Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Apollo 10 1/2: Kosmiczne dzieciństwo

Co się stanie jak swoje siły połączy Netflix i reżyser Richard Linklater? Kolejna inicjacyjna historia, tym razem mocno czerpiąca ze wspomnień samego reżysera. Czyli skupiamy się na wakacjach roku 1969, gdy Amerykanie szykowali się do lądowania na Księżycu.

Sama nazwijmy to historia toczy się dwutorowo. Po pierwsze, skupiamy się na Stanie – młodym chłopaku z Houston oraz jego rodzinie. Po drugie, naszego bohatera odwiedzają w szkole dwóch facetów w czerni. To agenci FBI współpracujący z NASA, którzy proszą o przetestowanie… kosmicznego pojazdu mającego lądować na Księżycu. Pojazd jest za mały dla dorosłego, lecz dla dziecka w sam raz. Propozycja nie do odrzucenia, o której nie może nikomu powiedzieć. Czyli misja Apollo 10 ½, gdzie te historie się przeplatają.

apollo 10.5-1

Chociaż nazwanie tego historią jest bardzo na wyrost. Bo to wszystko przypomina zbiór anegdotek, niejako pełniących zapis wspomnień oraz wskrzeszeniem dawnej epoki. Czasów, gdzie wierzono w nieskończone możliwości człowieka. Kiedy wierzono, że to będzie początek podboju kosmosu i wkrótce będziemy na Księżycu mieszkać. Czasy rock’n’rolla, spędzania czasu przed telewizorem (zwłaszcza jak były takie seriale jak „Strefa mroku”, „Dark Shadows” czy „The Andy Griffith Show”), z sąsiadami, ich dziećmi. To wszystko wydaje się ciągiem świadomości, gdzie wyobraźnia i rzeczywistość mieszają się ze sobą. Przypomina to obserwowanie albumu ze zdjęciami, co uruchamia pewne wspomnienia. A jeśli do jakiegoś filmu musiałbym porównać „Apollo 10 ½”, to najbliżej byłoby do… „Boyhood”. Tylko nie rozpychając się tak mocno w czasie.

apollo 10.5-2

Film zrealizowano uwielbianą przez reżysera mieszanką rotoskopii z ręcznie rysowaną animacją. I ta zbitka czyni ją bardzo unikatowym doświadczeniem. Animacja jest zarówno bardzo płynna, zaś sceny z użyciem archiwalnych materiałów czy fragmentów filmów/seriali nie wywołują dezorientacji. Trudno mi było oderwać wzrok, zaś wiele ujęć (m. in. szkolenie w NASA czy przygotowanie posiłków) są wręcz przepiękne. Całości dopełnia offowa narracja dorosłego bohatera, mówiącego głosem Jacka Blacka.

apollo 10.5-3

„Kosmiczne dzieciństwo” potwierdza tylko, że połączenie Linklater + kino inicjacyjne/animacja gra i buczy. Jest bardzo nostalgicznie, migawkowo, jednak jest w tym pewna autentyczność oraz szczerość. Bo każde wspomnienie nie jest odtworzeniem danej sytuacji, tylko jej interpretacją, co może sugerować ostatnie zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 3

Sztandarowa antologia Netflixa wyprodukowana przez Davida Finchera i Tima Millera to jedna z bardziej nierównych rzeczy. Ale to jest przecież reguła w przypadku antologii, że nierówny poziom jest wpisany, gdzie miesza się horror, SF, dramat, kino akcji. Do wyboru, do koloru. Pierwszy sezon miał za dużo odcinków, drugi z kolei był za mało zróżnicowany wizualnie i wszystkie odcinki zlewały mi się w jedną estetykę. Trzeci sezon wydaje się poprawiać te błędy i jest najbardziej różnorodny wizualnie.

