspektywy) muzyka, ale przede wszystkim praca kamery. Mistrzowsko jest tutaj wykorzystany światłocień (scena przygotowywania pułapki oraz oczekiwanie na wchodzącego do drzwi), powoli odkrywamy karty, zaś zagadka ma dość nieprzewidywalny finał. Choć ostatnia scena z papierosem może troszkę zmienić spojrzenie na całość ;). Nawet obecność narratora nie była problemem, wręcz uzupełniała historię, podkreślając stan emocjonalny naszej bohaterki, pozwalając łatwiej się z nią identyfikować.

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo2

To także zasługa naturalnie grającej Leticię Roman, przekonująco pokazując zagubienie, bezradność oraz strach kobiety w obcym mieście. Jednocześnie to fanka kryminałów, przez co parę razy wykorzystuje to w śledztwie. Partneruje jej kojarzony z „Wejścia smoka” John Saxon, który daje radę w roli lekarza, stającego się przyjacielem oraz przewodnikiem po Italii. Kilka wspólnych scen zwiedzania dodają troszkę lekkości do filmu. Z drugiego planu wybija się najbardziej Dante DiPaoli (dziennikarz Andrea Landini) oraz Valentina Cortese (Laura), dodając odrobinę kolorytu.

dziewczyna_ktora_wiedziala_za_duzo3

„Dziewczyna, która wiedziała za dużo” to zgrabnie poprowadzony kryminał, który godnie znosi próbę czasu. Intryga nadal potrafi wciągnąć, zaskoczyć, a rozwiązanie daje satysfakcję. Są pewne drobne minusy (nachalna muzyka, czasami logika szwankuje), ale nie jest w stanie zepsuć frajdy z seansu. Aż jestem ciekawy kolejnych dokonań Bavy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiambave1024x3071

Benji

Kolejny film z piesełem w roli głównej. Kim jest Benji? To bezpański czworonóg, szukający swojego miejsca na ziemi. I wtedy w jego życiu pojawia się para dzieciaków, wychowywani przez matkę. Dzieciaki chcą zachować psa, a matka niekoniecznie.

benji1

Brzmi jak komedia familijna o tym, jak pies miękczy serce pani, stając się nowym członkiem rodziny, prawda? Błąd. Bo nowa wersja „Benji” wywraca konwencję do góry nogami. Zaczyna się dość przyjemnie, budując ciepły klimat Nowego Orleanu. Ładnie to wygląda, jest milusio, nawet zabawnie i zwyczajnie fajnie. Ale wszystko się zmienia, gdy nasze dzieciaki zostają… porwane podczas napadu na lombard. Robi się bardziej dramatycznie, akcja przyspiesza, ale wszystko i tak musi się dobrze skończyć. A nasz pies zaczyna posiadać różne supermoce, jakich nikt się po nim nie spodziewał: nie tylko potrafi wprowadzić w pole psa naszych antagonistów, to jeszcze otworzy drzwi kluczem (!!!) i robi z miejscowej policji kompletnych idiotów. Ciekawe, Benji powinien się nazywać Sherlock. Jest to troszkę naiwne, ale nie wywołuje to aż tak silnego bólu uszu. Dodatkowo w tle gra bardzo poruszająca muzyka z obowiązkowymi piosenkami, które mogą wydawać się archaicznym pomysłem.

benji2

Również ta więź między Benjim a dziećmi wydaje się czymś, co przyjmujemy na wiarę. Trudno mi było uwierzyć, że ta relacja staje się tak istotna, że czworonóg będzie w stanie dla nich zrobić tak wiele. Chociaż samemu psiakowi trudno powiedzieć coś złego o jego grze. Pozostali aktorzy są całkiem nieźli, ale nie zapadną w pamięć na długo. Szczególnie wybijają się dzieci, co jest standardem w produkcjach z USA. Tylko, że to wszystko niespecjalnie angażuje.

benji3

„Benji” to kolejny netflixowy przeciętniak, który się obejrzy i zapomni już po paru sekundach. Zdecydowanie propozycja dla najmłodszego kinomana, zaczynającego przygodę z kinem. Ale czy on też będzie w stanie przełknąć tyle uproszczeń i naiwności? Pewnie tak, ale obym się mylił.

5/10

Radosław Ostrowski

Lady Bird

Okres licealny to dla młodego człowieka moment graniczny – po nim już nigdy nie będzie tak samo. W pewnym sensie kończy się dzieciństwo, a zaczyna dorosłość, także dla niejakiej Lady Bird. Sama sobie nadała to imię, ale tak naprawdę nazywa się Christine McPherson i pochodzi ze znienawidzonego przez siebie Sacramento. Akurat kończy szkołę katolicką w roku 2002, a co dalej?

lady_bird1

Debiutująca reżyserka Greta Gerwig sięga po klasyczną opowieść kina inicjacyjnego. Mamy zbuntowaną nastolatkę, która idzie na wojnę ze wszystkim – matką, szkołą, Kościołem. Tylko, czy można to nazwać buntem? Raczej o poszukiwaniu samej siebie, poczucia bycia kimś wyjątkowym i pierwszych razach: pierwsza miłość, seks, silna przyjaźń. Wiem, że takich filmów inicjacyjnych były setki czy tysiące i będą dalej powstawać, ale „Lady Bird” mimo pewnych niedoskonałości, potrafi ująć szczerością. Trafne jest też osadzenie akcji na początku XXI wieku, gdy szalało bezrobocie, telefon komórkowy był rzadkością. Cała konstrukcja to ciąg scenek, powoli układających się w jedną całość, czyli starania Lady Bird (niezła Saorise Ronan) o załapanie się na studia do Nowego Jorku. Ale niektóre momenty sprawiają wrażenie nagle pourywanych (ksiądz-opiekun kółka teatralnego, który idzie do matki naszej bohaterki – dlaczego i po co? Nie wiadomo. ) i stanowiących jedynie tło: kryzys, homoseksualizm, próba buntu wobec kraju. Tak naprawdę kośćcem tego filmu jest relacja nastolatki ze swoją matką (fantastyczna Laurie Metcalf), która też miała swoje marzenia i pragnęła innego życia niż jest. Ale nie potrafi zrozumieć swojej córki – równie charakternej, silnej osobowości, próbującej żyć po swojemu. Jest tutaj miłość, ale taka bardziej szorstka, próby znalezienia wspólnego języka – ten wątek wydaje się najciekawszy, poprowadzony aż do wzruszającego finału.

lady_bird2

Jednak przez sporą część filmu (pourywane, przypadkowe scenki) nie byłem w stanie tak bardzo się identyfikować z bohaterami tak, jak by chcieli tego twórcy. Gerwig nie osądza, nie przyjmuje postawy moralizatorskiej (i chwała za to!), ale czułem się troszkę jak obserwator, przyglądający się przez szybę. I nawet ciekawy drugi plan z Lucasem Hedgesem oraz Timothym Chalametem na czele, nie jest w stanie skupić uwagi na dłużej.

lady_bird3

Jest kilka wręcz cudownych scen (fragment próby w teatrze czy taniec na balu), okraszonych wpadającą w ucho muzykę (z „Crush on You” Dave Matthews Band), jednak „Lady Bird” niespecjalnie się wyróżnia z tego grona. A szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Evanescence – Lost Whispers

Evanescence_-_Lost_Whispers

Pamiętacie takie utwory jak “Bring Me to Life” czy “My Immortal”? to najbardziej rozpoznawalne utwory próbującej w gotyckim rocku grupy Evanescence z bardzo charakterystycznym, emocjonalnym wokalem Amy Lee. Po wydaniu trzeciej płyty w 2012 grupa zrobiła sobie przerwę, by po trzech latach powrócić do nagrywania. Ale “Lost Whispers” z 2016 nie jest studyjną płytą, lecz kompilacją.

Ale nie jest to zestaw największych hitów grupy, tylko utwory znane głównie ze strony B singli z poprzednich płyt. Na początek zaś dostajemy świeżynkę, czyli krótkie “Intro” promujące trasę z 2009 roku (okraszone elektroniką) oraz nową wersję “Even In Death” zagrane na fortepian z wiolonczelą, przez co brzmi troszkę patetycznie. I te smyczkowe oblicze, ze sporadyczną ilością gitar, będzie nam jeszcze towarzyszyć jak w niemal kołysankowym “Missing” czy fortepianowe ballady z podniosłym “Breathe No More”. Ale I fani mocniejszych brzmień znajdą cos dla siebie jak siebie jak ostre “Farther Away” czy ciachające riffami “If You Don’t Mind”. I tak mamy tu przeplatankę dźwięków podniosłych (fortepian, smyczki) z mocnymi riffami gitar oraz (nad)ekspresyjnym głosem Amy Lee, które może doprowadzić nawet do bólu uszu.

I muszę przyznać, ze to bardziej rockowe wcielenie przemawia najbardziej oraz gdy dochodzi do złączenia obydwu styli jak w niemal operowo-orientalnym “A New Way to Bleed” czy rozpędzony “Say You Will”, dający kopa. A na koniec dostajemy wyciszający “Secret Door” z porywającymi smyczkami.

Ta dwoistość Evanescence powoduje, że trudno ocenić to wydawnictwo. Z jednej strony bywa zbyt patetycznie, wręcz nie do słuchania. Ale kiedy do gry wchodzi gitara elektryczna jest więcej niż strawnie. “Lost Whispers” ma dwa oblicza, które rozkładają się na te dwie połówki, więc jak ktoś chce posłuchać jednego z tych oblicz powinien przewijać resztę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Europe – Walk the Earth

Europe_Walk_the_Earth_album_cover

Ewolucja jaką wykonał szwedzki zespół Europe jest nieprawdopodobne. Od glam rockowych hiciorów aż do hard rockowych, wręcz metalowych brzmień dokonanej po reaktywacji w 2004 roku. “Walk the Earth” to piąty album po ewolucji grupy, wsparty znowu przez producenta Dave’a Cobba. Czyzby tendencja zwyżkowa grupy miała się utrzymać?

Początek jest dziwnie spokojnym walcem schowanym w utworze tytułowym. Klawisze sprawiają wrażenie wziętych z gramofonu, ale to zasłona dymna przed atakiem godnym Deep Purple, o czym przypominają klawisze oraz bardzo nośny refren. “The Siege” jest szybkie niczym rozpędzone Ferrari, serwując perkusyjne strzały nie cofając się przed niczym, ocierając się o Orient. A im dalej, tym nie brakuje ognia (troszkę podniosły “Kingdom United”), lecz pojawia się jeden moment na złapanie oddechu w całkiem niezłym “Pictures”. Nie brakuje popisów gitarowo-perkusyjnych na złamanie karku (“Election Day” czy “Gto”) czy ciężkich skrętów w strone Black Sabbath (mroczne “Wolves” z fantastycznym solo oraz powoli rozkręcający się “Haze”). Panowie koszą aż miło i cieszy fakt, że nadal mają tego pazura, ale na poprzednich płytach było po prostu więcej ognia. Ten powraca w finałowym “Turn To Dust” z cudownymi organami, przypominającymi troszkę Procol Harum aż do urwanego finału.

Technicznie trudno się przyczepić, ale melodia czasami sie gubi i się nie odnajduje. Wokal Tempesta nadal ma moc, podobnie jak riffy Johna Noruma. Ale “Walk the Earth” to dobry album hard rockowy, tylko dobry. Co prawda i tak jest to poziom dla wielu wykonawców nieosiągalny, jednak apetyt był na coś znacznie większego.

7/10

Radosław Ostrowski

Czesław Śpiewa – Czesław Śpiewa & Arte dei Suonatori

czeslaw-spiewa-arte-dei-suonatori-b-iext48103239

Urodzony w Danii Czesław Mozil to jedna z wyrazistych, wręcz kontrowersyjnych postaci polskiej muzyki. Nie tylko ze względu na swój accent, ale miejscami bardzo gorzkie teksty, co pokazała “Księga Emigrantów. Tom I” (tytuł jednego z utworów: “Nienawidzę Cię Polsko” jest dość jednoznaczny). Tym razem postanowił połączyć siły z barokową orkiestrą Arte dei Sounatori, dodając odrobinę świeżości w tej intrygującej muzyce. I albo to będzie wielki sukces albo spektakularna porażka, do której dołączy piszący teksty Michał Zabłocki.

Pozornie jest to mieszanka barokowego (nie w sensie przesyconego dźwiękami) brzmienia smyczków z bardziej popową produkcją, ale jest to bardzo eleganckie połączenie, co słychać w otwierającym całość “Mam trzy latka” z przepięknym wstępem smyczkowym oraz finałowym popisem skrzypiec, a pośrodku dostajemy elektryczną gitarę. “Na straganie” bardziej idzie w stronę rapu, gdzie smyczki łączą się z akordeonem, a wokal miejscami jest przerobiony cyfrowo. Równie chwytliwa jest krótka “Kłamczucha”, gdzie perkusyjny bit miesza się z “tańczącymi” smyczkami oraz powolny, jazzowo-psychodeliczny “Polak mały”. Także “Na wyspie Bergamocie” coraz bardziej nakręca się aż do mocnego finału. Mroczniej się robi przy klawiszowej “Kaczce Polaczce” oraz bardziej melancholijnej “Lokomotywie”. Nawet “Wlazł kotek za płotek” brzmi dość dziwacznie, z kolei łagodne “Pokłóciły się zwierzaki” tylko pozornie są spokojne, wręcz sakralnie. Oniryczna “Jesień”, gdzie dźwięki odbijają się jak echo brzmi świetnie, a całość kończy “Ach dass ist wasser gnug hatte”, idealnie pasujący do filmów Davida Lyncha, pozornie sielankowy, lecz podskórnie bardzo mroczny.

Tak samo poczucie dualizmu serwują teksty – pozornie brzmiące niczym szkolne wierszyki, ale z tekstów odbija się pokazany w krzywym zwierciadle portret Polaków: buractwo, chciwość, manipulacja, poczucie wyższości, wieczne pretensje. To zderzenie ma w sobie prawdziwą siłę ognia, prowokując do refleksji. Pod warunkiem, że będziecie chcieli się dokopać do drugiego dna.

To połączenie barokowego brzmienia z gorzką refleksją ubraną w ironię, okraszona elegancką muzyką. Czesław z Arte dei Sounatori wystrzelili prawdziwą petardę. Nie da się przejść obojętnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Andrzej Piaseczny – O mnie. O Tobie. O nas

o-mnie-o-tobie-o-nas-b-iext51349982

W zeszłym roku ten sympatyczny wokalista popowy obchodził 25-lecie działalności. Ale zamiast wydania z tej okazji jakiegoś specjalnego wydawnictwa w rodzaju podsumowania, postanowił zaserwować premierowy materiał. Tym razem Piasek zaprosił do współpracy Anię Dąbrowską, która napisała wszystkie teksty oraz sprawdzonego producenta Michała Przytułę, z którym wokalista pracował w latach 90. Co wyszło z tego połączenia?

Bardzo delikatne, popowe dźwięki jakby z niedzisiejszych czasów, o czym świadczą dźwięki perkusji oraz łagodnie wplecionej elektroniki. Obowiązkowy fortepian zmieszano z gitarą elektryczną (“Z popiołów”), troszkę mocniej uderzy perkusja (“Wszystko dobrze”, z troszkę podrasowaną perkusją oraz tłem), wykorzystano elektronikę tworząc intymny klimat (“Na palcach”), bardziej żywiołowy jest utwór tytułowy oraz pełen smyczków “Twój największy skarb”. Jest nawet skoczny popis na gitarę akustyczną (“Cokolwiek potem” oraz bardziej taneczny “God Pride”) i druga połowa płyty jest zdecydowanie ciekawsza brzmieniowo. Ale to wszystko pozostaje w granicach bardzo łagodnego, eleganckiego popu, z jakiego Piaseczny znany jest od wielu lat. Z jednej strony to troszkę zarzut, bo można było bardziej zaszaleć i zaryzykować, z drugiej to brzmienie wydaje się pasować do tego wokalisty jak nigdy.

Same teksty nie należą do prostackich oraz banalnych, ale dotykają emocji, z jakimi najczęściej mamy do czynienia. I robią to w sposób bardzo delikatny, wręcz poetycki, jednak bez przekombinowania, baboli czy dziwacznych metafor. Jest prosto, lecz nie prostacko.

“O mnie. O Tobie. O nas” to kolejny przykład solidnego rzemiosła Piasecznego. Ładne, melodyjne, z niegłupim tekstem, elegancko wykonane oraz zaśpiewane. Tylko i aż tyle. Czasami to wystarczy, a Piaska szanować zawszę będę.

7/10

Radosław Ostrowski

Sherlock – seria 4

UWAGA!
Tekst może zawierać spojlery, choć starałem się ich unikać! Jeśli nie oglądaliście poprzednich serii, czytacie na własną odpowiedzialność!!!

sherlock_41

Zrobiłem sobie dłuższą przerwę od pewnego inteligentnego mieszkańca Baker Street. Sherlock Holmes miał zostać oddelegowany na wschód, ale pojawił się filmik z Moriartym. Ale przecież Moriarty popełnił samobójstwo w drugiej serii, pamiętacie? Wiec, co tu się odjaniepawliło? Jego ostatnie działanie zostało wyparte i zmienione, a nasz detektyw tym razem czeka na kolejny ruch przeciwnika.

