Parada oszustów

W polskiej telewizji rzadko pojawiają się seriale będące czymś w rodzaju antologii. Grupa aktorów grająca różne postacie i każdy odcinek stanowi osobną historię. Jak sam tytuł wskazuje, dzieło Grzegorza Lasoty opowiada o oszustach oraz przekrętach przez nich dokonywanych. W większości czasu osadzonych w przedwojennej Europie.

Jak wspomniałem, każdy odcinek ma inną historię i wszystkie są bardzo kreatywne. Bo mamy tutaj prowincjonalnego aptekarza z Francji, grającego korespondencyjnie z rosyjskim arcymistrzem, holenderskiego biznesmena oraz kupionego przez niego Jaguara, krakowskiego jubilera, który pada ofiarą pary oszustów, zaś na finał mamy taksówkarza z długami, złamaną nogą oraz propozycją nie do odrzucenia. Ta ostatnia historia dzieje się w Nowym Jorku lat 70., czyli w czasach współczesnych twórcom. Przewodnikiem po tym świecie jest Piotr Fronczewski, pełniący rolę narratora i w każdym odcinku pojawia się w różnych postaciach (jest genialny, jak zresztą cała obsada).

Najbardziej imponuje w tym filmie scenariusz, pełen błyskotliwych dialogów oraz wyraziście zarysowanych postaci. Każdy odcinek serwuje kolejne niespodzianki i wolty, przez co ogląda się całość z ogromnym zainteresowaniem. Nie będę wam zdradzał, co i jak – sami się przekonajcie. Reżyser nie boi się sięgać po łamanie czwartej ściany, a mimo raczej niewielkiego budżetu, wygląda to imponująco. Scenografia jest pełna szczegółów (plakaty i drobne rekwizyty choćby w postaci obcinarek do cygar), tak samo dobrze dopasowano kostiumy, zaś klimatem całość troszkę przypominała… „Vabank”, który powstał kilka lat później. Nawet muzyka miejscami brzmiała podobnie do filmu Machulskiego.

Jedyną rzeczą, do której mógłbym się przyczepić to jedna przyspieszona scena pościgu, co wyglądało troszkę dziwnie. Ale poza tym wszystko gra i brzmi fenomenalnie, bo całość została poddana cyfrowej rekonstrukcji. Aczkolwiek jest taki moment, gdzie przez paręnaście sekund pojawiło się kilka czarnych pasków na ekranie. To jednak jedyna rysa w tym przedsięwzięciu.

I jest to fenomenalnie zagrane przez plejadę wielkich aktorów. Poza Fronczewskim mamy tutaj absolutne znakomitości: Wojciecha Pszoniaka, Bronisława Pawlika, Romana Wilhelmiego, Stanisława Igara czy Grażynę Szapołowską. Wszyscy oni błyszczą w swoich rolach, za każdym razem wcielając się w różne postacie, nawet epizodyczne, co wcale im nie przeszkadza kraść ekran.

Czy ja muszę jeszcze kogoś zachęcać do sięgnięcia po ten tytuł? Mam wrażenie, że jest on zapomniany, a nie powinien. Świetnie zrealizowany i napisany, genialnie zagrany, zapowiadający wiele innych kryminałów w stylu retro dla polskiego kina. Szkoda tylko, że jest taki krótki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzikość serca

Ile było już opowieści o trudnej, ognistej miłości dwojga młodych ludzi, niejako walczących z całym światem? Nie byłbym nawet w stanie wymienić wszystkich. Na pewną taką parą jest Sailor i Lula z cyklu powieści Barry’ego Gifforda. Po raz pierwszy pojawili się w powieści „Dzikość serca” z 1990 roku i kiedy jeszcze powieść nie była ukończona zainteresowali się nią filmowcy. Pierwotnie miał ją zekranizować Monty Montgomery, ale powieść przeczytał jego przyjaciel, zakochał się oraz stwierdził, że musi ją przenieść na ekran. Tym człowiekiem był David Lynch, zaś Montgomery przejął rolę producenta.

Tutaj taką parą jest Sailor i Lulu – on z mroczną, kryminalną przeszłością, ona żyjąca z toksyczną matką, mającą znajomości w półświatku. Przyszła teściowa tak nie znosi Sailora, że zleca zabicie go oprychowi. To jednak się nie udaje, bo bandzior zostaje zabity gołymi rękoma (bardzo brutalnie i bez kompromisów) przez Sailora, a ten idzie do więzienia. Po odsiadce oboje decydują się na ucieczkę, ruszając przed siebie. Matka Luli jednak najpierw wysyła prywatnego detektywa, a następnie swojego chłopaka, niebezpiecznego Santosa.

