Sirat

Co w ogóle można powiedzieć o ostatnim filmie francuskiego reżysera Olivera Laxe? Bo ta francusko-hiszpańska produkcja jest… dziwna. Nie dlatego, że w trakcie pojawiają się elementy nadnaturalne czy kompletnie z czapy, wywracając konwencję do góry nogami. Bo w zasadzie jest to audio-wizualny kolaż, gdzie fabuła istnieje. Gdzieś tam, niczym prawda w „Z archiwum X”.

Akcja toczy się gdzieś na pustyni w Maroku, gdzie odbywa się rave. Bit wbija na pełnej, ludzie dziwnie tańczą, płynąc z muzą. Tylko co tu robi pewien siwy pan z młodym chłopakiem oraz psem? Bo oni wydają się nie pasować za bardzo do reszty – i nie bez powodu. Luis (Sergio Lopez) szuka swojej córki, która odeszła od rodziny pięć miesięcy temu. Podobno miała się zjawić na tej imprezie, ale nikt nic nie wie, nikt nie widział. Słabo. Ale niedługo ma się odbyć kolejny rave przy granicy z Mauretanią. Luis z synem decydują się dołączyć do grupy rave’owców, którzy też mają uczestniczyć na imprezę.

Laxe zaczyna – dosłownie i w przenośni – mocnym uderzeniem, gdzie najpierw widzimy układanie głośniki gdzieś na pustyni. A potem wbija mocna muza Kangdinga Raya, która oscyluje między agresywną elektroniką a tanecznym ambientem. I to w połączeniu z pustynnym krajobrazem tworzy niemal elektryzująco-kontemplacyjną mieszankę wybuchową, która pozostaje z nami aż do samego końca. Fabuła niby jest, ale im dalej w las, coraz bardziej znika w tle. Ważniejszy jest tutaj klimat, coraz bardziej pustynny krajobraz oraz silniej odczuwalna pustka. W tle słyszymy komunikaty o wybuchu jakieś wojny, która zaczyna się nasilać, próbuje gdzieś działać wojsko. Jednak reżyser zaczyna coraz mocniej podkręcać napięcie, poczucie samotności i odizolowania się nasila – od jazdy przełęczą górską aż po finał na pustyni otoczonej minami. Po jednej szokującej scenie, której nie zamierzam zdradzić, robi się bardziej nerwowo, by niemal rozerwać na strzępy.

Jedynie, co mnie wkurzyło to zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego. Jakby historia dopiero miała się rozwinąć do kolejnego etapu. Pozostawia masę pytań za sobą, a odpowiedzi gdzieś są. A może tylko mi się tak wydaje. Bo co tu się tak naprawdę wydarzyło? Czy weszliśmy do piekła, kolejnego kręgu jądra ciemności? A może udało się tutaj osiągnąć oczyszczenie?

Gdzie obsesja staje się szaleństwem i jak wiele może pochłonąć po drodze? – to pytanie najbardziej wybrzmiewa podczas seansu „Sirat”. Ale to może tylko moje spojrzenie, które nie wyczerpuje w pełni wszystkich interpretacji filmu Laxe’a. Dajcie się porwać tej dziwaczej podróży, która może zaprowadzić w nieoczywiste rejony.

7/10

Radosław Ostrowski

Chronologia wody

Są takie dzieła, które bardzo trudno opisać i łatwo otrzeć się o banał. Szczególnie dotykającej takiej delikatnej kwestii związanych z traumą (fizyczną, psychiczną), gdzie można wszystko emocjonalnie rozbroić. Niemniej jestem w stanie docenić ryzyko opowiadaniu w zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Takiego zadania podjęła się debiutująca reżyserka Kristen Stewart, przenosząc na ekran wspomnienia Lydii Yuknavitch.

Trudno mówić tu o fabule, bo wszystko opisuje życie Lydii – obiecującej pływaczki, która stała się pisarką oraz nauczycielką – od dzieciństwa aż do założenia rodziny oraz sukcesów literackich. Sama historia, choć ma prostą linię i chronologię (włącznie z podziałem na rozdziały), to jednak jest ona poplątana. Mamy zarówno pływanie w basenie, molestowanie seksualne przez ojca, nie reagującą na nic matkę oraz starszą siostrę, której udaje się uciec z tego piekła. A dalej nie jest wcale lepiej: uzależnienie od alkoholu i narkotyków, odkrywanie swojej seksualności, małżeństwo, narodziny dziecka (niestety, martwego) oraz droga ku autodestrukcji. A wszystko bardziej lub mniej spisywane, wyciągane z odmętów wspomnień.

Stewart jako reżyserka nie idzie na łatwiznę w opowiadaniu tej historii. Całość została nakręcona na 16 mm taśmie, wyglądając niczym nakręcone domową kamerą nagrania. To zdecydowanie immersyjne doświadczenie, próbujące pokazać mocno rozszarpany umysł. Gdzie przeszłość i teraźniejszość dzieją się symultanicznie, do tego stopnia, że nie byłem w stanie rozgryźć, co było prawdą, a co było tylko w jej wyobraźni. To wrażenie jeszcze bardziej potęgowała narracja z offu bohaterki, niejako „piszącej” swoje życie (wiele razy w tych momentach słychać dźwięk pisania ołówkiem na kartce. Gdzie pojedynczy dźwięk czy gest (choćby odrywanej koperty) powraca w najmniej spodziewanym momencie, tworząc nietypowy ciąg skojarzeń. No i jeszcze ta niemal wszechobecna woda – będąca zarówno siłą oczyszczającą, jak rozmywającą wspomnienia. Reżyserka bardzo mocno eksperymentuje z formą, co bardzo mocno szanuję, choć jest to wymagające oraz niełatwe doświadczenie dla widza. Ale ma tak być.

Co pozwoliło mi przebić się emocjonalnie w „Chronologię wody” to absolutnie rewelacyjna Imogen Poots w roli Lydii. Aktorka przechodzi przez emocjonalny rollercoaster: od bólu przez obojętność spowodowaną używkami aż po pasję tworzenia i wściekłość. Wszystko bez podlizywania się widowni, robienia z siebie ofiary, odkrywając najmroczniejsze otchłanie swojej duszy. Jej twarz po urodzeniu dziecka czy kiedy zaczyna rzucać bluzgami w swojego pierwszego męża czy scena u fotograf zapadają mocno w pamięć. Bez niej ten film by się posypał. Do tego drugi plan też tutaj błyszczy: świetna jest Thora Birch w roli starszej siostry, równie naznaczonej przez traumę, mocno zapada w pamięć Michael Epp jako ojciec (pokazywany głównie w zbliżeniach na twarz) czy Earl Cave w roli pierwszego męża, Phillipa. Jednak największą niespodzianką był James Belushi w roli pisarza Kena Keseya, który staje się mentorem dla Lydii i dostrzega jej potencjał jako pisarki. Choć pojawia się na chwilę, to kradnie ekran – choć w scenie, gdy mówi o 10 przykazaniach i jak by je zmienił. Bardzo elektryzująca postać, mimo krótkiego czasu ekranowego.

Czy „Chronologia wody” będzie jednorazowy strzałem Stewart jako reżyserki, czy będzie nowym rozdziałem w jej karierze – czas pokaże. Już tutaj widać jak odważnie i świadomie operuje filmową materią, nie idąc na łatwiznę w tworzeniu kolejnej, sztampowej biografii. Nawet jeśli ma nierówne tempo i dezorientuje, nie pozwala o sobie zapomnieć oraz rozmyć się w gronie innych dzieł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski

Detektyw Marlowe

Pamiętacie jeszcze te czasy, kiedy czarny kryminał był popularny? Eleganccy detektywi w prochowcach i kapeluszach, którzy odkrywali brudne tajemnice pięknych ludzi z wyższych sfer. Ci panowie swój czas triumfu już mają dawno za sobą, choć przeżywali pewien renesans w latach 70. czy 90. Ale to już nie jest to, nie mniej reżyserzy nie rezygnują z konwencji kina (neo)noir, jak choćby „Osierocony Brooklyn” Edwarda Nortona. Teraz po tą konwencję postanowił sięgnąć irlandzki weteran Neil Jordan, niejako wskrzeszając postać słynnego detektywa, Philipa Marlowe’a.

Tym razem nasz szpicel ma twarz Liama „Napierdalacza” Neesona i żyje w Los Angeles roku 1939. Jak każdy taki cyniczny twardziel prowadzi swoje biuro, czekając na kolejną robotę oraz możliwy zarobek. No i pojawia się kobieta. Zawsze musi być jakaś kobieta w potrzebie, a tym razem jest nią niejaka Clare Cavendish (Diane Kruger). Blondwłosa piękność prosi Marlowe’a o znalezienie jej… kochanka, niejakiego Nico Petersona (Francois Arnaud). Sprawa jest o tyle dziwna, że mężczyzna został… potrącony i przejechany autem przed bramą pewnego elitarnego klubu. Czyli sprawa załatwiona, dając detektywowi najszybciej zarobioną forsę? No niestety, nie. Bo zleceniodawczyni jest absolutnie przekonana, że nieboszczyka widziała. I jak się okaże nie tylko ona będzie chciała go znaleźć.

Dziwny to film, bo na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być na miejscu. Historia jest odpowiednio skomplikowana, pełna zwrotów akcji oraz wszelkich nieprawdopodobieństw. Są nieźle napisane dialogi, niepozbawione ciętego humoru, samochody, kostiumy oraz scenografia adekwatna do epoki. A jednak coś mi tu nie grało. I to nawet nie chodzi o niespieszne tempo, ale reżyser sam zaczyna gubić się w tym labiryncie. Bo mamy tu i skandal, przemyt towarów, narkotyki, będący na widoku dom publiczny, szołbiznes. Oraz walkę o władzę, haki, koneksje, gdzie liczy się ten sprytniejszy albo silniejszy. Ale nie byłem w stanie się całkowicie zaangażować, jakby było tu za dużo składników w tej zupie. No i zakończenie nie satysfakcjonuje za bardzo.

A nie pomaga w tym wszystkim fakt, że „Detektyw Marlowe” wygląda jak produkcja telewizyjna. Niby Jordan próbuje stylizować na kino z epoki (sceny w biurze z cieniami od zasłon czy konfrontacja w klubie podczas trzeciego aktu), pojawiają się nawet ładne krajobrazy czy otwierający całość widok na Los Angeles, ale efekt jest nieprzekonujący oraz strasznie tani. Zupełnie jakby próbowano maskować niezbyt wysoki budżet. Kamera wydaje się przezroczysta i niemal nieobecna, choć prosiło się o odrobinę ognia.

Sytuację próbują ratować aktorzy i efekt jest różny. Sam Neeson dobrze wygląda ze spluwą (choć prawie jej nie używa) oraz w prochowcu, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia, że był troszkę za stary do roli Marlowe’a. O wiele lepsze są Diane Kruger (Clare Cavendish) oraz kradnąca scenę Jessica Lange (jej matka), obie będące femme fatale w tej historii, choć ta druga jest o wiele bardziej złośliwa i cyniczna. Równie świetny jest Alan Cumming jako elegancki i elokwentny gangster Lou Hendricks oraz – niemal skrojony do konwencji – Colm Meaney wcielający się w śledczego Berniego Ohlsa. Za to Danny Huston znowu gra Danny’ego Hustona, czyli szemranego typa stojącego za wieloma tajemnicami.

„Detektyw Marlowe” potwierdza tylko, że Neil Jordan jako reżyser swoje najlepsze lata ma już za sobą. Niby wszystko wydaje się być na miejscu i był tu potencjał na naprawdę dobry kawałek kina, ale wszystko zmarnowane zostało przez bardzo średnią realizację, która bardziej pasowałaby na streaming. Zamiast diamentu drobna błyskotka.

5/10

Radosław Ostrowski

Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Boy Kills World

Trzeba się naprawdę dzisiaj postarać, żeby zrobić beznadziejny czy słaby film akcji. Choć z drugiej strony zawieszono wysoko poprzeczkę dzięki pewnemu zabijace o imieniu John i nazwisku Wick, a także krwawej rzeźni z Indonezji. Niemniej ciągle pojawia się kolejna armia śmiałków chcących robi filmy akcji ze względnie umiarkowanym budżetem. Jak niemiecki debiutant Moritz Mohr, który w 2023 wystrzelił z „Boy Kills World”.

Akcja filmu dzieje w wielkomiejskiej dystopii, gdzie od kilkunastu lat rządzi rodzina Van Der Koy (sądząc po zapisie, to są chyba Holendrzy). Ci rządzą za pomocą terroru i od lat umieszczają co roku swoich wrogów do Uboju – programu telewizyjnego, gdzie 12 uczestników jest zabijanych przez bandę przebierańców. Czyli takie porąbane „Igrzyska śmierci”. Reszta jest rozstrzeliwana lub wieszana. Jednym z tych, co mieli zginąć jest chłopak, który był świadkiem śmierci swojej rodziny. Pozbawiono go języka i słuchu, a miał zostać powieszony, niemniej został uratowany przez ukrywającego się Szamana (Yayan Ruhian) – raczej nie tego z hitu Palucha. Ten go trenuje i szkoli, by mógł się zemścić. Aż w końcu przychodzi dzień zapłaty.

Sama historia brzmi niczym kolejne kino zemsty, których widziało się setki albo i nawet tysiące razy. Ten na pierwszy rzut oka czerpie z dystopijnych opowieści o brutalnych, opresyjnych dyktaturach. Bliżej jednak tutaj jest do pulpowego komiksu albo gry komputerowej, gdzie nasz bohater staje w kolejnej arenie/lokacji i mierzy się z kolejnym członkiem rodziny/bossem. Wszystko z bardzo szybko pędzącą kamerą na złamanie karku (niczym choćby w koreańskim „Carterze” czy serii „Kingsman”) z krótkimi momentami slow-motion, odrobiną bardzo smolistego poczucia humoru oraz… komputerowo wygenerowaną krwią, która wygląda bardzo sztucznie. Do tego jeszcze dostajemy wmieszane do tego retrospekcje z życia niemego Chłopaka (świetny Bill Skarsgard), którego nawiedza… zjawa jego młodszej siostry, która jeszcze komplikuje sprawę. Sama choreografia jest imponująca, kreatywna oraz dzika.

„Boy Kills World” ma w sobie także sporą dawkę humoru, który dają dwa elementy. Pierwszym jest nasz protagonista, który – choć nie mówi – posiada wewnętrzny głos samego H. Jona Benjamina, czyli agenta Archera z kultowego serialu animowanego dla dorosłych. Ten świetnie pokazuje jego zagubienie i dezorientację (bo i czytanie z ruchu ust nie zawsze mu się udaje), mimo ciągłego powtarzania jakim on jest instrumentem do siania mordu. Drugim jest bardzo wyrazista galeria głównych złoli, którzy są tak przerysowani, przegięci i groteskowi: szołmeński cykor Glen (niezawodny Sharlto Copley), zimna specjalistka od reklamy Melanie (wręcz przerażająca Michelle Dockery), niespełniony artysta-pisarz Gideon (najlepszy z obsady Brett Gelman) oraz paranoiczno-psychopatyczna Hilda (solidna Famke Janssen). Jeszcze mamy tu pokręconą dwójkę bojowników ruchu oporu w postaci dziwnie gadającego Benny’ego (Isaiah Mustafa) oraz cwanego Basho (Andrew Koji), którzy parę razy kradną ekran. A jak radzi sobie sam Skarsgard? To zdecydowanie bardzo fizyczna rola, gdzie jest dużo biegania, skakania oraz walenia wszystkimi kończynami. Jednocześnie wiele pokazują jego bardzo wyłupiaste oczy, zaś w scenach walki wypada bardzo przekonująco.

Chyba nadal jestem ciągle spragniony takiej bezpretensjonalnej rozwałki, pełnej groteskowej i krwawej przemocy. Debiutant Mohr odpowiednio balansuje między technicznym efekciarstwem, przerysowaniem, ostrym humorem a zadziwiającą głębią psychologiczną. To nie powinno działać, a jednak efekt zaskakuje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przepis na morderstwo

Czy są tutaj fani Glena Powella? Aktor przebił się do szerszej widowni drugoplanową rolą w drugim „Top Gun” i od tamtej pory pojawia się częściej na ekranach, także w głównych rolach. Aczkolwiek ostatnio coś chyba Amerykanin nie ma szczęścia (gdzieś od czasu chłodno odebranego „Uciekiniera” – jeszcze nie widziałem), zaś produkcje z jego udziałem ponoszą komercyjną oraz artystyczną porażkę. Czy to mnie zniechęciło do sprawdzenia „Przepisu na morderstwo”? Nie, ale trochę żałuję zmarnowanego czasu.

W najnowszym filmie Johna Pattona Forda Powella gra Becketa Redfellowa – młodego faceta z bardzo zamożnej rodziny. Tylko, że jego matka spłodziła go z jakimś gołodupcem jak miała 18 lat i miała dwa wyjścia – aborcja z dostatnim, wygodnym życiem albo urodzić, będąc wykluczoną z rodu. Co wybrała, możecie się domyślić. Tak z bogatego pałacu trafiła do skromnego mieszkania w Belleville i pracowała jako urzędniczka. Mimo to jednak starała się dać chłopakowi odpowiednie wykształcenie oraz ogładę godną dżentelmena z wysokich sfer. Dając też nadzieję, że wkrótce odziedziczy ogromny majątek. Jednak kobieta umiera, gdy Becket jeszcze jest dzieciakiem i początkowo nie radzi sobie za dobrze. Już jako dorosły mężczyzna Becket planuje odzyskać, co swoje i musi zrobić tylko jedno: pozbyć się pozostałych siedmioro członków rodziny.

Całość brzmi jak czarna komedia z satyrycznym zacięciem na elitę najbogatszych. Reżyser pozwala Becketowi samemu opowiedzieć historię… księdzu na kilka godzin przed egzekucją. Pozornie może wydawać się pozbawieniem napięcia, bo wiemy, że plan się nie udał. Niemniej byłem zaciekawiony. Ale mam dość mieszane uczucia. Z jednej strony humor opiera się na mocno przerysowanych postaciach „rodziny” jak ekscentrycznego artystę (znany z „Doliny Krzemowej” Zach Woods), pastora lubiącego nadużywać ulg podatkowych (Topher Grace) czy planującego lot w kosmos wuja (Alexander Hanson). Z drugiej brakuje tutaj napięcia, zaś słodko-gorzkie zakończenie niby daje satysfakcję, lecz jest przewidywalne.

Drugim mocnym problemem była dla mnie postać dawnej przyjaciółki Julie granej przez Margaret Qualley. Bardzo chaotyczna, wyrazista i żywiołowa, ewidentnie kreowana na femme fatale, od początku wydawała mi się strasznie śliska i odruchowo czułem, że te „przypadkowe” spotkania z naszym protagonistą miały pewien ukryty motyw. Co mi strasznie zgrzytało, bo między tą dwójką nie czuć było żadnej chemii. Sytuację częściowo ratuje sam Powell, będący czarującym i sympatycznym facetem, próbującym stać się hitmanem. Choć jest bardzo stonowany oraz grający bardzo oszczędnie, trzymałem i kibicowałem mu całkowicie. Z dość barwnego drugiego planu, gdzie raczej aktorzy nie mają zbyt wiele czasu ekranowego najbardziej wybija się niezawodny Bill Camp w roli Warrena Redfellow, szefa firmy inwestycyjnej. I jako jedyny z całej rodziny wydaje się najbardziej ludzki, przyziemny, co jest sporą niespodzianką.

