W bagnie Los Angeles

Był kiedyś taki czas, że kino noir (czarny kryminał) było czymś bardzo popularnym. Ten filmowy gatunek swoje najlepsze lata osiągnął w latach 40. i 50., stając się czymś absolutnie świeżym, niejako portretując te realia. Zdegenerowane miasto, będące symbolem dżungli oraz walki o przetrwanie, cyniczni twardziele, femme fatale, niekompetentna, brutalna policja oraz kwestie zaufania, lojalności. Później jednak powstawały mutacje tego gatunku w latach 60. oraz 70. (m.in. „Długie pożegnania” Altmana czy „Chinatown” Polańskiego), a nawet późniejszych pokroju „Tajemnice Los Angeles” czy osadzeniem elementów tego gatunku w czasach współczesnych („Kto ją zabił” Riana Johnsona lub niedawne „Tajemnice Silver Lake”). Jednak wiele filmów z tego gatunku zostało troszkę zapomniane, bo nie trafiły w swój czas. Czy tak jest z nakręconym w połowie lat 90. „W bagnie Los Angeles” według powieści Waltera Mosleya?

bagno la1

Akcja toczy się w słonecznym Los Angeles roku 1948. Tutaj żyje Ezekiel „Easy” Rawlins – weteran wojenny, mający własne mieszkanie (wzięte w hipotekę) i próbujący jakoś znaleźć pracę. Z nią jest ciężko, bo jest czarnoskóry. Poszukiwanie pracy odbywa się w lokalu Joopy’ego, gdzie zbierają się ludzie. I nagle do knajpy wchodzi biały mężczyzna – pan Albright, który ma pieniądze oraz pewien problem. Jego zleceniodawca, niedoszły kandydat na urząd burmistrza szuka swojej narzeczonej, która zaginęła bez śladu. Podobno lubi kręcić z czarnoskórymi ludźmi.

bagno la2

No nie trzeba być geniuszem, by wiedzieć, że sprawa ma swoje drugie dno. Intryga jest odpowiednio zaplątana, gdzie politycy, gangsterzy i biznesmemi zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wszelkie układy, powiązania, tajemnice mogą wywoływać dezorientację, ale nigdy nie czułem się zagubiony. Wiadomo, że musi dojść do zdrady, przyjaciele wykorzystują bohatera, zaś zaufanie to waluta nieprzydatna w tym świecie. Pojawią się trupy, policja podejrzewa Easy’ego (bo wiadomo, czarny zawsze jest winny) i tak naprawdę jest się zdanym tylko na siebie. Standard gatunku okraszony narracją naszego bohatera z offu, który nie kłuje w uszy. Bardziej mi się podobała stylizacja na lata 40., gdzie w tle gra jazz, poruszają się auta z epoki, neony świecą, a w knajpach jest wyczuwalny dym z papierosów. No i broń też jest odpowiednia. Tak samo podobają mi się stylowe zdjęcia.

bagno la3

Udało się też zebrać aktorów z wysokiej półki, którzy pasują do tego klimatu. Kolejny raz klasę potwierdza Denzel Washington w roli Easy’ego, czyli naszym domorosłym detektywem, lawirującym między wszystkimi stronami. Zazwyczaj spokojny, ale robi wrażenie, gdy używa krzyku oraz gróźb, co dodaje także wiarygodności. Tutaj film kradnie dwóch facetów, czyli Tom Sizemore oraz Don Cheadle. Ten pierwszy początkowo wydaje się spokojny, jednak ma w sobie pewien rys psychopaty, co budzi przerażenie, zaś ten drugi jest o wiele bardziej narwany oraz chętnie korzystający z broni. Dobrze też wypada Jennifer Beals w roli naszej femme fatale, choć pojawia się rzadko.

Los Angeles nadal pokazuje swoje brudne oblicze, a sam film pozostaje troszkę niedocenionym. „W bagnie Los Angeles” wsysa jak bagno, choć wątek rasizmu nie jest mocno nachalny. A tego się troszkę obawiałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Bez litości II

Pamiętacie Roberta McCalla? Niby zwykły, szary człowiek – kulturalny, życzliwy dżentelmen, który ma jedną poważną wadę: gdy słyszy, że coś jest nie tak, reaguje. A że posiada taki zestaw umiejętności, jakich Liam Neeson nigdy się nie nauczy, tym bardziej musisz na niego uważać. Przeniósł się z Nowego Jorku do Bostonu, gdzie wozi gości limuzyną. Poza tym nadal zajmuje się tym, co najlepsze: wyrównuje rachunki ze światem. Jednak tym razem sprawa będzie bardzo osobista, gdyż zostaje zamordowana jego najlepsza przyjaciółka z Agencji.

bez_litosci_21

Denzel Washington i Antoine Fuqua postanowili zrobić coś, czego nigdy nie zrobili: zrealizować sequel, co mnie nie dziwi. Robert McCall to postać, która jest niemal żywcem wzięta z jakiegoś klasycznego kina akcji: twardy kręgosłup moralny połączony z ostrymi metodami eksterminacji oraz chęcią niesienia pomocy. Nie dla sławy, chwały czy kasy, ale dlatego, że… tak trzeba. Samotny mściciel? Bliżej mu do westernowego przybysza znikąd, który pojawia się, robi swoje i znika. Nie stosuje pięści i gnatów po to, by siać śmierć i spustoszenie, a przed śmiercią daje szansę; szansę na naprostowanie sprawy. Jeśli postąpisz słusznie, to się więcej nie spotkamy i przeżyjesz; jeśli nie, to też się więcej nie zobaczycie, bo trafisz do krainy wiecznych łowów.

bez_litosci21

Reżyser powtarza pewne rzeczy z poprzedniej części, które nie koniecznie się sprawdzały. Jest tu wiele wątków pobocznych, stanowiących pewien pretekst do pokazania McCalla w akcji – sam początek w pociągu do Turcji, by odbić porwane dziecko przez ojca, wymierzenie sprawiedliwości dzieciakom z wyższych sfer za potraktowanie kobiety. Jest jeszcze pewien młody chłopak ze zdolnościami plastycznymi, co w jego otoczeniu niekoniecznie jest mile widziane. Ten drugi plan bardzo mocno odwraca uwagę od głównej intrygi, która jest – niestety – strasznie przewidywalna. Dość łatwo się domyślić, kto pociąga tutaj za sznurki, zaś motywacja oraz brak charyzmy przeciwników jest mocno widoczny.

Film zaczyna się z mocnego C, same sceny akcji są nadal świetnie zrobione w niemal „sherlockowym” stylu z filmów Guya Ritchie. Jest krwawo, brutalnie z dość niestandardowymi narzędziami zagłady w postaci… karty kredytowej. Wtedy jest adrenalina waląca w łeb, świetny montaż oraz tempo, które coraz bardziej traci na sile. Jest jeszcze świetna scena rekonstrukcji zbrodni czy finałowa konfrontacja w opuszczonym mieście podczas burzy (jedynie walka z głównym złem angażuje, bo całą reszta dla McCalla nie stanowi żadnego zagrożenia), ale to troszkę za mało, by dorównać pierwszej części.

bez_litosci31

Denzel Washington świetnym aktorem jest i choć niczym tutaj nie zaskakuje, nadal ogląda się go z przyjemnością. Nie tylko w mocnych scenach akcji, gdzie pokazuje swoje umiejętności w zmniejszaniu populacji, ale w zwykłych rozmowach, spojrzeniu – on nic nie musi robić, by wyglądać groźnie. Wystarczy, że jest. Wraca też Melissa Leo (Susan) oraz Bill Pullman (Brian), nadal stanowiąc solidne tło. Najlepiej prezentuje się tutaj Ashton Sanders w roli Milesa, który staje się dla McCalla kimś w rodzaju syna, próbując pokazać mu inne życiowe drogi niż członkostwo w gangu. Szkoda tylko, że główny złol jest niezbyt ciekawą postacią, którą bardzo łatwo rozgryźć.

Czy „Bez litości II” to sequel niepotrzebny? Troszkę tak, bo w zasadzie robi to samo, co poprzednik, tylko bez tego zaangażowania oraz jest bardziej „rozmemłany”. Jako jednorazowa rozrywka sprawdzi się dobrze, ale nic ponad to.

5,5/10 

Radosław Ostrowski

Płoty

Filmów opartych na sztukach teatralnych jest całe multum, tylko że tych udanych jest bardzo niewiele. Wielu widzów zniechęca ograniczona ilość lokacji, masa dialogów oraz brak klasycznie rozumianej akcji, gdzie najważniejsze są czyny i działania (w końcu kino to RUCHOME obrazki). Jednak zdarzały się film teatralne w formie, ale potrafiące zaangażować, utrzymać w napięciu („Dwunastu gniewnych ludzi”, „Glengary Glen Ross”, „Wściekłe psy”, „Rzeź”), zapominając o swoim rodowodzie. Tego samego zadania postanowił podjąć się dwa lata temu Denzel Washington.

Jesteśmy w Pittburghu lat 50., czasach bardzo rasistowskich. Naszym przewodnikiem po tym świecie jest Troy Maxson, pracownik firmy odpowiedzialnej za utylizację. Co robi nasz bohater? Jedzie z tyłu ciężarówki i wrzuca do niej śmieci, razem z przyjacielem Jimem Bono. Bo cóż innego może robić? Wcześniej siedział w więzieniu, gdzie nauczył się grać w baseball. Potem poznał kobietę o imieniu Rose, z którą już jest 18 lat i ma z nią syna, Croya. Życie płynie dość powoli, zaś wszystko dotyczy sprawy zbudowania płotu przez Troya. Nie zdradzając zbyt wiele, ten spokój nie potrwa długo.

ploty1

Powiem jedną rzecz od razu: uwielbiam Denzela Washingtona, którego uważam za jednego z najlepszych oraz najbardziej charyzmatycznych aktorów, jakich spłodziła Matka Ameryka. Ale występowanie przed kamerą to jedno, a reżyserowanie to już zupełnie inna para kaloszy. Washington-reżyser postanowił bardzo wiernie przenieść tekst sztuki Augusta Wilsona (takie mam wrażenie), gdzie mamy masę monologów, dialogów, w których poznajemy wydarzenia z życia rodziny, prawie rzadko opuszczając jej dom. To dzięki nim poznajemy skrywane tajemnice z życia Troya (kryminalna przeszłość, okres młodości), skrywane marzenia (Cory chcący grać w drużynie) oraz tło poszczególnych bohaterów jak upośledzony wujek Gabe, chodzący po ulicy z trąbką czy syna Troya z poprzedniego związku. I z każdym wypowiadanym słowem, film zaczyna nabierać większego ciężaru, dotykając bardzo poważnych problemów: rasizm, zderzenie marzeń z rzeczywistością, potrzeba akceptacji od strony ojca, dążenie do swoich marzeń. I to wszystko jest pokazywane bez cienia fałszu, ale trzeba uważnie oglądać oraz wsłuchać się w słowa.

ploty2

Dzięki bogatemu materiałowi, aktorzy dostali tutaj bardzo duże pole do popisu i w pełni je wykorzystali. Ale zanim zaczniecie się rzucać, że niektóre (bardziej ekspresyjne sceny kłótni) wyglądają tak, jakby odtwórcy mówili: „Dajcie mi tego Oscara, goddamit” powiem jedną rzecz: trudno sobie wyobrazić kłótnię bez rzucania ważnymi słowami, krzykiem, wyciąganiem żalów i pretensji. One zawsze (w większości przypadków) są one bardzo ekspresyjne. Jeśli myślicie, że Denzel Washington już niczym nie zaskoczy, to tutaj tworzy GENIALNĄ kreację. Początkowo Troy w jego wykonaniu wydaje się bardzo sympatycznym, ciepłym, wręcz uśmiechniętym człowiekiem, pełnym emocji oraz poważnie podchodzący do bycia odpowiedzialnym za swoje czyny. Jednak im dalej w las, tym bardziej poznajemy jego mroczne oblicze: wymagającego posłuszeństwa tyrana, bardzo szorstkiego w obyciu. Z drugiej jednak poznając jego przeszłość oraz czasy, w jakich żył trudno go jednoznacznie potępić (jego opowieść o młodości – przerażające). Zupełnie jakby anioł i diabeł znajdowały się w jednym ciele – coś nieprawdopodobnego.

ploty3

Nie oznacza to, ze reszta aktorów nie ma tutaj nic do roboty. Viola Davis kolejny raz potwierdza klasę jako pani Maxson, dodając wiele ciepła, ale też ma swoje bardziej poruszające fragmenty, dodając sporo ciężaru. Chciałbym powiedzieć więcej, ale musiałbym spojlerować, a to by zepsuło przyjemność z oglądania tego filmu. Równie wyrazisty jest Mykelti Williamson jako upośledzony wuj Greg (bez przeszarżowania) oraz Stephen Henderson, czyli przyjaciel rodziny, Jim Bono.

„Płoty” potrafi zaangażować, tylko że wymaga on maksimum skupienia. Wynagradza to jednak rewelacyjnym aktorstwem oraz bardzo poruszającą historią. Takiego teatru chciałbym w filmie jak najwięcej i nie jest to żart.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Siedmiu wspaniałych

Dawno, dawno temu był sobie taki film „Siedmiu wspaniałych”. To był pierwszy western jaki oglądałem i pierwszy jaki pamiętam. Sama historia była bardzo prosta: mieliśmy biedaków terroryzowanych przez bandytów. Ludzie ci decydują się (za bardzo skromne pieniądze) zatrudnić rewolwerowców do ochrony. Produkcja Johna Sturgesa do dziś uważana jest za klasykę westernu. Kiedy pojawiły się wieści o remake’u byłem przerażony i obawiałem się najgorszego – że to będzie tylko i wyłącznie skok na kasę. Ale po kolei.

Rose Creek jest małym, spokojnym miasteczkiem, gdzie ludzie próbują żyć sobie w spokoju, bez spięć i konfliktów. Ale wtedy pojawia się niejaki Bartholomiew Bogue – chciwy kapitalista, który chce wykupić cała dolinę, gdyż znajduje się tam złoto. Stosuje prostą zasadę, jak nie prośbą, to groźbą, a jak ktoś postawi opór, zostanie zabity. Wdowa po jednym z zamordowanych postanawia znaleźć kogoś, kto pomógłby w rozwiązaniu sprawy Bogue’a i jego ludzi. I właśnie wtedy pojawia się łowca głów Sam Chilsom, który zgadza się i decyduje się zebrać grupkę ludzi do pomocy. Niektórzy z nich to dawni znajomi: strzelec wyborowy Robicheaux i jego skośnooki przyjaciel-nożownik Billy, tropiciel Jack Horne, ale też przypadkowo poznani po drodze ludzie (irlandzki pijak-hazardzista, ścigany przez prawo Meksykanin, indiański wojownik).

7_wspaniaych1

Jak widać z fabuły, film Antoine’a Fuqua mocno trzyma się ścieżki wyznaczonej przez oryginał. Sama historia jest bardzo prosta, ale jednocześnie bardzo uniwersalna. Wiele było historii o ludziach, ryzykujących swoje życie kompletnie obcym ludziom. Dlaczego to robią? Motywacja jest różna: zemsta, poczucie przygody, skłonność do ryzyka, walka z własnymi demonami, dla zasad. Reżyser powoli, ale konsekwentnie opowiada, mocno zarysowując tło. Z jednej strony nie korzystający z broni mieszkańcy, z drugiej chciwy Bogue z armią zbirów do wynajęcia, a pośrodku tego starcia ta siódemka straceńców. Nie wszyscy dożyją końca i zobaczą zachód słońca, ale może było warto to zrobić? Wszystko przebiega według sprawdzonego szablonu: zbieranie zespołu, pierwsze starcie z siłami w mieście, przygotowania do ataku i szkolenie mieszkańców, wreszcie ostateczna potyczka na rewolwery, karabiny, działo i dynamit.

7_wspaniaych2

Jednak mimo przewidywalności oraz klasycznego sposobu opowiadania, „Siedmiu wspaniałych” potrafi poruszyć. Fuqua pokazuje jak silna zaczyna się tworzyć więź miedzy bohaterami, których pozornie nie łączy zbyt wiele. I właśnie ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Jeśli dodamy do tego świetne zdjęcia, pełne pięknych plenerów oraz budującą napięcie muzykę Jamesa Hornera, a także fantastycznie zrealizowane strzelaniny, tak jak klasycy gatunku przystali. Czuć stawkę w tej grze, choć pojawia się czasami (wisielczy) humor, lecz nie łagodzi sytuacji.

7_wspaniaych3

No i wreszcie obsada, chociaż na pierwszy rzut oka wygląda jak zbieranina chłopaków z boys bandu. Nie do końca się z tym zgodzę. Owszem, każdy z siódemki wyróżnia się kolorem skóry, co jest tylko świadectwem naszych czasów, które nie są już tak jednowymiarowe pod względem bohaterów, co 50-60 lat temu. Każdy z nich ma kilka cech, chociaż nie wszyscy są w pełni rozbudowani i nie mają wiele czasu tylko dla siebie. Nie zawodzi Denzel Washington jako chłodny, opanowany Chisolm, czyli przywódca tej grupy szaleńców. Tuż za nim jest niby-śmieszek w postaci Chrisa Pratta, jednak nie zmienia kompletnie klimatu całości. Na drugim planie wyróżniają się świetni Ethan Hawke (skrywający mroczną tajemnicę Robicheaux) oraz Vincent D’Onofrio (obdarzony piskliwym głosem, wyglądem niedźwiedzia oraz silną wiarą Horne), dodający odrobinę głębi. Pochwalić też należy Petera Saarsgaarda w roli chciwego, bezwzględnego Bogue’a.

7_wspaniaych4

Wiele osób może powie, że remake „Siedmiu wspaniałych” nie jest potrzebny. Może i tak, ale tak dobrego, klasycznego westernu, trzymającego w napięciu nie było od dawna. Świetnie zrobione, pełne mroku i pazura kino rozrywkowe. Wystarczy osiodłać konia, naładować Colty i ruszyć na kolejną misję.

7/10

Radosław Ostrowski

American Gangster

Amerykanie kochają swoich gangsterów do tego stopnia, że mają oni swoją legendę i mit. Był don Corleone, Tony Montana, Henry Hill, John Dillinger czy Al Capone. Do tego grona postanowił dołączyć Frank Lucas, który na początku lat 70. handlował heroiną, która była czystym towarem – bez brudu, zanieczyszczeń itp. O jego opowieści, a także o tropiącym go gliniarzu Richie Robertsie opowiada film Ridleya Scotta.

american_gangster2

Pozornie film wydaje się zlepkiem klisz z opowieści gangsterskich i policyjnych. Z jednej strony mamy wzlot i upadek gangstera, który traktuje swoją profesję jako biznes, jest pragmatyczny oraz stara się zachować niezależność („Człowiek z blizna”, „Chłopcy z ferajny”), z drugiej mamy uczciwego policjanta na czele oddziału antynarkotykowego („Serpico”, „Nietykalni”). Scott opowiada tą historię z perspektywy tej dwójki, która chce na własny sposób spełnić amerykański sen. Dla Lucasa snem jest władza, niezależność oraz szacunek, dla Roberta jest to uczciwość i prawo. Osadzenie tego w realiach lat 70. (świetne stroje, scenografia oraz muzyka z epoki), nadaje pewnego ciekawego posmaku. Nie brakuje tu zarówno scen akcji (dostarczenie pozwu, nalot na kryjówkę Lucasa czy próba zamachu), które trzymają w napięciu i tworzą, choć przez większość wydarzeń pozornie nie dzieję się nic. Obserwacja, inwigilacja, korupcja, mafia, rodzina – ten kolaż broni się świetnie, nie brakuje kilku dobrych dialogów oraz znakomitych scen. Można się na siłę przyczepić, że nie ma tutaj niczego nowego, a zakończenie jest troszkę rozciągnięte, jednak jest to rozrywka z najwyższej półki.

american_gangster1

Największym atutem jest jednak znakomity duet antagonistów. Denzel Washington w roli czarnego charakteru to rzadkość, a jago gangster Frank Lucas jest po prostu bezbłędny. Nie pozbawiony sprytu i inteligencji, traktuje swoją profesję jak człowiek interesu. Facet dba o swoją rodzinę (pomaga im i wykorzystuje do swojego procederu), ale potrafi też być brutalny i bezwzględny (zabicie Tango na ulicy). Rasowy mafiozo. Na podobnym poziomie gra Russell Crowe, który wydaje się tym dobrym gliniarzem z mocnym kręgosłupem moralnym. Jego nie można kupić ani złamać, dociekliwy i konsekwentnie dążący do celu, jednak życie prywatne to rozsypka – nieudane małżeństwo, przypadkowe kobiety. Oglądanie starcia tej dwójki sprawia wielką frajdę, aż trudno mi było kibicować tylko jednej stronie. Poza tym duetem jest też dość mocny drugi plan, gdzie przewija się m.in. Josh Brolin (skorumpowany detektyw Trupo), dawno nie widziany Armand Assante (don Cattano) czy John Hawkes (detektyw Speerman).

american_gangster3

Scott sięga po tradycję kina gangsterskiego i gwarantuje naprawdę świetną rozrywkę. Chciałoby się rzec, że takich gangsterów już nie ma. I takiego kina też nie. Stylowe kino sensacyjna na wysokim poziomie, nawet bardzo wysokim.

8/10

Radosław Ostrowski

Bez litości

Robert McCall pozornie wydaje się niczym niewyróżniającym się facetem. Pracuje w czymś, co moglibyśmy nazwać Castoramą, wieczorami siedzi w kawiarni, czytając książkę. Taki typowy nikt – zaprzyjaźnia się z pewną Rosjanką, która utrzymuje się z prostytucji. Kiedy dziewczyna zostaje pobita, mężczyzna nachodzi jej pracodawców, zabijając ich. Ale jak się okazuje, to początek tarapatów.

bez_litosci1

Od pewnego czasu zauważalny jest trend kręcenia Remake’owi starych produkcji filmowych i telewizyjnych z lat 80. Najnowszy film Antoine’a Fuquy bazuje na serialu „The Equalizer” opowiadającym o byłym agencie CIA, który wykorzystywał swoje umiejętności pomagając ludziom. Kinowa wersja wykorzystuje pomysł i nazwisko postaci, choć trzeba przyznać, że reżyser zaskakuje i wodzi za nos. Sam początek jest dość spokojny, a ekspozycja trwa troszkę za długo (ponad 30 minut). Samej akcji nie ma tu zbyt wiele, ale jest za to naprawdę świetnie zrobiona (pierwsza jatka w rosyjskiej knajpie, przejęcie forsy od mafii czy finałowa konfrontacja w markecie) – zarówno pod względem montażu, szybkiej pracy kamery jak i muzyki. Bardziej skupiona jest uwaga na samych bohaterach, którzy są brutalni, ostrzy, mają inne tożsamości, ale to wysokiej klasy zawodowcy. Technicznie też prezentuje się to dobrze, co jest zasługą naprawdę stylowych zdjęć, prostych dialogów, prostej psychologii oraz naprawdę niezłego tempa. Z drugiej strony sama fabula troszkę nuży, a i wiele wydarzeń widzimy po wszystkim, jednak całość jest solidnym kinem klasy B, które wygląda jak klasy A.

bez_litosci2

Swoje robią to przede wszystkim aktorzy, którzy w swoim emploi sprawdzają się bez zarzutu. Pierwszy to Denzel Washington, który jest tym dobrym kolesiem. Niepozorny, typowy nikt, który – jak mu się zajdzie za skórę – odda ze zdwojoną siłą, stając się zimnym i bezwzględnym egzekutorem. Równie niezawodny jest Martin Csokas, który ma to, co czarny charakter mieć powinien: paskudny wyraz twarzy, twardy akcent rosyjski (co nie powinno dziwić), pewność siebie oraz twardy charakter. Reszta obsady przy nich jest w zasadzie niepotrzebnym tłem.

bez_litosci3

 

Gdyby bardziej zdynamizować tempo, mógłby być świetny film akcji. A tak jest całkiem przyzwoity, choć mający chyba ambicje na coś więcej. Niezły klimat, solidna realizacja i dobre aktorstwo to mocne atuty, a kilka scen akcji może się podobać. Ale chyba może powstać ciąg dalszy, will see.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Agenci

Bobby Trench i Michael Stigman razem współpracują z kartelem narkotykowym niejakiego Papi Greco. W końcu obaj panowie postanawiają napaść na bank, gdzie boss trzyma kasę. Jednak zamiast trzech milionów, znajdują w banku grubo ponad 40 milionów. I jak się potem okazuje forsa należy do CIA, która opłaca kartel. Mało tego, po napadzie okazuje się, że obaj panowie są zakonspirowanymi agentami. Bobby pracuje dla DEA, zaś Stigman dla wywiadu Marynarki.

Pamiętacie taki film „Zabójcza broń” z kultowym duetem Mel Gibson/Danny Glover? Do dzisiaj jest to klasyk wyznaczający standardy we współczesnym filmie sensacyjnym. Do tego próbuje się też odnieść islandzki reżyser Baltazar Kormakur, który jak to każdy zdolny twórca trafia w końcu do USA, by spełnić swój sen. I wyszła z tego naprawdę zabawna komedia z mocnym zabarwieniem sensacyjnym w starym stylu. W każdym razie jest sporo przemocy i krwi, zaś intryga jest mocno namotana, mocno balansująca na granicy logiki (film jest adaptacją komiksu). Wszyscy chcą forsy i wszyscy chcą się pozabijać, zaś osadzenie sporej części akcji na pograniczu USA-Meksyk, gdzie dochodzi też do ostatecznej konfrontacji. Zrobione jest to z jajem, humor miejscami naprawdę pieprzny, zaś sceny akcji są zrobione z biglem i jajem, do tego okraszona lekko luzacką muzyką.

agenci1

Może i czasami jest to na granicy logiki, ale reżyser nie udaje, że robi coś więcej niż czystą rozrywkę. Do tego ma naprawdę mocna obsadę. Ale czy może być słabo, jeśli mamy na pierwszym planie niezawodnego Denzela Washingtona i Marka Wahlberga? Absolutnie nie. Pierwszy jest opanowanym, starym wyjadaczem, który zawsze potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji, drugi to gadatliwy i sięgający po bardziej siłowe rozwiązania żołnierz. Obaj świetnie się bawią w swoim towarzystwie, tworząc naprawdę mocny duet. Poza tym towarzyszy im dawno nie widziany Bill Paxton (agent Earl, typowy kałboj) oraz Paula Patton, która pokazuje trochę swojego ciała.

agenci2

Jeśli brakuje wam trochę oldskulowej rozwałki, a chcecie obejrzeć coś innego niż serię „Zabójcza broń” czy „21 Jump Street”, to „Agenci” są dla was. Nieskomplikowane i proste, ale zrobione z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Lot

Whip Whitaker jest kapitanem lotnictwa, który na sterowaniu samolotem wie wiele, naprawdę wiele. Po trzech dniach pod rząd, ma kolejny lot. Ale w jego trakcie dochodzi do turbulencji i awarii samolotu, Whitaker wykonuje niebezpieczny manewr i cudem ratuje pasażerów przed tragedią. Nie wszystkich, a podczas śledztwa prowadzonego przez komisję okazuje się, że kapitan w trakcie lotu był pijany.

lot1_400x400

Robert Zemeckis był jednym z najzdolniejszych reżyserów amerykańskich, którego śmiało można nazwać uczniem i następcą Stevena Spielberga. Po realizacji filmów animowanych wraca do „żywych” aktorów po 12 latach. I choć w tle jest katastrofa lotnicza (świetnie zrealizowana), tak naprawdę jest to film o walce z nałogiem, tutaj alkoholem. To jak niszczy i jak wiele trzeba, by uświadomić sobie, że jest się uzależnionym. Co w przypadku osoby, która nie ma z tym problemu nie jest łatwe. Choć reżyser czasem serwuje banały i pewnej przewidywalności, to potrafi to bardzo przekonująco opowiedzieć, bo emocje aż kipią i ogląda się tą walkę z dużym zaciekawieniem. To duży plus, choć trochę patetyczne zakończenie może zaszkodzić.

lot2_400x400

Zresztą Whitakerowi wierzymy na słowo, bo gra go Denzel Washington i jest świetny w roli nałogowego pijaka, którego otoczenie częściowo tuszuje jego zachowanie. On nie widzi problemu w piciu (wszelkie sceny, gdy jest pod wpływem są świetne), zaś jego przemiana pokazana jest stopniowo i bardzo subtelnie. Mieszanka pewności siebie i bycia żałosnym udają się bardzo przekonująco. Druga kluczową postacią jest narkomanka Nicole (w tej roli równie wyborna Kelly Reilly), którą Whitaker poznaje w szpitalu. Jest to kobieta z przeszłością, jednak świadoma swojego nałogu i za wszelką cenę próbująca z nim zerwać. Poza tym duetem, nie brakuje wyrazistych postaci drugoplanowych. Tutaj błyszczy pojawiający się krótko John Goodman w roli dealera Harlinga Mays, wprowadzając odrobinę humoru. Poza nim dobrze wypadają Bruce Greenwood (Charlie Anderson, przyjaciel Whitakera) oraz Don Cheadle (adwokat Hugh Lang), którzy potwierdzają swój talent.

lot3_400x400

Zemeckis może i Ameryki nie odkrywa, jednak historia z „Lotu” zostaje w pamięci. Choć są pewne wady (schematyzm, zakończenie), to ten lot reżyserowi się udał.

7,5/10

Radosław Ostrowski