Kolejne trzy odcinki, ale tym razem Sherlock będzie musiał zmierzyć się z najtrudniejszymi dochodzeniami w swojej karierze. Znowu powróci przeszłość pani Watson, ktoś z niewiadomych powodów niszczy popiersia Margaret Thatcher, nasz detektyw dostanie obsesji na punkcie pewnego biznesmena, wreszcie wyjdzie na jaw pewna rodzinna tajemnica Holmesów. Czyli znowu się dzieje, ale jednocześnie twórcy stawiają nie tylko na kryminalne łamigłówki, ale też na relacje między bohaterami. Wątki obyczajowe mogą wydawać się na pierwszy rzut oka balastem, wręcz spowalniaczem tempa (nawet pojawiły się głosy, ze są zbyt telenowelowe), ale relacja Holmesa z Watsonem zawsze była silnym kośćcem, pozwalającym zachować człowieczeństwo naszego protagonisty. Facet jest nadal pokręconym, ekscentrycznym mózgowcem (ojcem wszystkich autystycznych geniuszy znanych z innych seriali), nie do końca orientującym się w sytuacji społeczno-politycznej, bo jak można nie znać Margaret Thatcher? Ale okazuje się bardziej ludzki niż na pierwszy rzut oka się wydaje.

sherlock_42

Oczywiście, mamy tutaj charakterystyczne elementy serialu: szybki montaż, skupienie na detalach przy scenach dedukcji, pałac myśli, nakładające się perspektywy. To wszystko ma zwieść nas za nos I kiedy wydaje się, że jesteśmy lepsi intelektualnie od Sherlocka Holmesa, ten wyciąga kolejnego asa w swojej talii kart. Wszystko znakomite technicznie, a ostatni odcinek to ciągłe zaskakiwanie oraz niebezpieczne moralnie testy. Więcej wam nie zdradzę, ale czwarta seria “Sherlocka”, moim skromnym zdaniem jest o wiele lepsza od trzeciej, ale do dwóch pierwszych nie ma absolutnie startu. A zakończenie wydaje się jednoznacznie sugerować, że to już koniec spotkań z Holmesem i Watsonem. Z drugiej strony, nigdy nic nie wiadomo.

sherlock_43

Nadal siłą napędową pozostaje ciągle zachowujący świeżość duet Benedict Cumberbatch/Martin Freeman, chociaż to ten drugi ma więcej do zaoferowania. Watson musi sobie poradzić ze śmiercią Mary (końcówka pierwszego odcinka) swojej żony, co mocno odbija się na jego stanie psychicznym. W końcu dochodzi do pogodzenia się, które musi odbyć się w dramatycznych okolicznościach, bo inaczej by się nie udało. Jednocześnie bardzo mocno widać, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować – Watson bez dreszczyku adrenaliny, Holmes bez trzymania się ziemi. Nadal fason trzyma Mark Gatiss (Mycroft), który trzyma więcej tajemnic i mimo poczucia wyższości oraz bycia tym mądrzejszym, jest tak naprawdę skończonym idiotą. Jeśli chodzi o przeciwników, to żaden nie dorównuje Moriarty’emu, ale też są to intrygujace postaci. Nie można nie wspomnieć o fantastycznym Tobym Jonesie, czyli biznesmienie Culvertonie Smith. Pozornie drobny, niepozorny, zabawny, ale tak naprawdę to seryjny morderca, działający bezwzględnie I przewrotnie. Tak samo wyrazista jest Sian Brooke, czyli zapomniana… siostra, Eurus. Mogła być siostrą Moriarty’ego, czyli jest bardziej cyniczna, prowokująca do trudnych wyborów manipulatorka z bardzo zaskakującym intelektem, ale jednocześnie jest bardzo zagubioną, delikatną dziewczyną. To trudna oraz bardzo niejednoznaczna postać.

sherlock_44

Czwarta seria “Sherlocka” była dla mnie powrotem do dawno niewidzianych kumpli, którzy troszkę się zmienili. Ale tylko troszkę, bo energia się zachowała, intelekt też, o tempie nie wspominając. I mam nadzieję, że więcej serii już nie zostanie. Nie dlatego, że mi się nie podobały, lecz z powodu fajnej klamry w postaci zakończenia.

8/10

Radosław Ostrowski