Więc czy warto wybrać się na „Przepis na morderstwo”? Szczerze mówiąc nie, bo nie sprawdza się zarówno jako ostra satyra na nowobogackich elit, ani jako trzymający w napięciu thriller, ani czarna komedia. Jest to film okej, który niby ogląda się dobrze, ale bardzo szybko wypada z głowy. Produkcja bardziej nadająca się na streaming niż na duży ekran.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Drama

Coś ostatnio norwescy reżyserzy zaczęli się przebić do szerszej widowni. Obecnie najpopularniejszymi reprezentantami tego kraju są Joachim Trier oraz Kristoffer Borgli. Ten ostatni zaczął tworzyć w Stanach Zjednoczonych, co pokazało „Dream Scenario” (do nadrobienia!) oraz jego najnowsze dzieło, czyli „Drama”.

Tytułowa drama skupia się wokół młodej pary trzydziestoparolatków na kilka dni przed wzięciem ślubu. Charlie (Robert Pattinson) jest dyrektorem muzeum, Emma (Zendaya) sprzedaje książki w wydawnictwie. Poznają się jak w wielu filmach – w kawiarni, choć rozmowa początkowo się nie kleiła. Mogło to też wynikać z faktu, że dziewczyna nie słyszy na jedno ucho. Ale jednak zaczynają chodzić i tak mija dwa lata. Wszystko wydaje się układać bardzo dobrze, że w końcu ma dojść do ślubu. Jednak na kilki dni przed jedną z najważniejszych ceremonii w życiu człowieka (poza pogrzebem) za namową przyjaciół – Rachel (Alana Haim) i Mike’a (Mamoudou Athie) decydują się wyznać najgorszą rzecz jaką zrobili. Jednak żadne z nich nie jest gotowe na wyznanie przyszłej panny młodej. A przez to wesele stoi pod znakiem zapytania.

„Drama” zaczyna się niczym komedia romantyczna utrzymana w duchu produkcji niezależnych. Reżyser wykorzystuje sytuację bohaterów do zadania trudnych i niewygodnych pytań o to, jaki wpływ ma przeszłość na naszego partnera/partnerkę. Czy potrafilibyśmy przejść na czymś szokującym, co nie mieściłoby się w naszej wyobraźni? Bez żadnego osądzania i moralizowania? Film balansuje między psychodramą, gdzie mózg zaczyna tworzyć bardzo niepokojące obrazy i zmienia kompletnie perspektywę. Nie chcę mówić czym jest ten zapalnik oraz tajemnica Emmy, bo to należałoby samemu odkryć – powiem tylko, że ma to coś związanego z bronią. Od tej pory każde słowo, gest i reakcja zaczyna mieć drugie, bardzo niepokojące dno (scena z nożem). Nawet jak pojawiają się powolne momenty na przegadanie oraz poznanie przeszłości, to jednak mózg zaczyna wariować (szybkie przebitki montażowe). A tu się zaczyna podskórnie budowane napięcie, bo kompletnie nie wiedziałem jak się to wszystko skończy. Przypominało to patrzenie na tykającą bombę w oczekiwaniu na eksplozję. A ja w trakcie seansu zacząłem sobie zadawać pytanie: co JA zrobiłbym w takiej sytuacji? Czy pewne tajemnice powinny zostać głęboko zakopane oraz nigdy nie poruszane? I czy po tym wszystkim spróbować zacząć od nowa? Borgli prowokuje i nawet szokuje swoimi montażowymi przebitkami, zaś mocny finał daje do myślenia.

A wszystko trzyma na barkach duet Robert Pattinson/Zendaya i to ten pierwszy tworzy fenomenalny występ. Bardzo stonowany, powściągliwy (jak na Anglika przystało), ale przeżywający swoje wewnętrzne piekło, podpalane przez paranoję oraz ogromny lęk, który nie jest zbyt dobrym doradcą (mocna scena w biurze). Wszystko to pokazuje drobnymi gestami oraz mikrospojrzeniami, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Zendaya przy nim może prezentować się blado, ale wypada cholernie dobrze i – co najważniejsze – czuć między nimi chemię. Za to drugi plan dominuje świetna Alana haim w roli zołzowatej, dominującej Rachel oraz Hayley Gates wcielająca się w szefową Charliego, Mishy.

„Drama” potrafi być niewygodna, zadaje trudne pytania o związek i moralność, zaś montażowe zbitki mogą wielu zmęczyć. Ale dla mnie ta okraszona humorem psychodrama wiele razy złapała za gardło, wprawiła w konsternację i… dała pewną nutkę nadziei, chociaż czy aby na pewno? Zadziwiająco wnikliwa obserwacja, która nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Setki bobrów

Wydawało by się, że czas filmów pozbawionych dialogów i utrzymanych w stylu kina niemego minął bezpowrotnie. Czasami zdarzają się w animacjach (choćby zeszłoroczne „Flow”), jednak w przypadku filmów z żywymi aktorami są równie częste jak uczciwość w polityce. Tym większą niespodziankę sprawiły „Setki bobrów” – mocno absurdalna, wręcz kreskówkowo przerysowana komedia z Kanady.

Akcja toczy się gdzieś w XIX wieku i skupia się na Jeanie Kayaku (Ryland Brickson Cole Tews – ale długa wiązanka imion i nazwiska, także współscenarzysta) – właścicielu browaru, który produkuje cedr z jabłonek. A ten sprzedaje traperom oraz innym wędrowcom. Jednak ta szczęśliwa passa nie trwa długo, co jest zasługą wrednych i podłych bobrów. Przez je działania traci nie tylko cenny trunek, lecz także sad oraz dom. Czy może być gorzej? Właśnie zaczęła się zima i trzeba się jakoś utrzymać. A to zmusza naszego biznesmena do przebranżowienia się na trapera.

Reżyser Mike Cheslik mocno inspiruje się kinem lat 20. i 30., z ogromną ilością slapsticku oraz czarno-białej kolorystyce. Tym bardziej imponującej, że sporo materiału to sklejenie green screena z aktorami w kostiumach (jako zwierzęta) i śladową ilością scenografii. By jeszcze podbić stawkę całość (poza dwoma piosenkami) pozbawiona jest słów, zaś postacie głównie coś mamroczą niewyraźnie albo mruczą czy wydają inne onomatopeje. Czy to jest jakiś problem? Sama historia pokazująca zderzenie człowieka z naturą, ale jest naszpikowana humorem. Od prostych gagów przypominających kreskówki w stylu Looney Tunes (pułapki, które nie działały na zwierzęta, za to na Kayaka łapały od razu) przez czysty absurd (skomplikowane zasadzki czy psy z zaprzęgu, które przed snem… grają w pokera) aż po popkulturowe odwołania (bobrze wersje… Sherlocka Holmesa i doktora Watsona). Nawet jeśli gagi powtarzają się (atakujący dzięcioł po usłyszeniu gwizdu, nieudolne splunięcia sklepikarza czy nocny wiatr doprowadzający do zgaszenia ogniska), to udaje się uniknąć znużenia oraz monotonii.

A im dalej w las, tym bardziej „Setki bobrów” zaczyna przypominać grę komputerową. Jest tu i sklepikarz, który za skóry proponuje różny asortyment. Przy zabitym zwierzaku pojawia się ich ilość zebranej skóry, zaś finałowa konfrontacja w wielkiej tamie przypomina stare platformówki, zmieszane z bijatyką. Natężenie szalony pomysłów oraz źródeł humoru przekracza normy BHP, muzyka grające w tle staje się bardziej epicka, zaś finał jest zarówno satysfakcjonujący, jak i zabawny. Co jest zasługą aktorów: od rewelacyjnego Rylanda Tewsa w roli Jeana Kayaka (od sprzedawcy alkoholu do trapera przechodzi imponującą przemianę) przez świetnego Wesa Tanka (złodupnego trapera) aż po elektryzującą Olivię Graves (kuśnierka, córka handlarza).

Niskobudżetowa komedia, która zarówno przypomina klasyków pokroju Charliego Chaplina czy Bustera Keatona, jak też wariackie dzieła tria Zucker-Abrahams-Zucker czy gier komputerowych. „Setki bobrów” mogą wydawać się pozornie zwykłą ciekawostką, ale dawno nie śmiałem się tak gwałtownie i dziko. Czyste szaleństwo, jakiego potrzebowałem.

8/10

Radosław Ostrowski