Nadal jest to mieszanka SF, gdzie czasem pojawia się humor, akcja, horror albo parę z tych elementów naraz. Ciągle dominuje technika animacji komputerowej, ale nawet ona potrafi wyglądać inaczej. Bywa realistyczna (mroczna, morska „Niekomfortowa podróż”), umowna („Szczury Masona”), a nawet fotorealistyczna (oszołamiające „Jibaro”). Dominują tutaj bardziej elementy horrorowe, gdzie otoczka fantastyki czerpana albo jest z mitologii, albo Lovecrafta oraz wojna. Wszystko, by pokazać ludzkość o różnych obliczach: chciwych, głupich, egoistycznych, stawiających siebie na pierwszym planie jak i zdolnych do poświecenia, heroizmu, empatycznych. Głównie osadzone albo w przyszłości, albo w teraźniejszości. I ogląda się to znakomicie, także dzięki krótkiemu czasowi trwania. A jakie są ulubione odcinki? To już wam mówię.

Zdecydowanym faworytem jest finałowe „Jibaro”, osadzone w nieokreślonej przeszłości czasów konkwistadorów. Jeden z rycerzy jest niesłyszący i jest jedynym ocalonym masakry. Co ją wywołało? Tajemnicza kobieta z jeziora, niemal ozłocona wszelką biżuterią, klejnotami i ozłoceniami, która niczym syrena swoim głosem doprowadza do obłędu. Wygląda to obłędnie, wręcz jakbym oglądał film live-action, do tego całkowicie pozbawiony dialogów i bardzo otwarty na interpretację. Bardzo sensualny odcinek oraz najbardziej niezwykła rzecz od czasu „Zima Blue” (aczkolwiek nie na tym poziomie).

Drugi ulubiony odcinek to „Niekomfortowa podróż”, którą wyreżyserował sam David Fincher. Tym razem osadzona gdzieś w XVII/XVIII wieku opisując morską wyprawę, która zostaje przerwana przez przedarcie się tajemniczego monstrum. Wyglądającego jak zmutowany krab, który ma jeden cel: dotrzeć do zaludnionej wyspy, której mieszkańcy robiliby za żarcie. Jednak pełniący rolę kapitana Torrin ma inny plan, czyli oszukanie bestii i zostanie na oddalonej od celu przeznaczenia opuszczonej wyspie. Ale czy reszta załogi zgodzi się na ten plan? Zdecydowanie mroczna opowieść (dziejąca się głównie w nocy, przez co czasem trudno coś zobaczyć), z kilkoma twistami, napięciem oraz brutalnym finałem.

Zaskoczeniem była krótka „Noc minitrupów”, czyli… apokalipsa zombie. W formie animacji poklatkowej, z użyciem małych modeli. To najzabawniejszy odcinek, pokazującej jak jeden durny incydent (parka pojechała na cmentarz, by… uprawiać seks i przy okazji zdemolowali miejsce) eskaluje do totalnej katastrofy ogarniającej całą planetę (od Paryża przez Tokio po Watykan). Perspektywa izometryczna zmieszana z coraz większym chaosem i zniekształconymi dialogi tworzy cholernie śmieszny, choć z gorzką refleksją pokazującą jak małe są nasze problemy z perspektywy kosmosu.

Jeśli szukacie akcji i krwawej jatki, zdecydowanie powinniście sięgnąć po „Kill Team Kill”, gdzie grupka żołnierzy (niemal żywcem wyjęta z kina akcji lat 80.) mierzy się z miśkiem grizzly. Ale ten zwierzak to tajna broń genetyczna stworzona przez CIA i pokonać to bydle nie będzie. Odcinek jest brutalny, krew leci we wszystkich strumieniach, a napięcie jest rozładowywane one-linerami. Poważniej podchodzi do tego aspektu „Pochowani w podziemnych korytarzach”, gdzie oddział wojskowy ma odbić zakładnika z rąk talibów. Wchodząc do jaskini muszą zmierzyć się z o wiele poważniejszym zagrożeniem. Czuć tutaj ducha Lovecrafta, ale także i „Aliens” (pierwsza potyczka z jaskiniowymi mini-piraniami). „Szczury Masona” są nawet jeszcze brutalniejsze, a wszystko z powodu wytępienia myszy ze stodoły. Przy pomocy nowej technologii. Wierzcie mi, zrobi wam się bardzo nieprzyjemnie.

Powiem szczerze, że nie byłem przekonany, by wrócić do tej antologii. Choć nigdy nie byłem w stanie się przyczepić do poziomu wizualnego, to jednak fabularnie było parę chybionych strzałów. Lub mniej angażujących historii. Trzecia seria wydaje się zachowywać balans między formą a treścią i jest to bardziej różnorodne, także pod względem estetyki oraz metod animacji. Tutaj widzę największy sukces tego sezonu.

8/10

Radosław Ostrowski

DC Liga Super-Pets

Superbohaterszczyzna jeszcze się nam nie znudziła, co pokazują kolejne produkcje zarówno od Marvela jak i DC, a także seriale pokroju „The Boys”. Tym razem jednak Warner zdecydował się na animację w świecie Ligi Sprawiedliwości, lecz z zupełnie innej perspektywy.

Głównym bohaterem „Ligi Super-Pets” jest Krypto – pies, który razem z Kal-Elem przeżyli zagładę planety Krypton. Tak jak pan ma swoje supermoce i pomaga walczyć ze złem. Prawdziwi kumple na śmierć i życie. Problem w tym, że nasz Clark zabujał się w Lois Lane, a plan jest prosty: hajtnąć się. Tylko, że nasz Krypto może znieść to niezbyt dobrze, więc Supcio wyrusza do schroniska, by znaleźć kompana. W tym czasie Lex Luthor knuje, by ściągnąć na ziemię pomarańczowy kryptonit, który (w przeciwieństwie do zielonego) daje supermoce. Nie wie jednak, że działa on tylko na zwierzęta, co postanawia wykorzystać przebywająca w schronisku świnka morska (błędnie nazywana chomikiem z powodu braku sierści) Lulu. Jej cel jest prosty jak w przypadku słynnej myszy laboratoryjnej zwanej Mózgiem: przejąć władzę nad światem. Plus zabić całą Ligę Sprawiedliwości. Udaje się jej zgarnąć fragment meteorytu oraz uciec ze schroniska. Do tego jeszcze porywa (podstępem) Supermena i neutralizuje moce jego pieseła. Lulu jednak nie wie jednak jednego, że jej towarzysze ze schroniska (pies As, wiewiórka Chip, świnka PB i żółwica Merton). Oczywiście, że uda im się uciec, odkryć supermoce i trafią na osłabionego Krypto, a ten prosi ich o pomoc.

super-pets1

„DC Liga Super-Pets” to wiele znajomych tropów kina superbohaterskiego, tylko że to zwierzaki grają pierwsze skrzypce. Potrafią rozmawiać między sobą, ale ludzie nie rozumieją ani słowa. Skąd my to znamy? Ale elementów jest tu więcej: samotnik wyrwany ze znajomego otoczenia, paczka przegrywów z szansą na udowodnienie swojej wartości (plus próba kontrolowania nowych umiejętności), docieranie się „drużyny”, drobne sukcesy oraz finałowa konfrontacja. Jednak mimo znajomych schematów (włącznie z dramatycznym poświęceniem), potrafi wciągnąć. Jak to jest możliwe? Przede wszystkim jest to dobrze napisane, gdzie każdy (zwierzęcy) bohater jest przekonujący. Każdy ma swoje przysłowiowe pięć minut, choć najważniejsi są tutaj Krypton i As. Ich docieranie się oraz zderzenie wynikające z różnych doświadczeń tworzy mieszankę niczym z buddy movie. Służy to przekazaniu pewnych prostych morałów, nie czuć jednak smrodu dydaktyzmu.

super-pets2

Sceny akcji wyglądają spektakularnie, a jednocześnie jest bardzo czytelna i nie męczy oczu (schwytanie reszty członków Ligi Sprawiedliwości w centrum miasta, atak na więzienie czy finał). A gdy w tle gra świetna symfoniczna muzyka, to już adrenalina potrafi podskoczyć. Sama animacja też robi wrażenie, łącząc umowność świata z dynamicznym ruchem postaci. W końcu to superanimals & superheroes. I jeszcze jest sporo humoru: od slapstickowych gagów (pierwsze próby stosowania nowych mocy) po żarty słowne oraz popkulturowe odniesienia. Nasi superherosi też padają ofiarą żartów (śmiertelnie poważny Batman, Superman bawiący się z psem po walce z Luthorem czy narcystyczny Aquaman), pokazując ich w bardzo karykaturalny sposób.

super-pets3

Tutaj trzeba pochwalić polski dubbing, jak i naprawdę zgrabne tłumaczenie. Aczkolwiek zdziwiło mnie, kiedy trzy razy wypowiedź żółwicy została zapikana (w domyśle padło „mięsiste” słowo) i parę tekstów było bardziej zrozumiałych dla dorosłego odbiorcy (piracenie z pewnej strony, co ma w nazwie pewne zwierzę). Z kolei w przypadku głosów jest dobrze, a miejscami świetnie. Fantastycznie sprawdza się nasz duet Krypto/As, czyli Arkadiusz Jakubik i Robert Więckiewicz, którzy mieli masę frajdy z pracy i słucha się ich z wielką przyjemnością. Pewnym zgrabnym zabiegiem był fakt, że w przypadku kilku superherosówherosów podłożono głosy aktorów już grających te postacie czy to w wersji live-action jak Superman (Grzegorz Kwiecień), Wonder Woman (Olga Bołądź) lub Aquaman (Jan Aleksandrowicz-Krasko) czy w animacjach w przypadku Cyborga (Jacek Król z „Młodych Tytanów”) i Batmana (Krzysztof Banaszyk z serii Lego). Mała rzecz, a cieszy. Nie można nie wspomnieć także o świetnej Lidii Sadowej (świnka Lulu), uroczej Annie Smołowik (świnia PG) czy kradnącej szoł Katarzynie Skolimowskiej (żółwica Merton), dopełniającej całego składu.

super-pets4

Animowane „DC Liga Super-Pets” nie ma większych ambicji niż byciem świetnym filmem rozrywkowym, głównie dla młodego widza. Śmieszy, zachwyca dynamiczną akcją, pięknie wygląda i porusza. Tylko tyle i aż tyle, co na seans w wakacji całkowicie wystarczy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Nie wychodźcie od razu z kina, bo są dwie (!!!) sceny po napisach.

Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności

Nie spodziewałem się, że doczekam się kontynuacji (poniekąd) „Mustanga z Dzikiej Doliny” po 20 latach. Bo co nowego można opowiedzieć w historii o dzikim mustangu na Dzikim Zachodzie? I czemu zdecydowano się na kontynuację po tylu latach? „Droga do wolności” w zasadzie opiera się na serialu Netflixa niż na animacji DreamWorksa i to chyba wyjaśnia czemu mnie to rozczarowało.

Główną bohaterką jest Lucky Prescott, która jest wnuczką biznesmena, aspirującego do urzędu gubernatora. Jej matką była mistrzyni rodeo, jednak zginęła podczas jednego z występów. Dziewczyna była wtedy dzieckiem, więc nic nie pamięta, ale mieszka u dziadka zamiast ojca. Problem w tym, że Lucky nie potrafi odnaleźć się w świecie wyższych sfer i wywołuje spory ferment. Nawet ciotka Cora nie jest w stanie ujarzmić jej temperamentu. Dlatego po kolejnej wpadce dziewczynka zostaje odesłana na wakacje do ojca, którego w zasadzie nie zna. Jak się tam odnajdzie?

Fabuła jest banalna i oparta na prostych kontrastach postaci: niepokorna Lucky, sztywna ciotka Cora, przygnębiony ojciec Jim, twardzi kowboje, empatyczny ranczer. Niestety, każda z postaci jest płaska, szablonowa oraz nieszczególnie interesująca. Nawet zatrudnieni do ich zagrania aktorzy (i to nie byle jacy, bo są m.in. Julianne Moore, Jake Gyllenhaal czy Walton Goggins) nie mają pola do manewru. Lucky zaprzyjaźnia się z innymi dwoma dziewuchami – jedna to czarnoskóra córka ranczera, druga to blondwłosa twardzielka, co ma brata-naciągacza oraz fałszuje okrutnie. Cała ta trójka od razu ma na pieńku z przybyłymi kowbojami, którzy mają tylko jeden cel: ujarzmić dzikie konie i sprzedać je. A jednym z tych koni jest mustang, bardzo podobny do tego z oryginału. Ale ich lider uważnie przygląda się jak dziewczyna próbuje się do niego zbliżyć w mniej siłowy sposób. Co z tego wyniknie? Wiadomo, bo tu wszystko widać jak na dłoni. Tutaj dzieci są o wiele sprytniejsze i mądrzejsze od dorosłych (nawet od bandytów, których inteligencja jest gdzieś na poziomie bohaterów Looney Tunes).

Sama kreska też jest najwyżej przeciętna, pozbawiona detali i jakby skrojona pod produkcję telewizyjną. Niby jest płynna, ale szału nie robi. Nawet poprzednie produkcje DreamWorks wyglądały o wiele lepiej pod tym względem. Humoru jest bardzo na lekarstwo i jako dorosły nie miałem żadnej przyjemności. Nawet sceny galopu koni czy jazdy na nich wyzwalały we mnie tylko obojętność, a to jest najgorsze uczucie jakie może trafić się podczas seansu.

Nie mogę potraktować tego filmu inaczej niż w kategorii bezczelnego skoku na kasę i to jeszcze niskim kosztem. Reżyserzy bez doświadczenia, słaba historia, nieciekawi bohaterowie oraz archaiczna animacja – nie bardzo wiem, komu można polecić taką miernotę.

4/10

Radosław Ostrowski

Minionki: Wejście Gru

Najbardziej ikoniczne istotki studia Illumination, czyli Minionki powracają. Nie byłem jakimś wielkim entuzjastów spin-offu serii „Jak ukraść księżyc”. Za dużo gagów zbyt prostych oraz ogranych, bym mógł się na tym świetnie bawić. Pierwsze „Minionki” zakończyły się w momencie, gdy nasze żółte ziomki trafiły do Gru. Teraz poznajemy początki działalności, gdy jeszcze był dzieckiem.

minionki2-1

Tym razem jesteśmy w połowie lat 70., gdzie działała grupa złodziei zwana Vicious Six – najlepszych, nieuchwytnych i przebiegłych złoczyńców. Teraz szykują najważniejszy skok, czyli kradzież Kamienia Zodiakalnego oraz użycie go podczas chińskiego Nowego Roku w San Francisco. Cała akcja się udaje, jednak szef zespołu Wściekły Kułak zostaje zdradzony i porzucony przez resztę ekipy. Dlatego złoczyńcy organizują casting na nowego członka zespołu. To jest szansa dla 12-letniego Gru, by zabłysnąć i spełnić swoje marzenia o swoim ukochanym, bandyckim życiu. Jednak z racji wieku nie jest traktowany poważnie, więc kradnie kamień, przez co zostanie porwany. Więc nasza ekipa chaotycznych Minionków będzie robić za Liama Neesona, lecz ostatnie bliżej im będzie do działań porucznika Drebina z „Nagiej broni”.

minionki2-2

W porównaniu do pierwszego solowego wejścia Minionków ten film ma bardziej zwartą fabułę i jest czymś więcej niż ciągiem gagów. To jest wręcz heist movie, który miesza różne gatunki oraz konwencje, co czuć od początku. Dostajemy pościg na motorze, następnie scenę zdobycia kamienia niczym z Indiany Jonesa, by na finał dostać czołówkę a’la James Bond. Mało wam? Odrobina fantastyki, demolka, pościgi, mocno absurdalny humor oraz jedna cudna retrospekcji, jakiej nie powstydziłby się Guy Ritchie. Plus (chyba najlepsze momenty filmu) trening kung-fu. Humor oraz akcja są zbalansowane (w finałowej konfrontacji to wręcz idą ręka w rękę), intryga pędzi niczym uderzane kulki na flipperze, zaś wszystko przeplatane jest morałem o sile przyjaźni oraz lojalności w świecie, gdzie jest ona towarem deficytowym.

minionki2-3

Już bliżej jest klimatem do głównej serii, co jest też zasługą relacji między Gru a Kułakiem – od porwania i antagonizmów po sympatię, wręcz szacunek, a nawet zaczyna iść w kierunku mentor-uczeń (improwizowany napad na bank). Wygląda to też świetnie, w tle gra bardzo dynamiczna muzyka, zaś finał – spektakularny i widowiskowy, trzyma w napięciu do końca. Także polski dubbing w reżyserii Bartosza Wierzbięty trzyma poziom, a wracający do roli Gru Marek Robaczewski znowu błyszczy.

minionki2-4

„Wejście Gru” jest oddechem świeżości w serii po pierwszym spin-offie, który dostarcza o wiele więcej zabawy niż sądziłem. Dużo śmiechu, sporo akcji, niegłupi morał oraz miejscami wariackie tempo stanowią gwarancję świetnej zabawy zarówno dla dzieci, jak i ich rodziców.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kosmiczny mecz

Są takie filmy, które jak się oglądało za dzieciaka, wydawały się najlepszymi dziełami świata. Taki też był “Kosmiczny mecz” z 1996 roku. Tam było wszystko, co mogło się wtedy młodemu kinomanowi podobać: postacie ze Zwariowanych Melodii, ówczesny bóg kosza Michael Jordan oraz decydujący mecz z wysoką stawką. Czego chcieć więcej? Dzisiaj już trochę inaczej się na to patrzy.

Bo powiedzmy sobie to wprost: film Joe Pytki to w zasadzie reklama Michaela Jordana. Sama fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa. Otóż Jordan decyduje się wycofać z gry w koszykówkę na rzecz baseballa. Delikatnie mówiąc ten transfer – jaki miał zrobić i planował w dzieciństwie – nie wyszedł zbyt dobrze. Niby członkowie rodziny oraz drużyny wspierają go, ale sportowiec jest świadomy, że ssie. Jednak będzie zmuszony wrócić na parkiet kosza. Dlaczego? Królik Bugs i reszta ferajny gra o swoje życie z kosmitami Moron Planets. W czym haczyk, bo kosmici są mali oraz  niegroźni (chyba, że użyją broni)? Robaczki zmieniły się w potężne, przypakowane mutanty. Nie jest dobrze.

Historia nie jest specjalnie oryginalna, jednak wszystko zależy od realizacji. Tutaj mamy kino familijne, które miesza animację z żywymi aktorami oraz film sportowy. Taka mieszanka sama w sobie nie jest niczym zaskakującym, bo animację z żywymi aktorami na taką skalę robił choćby “Kto wrobił królika Rogera?” (interakcje nadal robią świetne wrażenie). Przewidywalne jest to bardzo, tak samo jest bardzo skrótowo opowiedziane. W zasadzie jest tylko jedna scena treningu, sporo jest też czasu wokół koszykarzy, którym talent “kradną” kosmici – co przez pewien czas daje frajdę, lecz z czasem staje się zapychaczem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że scenariusz jest chaotyczny.

Humor jest mocno slapstickowy i oparty na absurdzie znanym z kreskówek. Muszę przyznać, że to nadal działa, co jest zasługą masy znajomych postać. Oczywiście, królik Bugs i kaczor Duffy przekomarzają się ze sobą, Diabeł Tasmański jest rozpędzony niczym pociąg TGV, kot Sylwester poluje na kanarka itd. Animacja też prezentuje się bardzo dobrze i nawet komputerowe tło nie irytuje. Nowe postacie (robaczki oraz szef parku rozrywki z kosmosu) nie odstają poziomem wykonania od klasycznych postaci. Drobną perełką jest cameo Billa Murraya, który wręcz desperacko chce zostać koszykarzem. No i sama sekwencja meczu broni się wykonaniem.

Ostatecznie dzieło Pytki prezentuje się naprawdę nieźle. Samo połączenie animacji z live-action przetrwało próbę czasu, jednak sama historia nie powala. Obecność Jordana oraz naszych animowanych kumpli to za mało na dobry film. Ale w formie seansu z młodymi dziećmi to odpowiednia propozycja.

6/10

Radosław Ostrowski

To nie wypanda

Pixar od 1995 roku to marka sama w sobie. Mistrzowie animacji z Emeryville mieli swoje wzloty i upadki, jednak ich animacje zawsze potrafiły oczarować. Jeśli nie fabułą, to przynajmniej jakością techniczną na najwyższym poziomie. W 90% potrafi opowiadać o ważnych i poważnych sprawach, jednocześnie dostarczając rozrywki widzom w każdym wieku. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli “To nie wypanda”. Niby kolejna opowieść osadzona w innej kulturze (w sensie – nie-białych), ale jednocześnie jest bardzo uniwersalna.

Akcja jest osadzona w Kanadzie roku 2002, a jej bohaterką jest pochodząca z Chin Meimei. Dziewczyna ma 13 lat, chodzi do szkoły i razem z rodziną zajmuje się świątynią (najstarszą w mieście), gdzie z matką modlą się do swoich przodków. Mei ma pewne problem, bo chce zadowolić wszystkich: matkę, swoje kumpele (nabuzowana Miriam, wycofana Priya i sarkastyczna Abby), co są fankami k-popowej kapeli 4-EVER i zasuwa na wszystkich zajęciach. Ale pewnego dnia Mei się budzi i… w niczym nie przypomina siebie. Tylko dużą, włochatą, czerwoną pandę, co wywołuje w niej wściekłość bestii. Jeszcze większy gniew wynika, gdy Mei odkrywa, iż w jej rodzinie jest to dziedziczne i każda kobieta otrzymuje “w spadku po przodkini” pandę, która uruchamia się pod wpływem silnych emocji. Można się jej pozbyć tylko po odbyciu pewnego rytuału. A jeszcze planowany jest koncert ich kochanego boysbandu.

“To nie wypanda” jest debiutem Domee Shi i czuć wpływy azjatyckich animacji. Chodzi mi głównie o ekspresję twarzy (szczególnie oczęta), zabawę montażem I ogólną estetykę. W połączeniu z dużym budżetem i amerykańską wrażliwością tworzy to mieszankę wybuchową. Tematyka jest jasna: zderzenie nastolatki, która zachowuje się jak nastolatka oraz jej nadopiekuńczej (do tego stopnia, że aż upokarzająca) matki, mającej z góry zaplanowaną jej przyszłość. Jak pogodzić oczekiwania oraz swoją tradycję z byciem sobą? – oto jest zagwozdka oraz clue całego filmu. Czy żyć razem ze swoją wewnętrzną bestią, czy może ją wypędzić? No I jak zebrać kasę na bilet do koncertu swojego ukochanego bandu? Z perspektywy dorosłego ten ostatni problem może wydawać się co najmniej niedorzeczny, ale dla nastoletniej osoby jest to kwestia niemal życia i śmierci. Czy ona będzie w stanie iść własną drogą?

Sam proces dojrzewania z jednej strony jest ogrywany bardzo komediowo, z masa slapstickowego (I nie tylko) humoru jak podczas pierwszego “wejścia” pandy. Z drugiej jednak jest pare rzeczy pokazanych w bardzo szczery sposób. Mei zaczyna zwracać uwagę na chłopaków (jeden nawet się śni w dość wykręcony sposób), nie do końca panuje nad swoimi emocjami, wyczuwa swoje niezbyt przyjemne zapachy. I zaczyna się buntować, a relacje z matką pogarszają się. Dziewczyna przestaje poznawać samą siebie, co budzi w niej strach. I tutaj twórcy pokazują to bez cienia fałszu oraz używania klisz, choć fabuła jest przewidywalna, zaś niektóre elementy (sposób zebrania kasy) budzą wątpliwości. Ale realizacja to inny temat: animacja jest wręcz zachwycająca jak choćby podczas gotowania obiadu (warzywa oraz poszczególne składniki wyglądają wręcz fotorealistycznie), stylizowana na japońskie anime. Finał mocno idzie w stronę czegoś a’la “Godzilla”, polane jeszcze sosem z dawnych wierzeń. Mnie to kupiło, zaś Mei nie irytowała o co było łatwo przy tym stylu wizualnym.

Z ostatnich produkcji Pixara “To nie wypanda” jest najbardziej przyziemnym tytułem, gdzie element nadprzyrodzony jest tylko tłem. Bardzo zabawna, miejscami poruszająca oraz dostarczająca sporej zabawy produkcja. Dorośli mogą odnaleźć w niej siebie i spojrzeć na siebie z czasów młodości, by przemyśleć parę spraw. Magicy z Emeryville znowu dowieźli.

8/10

Radosław Ostrowski

SpongeBob Film: Na ratunek

Żółta gąbka mieszkająca w oceanie i pracująca w restauracji zarządzanej przez pana Kraba. SpongeBob jest jedną z najpopularniejszych postaci stacji Nickelodeon, co jest zasługą Stephena Hillenburga I ciągnie się ta seria od 1999 roku. Nie była w stanie tego przerwać nawet śmierć twórcy w 2018 roku. SpongeBob doczekał się także trzech filmów pełnometrażowych, z czego ostatni miał premierę dwa lata temu. Ja byłem już trochę za duży, gdy pojawił się kanał Nichelodeon, więc cała ta mania mnie ominęła. Dlaczego sięgnąłem po “Na ratunek”? powiem o tym później.

Czy trzeba znać poprzednie filmy i serial, by tu wejść? Absolutnie nie, choć na pewno pozwala lepiej poznać postacie tego świata. Podążamy razem z naszym gąbczastym, lecz niezbyt inteligentnym SpongeBobem i jego równie inteligentnym Patrykiem Rozgwiazdą. Bob mieszka razem ze swoim przyjacielem, ślimakiem Garym. Interes kwitnie, a postacie robią to, co zwykle: Skalmar próbuje grać na klarnecie i ma wszystko gdzieś, pan Krab prowadzi interes, wiewiórka Sandy tworzy wynalazki, zaś niski oraz podstępny Plankton chce przejąć interes Kraba. Jak? Kradnąc przepis na jego burger. Zaczyna się jednak orientować, że to nie Krab jest problemem, tylko SpongeBob. Więc nas złol decyduje się porwać jego ślimaka, by wyeliminować problem. A tak się składa, że król Posejdon potrzebuje ślimaka do zachowania swojej urody.

“Na ratunek” jest pozornie prostą historią drogi po odzyskanie swojego kumpla. Problem w tym, że nasi dwaj bohaterowie mają IQ poniżej przeciętnej, co nie ułatwia całej eskapady. Głupawe zachowanie Patryka I Boba jest paliwem komediowym, doprowadzając niemal do granicy absurdu. Slapstick jest tutaj podstawowym źródłem śmiechu, tak jak bardzo przejaskrawione postacie jak robot Otto, co to wszystkich chce zwolnić i kompletnie zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Najbardziej łapiący moment to scena snu, gdy nasi bohaterowie trafiają do… miasteczka z Dzikiego Zachodu. Nie animowanego, z żywymi aktorami oraz jednym… zaokrąglonym biegaczem. Z głową Keanu Reevesa w środku. COOOOOOOOOOOOOOO??? To jest dopiero początek szaleństwa, bo jeszcze dwa nieoczywiste cameo. Sama scena wygląda bardzo porządnie i nie wywołuje to zgrzytu.

Jednocześnie twórcy pokazują młode czasy SpongeBoba oraz jaki miał wpływ na swoich przyjaciół. I jest to urocze, nawet ograne odrobinę komediowo (wypowiedź Kraba) oraz okraszone musicalową piosenką. Ładną. Wiem, że dzieci – fani Sponge’a oraz kilkulatkowie – będą oczarowane, lecz dorośli mogą poczuć się lekko wynudzeni. Mnie się w sumie nawet podobało, choć poziom głupoty nie wywoływał takich spazmów jak udział znanych twarzy czy głosów (m.in. Clancy’ego Browna czy… Tiffany Haddish).

Pozostaje nadal porządnie zrobionym filmem, z nietypowym stylem wizualnym oraz kilkoma przyjemnymi niespodziankami w zanadrzu.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski