Jak rozmawiać z dziewczynami na prywatkach?

Sam tytuł może wprawić w zaskoczenie, bo czego można oczekiwać? Kina edukacyjnego o tym jak zagadać przedstawicielkę płci pięknej przez niedoświadczonego chłopaka? Młodzieżowej komedii w stylu „American Pie” ze sprośnymi żartami? A może jest to film erotyczny? Na każde z tych pytań odpowiedź jest jedna: NIE. Ale to jest film o miłości, niekoniecznie fizycznej, za to w duchu punka.

Jest Londyn roku 1977, kiedy królowa Elżbieta II świętowała 25 lat siedzenia na tronie. I to w tych czasach narodziła się muzyka punkowa – antysystemowa, bez szacunku dla starszych ludzi (w sensie od rodziców wzwyż). A jednym z jej fanów jest niejaki Emm. Jest młodym chłopakiem, co buja się z dwoma kumplami od imprezy do imprezy, słucha muzy punkowej, a nawet wydaje taki fanowski magazyn. Pewnej nocy idzie pokątnie na imprezę i poznaje Ją. Taką kobietę, z którą chciałoby się pożyć, a może nawet spędzić resztę życia. Ma na imię Zan i… jest kosmitką o ciele kobiety. Zresztą na tej imprezie niemal wszyscy to przybysze z innej planety, którzy przybyli zaszaleć po raz ostatni.

Reżyser John Cameron Mitchell postanowił wziąć na warsztat opowiadanie Neila Gaimana. To wyjaśnia skąd takie pokręcone elementy, ale nawet nie jesteście na to gotowi. Bo jest dziwacznie, klejąc komedię romantyczną w duchu kina niezależnego z SF oraz dawką absurdalnego poczucia humoru. I powiem szczerze, że nie dowierzałem. Punkowa muza, zbuntowani młodzi ludzie, kosmici żywiący się swoimi dziećmi oraz podzieleni na kasty, menadżerka zespołu żyjąca dosłownie punkowym stylem życia, dziwaczny seks. Od samego wymieniania już mnie boli głowa, a reżyser jeszcze eksperymentuje z formą. Najbardziej czułem to w scenie koncertu, gdzie Zan zostaje wokalistką, okraszona animowaną wstawką.

Ogląda się to z zaciekawieniem, ale wielokrotnie w trakcie seansu zdarzało mi się „wyłączyć”. Gubiłem rytm, wątki mieszały się ze sobą i wywoływały dezorientację, zaś absurd czasami do mnie trafiał (koncert czy próba odbicia Zen siłowo przerwana… chwilką na herbatę), a czasem nie (erotyka czy tłumaczenie zasad kosmitów). Sytuację ratują dwie fantastyczne role – odrealniona Elle Fanning (próbująca się odnaleźć w naszym świecie Zen) oraz kradnąca film Nicole Kidman w charakteryzacji a’la David Bowie z „Labiryntu” (menadżerka Boadicea). Dawno nie widziałem tej aktorki w tak energetycznej, postrzelonej i wariackiej kreacji.

„Jak rozmawiać z…” to bardzo dziwaczny film, który nie każdemu się spodoba. Czasami zbyt absurdalny, postrzelony i próbujący skleić kilka gatunków ze sobą. W nie zawsze udany sposób, ale z pasją oraz punkową duszą.

6/10

Radosław Ostrowski

Nowi mutanci

Seria filmów o X-Men po wpadce w postaci „Mrocznej Phoenix” oraz przejęciu 20th Century Fox przez Disneya została niejako zamknięta. Mutanci na pewno pojawią się w MCU, ale przyjdzie nam na nich jeszcze poczekać. Pojawiło się jednak coś w rodzaju skromnego epilogu dla całej marki, choć droga była bardzo wyboista. Zdjęcia nakręcono latem 2017 roku, a premiera miała pojawić się rok później. Niestety, spięcia między reżyserem a studiem plus fuzja Foxa doprowadziła do 3-letniej (!!!) obsuwy. Ale w końcu są „Nowi mutanci”, gdzie jesteśmy w samym świecie X-Men, ale bez żadnej rozpoznawalnej postaci cyklu.

Cała historia skupia się na piątce nastoletnich dzieciaków z mocami, którzy trafiają do szpitala psychiatrycznego. Kierująca ośrodkiem doktor Reyes prowadzi terapię w celu kontrolowania ich mocy. Ale czy aby na pewno? Budynek otoczony jest niewidzialną barierą (niczym kolonia z „Gothica”), a budynek w zasadzie jest niemal pusty. Oprócz naszych pacjentów i lekarki, a całą historię poznajemy z perspektywy Dani. Młoda dziewczyna indiańskiego pochodzenia, Dani, trafia do tego miejsca jako jedyna ocalona z niewyobrażalnej tragedii – cała osada (i jej ojciec) zginęli wskutek tornada. Nie jest ona świadoma swoich mocy w przeciwieństwie do współtowarzyszy.

Film niejako podzielić na dwie mocno wyróżniające się części. Pierwsza bardziej skupia się na relacji Dani z pozostałymi mutantami. I są to bardzo wyraziste, choć czasami wycofane postacie. Schizofreniczna Iljana, małomówny, ciągłe połamany Sam, przystojny i dziany Roberto oraz mocno wierząca Rahne. Ich moce odkrywamy bardzo powoli, bez pośpiechu, a nad wszystkim unosi się duch niezależnego kina inicjacyjnego. Ale cały czas jest skrywana tajemnica oraz prawdziwe intencje stojące za tym niby szpitalem. A może jest to bardziej więzienie czy może ośrodek badawczy?

Dopiero w drugiej połowie reżyser podkręca śrubę i zaczyna pojawiać się groza, obecna krótko na początku. Poznajemy moce naszych postaci (od teleportacji przez użycie energii słonecznej po przemianę w wilkołaka), a także mroczne tajemnice oraz lęki każdego z nich. I wtedy jest naprawdę niepokojąco, nawet krwawo i brutalnie (bliżej końca). Zaskoczyło mnie to bardzo, zaś finał daje wiele satysfakcji. Problem jednak w tym, że to mnie nie porwało za bardzo. Nie oznacza to, że się nudziłem. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite, sceny grozy odpowiednio zmontowane – czuć rękę fachowca. Ale zabrakło mi jakiegoś mocniejszego uderzenia oraz większego… straszenia.

Pochwalić za to trzeba aktorów, gdzie czuć silną chemię między nimi. Największą niespodzianką dla mnie była Blu Hunt jako Dani – zagubiona, niepewna, skrywająca bardzo niepokojącą moc. Czy będzie w stanie ją kontrolować? Jak zareaguje na to reszta grupy? I czy się w tym bajzlu odnajdzie? Oprócz niej bardzo dobrze wypada Maisie Williams (Rahne) – relacja tej dwójki postaci to najmocniejszy punkt tego filmu, stanowiąc dla mnie emocjonalny kościec. Ale całość kradnie Anya Taylor-Joy jako Iljana – bezczelna, arogancka, kierująca się własnymi zasadami. Wręcz gotowa zabić każdego, kto stanie na jej drodze. Tylko, że za tym skrywa się zupełnie inna, bardziej delikatna twarz. Bardzo silna mutantka w tym gronie. Reszta składu (Charlie Heaton, Henry Zaga i Alice Braga) też ma swoje przysłowiowe pięć minut, trzymając poziom.

Jak na produkcję mocno „odleżoną”, mutanci Boone’a prezentują się naprawdę przyzwoicie. Kameralny charakter i skupie się na relacjach daje wiele frajdy, może poza ostateczną walką z kreaturą w CGI. Zakończenie daje pewną furtkę na kontynuację, jednak nie widzę na to szans. Kompetentna robota, choć można było bardziej straszyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hanna

Hanna pozornie wydaje się zwykłą blondwłosą nastolatką. Tylko, że mieszka w dziczy razem z ojcem, który przekazuje jej całą wiedzę. Wiedzę o świecie, polowaniu na zwierza, znajomości języków oraz… zabijaniu. Ukrywają się do chwili, aż dziewczyna będzie gotowa na konfrontację, nie tylko ze światem. Chodzi o pewną kobietę, która jest odpowiedzialna za śmierć jej matki, a także dawną szefową jej ojca. Czy wspomniałem, że facet pracował dla tajnych służb? Zaczyna się polowanie, gdzie wygrać może tylko jedna strona.

Kiedy myślicie o takim reżyserze jak Joe Wright, najczęściej przychodzi do głowy kino kostiumowe. Stylowo zrobione, pięknie wyglądające i zagrane na wysokim poziomie. Ale to, co zrobił w 2011 roku zaskoczyło wszystkich. Bo „Hanna” to thriller akcji, czyli gatunek raczej nieznany temu filmowcowi. Trzeba być naprawdę odważnym, by wyjść ze swojej strefy komfortu. Ale od razu uprzedzam, że nie jest to do końca konwencjonalna sensacja. Im dalej zaczynamy obserwować historię, tym bardziej wydaje się odrealniona, wręcz groteskowa. Odniesienia do baśni braci Grimm, zmieszane z silnym zmysłem estetycznym plus przenoszenie akcji z miejsca na miejsce (od bieguna przez Maroko do Berlina) tylko pozornie może pasować do kina szpiegowskiego. Niby były już opowieści o osobach w wieku dziewczęco-nastoletnim, które opuszczają swój klosz, chcąc prowadzić normalne życie. Ale z powodu kilku ludzi i/lub supermocy czy specjalnych umiejętności nie jest im to dane.

Wright jednak nie pędzi na złamanie karku, nie bawi się w efekciarski montaż a’la „Krucjata Bourne’a” (czytaj: akcja tak dynamiczna, że gówno widać przebieg wydarzeń) czy popisy pirotechniczne. Co nie oznacza, że scen pościgów, bijatyk czy strzelanin nie ma. Co to, to nie. Może i tempo jest spokojne, ale napięcie wielokrotnie uderza niczym dresiarz wieczorową porą w ciemnym zaułku. Wright nie boi się pokazać kilku fantastycznych mastershotów (próba dorwania ojca Hanny po wyjściu z dworca) czy szybkich cięć bez tracenia rytmu czy wywoływania chaosu (pościg za Hanną z kontenerami w tle). I to nadal wygląda po prostu znakomicie, choć wyjaśnienie całej tajemnicy wokół bohaterki brzmi jakby tandetnie. Do tego wariackiego klimatu pasuje elektroniczno-eksperymentalna, potęgująca napięcie muzyka duetu The Chemical Brothers. Choć czasem świdruje uszy, zostaje w głowie, co jest rzadkim osiągnięciem.

I to wszystko jeszcze jest wsparte absolutnie świetnym aktorstwem. Powiem może coś niepopularnego, ale dla mnie „Hanna” to najlepsza rola Saorise Ronan. Ona trzyma ten cały film na barkach, tworząc niby znajomy typ silnej-słabej dziewczyny. Wyszkolona zabójczyni, ale nastolatka przechodząca swoją pierwszą inicjację, z marzeniami oraz chęcią prowadzenia życia normalnej nastolatki. No i w scenach akcji wypada świetnie, bez ani jednej fałszywej nuty. A za wsparcie miała o wiele doświadczonych kolegów: od wycofanego Erica Bany (Erik, ojciec Hanny) przez balansujące na granicy przerysowania postacie Cate Blanchett (Marissa Wiegler) i Toma Hollandera (zabójca Isaacs) po stonowane, lecz wyraziste kreacje Olivii Williams czy Jessiki Barden.

Wariacki koktajl – tak jednym słowem można opisać „Hannę”. Joe Wright tym filmem pokazuje twarz więcej niż kompetentnego twórcy kina akcji. I troszkę szkoda, że nie poszedł więcej w stronę tego gatunku. Ale nie wszystkim ta krwawa baśń przypadnie do gustu, wiec jeśli nie boicie się nieoczywistych hybryd, będziecie oczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

Mank

Dzisiaj sobie odświeżyłem sobie „Obywatela Kane’a” i nie była to kwestia przypadku. Podjąłem się tego, kiedy pojawiła się informacja od Netflixa. Mianowicie, że David Fincher – jeden z moich ulubionych reżyserów – podpisał 4-letnią umowę na wyłączność dla streamingowego giganta. Jednym z dzieł tej umowy jest „Mank”, czyli o pracy nad scenariuszem reżyserskiego debiutu. Film, gdzie Welles miał pełną kontrolę nad swoim dziełem, bez ingerencji studia i nakręcić na dowolny temat. Kwestia autorstwa zaś pozostaje dyskusyjna, choć w czołówce wymienieni są Orson Welles oraz Herman J. Mankiewicz – producent, dziennikarz oraz doświadczony scenarzysta.

Scenariusz do „Manka” powstał ponad 30 lat temu przez ojca Davida Finchera, Jacka (zmarł w 2003 roku), film zaś miał powstał po „Grze”, a główne role mieli zagrać Kevin Spacey i Jodie Foster. Lata mijały i dopiero dzięki Netflixowi sprawa ruszyła z kopyta. Jaki jest efekt? Cóż, może powiem po kolei.

Sama historia skupia się na Hermanie Mankiewiczu, który po wypadku samochodowym, gdzie złamał nogę, dostaje propozycję. W szpitalu od młodego filmowca, Orsona Wellesa. Ma dla niego napisać scenariusz w dwa miesiące na ranczu z dala od cywilizacji, alkoholu i hazardu. Za to z pielęgniarką oraz sekretarką przepisującą pomysły Manka. Wskutek umowy nasz bohater ma nie być wymieniony w czołówce jako scenarzysta.

Cały film pokazuje pracę Manka nad tekstem (to akurat nie zajmuje nawet 1/3 całego filmu), reakcji ludzi z najbliższego otoczenia oraz retrospekcjami z lat 30., czyli okresu aktywnej pracy scenarzysty. Praca nad „Obywatelem Kane’m” dla Manka staje się pretekstem do pewnego rodzaju rozliczenia i świadomym gwoździem do trumny wobec swojej kariery. A wszystko to w czasach moralnej degrengolady Hollywoodu – na zewnątrz Krainy Snów, gdzie wierzy się, że King Kong jest wysoki na 10 piętek, a 40-letnia aktorka jest dziewicą. Bo to leży w kwestii producentów, zaś praca przy filmie to gra zespołowa, gdzie nie ma miejsca na indywidualizm. I jeszcze jedna kwestia, czyli zbliżenia kina z polityką oraz wykorzystywanie jej do politycznych celów jak kampania wyborcza na urząd gubernatora. Oraz jaka jest cena sprzedania się do tych celów. To wszystko brzmi fascynująco, a kilka scen pozostaje mocno w głowie.

Są jednak dwie istotne sprawy, o których musicie wiedzieć przed obejrzeniem „Manka”. Po pierwsze, musicie znać „Obywatela Kane’a”, bo Fincher mocno się do niego odwołuje. I nie chodzi tu tylko o czarno-białe zdjęcia (fantastyczna robota Erica Messerschmitta – solidna, niemiecka marka 😉) czy utrzymaną w jazzowym tonie, inspirowaną Bernardem Herrmannem muzyką. Ale też chodzi o skupienie na detale, konstrukcję scenariusza (praca Manka przeplatana jest retrospekcjami) oraz wiele podobnych – nie identycznych – scen. No i druga sprawa: bez znajomości historii, zwłaszcza historii kina lat 30. nawet nie podchodźcie. Bo Fincher nie będzie niczego tłumaczył, prowadząc za rączkę, tylko rzuci na głęboką wodę. Pojawia się masa nazwisk i postaci – Mayer, Thalberg, Hearst, Joseph Mankiewicz, Upton Sinclair – oraz odniesień do epoki, literatury, kultury, że bez tej wiedzy nie odnajdziecie się. To najbardziej hermetyczny i niewygodny dla widza film. Być może też dlatego miałem takie wrażenie, jakby oglądał film przez szybę.

Trudno mi się realizacyjnie do czegokolwiek przyczepić – ten film wygląda i brzmi zachwycająco. Nawet dźwięk brzmi jak z kina lat 40. Takiej imitacji nie widziałem od czasu „Artysty” oraz „Dobrego Niemca”. Zagrane jest to pierwszorzędnie – Gary Oldman to klasa sama w sobie, zaskakuje bardzo pozytywnie Amanda Seyfried jako dziewczyna/żona Hearsta, a przebogaty drugi plan prowadzony przez Charlesa Dance’a (Hearst) bywa wręcz oślepiający.

Niemniej „Mank” nie jest filmem, w którym zakochacie się od razu. Jestem więcej niż pewny, że z kolejnymi seansami ten film będzie rósł w moich oczach. Ale na chwilę obecną to „tylko” bardzo dobre kino, pokazujące skupioną na detalach pracę Finchera. Szanuję, podziwiam, lecz „jeszcze” nie wielbię, a ocena końca jest naciągana. Troszkę.

8/10

Radosław Ostrowski

Obywatel Kane

Charles Foster Kane – kiedyś magnat i potentat prasowy z ambicjami politycznymi – teraz przebywa sam w swoim pałacu Xanadu. Umiera, upuszczając śnieżynkę, wypowiadając jedno słowo: „Różyczka”. Dziennikarze próbują ustalić, co może znaczyć to słowo, jednak zachowane materiały archiwalne nie dają żadnej odpowiedzi. Więc jeden z reporterów, Thompson, dostaje zadanie przeprowadzenia rozmów z ludźmi pamiętającymi bogacza i odnaleźć odpowiedź na to pytanie.

Czy można powiedzieć coś nowego na temat debiutu Orsona Wellesa z 1941 roku? „Obywatel Kane” był filmem idącym zupełnie innymi ścieżkami. Stosowanie retrospekcje, zabawa formą i perspektywą, oświetlenie inspirujące kino noir (scena rozmów dziennikarzy po kronice filmowej czy wizyta w archiwum Thatchera) czy płynne montażowe przejścia – znakomita robota Roberta Wise’a – nadające całości swój rytm. Całość przypomina tutaj zabawę w rozwiązanie tajemnicy. Zupełnie jakby wiara w odkrycie znaczenia ostatniego słowa może powiedzieć cokolwiek o drugim człowieku. Czyżby tak jest naprawdę? Taka koncepcja była wykorzystywana później wielokrotnie choćby w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy. Narracja kilku postaci ma pokazać portret człowieka, który stworzył wielkie imperium medialne, narzucając swoje opinie milionom ludzi, by skończyć jako samotnik w pełnym przepychu pałacu.

Ta konstrukcja przypomina mi kryminał, gdzie tajemnicą pozostaje sam Kane (rewelacyjny Orson Welles) oraz to jak bardzo mocno się zmienia. Od dziecka wychowanego przez księgowego banku (taki XIX-wieczny „Truman Show”) przez ekscentrycznego bogacza z idealistycznymi przekonaniami, ambitnego polityka z zasadami po samotnika pozbawionego bliskich i władzy. Te sprzeczne charaktery pokazuje już na początku filmu kronika filmowa (znakomicie zrealizowana), a potem potwierdzają relacje kolejnych osób: od drugiej żony przez szefa redakcji po najbliższego przyjaciela-recenzenta teatralnego. Każdy z nich opisuje Kane’a jako różną postać: ambitnego kreatora rzeczywistości, polityka trzymającego się swoich ideałów, wreszcie pragnącego miłości milionów megalomana. Sama ta narracja zachwyca tak jak nie chcąca się zestarzeć techniczna realizacja. A mówimy o filmie sprzed 80 lat (!!!), co mnie samego zaskakuje.


Choć pewnie rekwizyty mogą wydawać się archaiczne (dziś byłby to Internet i social media, zamiast prasy), to jednak sposób prowadzenia narracji przez Wellesa – oraz współodpowiedzialnego za scenariusz Hermana Mankiewicza – bronią ten film przed pokryciem go rdzą. Tak się rodziło kino autorskie, które wyznaczało nowe kierunki w kinematografii. Plus absolutnie fenomenalne aktorstwo, gdzie w większości na ekranie pojawiali się debiutanci. Imponujące.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs – Piekielna gra 3

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery odnoszące się do pierwszej części, więc jeśli nie oglądałeś, czytasz na własną odpowiedzialność.

Jak się zaczęło jakiś film i powstała część druga, lepiej spiąć jest całość w części trzeciej tworząc TRYLOGIĘ. Nie inaczej stało się z trylogią kryminalno-sensacyjną „Piekielna gra”, której pierwsza część okazała się wielkim sukcesem. Jednocześnie powstała część druga i trzecia. Dwójka była prequelem skupionym na inspektorze policji i drobnym gangsterze, którzy z przyjaciół stali się wrogami. Ale trójka to bardzo dziwna hybryda, będąca jednocześnie sequelem i prequelem. Jak do cholery można coś takiego ogarnąć?

Akcja toczy się na dwóch liniach czasowych, które się ze sobą przeplatają. Pierwsza zaczyna się pół roku przed śmiercią Yana, kiedy ten dalej rozpracowywał gang Sama. Mafiozo poznaje handlarza bronią Chena, który chce z nim robić interesy. Jednocześnie Yan ze względu na bardzo gwałtowny atak przemocy w salonie masażu zostaje skierowany na terapię. Drugi wątek dotyczy działającego w wydziale wewnętrznym Minga Lau, który odciął się od swojej dawnej profesji. Ciągle jednak nawiedzają go wydarzenia z finału jedynki i nie może być pewny, że jest jedyną wtyczką mafii w strukturach policji. Dziesięć miesięcy po śmierci Yana dostaje cynk, że jeden z policjantów – inspektor Yeung – mógł współpracować z triadą. Decyduje się zbadać sprawę i zmieszać gliniarza z błotem, by odsunąć od siebie podejrzenia.

Muszę przyznać, że trójka bardzo mnie zaskoczyła, wracając do korzeni. Wątek Lau oraz Yeunga prowadzących grę w kotka i myszkę naprawdę wciąga, a retrospekcje z udziałem tego drugiego rzucają wątpliwości, co do jego prawdziwych intencji. Wraca poczucie zagrożenia oraz ciągłego niepokoju związanego z odkrywaniem kto jest kim. Pomaga w tym obecność dwóch nowych postaci – Yeunga oraz Chena. Co jednak zaskoczyło to psychologiczne dylematy ocalałego zdrajcy, którego wejście w nową skórę (Lau) okazuje się o wiele bardziej problematyczne niż mu się wydawało. Zmęczenie, ciągły niepokój, wreszcie parę schiz (scena w poczekalni) i pytanie: ile jeszcze wytrzymam? Kiedy wpadnę?

Przejścia między czasami są początkowo oznaczane, ale potem mieszają się ze sobą, co może wywoływać na początku dezorientację. To jednak nie trwa długo, a klimat niepokoju oraz tajemnicy powraca z całą mocą. Zaskakująco złapał mnie wątek terapii Yana z dr Lee, zmieniając dynamikę lekarz-pacjent w relację miłosną. Może wtedy muzyka jest za bardzo romantyczna, jednak nie psuje to bardzo dobrego wrażenia. I daje to także chwilę na złapanie oddechu. To jednak odskocznia przed mroczny światem, gdzie zaufanie jest towarem deficytowym, a zdrada jest czymś powszechnym jak oddychanie. Jest nawet scena pościgu oraz strzelanina, zaś finał daje wiele satysfakcji, ostatecznie zamykając całość.

Nadal jest świetnie zagrana, stara ekipa nadal trzyma poziom. Więcej czasu dostaje Kelly Chen (dr Lee), co działa na korzyść. Z nowych postaci zapada w pamięć bardzo powściągliwy inspektor Yeung (świetny Leon Lai) oraz groźnie wyglądający Shen (Daoming Chen po prostu błyszczy), zmieniając wiele w całej narracji. Kto jest naprawdę kim – przekonajcie się sami, więcej nie zdradzę.

Po drobnym spadku formy jakim była część druga, „Piekielna gra 3” wraca na właściwe tory, stanowiąc świetne zamknięcie trylogii. Wraca mrok oraz kwestia związania z byciem w obcej skórze. Sprytnie poprowadzona, skomplikowana intryga wsysa jak bagno. A wyjście z niego jest tylko jedno.

8/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs: Piekielna gra 2

Pierwsza „Piekielna gra” była wielkim kasowym hitem oraz ogromnym zaskoczeniem dla reżyserskiego duetu Andrew Lau/Alan Mak. Panowie rok po premierze od razu zaserwowali dwie kolejne części, choć tylko część trzecia kontynuowała opowieść z oryginału. „Dwójka” jest prequelem i cofa nas o 10 lat do tyłu, kiedy to Yan zostaje wydalony ze szkoły kadetów, zaś Lau zostaje, działając jako wtyczka pracująca dla mafii.

W 1991 roku Sam nie był taką grubą rybą, a zaledwie jednym z członków gangu Ngai, jednocześnie przyjaźniąc się z inspektorem Wongiem. Yan zostaje wyrzucony ze szkoły policyjnej, ponieważ jego przyrodni brat jest członkiem triady. A jest nim… Ngai Wing-Hau, który dzięki morderstwu swojego wuja, zostaje szefem mafii. Ta decyzja zmusza Sam do umieszczenia wtyczki policji – zostaje nim Lau King Ming. Cztery lata później władza Ngaia wydaje się nienaruszona, ale gangster proponuje podział władzy między swoich czterech współpracowników, w tym Sama. Jednak cała ta akcja jest pułapką, mającą zlikwidować tych ludzi.

Już z opisu można wywnioskować, że bohaterowie poprzedniej części tak naprawdę są zepchnięci na drugi plan. „Dwójka” skupia się przede wszystkim na postaciach Wonga oraz Sama, którzy z przyjaciół stają się wrogami. Jak obaj zaczynają wspinać się w hierarchii i współpracują przeciw wspólnemu przeciwnikowi. Z tego powodu atmosfera oraz klimat mocno się zmienia, nie jest tak intensywny ani gęsty niż poprzednik. Do tego początek jest naładowany wieloma postaciami, przez co można się pogubić w tej układance. Dopiero kiedy akcja przesuwa się do roku 1994, udało mi się przestawić oraz wejść do tego brudnego świata. Jest parę mocnych scen przemocy (egzekucja czterech mafiozów, z których udaje się wyrwać Samowi czy wysadzenie samochodu), jak i wiele przewrotek, zmieniających przebieg gry.

Te ostatnie elementy bardzo przypominają ducha oryginału, o czym przypomina bardzo mocny finał, gdzie wracamy do punktu wyjścia z „jedynki”. Nadal historia potrafi wciągnąć, mimo wielu pobocznych wątków. Najciekawszym z nich jest wątek żony Sama, która samodzielnie dokonuje zemsty na wuju Ngaia. Ale jak to mówi jeden z bohaterów: „prędzej czy później, za wszystko trzeba zapłacić”. Nie ma na szczęście poczucia przesytu, a finał – pozornie przewidywalny – daje wiele satysfakcji.

Stara aktorska wiara powraca, tym razem dając większe pole do popisu dla Anthony’ego Wonga oraz Erica Tsanga. Młodsze inkarnacje bohaterów „jedynki” (Shawn Yue i Edison Chen – obecni także w poprzedniej części) dają radę, choć więcej czasu dostaje ten pierwszy. Z nowych postaci największe wrażenie robi Francis Ng jako bardzo opanowany, elegancki Ning. Wydaje się spokojny, wręcz pozbawiony emocji, przewidujący każdy ruch przeciwnika, ale kiedy działa jest skuteczny jak diabli. Warto też wspomnieć wyrazistą Carinę Lau jako żonę Sama.

Druga część „Piekielnej gry” nie jest aż tak waląca po oczach, intensywnym thrillerem sensacyjnym jak pierwsza część. Mimo to potrafi dać wiele satysfakcji, ma wiele mocnych scen akcji oraz nadal wyraziste postacie. Nie mogę się doczekać finału, który najmocniej podzielił fanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Infernal Affairs – Piekielna gra

Ile już na ekranie widzieliśmy zabaw w policjantów i złodziei? Gdzie obie strony próbuja nawzajem się podejść, zyskać przewagę do pokonania tych drugich? A metod jest wiele: od prowokacji i obserwacji po umieszczanie wtyczek. I ten ostatni element pokazuje sensacyjniak z Hong Kongu – “Infernal Affairs”. Po naszemu “Piekielna gra”. Stara dobra polska szkoła tłumaczeniowa, ale nie o to chodzi.

Historia ma tutaj banalie prostą koncepcję: mamy dwóch tajniaków działajacych po dwóch Stronach barykady. Yan jest policjantem działającym pod przykrywką jako członek triady od 10 lat. Jedyną osobą znającą jego tożsamość jest nadkomisarz Wong, trzymający dane zabezpieczone hasłem. Po drugiej stronie jest inspector Yen, będącym jedną z wtyczek szefa mafii Sama. Obaj nie wiedzą o swoim istnieniu aż do momentu pewnej ważnej transkacji, zakończonej mała wpadką. Panowie dostają od swoich szefów zadanie namierzenia zdrajcy w szeregach.

Brzmi znajomo? Jeśli wam się kojarzy z “Infiltracją” Martina Scorsese, to jest to właściwy trop. “Piekielna gra” jest oryginalną wersją powstałą cztery lata przed oscarowym dziełem mistrza z USA. Ale duet Andrew Lau i Alan Mak idzie w zupełnie inną stronę. Bo na hasło kino sensacyjne z Hong Kongu raczej należy się spodziewać czegoś w rodzaju Johna Woo, prawda? Czyli przeładowanej akcją rozpierduchy z wszechobecnym slow-motion, wiadrami krwi, gołębiami. Cóż, nie tym razem. Bliżej temu filmowi do thrillera psychologicznego, opartego na zabawie w kotka i myszkę. Nawet skojarzyło mi się to z… kinem szpiegowskim. Niby wiemy kto jest kim, ale z czasem granica mędzy tym kto jest dobry z naszych bohaterów zaciera się. Yan chce wrócić do dawnego życia jako policjant, z kolei Lau dostaje szansę na rozpoczęcie nowego etapu. Tylko kto wytrzyma nerwowo tą konfrontację, a kto zginie. Bo nie ma tutaj szansy na szczęśliwe zakończenie dla obu bohaterów.

Sama ekspozycja trwa kilka minut i jest bardzo szybko poprowadzona, za pomocą dynamicznego montażu oraz krótkich scenek. Następnie zostajemy rzuceni w środek operacji, gdzie napięcie zaczyna sięgać zenitu. Wizualnie troszkę jest bliżej do kina Michaela Manna, gdzie większość akcji toczy się nocą. Zdarzają się podnoszące adrenaline momenty jak rozmowa komisarza z Yanem, kiedy zbliża się do nich ekipa gangsterów czy kiedy Yan obserwuje Lau po rozmowie z Samem w kinie. Ryzyko wpadki może się zdarzyć w każdej, a jeden nie wie o drugim nic. Aż do momentu konfrontacji zakończonej nagle i gwałtownie, gdzie finał naprawdę mnie zaskoczył.

Jest także świetnie zagrane i dajcie sobie wmówić, że wszyscy azjatyccy aktorzy wyglądają tak samo. Bo nie. Błyszczą szczególnie grający główne role Tony Cheung i Andy Lau jako szukający siebie nawzajem krety. Obaj maja wiele do pokazania, zwłaszcza Cheung zmęczony działaniem pod przykrywką, znakomicie się uzupełniając. Wspierają ich równie błyszczący Anthony Wong (nadkomisarz Wong) oraz Eric Tsang (gangster Sam), tworząc bardzo mocny drugi plan.

“Piekielna gra” po raz kolejny pokazuje, że azjatyckie kino gatunkowe jest o wiele ciekawsze niż opierające bardziej na szablonach kino z USA. Jest bardziej spokojne i mniej efekciarskie niż można się było spodziewać, zaś klimat i suspens działa aż do samego końca. Atmosferę wręcz można kroić nożem. O wiele lepsze od remake’u Scorsesego.

8/10

Radosław Ostrowski

Chance – seria 2

Dr Eldon Chance już nie prowadzi prywatnej praktyki lekarskiej, tylko pracuje w szpitalu, zajmując się ofiarami przemocy fizycznej. W tajemnicy przed szefową, razem ze swoim kumplem D neutralizuje źródła tych problemów. Poza tym, zostaje poproszony o przysługę przez detektywa Kevina Hynesa. Gliniarz ma obsesję na punkcie bogatego mistrza branży elektronicznej – Ryana Wintera, którego podejrzewa o seryjne zabijanie kobiet (poderżnięcie gardła). A jakby tego było mało, ma haka na doktorka, więc Chance – chcąc nie chcąc – decyduje mu się pomóc. Zaczynając od poturbowania bogacza, dzięki czemu trafia do jego oddziału.

Drugi sezon „Chance’a” nie ma już tej noirowej otoczki, ale nadal jest to mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego. Twórcy ciągle balansują między skupieniem się na kryminalnej intrydze a wątkami obyczajowymi. Obydwa łączy postać doktora Chance’a – neuropsychiatrę z mroczną, brutalną przeszłością, pełnego empatii oraz miejscami wręcz impulsywnego. Podobnie zachowuje się jego córka Nicole, próbująca zacząć nowe życie w nowej szkole. Co oczywiście się nie udaje, bo plotki rozchodzą się szybko i konfrontacja jest nieunikniona. Do tego cały czas prowadzona jest gra między Chance’m a Winterem, gdzie nie wiadomo kto kogo podchodzi. I co tak naprawdę wie ta druga osoba. Wszelkie podchody, niedopowiedzenia oraz próba dojścia do prawdy – kolejne przeszkody, nieprzyjemne tajemnice i… jest ktoś trzeci w tym duecie. Więcej wam nie zdradzę, bo odkrywanie tych zagadek jest bardzo dużą frajdą. Nawet kiedy tajemnica zostaje wyjaśniona (odcinek 7), nadal opowieść wciąga, dając kolejne komplikacje. Wraca też wiele starych wątków jak poszukiwania przez rodzinę D czy pogłębiające się problemy Nicole, dzięki czemu zachowuje się ciągłość narracyjną.

Również realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić – od szybkich przebitek montażowych po sceny, gdzie rozmowa jest czasem prowadzona z offu. Pojawia się troszkę akcji oraz scen przemocy, ale są raczej tylko dodatkiem niż głównym daniem. Pod koniec serialu akcja też przenosi się poza San Francisco, co troszkę uatrakcyjnia całość. Wszystko podbite pulsującą muzyką i mrocznymi zdjęciami. Nawet jeśli czasami zdarzają się momenty przestoju, nie wybijają z rytmu oraz pozwalają złapać chwilę oddechu przed nerwową konfrontacją. Satysfakcjonuje za to zakończenie, zamykające wszystkie wątki i w zasadzie nie dające furtki na ciąg dalszy (co widać także w decyzji Hulu o kasacji serialu).

To, co nadal działa w serialu to relacja między Chance’m a D. Hugh Laurie oraz Ethan Suplee są po prostu fenomenalni, pozornie różni, lecz mający zaskakująco wiele wspólnego. Każdy z nich też działa w scenach, gdzie grają osobno od siebie. Równie błyszczy Brian Goodman jako zdeterminowany, obsesyjny wręcz detektyw Hynes, nigdy nie przekraczający granicy etycznej. A jak nowy antagonista, czyli Ryan Winter. W tej roli świetny Paul Schneider, balansujący między nerwowością, opanowaniem a udręczeniem. I to bez popadania w przerysowanie czy karykaturę, o co było łatwo.

Drugi sezon „Chance’a” jest równie udany, a nawet miejscami przebija pierwszą serię. Ma nadal swój mroczny klimat tajemnicy, świetne dialogi oraz aktorstwo tworzą jeden z lepszych (choć przeoczonych) seriali gatunkowych w starym, dobrym stylu. Czuję jednak pewien żal, że to już koniec i więcej odcinków nie będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski