Ciemne strony rybołówstwa

Dokumenty Netflixa zawsze były produkcjami, które wywołały we mnie największe emocje ze wszystkich produkcji streamingowego potentata. „Ikar” miał opowiadać o tym, jak reżyser-amator kolarstwa chciał pokazać jak wziąć udział w zawodach na dopingu i nie zostać złapany. Ale przypadkiem twórca na trop wielkiego sportowego oszustwa na niespotykaną skalę. „Jak feniks” skupiał się na paraolimpiadach, jednocześnie pokazując jak niewiele brakowało, by paraolimpiada w Rio mogła się nie odbyć. Teraz do tego grona dołącza zeszłoroczne „Seaspiracy”.

Dokument Aliego Tabriziego skupia się – jak sama nazwa wskazuje – na tej stronie rybołówstwa, o której żadna organizacja ochrony środowiska nie wspomina. Plan jednak był zupełnie inny, bo chodziło o pokazanie piękna oceanu. Niczym w filmach Jacquesa Cousteau czy Davida Attenborough. Wszystko zmieniły wieloryby i delfiny, a konkretnie coraz więcej informacji o „wypluwaniu” tych zwierząt na brzeg. Z czego to wynika? Skąd w ich żołądkach tyle plastiku? Czy ktoś w ogóle się tym zajmuje? Sprawa jeszcze bardziej się zaognia, gdy Japonia oficjalnie wycofała się z Międzynarodowej Komisji Wielorybniczej i wznowiła połowy tych zwierząt. Ali razem ze swoją dziewczyną Lucy oraz kamerami wyrusza, by zbadać sprawę. Na miejscu (filmowanym z ukrycia) wieloryby oraz delfiny są zwabiane i… zabijane.

Ale dlaczego? Sprawa zaczyna zataczać szersze kręgi, a tropy prowadzą przez różne części świata. Mimo, że niby są prawne regulacje (równoważony połów itp.), tylko że… nikt ich nie egzekwuje. I nikomu na egzekwowaniu ich nie zależy. Niby są organizacje popierające to zrównoważone połowy czy certyfikaty, że podczas połowu nie „wpadły” inne zwierzęta. Tylko kto to sprawdza? Przecież obserwatora można przekupić, a jak nie, to wyrzucić za burtę (zostanie uznany za zaginionego) lub zabić. Organizacje rządowe i pro-rządowe wydają się być bezradne (skoro nawet nie ma jak zweryfikować, czym ma być ten słynny równoważony połów), same rządy jak i zaangażowani w połowy ludzie zrobią wszystko, by zatuszować sprawę. Mało tego, rybołówstwo (komercyjne) destabilizuje wodny ekosystem, burząc hierarchię w łańcuchu pokarmowym z powodu niedoboru ryb. To ostatecznie może doprowadzić do opustoszenia oceanów i – pośrednio – do zagłady naszej planety. Ciekawe, czemu wszystkie organizacje ds. ochrony klimatu nic o tym nie mówią.

Konsekwencje są tak nieprawdopodobne, że – tak samo jak reżyser – niedowierzałem. I nie chodziło o gatunki ryb na skraju wyginięcia, bo ocean jest bardziej przydatny dla naszego środowiska niż mnie się to w ogóle wydawało. O czym wspominają też pojawiający się w filmie ekolodzy, informatorzy czy działacze organizacji Sea Shephards, walczący z nielegalnym łowieniem ryb. O tym przekonajcie się sami, oglądając kolejne mocne dzieło Netflixa. Pełne pasji, szczerości, szoku, gniewu i niedowierzania. Ale nie pozbawione nadziei. Tylko czy wykorzystamy tą szansę, czy damy ciała jak zwykle. Ktoś chce rybkę?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ennio

To już dwa lata odkąd wśród nas nie ma Ennio Morricone. Dla kinomanów oraz fanów muzyki filmowej był to synonim tego, co w niej najlepsze, najoryginalniejsze oraz angażujące emocjonalnie. Autor muzyki do ponad 500 (!!!) filmów, znany z nieprawdopodobnej energii, pracowitości oraz skromności. Czy można wybrać lepszego bohatera do filmu dokumentalnego? Tak uznał reżyser Giuseppe Tornatore, który współpracował z kompozytorem przy swoich wszystkich filmach. Spodziewacie się laurki oraz wazeliny na cześć mistrza? Ja też się tego obawiałem, ale reżyser jest chyba zbyt inteligentny, by karmić tylko banalnymi tekstami, że „Morricone wielkim kompozytorem jest i basta”.

ennio2

Jeśli chodzi o samą formułę, „Ennio” jest zrobionym po bożemu dokumentem ze sprawdzonymi chwytami: masą archiwaliów, gadającymi głowami oraz przede wszystkim samego Morricone. Jak to możliwe? Udało się reżyserowi przeprowadzić rozmowę z mistrzem i… jest tu czego słuchać. To sam Ennio jest w centrum wydarzeń oraz jego opowieść stanowi kręgosłup dokumentu. Od razu jednak mówię, że twórcy nie skupiają się na prywatnym życiu kompozytora (chyba że sam o tym wspomni), lecz działalności artystycznej. Od czasu, gdy ojciec niejako zdecydował o jego przyszłości (zamiast lekarzem, został trębaczem) przez naukę w konserwatorium i tworzenie najpierw aranżacji do piosenek dla wytwórni RCA po pisanie do filmów.

ennio1

Poza samym zainteresowanym wypowiadają się zarówno współpracujący z Morricone muzycy (m.in. Alessandro Alessandroni), ale też inni kompozytorzy (Hans Zimmer, Mychael Danna), reżyserzy (Quentin Tarantino, Bernardo Bertolucci, Dario Argento czy sam Tornatore), muzycy popularni (Bruce Springsteen, Pat Metheny) czy koledzy z branży. Początkowo może się wydawać, że zbyt wielu jest tutaj twórców z Włoch, jednak dla mnie nie był to żaden problem. Film płynnie przechodzi do kolejnych etapów kariery maestro, nie tylko skupiając się na muzyce filmowej, lecz na aranżacjach do piosenek w latach 60. (jak wspomina jeden z wokalistów: „Wcześniej piosenki nie miały aranżacji, tylko akompaniament”), działalności w awangardowej grupie improwizacyjnej Nouva Constnza aż po muzykę symfoniczną. W każdym z tych aspektów Morricone zawsze starał się dodawać coś nowego, sięgając po nieoczywiste dźwięki i szukając inspiracji w najmniej oczekiwanych miejscach (uderzenia bębnów podczas manifestacji przed domem kompozytora czy dźwięk towarzyszący przenoszeniu drabiny).

ennio3

Wszystko to miało jednak miejsce w czasach (lata 60.), gdy klasycznie wykształceni muzycy – jak mentor Morricone, Giuseppe Petrassi – uważali pisanie muzyki filmowej czy aranżowanie piosenek za pewien rodzaj prostytuowania się. Że jest to poniżej godności, a sam zainteresowany dopiero z czasem zaczął doceniać ten aspekt swojej twórczości. Nie brakuje też momentów, gdzie Ennio opowiada o stosowanych technikach (tworzenie kontrapunktów i mieszanie ze sobą dwóch tematów) oraz momentach spięć z reżyserami. Morricone niejako narzuca swój sposób myślenia i niejako to on jest jedyną osobą decydującą nad brzmieniem muzyki. Bez kopiowania samego siebie czy aranżowaniu już napisanych utworów z innych filmów. Jednak samo znalezienie muzyki i stylu, który będzie pasował idealnie do sceny jest karkołomnym zadaniem, wymagającym przede wszystkim intuicji.

ennio4

Ale najbardziej w „Ennio” zapadają w pamięć nie tylko sama opowieść Ennio, lecz fantastycznie zmontowane chwile symbiozy muzyki z kadrami filmów zmieszane z fragmentami koncertów Morricone. To pokazuje jej wielką siłę oddziaływania, chwytliwość oraz jak potrafi sięgnąć głębiej emocjonalnie. Dzięki temu też ten seans (film trwa dwie i pół godziny) mija jak z bicza strzelił.

Sam „Ennio” jest jednocześnie spotkaniem z przyjacielem oraz koncertem z niezapomnianymi melodiami, której popularność dawno przekroczyła salę kinową. Dla kino- i melomanów jest to propozycja nie do odrzucenia, która jest hołdem dla twórczości Morricone, bez tworzenia marmurowego pomnika.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Fran Lebowitz: Udawaj, że to miasto

Bardzo rzadko oglądam seriale dokumentalne. To jest fakt, z którym nie jestem w stanie dyskutować. Ledwo wyrabiam się z „normalnymi” serialami, więc po co mam sięgać po produkcję dokumentalną? Potrzebny byłby do tego odpowiedni wabik w postaci albo znanego nazwiska przy produkcji, albo interesującego mnie tematu. W przypadku „Udawaj, że to miasto” przekonało mnie to pierwsze, czyli osoba reżysera Martina Scorsese. A ten opowiada o jednej ze swoich największych miłości – Nowym Jorku.

udawaj ze to miasto2

Jednak nie decyduje się tego zrobić sam, ale z pomocą przyjaciółki i poniekąd o niej też opowiada. A jest nią Fran Lebowitz. Nie znacie jej? Raczej nikt spoza Nowego Jorku ani USA nie miał z nią styczności. Jest pisarką, publicystką, znaną z bardzo sarkastycznego poczucia humoru, bezlitośnie opisując miasto. Całość jest z jednej strony rozmową pisarki ze Scorsese w jednej z restauracji, przeplatana fragmentami wystąpień Lebowitz – zarówno tych świeżych, które prowadzili m.in. Alec Baldwin czy Spike Lee, ale też masą archiwaliów. Wszystko to służy do sportretowania Nowego Jorku oraz postępujących w nich zmian.

udawaj ze to miasto1

Bardzo prosty plan i pomysł, tylko czy to wystarczy, by przykuć uwagę? Absolutnie tak. Dlaczego? Właśnie z powodu Fran, której wnikliwe spojrzenie potrafi zaskoczyć trafnością. Tak mocną, że może się odnieść do w zasadzie każdego dużego miasta. I każdy odcinek odnosi się do innego aspektu życia samego w sobie. Od korzystania z komunikacji przez kwestie mieszkaniowe po sztukę. Dzięki jej historii widzimy jak zmienia się całe miasto nie tylko architektonicznie, ale też mentalnościowo. I wszystko to z bardzo kąśliwym humorem oraz masą anegdotek, co nie pozwala w żadnym wypadku się nudzić.

udawaj ze to miasto3

Opowieści jest sporo: od awarii sieci metra z powodu… paskudnego zapachu przez pierwszą przeczytaną książkę po licytację obrazu Picassa, gdzie oklaskiwano… cenę zakupu. A w tle przewija się coś, czego nikt się nie spodziewał usłyszeć, czyli śmiech Martina Scorsese. I ten śmiech udzielił się mi wielokrotnie. I każda z tych opowieści wiele mówi o ludziach, życiu i całej reszcie.

Cokolwiek bym nie napisał, to i tak będzie za mało, by docenić ten absolutnie fantastyczny serial. Wszystko dzięki charyzmie Lebowitz oraz jej sarkastycznemu humorowi, troszkę przypominającego… Woody’ego Allena. To jest przykład jak prostym pomysłem i środkami, zrealizować rzecz tak interesującą, jednocześnie zmuszając do myślenia. Rzadka kombinacja.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak feniks

Netflix ze swoimi dokumentami zadziwia mnie bardziej niż mogłem to sobie wyobrazić. Uderzeniem był „Ikar”, który z opowieści o tym jak łatwo oszukać system antydopingowy zmienił się w thriller o największej aferze dopingowej w historii sportu. Zupełnie inaczej do tematu sportu podchodzi francuski film „Rising Phoenix”. Albo jak wolą nasi tłumacze „Jak feniks”, bo skupia się na innej dziedzinie sportu – paraolimpiadach. Zarówno pod względem organizacji jak i przygotowań każdego zawodnika.

jak feniks1

Pod względem realizacji to dokument jakich wiele – „gadające głowy”, masa archiwaliów. To wszystko widzieliśmy wcześniej, ale tematyka jest bardzo fascynująca. To nie tylko historia ruchu paraolimpijskiego, ale w ogóle o adaptowaniu się osoby niepełnosprawnej za pomocą sportu. Sportu dającego szansę nie tylko na osiągnięcie niezwykłych wyników, lecz także szansy na traktowanie osób niepełnosprawnych jako pełnoprawnych obywateli. Nie jako ludzi gorszej kategorii, spisanych na straty, uważanych za nieistniejących jak w Chinach (przed paraolimpiadą w 2008 roku) czy w Związku Radzieckim. Wszystko to dzięki inicjatywie żydowskiego lekarza, który musiał uciekać z nazistowskich Niemiec – sir Ludwiga Guttmanna.

jak feniks4

Każdy z zawodników stracił poważną część ciała czy to wskutek wypadku, choroby lub od urodzenia. Każde z nich ma swoją historię: chińska sztangistka, amerykańska biegaczka z rosyjskimi korzeniami, australijski rugbysta, a także – chyba najbardziej poruszająca dwójka – francuski biegacz, co stracił nogę podczas ludobójstwa oraz włoska florecistka bez dłoni i nóg. Oprócz nich poznajemy historię doktora Guttmana. Trafił przed wojną do Londynu, a po wojnie opiekował się osobami niepełnosprawnymi w szpitalach, gdzie powoli umierali. On to zmienił i wykorzystał sportowe aktywności jako pomoc przy odzyskiwaniu sprawności reszty ciała. Co doprowadziło do zorganizowania pierwszych zawodów sportowych w 1948 roku. Jednak pierwsza paraolimpiada odbyła się w 1960 roku we Włoszech, zaś ruch paraolimpijski rozkwita i trzyma się dobrze.

jak feniks3

To prowadzi z kolei do trzeciej historii skupionej na trzech (już byłych) działaczach Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego oraz przygotowaniach do trzech, przełomowych paraolimpiad. W Pekinie, Londynie oraz w Rio. Ta ostatnia historia trzyma w napięciu niemal jak thriller, bo cała impreza była zagrożona. Wszystko z powodu tego, iż pieniądze przeznaczone na paraolimpiadę zostały wykorzystane na… igrzyska olimpijskie. Takiej podłości nie spodziewał się nikt, a niestabilna sytuacja polityczna nie ułatwiała sprawy. Determinacja i upór tych gości (Xavier Gonzales, Andrew Parsons, sir Philip Craven) doprowadziły sprawę do szczęśliwego końca, choć był problem z niewielką widownią. Ale finał tej imprezy pokazuje jak wielki jest duch ludzi. Nie tylko zawodników, lecz także coraz bardziej wspierającej ich publiczności.

jak feniks2

Ja mogę jedynie zachęcić do obejrzenia tego pasjonującego filmu, pokazującego wielką siłę ducha humanizmu. Nawet jeśli ciało jest – delikatnie mówiąc – dalekie od doskonałości. Jeśli te słowa was nie przekonają, nie wiem jakich jeszcze mogę użyć argumentów.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Giń, 2020!

Jaki był rok 2020, chyba pamiętamy. Ale Netflix pod koniec tego roku postanowił przypomnieć nam zdarzenia z tego roku. I to w formie dokumentu, takiego lipnego. Gdzie mamy wybrane ważne wydarzenia w pigułce, pokazane z perspektywy grupy ludzi: historyka, dziennikarza, naukowca, millenialsa, psycholożki, szefa korporacji oraz szarych ludzi. Wszystko to jest także polane komentarzem napisanym przez Charliego Brookera.

Taki jest plan i zamysł, a jaki jest efekt? Sam film „Giń, 2020!” jest zaskakująco krótki, bo trwa nieco ponad godzinę. Większość czasu widzimy wydarzenia z perspektywy Ameryki i to z wiadomego powodu – wyborów prezydenckich między Trumpem (drugim w USA prezydentem o innym kolorze skóry niż białym) a Bidenem (weteranem wojny secesyjnej i najstarszym kandydatem na prezydenta). Ale na krótko pobędziemy w Australii podczas pożarów, w chińskim Wuhan oraz w Wielkiej Brytanii. Bo Brexit, a pandemia bardzo mocno też się przewija. Wszystko tutaj pełne ciętych, ironicznych komentarzy oraz złośliwości. Humor jednak nie przesłania kilku mocnych wydarzeń (zabójstwo George’a Floyda), potraktowanych delikatnie i z powagą. Przy okazji twórcy pokazują mentalność ludzi, choć jest to mocno przerysowane. Najbardziej to widać w przypadku królowej Elżbiety II (opowieść o jej ulubionym serialu czy scena malowania portretu na banknot) oraz dwójki kobieta. Pierwsza jest samotną idiotką, druga zaś zbyt dużo czasu spędza on-line, wchłaniając wszelkie możliwe bzdury.

Najwięcej czasu jednak spędzamy z historykiem Tennysonem Fossem oraz dziennikarzem Dashem Brackettem. Pierwszego gra lekko ucharakteryzowany, ale cudowny Hugh Grant, drugiego rzutki i pełen błyskotliwych porównań Samuel L. Jackson. Obaj panowie są najmocniejszym punktem tego filmu, mieszając inteligencję z humorem. Cichym bohaterem jest komentujący całość Laurence Fishburne, którego głosu na początku nie rozpoznałem i daje największego ognia. Ale reszta obsady też błyszczy, nawet pojawiając się bardzo rzadko jak Tracey Ullman (Elżbieta II) czy Lisa Kudrow jako doradca Trumpa, zaprzeczająca wszystkiego i wszystkim.

Takiego podsumowania roku z przymrużeniem oka potrzebowaliśmy, choć chyba nie byliśmy tego świadomi. „Giń, 2020!” jest ironicznie smakowity, z wyrazistymi postaciami oraz pewną nadzieją na końcu. Szkoda tylko, że jest to troszkę amerykanocentryczne spojrzenie na świat.

7/10

Radosław Ostrowski

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Taki dokument zdarza się bardzo rzadko. Samo założenie było szalone, bo reżyser postanowił pokazać jak przebiega psychoterapia. Tylko jak to pokazać bez naruszania zasady poufności? Pawłowi Łozińskiemu razem z terapeutą Bogdanem De Barberą udało się znaleźć pewne rozwiązanie. I dzięki temu obserwujemy rozmowy dwóch kobiet. Matka i córka idą do gabinetu, bo chcą naprawić relacje między sobą. Dziura między nimi jest tak wielka, że przestały ze sobą rozmawiać.

Całość jest obserwacją rozmów tych pań podczas terapii. Kamera cały czas skupiona jest na twarzach naszych postaci: kobiet oraz terapeuty. Ten drugi pozwala rozmawiać swoim pacjentkom, by móc wyciągnąć z nich pewne pretensje, animozje oraz niezabliźnione rany. A mają one bardzo długie cienie, których początek bardzo trudno wyciągnąć. Niby mamy tylko i wyłącznie rozmowę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia jakbym oglądał rasowy thriller. Obie panie są zdeterminowane i zależy im na osiągnięciu celu.

Jeśli spodziewacie się scen, gdzie wszelkie emocje zostaną wykrzyczane i uderzane na wysokim C, pomyliliście adresy. Łoziński oraz De Barbero daje im na spokojnie czas do powiedzenia paru słów. Mocnych, nie pozbawionych bólu, ale zawsze szczerych. Nie sprawiają one wrażenia zaplanowanych, pretensjonalnych czy walących jakimiś banalnymi tekstami. Są niepozbawione refleksji, mądrości, zaś terapeuta prowadzi tą rozmowę niczym taniec na linie. Wie, kiedy pociągnąć dalej temat, drążyć, jak sprawić, by to było na tyle delikatnie, na ile jest to możliwe. Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć kolejne zachowania, słowa, gesty. To jest niesamowite, a wciągało jak woda w młynie.

Jednocześnie twórcy pokazują czym tak naprawdę jest terapia. Że nie jest to coś, co powinno być tematem tabu, że taka wizyta nie jest powodem do wstydu czy poczucia porażki. Zwłaszcza, jeśli nie radzimy sobie z rolą narzuconą przez społeczeństwo. Ale jest jeden ważny warunek: szczerość i otwartość. Wtedy jest szansa na wykonanie kolejnych kroków do pracy nad sobą.

Nie spodziewałem się, że można stworzyć dokument pokazujący pracę terapeuty. Łoziński jest oszczędny w formie, za to bardzo bogaty treściowo i trafia w punkt. Poruszające, szczere, piękne, kapitalne.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebieskie chachary

Nie jest zbyt wiele filmów o tematyce kibicowskiej, zwłaszcza w naszym podwórku. Niemniej zadanie wypełnienia tej luki podjął się bardzo uznany montażysta filmowy oraz dokumentalista Cezary Grzesiuk. Przez 10 lat obserwował kibiców, ultrasów i kibicki Ruchu Chorzów, z którym był związany w czasach młodości. Jak się zmieniło kibicowanie i na czym ono tak naprawdę polega?

Na to próbują odpowiedzieć „Niebieskie chachary”. Tytułowe chachary to określenie kibiców Ruchu Chorzów – drużyny z wielkimi tradycjami, ale kiedy widzimy mecz jest to czas spadku z Ekstraklasy. Drużyna źle zarządzana, z długami oraz finałem w postaci wielkiej burdy. Jednak jeśli spodziewacie się stereotypowego kibica-chuligana, to jesteście w wielkim błędzie. Bo kibicowanie jest czymś innym niż robieniem zadymy po rozczarowującym meczu. To jest wspieranie drużyny na dobre i na złe, jest wręcz nałogiem, miłością, poświęceniem. Jest to poczucie wspólnoty osób pochodzących z różnych środowisk, płci, wieku. A nawet dla wielu jedyna rzecz jaką mają. Grzesiuk przygląda się tym ludziom, którzy nie różnią się tak bardzo od innych. Po prostu mają taką pasję jak nikt inny, a kibicem w zasadzie jest się od dziecka. Nie ma tutaj tak wielu klasycznych gadających głów (choć są tutaj znane postacie jak pisarz Wojciech Kuczok, Jerzy Buzek czy Kazimierz Kutz), ale reżyser skupia się na tych mniej znanych postaciach. I to ostatnie dodaje autentyzmu, pokazując różne środowiska: od głównego dopingującego (z zawodu… bankier) przez szefa ultrasów i jego matkę aż po ojca z dzieckiem.

Kalejdoskop jest spory, ale nie brakuje też ciemnej strony kibicowania. Dotyczy to głównie spięć z policją – od wyzwisk po wyrywkowe kontrole i zakazy stadionowe. Nie mówię już o strzelaniu rac na murawę. Jednak jest też parę fajnych momentów jak przyjazd kibiców Ruchu na mecz Atletico czy rozmów z dziewczynami, pokazującymi co je nakręca do kibicowania. Do tego mamy zgrabnie wplecione są piosenki rapowe, dodając mocny rytm.

Nie spodziewałem się po tym dokumencie, ale trudno odmówić Grzesiukowi szczerości oraz pasji. I nawet nie trzeba być kibicem jakiejkolwiek drużyny, by to złapać, poczuć, zaangażować. Bardzo przyjemna rozmowa, pozwalająca nam kibica zrozumieć, a nie krytykować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Kult. Film

Nie ma chyba w Polsce bardziej kultowego zespołu niż – nomen omen – Kult. Od 1982 roku formacja Kazika Staszewskiego zebrała masę fanów, 9 członków zespołu, masę przebojów oraz miliony sprzedanych albumów. Tym bardziej zadziwia fakt, ze film o sobie powstał dopiero w zeszłym roku. ale jeszcze bardziej nieoczywisty jest, iż nie jest to konwencjonalny dokument.

Bo jeśli spodziewacie się, że „Kult. Film” będzie historią o samym zespole od początków do dnia dzisiejszego, a wokół tego będą krążyć opowieści, anegdoty czy historii o fenomenie formacji, to tutaj tego nie znajdziecie. Reżyserka Olga Bieniek obserwuje zespół w trakcie trasy koncertowej, pokazując grupę niejako od kuchni. Z bardziej prywatnej perspektywy, co samo w sobie jest niezłym pomysłem. Skupiamy się na drobiazgach pokazujących jak funkcjonuje ten kolektyw, ich rodziny oraz relacje między członkami. Przeplatane to wszystko jest fragmentami koncertów oraz rozmowami z członkami zespołu. I te momenty mogą się nawet podobać, bo dzięki nim troszkę bliżej poznajemy tych ludzi. Jednak to są tylko momenty niepozbawione kilku anegdot (m.in. sprawy wchodzenia i wychodzenia na scenę pod wpływem), jednak to za mało, by zrealizować ten film.

I wtedy pojawia się pewna postać, która dodaje troszkę kolorytu. Didi – przyjaciel Kazika, którego obecność na jednym z koncertów wokaliście Kultu zatkało. Sam bohater, czyli lekko sepleniący facet oraz jego relacja z Kazikiem jest dla mnie powiewem świeżości. Jak doszło do znajomości oraz siła tej więzi mnie interesowała najbardziej. Tam było troszkę życia i było bardziej poważnie, przez co nie czułem takiego znudzenia jak przez większość seansu. Mimo dość krótkiego czasu trwania, nie wszedłem w to tak bardzo.

Czy bardziej fanatyczni wielbiciele Kultu polubią ten film? Nie wiem, nawet nie próbuje odpowiadać na to pytanie. „Kult. Film” próbuje iść w innym kierunku, za co szanuję, ale nie polubiłem się z filmem. Rozczarowanie spore.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Książę i dybuk

Michał Waszyński to jedna z barwniejszych postaci polskiego kina, które swoje największe sukcesy osiągnął w okresie przedwojennym. Urodzony na Ukrainie w rodzinie żydowskiej, zmarł w Rzymie jako arystokrata katolik. Jakim cudem doszło do takiej przemiany? O tym próbuje opowiedzieć dokument duetu Niewiera/Rosołowski.

„Książę i dybuk” zaczyna się od… pogrzebu Waszyńskiego w 1965 roku. Twórcy podążają śladami reżysera, którego życiorysem można obdzielić kilku bohaterów. Żydowski chłopak, który zmienia nazwisko, by zrobić karierę w branży filmowej, ekspresowa praca (kilka, a nawet kilkanaście filmów rocznie), śmierć rodziny, wywóz na Syberię, służba w armii generała Andersa, ślub z bogatą wdową, wreszcie działalność producencka we Włoszech. Działo się dużo, a jednocześnie nie można odnieść wrażenia, że filmowiec zakładał kolejne maski, tworzył kolejne tożsamości, ukrywając swoją prawdziwą twarz. Nie brakuje tutaj bardzo bogatego materiału: od bardzo dużej ilości archiwaliów przez wielu odnalezionych rozmówców. I tutaj robi się jeszcze ciekawiej, bo są zarówno krewni z Izraela, dawni mieszkańcy Kowla, a nawet osoby pracujące na planie ostatniego filmu, przy którym maczał palce Waszyński – „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” w reżyserii Anthony’ego Manna. Każdy z nich pokazuje inne oblicze filmowca: eleganckiego arystokraty, ukrytego homoseksualisty, wędrowca, męża bogatej wdowy czy obrotnego producenta.

Podczas rozmów z każdą osób powstaje bardzo trudny i niejednoznaczny portret. Portret człowieka niejako pozbawionego korzeni, tworzącego swoją własną tożsamość. Ale jednocześnie mocno skrywającego swoje demony, obsesje i pragnienia. Wszystkie one znalazły swoje ujście w nakręconym filmie z 1937 roku – „Dybuku”. To była historia miłosna z opętaniem w tle, przez co można uznać całość za horror w języku jidysz. Ale czy tam należy szukać odpowiedzi? I czy w ogóle można poznać duszę Waszyńskiego? Wszystko to ogląda się jak kryminał, gdzie rozwiązanie trzeba samemu wyłuskać. Zaś podążanie za tajemnicą bywa znacznie ciekawsze niż samo wyjaśnienie. Pociągający, intrygujący, barwny film tak jak jego bohater. Jesteście gotowi go poznać?

8/10

Radosław Ostrowski