Wszyscy wiemy, czego po Lynchu spodziewać się należy – odrealnionej otoczki, pokazującej rzeczy niewidoczne na pierwszy rzut oka. Wszelkie tłumione lęki i koszmary wyłażą do tego świata, topiąc go w groteskowym sosie. Wszystko gdzieś na obrzeżach wielkich miast, gdzie diabeł mówi dobranoc. Małe miasteczka, brudne hotele, przerysowane postacie, gdzie reguły powoli zaczynamy sami odkrywać.  A w zderzeniu z tym brutalnym światem mamy miłość dwojga bohaterów – gwałtowna, intensywna, ale bardzo szczera. Jednak (w przypadku postaci Luli) pojawiają się duże wątpliwości. Czy ta „dzikość serca” będzie siłą scalającą oraz cementującą czy bardziej destrukcyjną, przynoszącą więcej nieszczęść niż radości? Te pytania padają między słowami i to potrafiło mnie zainteresować do końca.

Lynch opowiada tą historię w bardzo swoim stylu – mieszając groteskę z pulpem oraz latami 60.  Wplatane są retrospekcje oraz krótkie przebitki, wywołujące podświadomy niepokój, podkręcając pewną tajemnicę. Jest te pewne przeczucie jakby nad wszystkim krążyły siły nie z tego świata. Stąd obecność Złej Czarownicy, kuli pokazującej obecne wydarzenia czy finał z Wróżką. Być może to zakończenie wydaje się na siłę wrzucone oraz jakby z zupełnie innej bajki, ale o dziwo to pasuje do tego zwichrowanego świata. Daje on odrobinkę światła do tego mrocznego, niepokojącego świata.

A wszystko pokazane przez fenomenalny duet Nicolas Cage/Laura Dern. Pierwszy wydaje się niby taki jak zawsze, czyli szalony, nieobliczalny, jeszcze nie idący w karykaturę. I ogląda się go z taką frajdą, jakiej ostatnio u niego nie było zbyt często. Z kolei Dern jest emanująca seksapilem, zaskakująco dojrzałą kobietą, choć ma wiele w sobie lęków. Ale całość kradnie odpychająco-groteskowy Willem Dafoe jako niebezpieczny Bobby Peru oraz Diane Ladd, mieszająca naiwność z grozą.

Nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem, że „Dzikość serca” jest bardziej przystępnym z filmów Lyncha. Jest tak samo mroczny i niepokojący, ale łatwiej się przyswaja, wciąga swoim klimatem oraz angażuje do finału. Pod warunkiem, że kupicie tą pokręconą, groteskowo-oniryczną stylistykę.

8/10

Radosław Ostrowski

Tenet

Nie będę ukrywał, że jestem fanem Christophera Nolana. To jest jeden z nielicznych twórców, którzy są w stanie połączyć ogień z wodą. Innymi słowy robi kino komercyjne z dużymi budżetami, ale też oryginalnymi pomysłami, przez co jego filmy wydają się świeże oraz ciekawe. Tak samo zapowiadał się „Tenet”, którego zwiastuny stawiały więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli intrygowały i obiecywały potencjalnie świetny film. Czy tak się stało?

Wszystko zaczyna się w Kijowie, gdzie w budynku Opery Narodowej dochodzi do ataku terrorystycznego. Do akcji wkracza nasz bohater, będący amerykańskim agentem, a cały atak jest tylko zasłoną dymną. Bo prawdziwym celem jest likwidacja informatora. Niestety, ucieczka kończy się wpadką, a z oddziału ocalał tylko nasz bohater – Protagonista. Cała operacja okazuje się tylko sprawdzianem do kolejnego zadania. Chodzi o tajemnicze naboje, które są odwrócone – innymi słowy działają w odwrotnym kierunku. Trop prowadzi do rosyjskiego oligarchy Andrieja Satora, ale by do niego dotrzeć, trzeba dotrzeć do jego żony.

„Tenet” ma fabułę prostą jak ustawa sejmowa. Bo akcja toczy się w przeszłości i przyszłości – równolegle. W jednym świecie zjawiska normalne, w drugim dzieją się odwrotnie. Jakby czas działał w przeciwnych kierunkach. Wtedy pytanie nie brzmi „co”, ani „jak” się dzieją rzeczy, tylko „kiedy”. Jedni złapią w lot przebieg całej akcji, inny uznają całość za jedno wielkie pierdolenie, bez sensu i dziwacznie działającej (lub nie działającej w ogóle) fizyki. I muszę przyznać, że cała narracja była dla mnie dość mocno hermetyczna, a także wiele razy gubiłem się. Zupełnie jakby Nolan zachłysnął się samą koncepcją i zapomniał zwrócić uwagi na detale. Przez co nie do końca rozumiałem o co chodziło z efektem odwrócenia, zaś sceny walk w trakcie tego efektu wywoływały we mnie śmiech.

Muszę jednak przyznać, że jest wiele widowiskowych momentów, zapierających dech w piersi. Taki jest finał w ruinach miasta, akcja na lotnisku w Oslo czy odbicie plutonu na ulicach Tallina. Realizacyjnie naprawdę tutaj ciężko się do czegokolwiek przyczepić – fantastyczne zdjęcia, imponująca scenografia oraz agresywna, czasami puszczona „od tyłu” muzyka dają kopa. Tak samo bardzo wyraziste kreacje, co mnie chyba najbardziej zadziwiło.

Dobrze sobie radzi John David Washington jako protagonista, który – tak jak ja – początkowo czuje się zagubiony w całej intrydze. Jednak kupiłem tą kreację profesjonalisty, wykonującego swoje zadanie najlepiej jak potrafi. Film jednak kradł absolutnie uroczy Robert Pattinson jako pomocnik Neil, tworząc świetny duet z Washingtonem i dodając pewnej zawadiackości. Na drugim planie całość kradnie demoniczny niż kiedykolwiek Kenneth Branagh w roli antagonisty oraz Elizabeth Debicki jako dręczona przez niego żona żyjąca w złotej klatce.

„Tenet” to nie jest film, który wejdzie za pierwszym razem. Być może z kolejnymi seansami ten film zyska w oczach, o ile zaryzykujecie. Możecie poczuć się przytłuczeni, zagubieni i zachwyceni jednocześnie. Arcydzieło? Na pewno nie, ale szukając nietypowego blockbustera warto dać szansę.

6/10

Radosław Ostrowski

Polot

Kolejny polski debiut, czyli dajemy szansę młodemu twórcy na przebicie się do szerszego grona odbiorców. Bohaterami jest trójka młodych chłopaków, którzy znają się od młodego, zaś jeden z nich jest utalentowanym w kwestiach technicznych. Karol jest synem pilota oraz instruktora lotnictwa, co przelało się na jego pasję. Jego życie wywraca się w momencie, kiedy dochodzi do śmiertelnego wypadku – ginie jego ojciec oraz pasażer. Mężczyzna zebrał masę długów, a jedyna pozostawiona rzecz to plany sterowca. Karol razem z kumplami decydują się założyć spółkę oraz podjąć budowy tego projektu.

Sam pomysł na swój debiut Michał Wnuk miał interesujący, czyli zrobić film o zderzeniu trójki przyjaciół z brutalną, biznesową rzeczywistością. Bo co innego zrobić plan, a co innego zrealizować. Przyjaźń zostaje wystawiona na próbę, pojawiają się zgrzyty i konflikty, a jedyną osobą znającą się na swoim planie jest Karol. Jednak oglądając film, czułem się mocno zdezorientowany i zagubiony. Dlaczego? Reżyser sam chyba nie do końca wie, co chce powiedzieć. Bo jest tutaj wiele otwartych wątków (groźba sprzedaży domu, potencjalna relacja miłosna, trudna przyjaźń, badanie wypadku przez komisję), które pojawiają się, są zaznaczone i… potem nic się z tego nie robi. Jakby wiele kluczowych scen zostało wycięty podczas montażu. Wszystko jest tutaj prowadzone za szybko, za krótko, nie dając bohaterom ani chwili na złapanie oddechu. Są tylko komplikacje, komplikacje oraz spore skoki czasowe.

No i decyzja o realizacji zostaje zrobiona bez zastanowienia się nad praktycznym wykorzystaniem sterowca. To świadczy raczej o pewnym idealizmie, a może jest to błąd scenariusza. Tak samo wątek romansowy jest tak z czapy i tak niewiarygodny, że nawet nie chce mi się o tym opowiadać. Jedynymi dobrymi rzeczami są ładne zdjęcia (zwłaszcza te podniebne), zaś z całej obsady broni się tylko Maciej Musiałowski (Karol) oraz Andrzej Konopka (Stan Pacak). Bo reszta aktorów – naprawdę zdolnych jak Tomasz Włosok, Eryk Kulm czy Iza Kuna – nie mają zbyt wiele do roboty przez chaotyczny scenariusz.

Niestety, ale debiutancki „Polot” jest prawdziwym niewypałem, gdzie prawie nic nie gra. Historia brzmi niewiarygodnie, pełna jest dziur oraz niedomówień, dobijając jakiekolwiek resztki na cokolwiek solidnego. Nie marnujcie czasu i omijajcie ten paździerz.

3/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi przyjaciele nie żyją

Nadrabianiu kolejnych konwencji gatunkowych na naszym podwórku ciąg dalszy. Tym razem poszło w młodzieżową komedię imprezową z czarnym humorem. Całość powstała dla Netflixa pod koniec zeszłego roku i… co z tego wyszło?

Wszystko ogranicza się do jednego domu, gdzie tuż po Nowym Roku przybywa policja. Na miejscu stróże prawa zauważają, że doszło dosłownie do jatki. Masa trupów i tylko jedna ocalona, bredząca coś bez sensu oraz z uszkodzonym kręgosłupem. Jak stwierdza inspektor: „coś poszło nie tak”. Tylko co? A na imprezie była masa osób, nie wszyscy w wieku nastoletnim, bo jest typ MILF-a chodzącego z chłopakiem o wiele lat młodszym. Rodzeństwo, gdzie siostra jest bardziej świadoma seksualnie, a brat ma dziewczynę i oboje są dość delikatni w swojej sypialni, chłopak-fotograf znający się na broni, dwaj bracia chcący zaliczyć, młody dresiarz o ambicjach raperskich, dwie tępe panienki, a nawet dołącza dostawca pizzy. Wszystko zaczyna się od przypadkowego strzału podczas seksu.

Debiutujący reżyser Jan Belcl chyba naoglądał się filmów zza Wielkiej Wody i niekoniecznie tych dobrych. Jest to zdecydowanie świadome kino klasy B, przeestetyzowana, przerysowana oraz miejscami z dialogami na granicy wulgarności. Bluzgi, podteksty seksualne miały chyba rozwalić pruderyjność naszego podwórka i może to odrzucić. Postacie może są ledwo zarysowane, ale mają swoje momenty. Ale jest to, niestety, bardzo nierówny poziom. Najbardziej jednak zadziwiło mnie powolne tempo, gdzie przez większość czasu zgon utrzymywany jest w tajemnicy. Czekałem na moment rozpierduchy, ale po drodze doszło do paru drobnych zaskoczeń (przeszłość Glorii – najstarszej uczestniczki tego cyrku). Satysfakcjonuje za to finał, czyli ostatnie 20 minut to już jazda po bandzie. Kule świszczą, pięści idą w ruch i wszystko idzie w najgorszym kierunku.

Trudno technicznie mi się do czegoś przyczepić. Zdjęcia są ładne, w tle gra odpowiednio budująca nastrój oraz dobrane piosenki, a dźwięk jest czysty oraz zrozumiały. Jeśli zaś chodzi o obsadę to mamy masę młodzików, z których wybija się kilka znanych twarzy. Z tego grona wybija się najbardziej Mateusz Więcławek (Filip), ale film kradnie zjawiskowa Monika Krzywkowska (Gloria – nasz odpowiednik matki Stifera) z mocnym monologiem o starzeniu się. Zaskakuje pozytywnie Julia Wieniawa, będącą „nawiedzoną” na punkcie spraw astralno-nadprzyrodzonych oraz wyluzowany Wojciech Łozowski z cudnym monologiem o pizzy. Troszkę rozczarowuje Adam Woronowicz jako inspektor policji, sprawiając wrażenie zmarnowanego potencjału.

Debiut Belcla ma wszelkie zadatki na kultowego klasyka w pewnych kręgach. Jest świadomie przerysowany i przegięty, pozbawiony wielkich ambicji, ale balansujący na granicy smaku oraz miejscami nudnawy. Innymi słowy obejrzeć można, a z kumplami przy piwku seans będzie bardziej satysfakcjonujący.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zgniłe uszy

Ile już było opowieści o tym, jak małżeństwo z niezbyt długim stażem przechodzi kryzys? Decydują się na pójście do terapeuty, bo jeszcze im na sobie zależy. Tak postąpili Janek z Marzeną – małżonkowie od dwóch lat, lecz zaczynają pojawiać się poważne zgrzyty. Jadą do terapeuty o wdzięcznym imieniu Henryk gdzieś na odludzie, gdzie odbywa się dość niekonwencjonalna terapia.

Debiut Piotra Dylewskiego to przykład skromnego, niezależnego kina. Kameralna opowiastka zaczyna się jak dramat obyczajowy. Nie wszystko jest powiedziane tutaj wprost, co jest źródłem kryzysu. Reżyser najpierw pozwala spędzić czas z bohaterami. A potem zaczyna się terapia i dzieją się rzeczy. bo sama terapia nie jest oparta tylko i wyłącznie na rozmowach. Nie brakuje tutaj elementów jakby zabawy (boks, przerywany serią pytań), ale najważniejszy moment to zastosowanie metody Hellingera, czyli metoda ustawień. Bo pojawia się druga para, a wtedy wszystko zaczyna gęstnieć. Pojawiają się poważniejsze iskry, spięcia oraz zaczynamy odkrywać przyczynę. Stopniowo budowane napięcie doprowadza do eksplozji, na który się czeka cały film. Krótki, bo ponad godzinny, ale więcej nie trzeba. A w drugiej połowie robi się dużo mroczniej, wręcz surrealistycznie. Bo nie do końca wiadomo, co się tak naprawdę dzieje, a co jest tylko manipulacją. Zaś zakończenie jest niemal jak z thrillera, co dla wielu może być zgrzytem. Dla mnie jednak to działa i daje pewną nadzieję.

Mimo kameralności film imponuje realizacyjnie, co w przypadku kina niezależnego jest rzadkością. Jeszcze rzadsze jest tutaj czysty dźwięk oraz naturalnie wypadające dialogi. O aktorstwie nawet nie wspominam, bo to jest świetne, a z tego skromnego grona wybijają się dwie role. Pierwszą jest Henryk w wykonaniu Michała Majnicza, czyli niekonwencjonalny, ale opanowany i wyczulony na fałsz terapeuta. Druga to Marzena od Magdaleny Celmer (także współautorka scenariusza), która z naszej pary wydaje się tą bardziej poważną, dojrzałą i odpowiedzialną. Bardziej szczera, choć ukrywa pewne wady (wręcz nadmierne poczucie kontroli oraz ukrywana zazdrość).

Nie wiem, jakie będą następne filmy Piotra Dylewskiego, ale jedno pozostaje pewne: to warty obserwacji młody talent. „Zgniłe uszy” mają wiele szczerości oraz zrealizowana jest bardzo pewną ręką, dając szansę błysnąć mniej znanym twarzom.

7/10

Radosław Ostrowski

Charlie Cykor

Wielu ludzi ma stresującą pracę, która potrafi ich dobić albo psychicznie wykończyć. Taki problem ma Charlie Mayaoux. Może wydaje się spokojny i opanowany jak na kogoś z facjatą Liama Neesona, ale pozory mylą. Bo nasz Charlie to tajniak pracujący dla DEA, udający współpracownika kartelu narkotykowego. Podczas jednej z akcji zginął jego partner, a jemu samemu cudem udało się uniknąć śmierci (prawie wszyscy świadkowie akcji zginęli przez agentów). Od tej pory nasz bohater dostaje ataków paniki i wzdęcia, bojąc się wpadki. Teraz ma pomóc w praniu pieniędzy kartelu oraz mafii, co jest o tyle problematyczne, iż reprezentanci obu stron są strasznie nerwowi. Więc Charlie decyduje się na dość nietypowy krok – idzie na terapię, gdzie dołącza do grupy. Przy okazji lekarz prowadzący wysyła go na zabieg lewatywy i to, a także poznana tam pielęgniarka zmieniają wszystko.

Jeżeli opis debiutu Erica Blakeleya budzi u was skojarzenia z „Depresją gangstera”, to jesteście blisko. Sam film próbuje lawirować między kryminalną intrygą, lekko satyrycznym spojrzeniem na świat gangsterów i policjantów, a komedią romantyczną. To wymaga sporo gimnastyki oraz bardzo pewnej reżyserskiej ręki, a tej tutaj nie czuć za bardzo. Jakby twórca nie do końca wiedział na czym bardziej się skupić. Muszę jednak przyznać, że nie brakuje kilku autentycznie zabawnych momentów jak scena przed kontrolą Komisji Papierów Wartościowych czy ucieczka Charliego z pielęgniarką przed gangsterami zakończona… spotkaniem z nimi w knajpie. Czy Charlie naprawdę jest wyniszczonym wrakiem, czy po prostu – jak twierdzą jego przełożeni – ma sporo farta i działa pod wpływem instynktu? Pojawia się odrobina suspensu, przekuta ciętym dialogiem (rozmowa narwanego Fulvio ze swoim zięciem) czy delikatną przewrotką.

Z kolei wątek miłośny dla mnie był troszkę za szybko był poprowadzony, choć ma też swoje momenty jak choćby pierwsza randka. Ale o dziwo to wszystko działa, a reżyser ma kilka sztuczek w rodzaju montażu równoległego, lekko „westernowej” muzyki czy przewrotnego zakończenia. To ostatnie daje masę frajdy, a przełamania wizerunku gangstera – z dzisiejszej perspektywy nie robiące takiego wrażenia – wnoszą odrobinę świeżości.

Nie można też odmówić nosa do obsady. W tytułowej roli został obsadzony Liam Neeson, który obecnie znany jest jako twardziel w wieku średnim. Wyciszony, pozornie opanowany sprawdza się bez zarzutu, tak samo jak Sandra Bullock w typowej dla siebie inkarnacji jako ekscentryczna, choć bardziej przy ziemi dziewczyna. Ale prawdziwymi wisienkami są rozbrajające komediowe popisy Jose Zunigi oraz Olivera Platta. Obaj są bardzo impulsywni i chętnie by rozwiązali sprawy za pomocą spustu, ale każdy z nich ma inne, dużo ciekawsze tło.

„Cykor” nie zaszalał w kinach (nie zwrócił nawet 1/10 swojego skromnego budżetu), mało kto o nim pamięta i nie przeszedł do historii kina. Nie zmienia to faktu, że jest to sympatyczny, dający troszkę frajdy film na lekkie popołudnie albo po pracy. Czasami więcej nie trzeba.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Już nie żyjesz – seria 1

Dawno nie trafiłem na taką postać jak Jen. Pracuje jako agentka nieruchomości, sama wychowuje dwóch synów po śmierci męża i jego wściekła na cały świat. A jedyne, na czym jej zależy to dorwanie sprawcy. No i nie znosi pokazywać żałoby, tylko chce iść dalej. Podczas uczestnictwa w grupie wsparcia dla żałobników poznaje Judy – postrzeloną kobietę, wydającą się nie pasować do tego miejsca. Z czasem tworzy się między nimi silna więź, a nawet kobieta staje się częścią rodziny wdowy. Problem w tym, że nowo poznana przyjaciółka skrywa ciężką tajemnicę.

Kolejny serial Netflixa, który przeoczyłem w dniu premiery, a nadrobiłem niedawno. Produkcja Liz Friedman to czarna komedia o dziwnej, szorstkiej i niełatwej przyjaźni dwójki kobiet. Pierwsza to napędzana gniewem wdowa, pragnąca sprawiedliwości oraz dwójkę dzieci do utrzymania. Z kolei druga wydaje się pełną optymizmu kobietą przytłumioną przez swojego partnera oraz jego potrzeby. Wszystko obrane ironicznym, czasem bardzo ciętym humorem, dodając lekkości całego przedsięwzięcia. I to pozwala lepiej znieść opowieść o żałobie, a także jej różnych odcieni: od wyciszenia przez wściekłość. Ale co ciekawe, nie brakuje tutaj wątku quasi-kryminalnego. W przeciwieństwie do Jen dowiadujemy się kto za tym stoi (swoją drogą świetnie zrobione retrospekcje) – tak, jest to Judy – oraz prób ukrycia wszystkich poszlak. To dodaje pewne dodatkowe napięcie, tak jak odkrywanie wydarzeń z małżeństwa Jen i Teda. Bo że nie było idealnie, można było założyć spokojnie. A jednak kolejne sekrety (zdrada odkryta dzięki… grze komputerowej czy kłótnia przed wyjściem) nie są tylko czymś do odhaczenia, tylko potrafią uderzyć emocjonalnie.

Twórcy niby podążają ogranymi schematami i grają nimi w komediowym tonie, jednak nie brakuje poważniejszej refleksji. Zwłaszcza dotyczących samorealizacji oraz życiu w toksycznym związku. I to zderzenie – paradoksalnie – działa o wiele mocniej, niż gdybyśmy poszli tylko na poważnie lub na wesoło. Przez to „Już nie żyjesz” potrafi zaangażować, zaś każda postać jest wyraziście napisana i – co nie jest częste – nie ma tutaj miejsca na zapchajdziury czy zbędne wątki. Nawet parę irytujących postaci (jak chłodna i niepogodzona ze stratą teściowa oraz zbuntowany, nastoletni syn) mają kilka momentów pozwalających pokazać ich głębiej. A wszystko sprowadza się na mocnego finału z otwartą furtką na kontynuację.

To wszystko jednak by nie zadziałało, gdyby nie fenomenalnie dobrane odtwórczynie głównych ról. Christina Applegate (Jen) oraz Linda Cardellini (Judy) znakomicie się uzupełniają. Pierwsza – bardzo impulsywna, porywcza w rzeczywistości jest bardzo poraniona. Jest wiele tutaj momentów pokazujących jej delikatniejsze oblicze jak podczas oglądania zdjęć z miejsca śmierci męża czy gwałtowny wybuch podczas prezentacji domu, gdzie mogłem na chwilę wejść w jej umysł. Postać Judy to przeciwieństwo – życzliwa, pogodna, niemal optymistycznie nastawiona do życia. Jednak pod tym wszystkim skrywa się smutna, chcąca wykrzyczeć swój ból oraz przerażająco uległa kobieta. Autentycznie było mi jej żal i nie drażniła, choć teoretycznie powinna. Chemia między nimi jest prawdziwym paliwem napędowym tego serialu i bez niego by się posypało w proch.

Miejscami zabawne, miejscami poruszające, a miejscami brutalnie szczere spojrzenie na żałobę oraz przyjaźń. Jedna z niespodzianek w katalogu Netflixa i nie mogę się doczekać drugiej serii.

8/10

Radosław Ostrowski

Chance – seria 1

Dr Eldon Chance jest neuropsychiatrą, pełniącym rolę konsultanta oraz biegłego w sądzie. Innymi słowy, nie prowadzi praktyki, tylko zaleca dalsze kroki w leczeniu, odsyłając do specjalisty. Życie prywatne to burdel – mężczyzna jest po rozwodzie, zaś opiekę nad nastoletnią córką sprawuje była żona z nowym partnerem. A i z pieniędzmi też raczej krucho, więc doktor podejmuje się każdego zlecenia. Wkrótce do niego trafia Jaclyn Blackstone, której mąż-policjant bije i ma problemy z pamięcią, a także drugą osobowość (Jackie). Lekarz decyduje się jej pomóc, przez co pakuje się w poważne kłopoty.

To miał być pierwszy mocny strzał nowej platformy streamingowej – hulu. Całość oparto na powieści Kema Nunna, odpowiedzialnego także za fabułę serialu, wśród reżyserów serialu był sam Lenny Abrahamson, zaś tytułową rolę grał nie kto inny jak Hugh Laurie. Jeśli na początku mieliście podejrzenia, że „Chance” będzie czymś w rodzaju „Dr House’a”, pomyliliście adresy. Jedyną cechą łączącą obydwu panów jest doktor przed imieniem i nazwiskiem. House był jednym z wzorów antybohatera – cynicznego, zgorzkniałego, choć bardzo inteligentnego. Chance jest jego zaprzeczeniem – pełen empatii, dla którego dobro pacjenta się liczy, ale czasami za bardzo się angażuje w sprawy i ma dość mroczną tajemnicę. No i serialowi Kema Nunna bliżej jest tutaj do czarnego kryminału czy thrillerów od Alfreda Hitchcocka niż serialu medycznego.

Muszę jednak przyznać, że sama historia toczy się zaskakująco spokojnie, powoli odkrywając kolejne elementy układanki i budując bardzo mroczny klimat. Co jest o tyle zaskakujące, że cała akcja toczy się w San Francisco, dając pewien powiew świeżości. Odbiciem od intrygi kryminalnej są sceny, gdy Chance opowiada o kolejnych swoich przypadkach do zbadania, a także jak poznajemy jego przeszłość. Schematy i szablony są znane, bo jest blondwłosa femme fatale (jak u mistrza Hitch, tylko że z rozdwojeniem jaźni), brutalny oraz skorumpowany mąż, nastoletnia córka z problemami. Także nasz Chance, coraz bardziej pociągany przez swoją ciemną stronę, budzi fascynację, mając duże wątpliwości co do swojego stanu psychicznego. Niemniej twórcy parę razy zaskakują, pojawia się nawet drobna zabawa chronologią, jest świetnie sfotografowana, a zakończenie nie tylko satysfakcjonuje, lecz zapowiada drugą serię.

To, co wyróżnia „Chance’a” od innych seriali to bardzo mroczny klimat, bardzo dobre dialogi, ale przede wszystkim dwie fantastyczne kreacje aktorskie. Pierwszą jest Hugh Laurie w roli Chance’a – zaskakująco wyciszony, za pomocą drobnych gestów pokazuje gotujące się w nim emocje. Niby stoik, ale bardzo nerwowy, czasami naiwny, jednak w gruncie rzeczy to dobry człowiek. Ale całość tak naprawdę kradnie fenomenalny Ethan Suplee jako D., który staje się przyjacielem, a nawet mentorem doktorka w poruszaniu się po mrocznym świecie. Wielgachny facet z wojskowym doświadczeniem skrywa pewną niepokojącą przeszłość, a chemia między nim a Lauriem jest świetna, dodając jeszcze więcej frajdy z oglądania. Równie zaskakująca jest Gretchen Mol jako Jaclyn/Jackie, która z zadania grania dwóch osób wychodzi obronną ręką.

Niby nie jest to nic, czego byśmy nie znali, ale w swoim gatunku (noir, thriller psychologiczny) trzyma się mocno. Charyzma Lauriego, wspieranego przez fenomenalnego Suplee oraz mroczny noirowy klimat wciąga do samego końca. Druga seria zapowiada się więcej niż ciekawie.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2020

Ten post powinien w zasadzie ograniczyć się wpisania tylko jednego tytułu, mianowicie Koronawirus: The Movie. Najgorsze jest w nim to, że wywrócił nasze życie do góry nogami. Krążą jednak plotki, iż wkrótce dobiegnie on końca, ale reperkusje tego seansu będą dalekosiężne. Konkurencja jest jednak spora, a co najgorsze, wiele z tych tytułów to kino z naszego podwórka (spokojnie: nie będzie Patryka Vegi, bo jego filmów nie oglądam) oraz największa wytwórnia filmowego śmiecia – Netflix. Tak jak w przypadku najlepszych filmów, będą one ułożone chronologicznie. Jeśli czegoś tutaj nie będzie, to tylko z jednego powodu: bo prawdopodobnie nie widziałem i nie zamierzam obejrzeć. Oto filmowe piekło minionego roku:

1. Lighthouse, reż. Robert Eggers
2. Sługi wojny, reż. Mariusz Gawryś
3. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, reż. Ari Sandel
4. Czarny Mercedes, reż. Janusz Majewski
5. Ostatni samotnik, reż. Amadeusz Kocan
6. Kroniki Riddicka, reż. David N. Twohy
7. Bloodshot, reż. Dave Wilson
8. Kamerdyner, reż. Filip Bajon
9. Syberiada polska, reż. Janusz Zaorski
10. Playmobil. Film, reż. Lino DiSalvo
11. Sekretne życie zwierzaków domowych 2, reż. Chris Renaud
12. TRON: Dziedzictwo, reż. Joseph Kosinski
13. Król Artur, reż. Antoine Fuqua
14. Sonic. Szybki jak błyskawica, reż. Jeff Fowler
15. The Old Guard, reż. Gina Prince-Bythewood
16. Interior, reż. Marek Lechki
17. Solid Gold, reż. Jacek Bromski
18. Rysa, reż. Michał Rosa
19. Córka Boga, reż. Małgorzata Szumowska
20. Antebellum, reż. Gerard Bush i Christopher Renz
21. O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, reż. Ana Lily Amirpour

I tym sposobem żegnamy rok 2020, a witamy 2021 z nadzieją, że nadal będę częściej trafiał na filmy udane niż słabizny, średniaki oraz niewypały. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do komentowania tego postu. Jakie filmy was zawiodły najbardziej?

Radosław Ostrowski