Imperium światła

Sam Mendes to jeden z tych reżyserów, który odnajduje się w każdej konwencji: od komediodramatu przez kino gangsterskie po Jamesa Bonda. To, co jeszcze łączy te filmy to fakt, że do tej pory (poza „1917”) nie pisał scenariuszy. Teraz znowu postanowił przenieść swoją własną historię, już napisaną samodzielnie i no cóż, efekt dla mnie wyszedł niezadowalający. Ale po kolei.

Wszystko toczy się w małym miasteczku Margate w hrabstwie Kent roku 1980. A dokładnie w kinie Empire, które swoje lata świetności ma już dawno za sobą. Dwie sale kinowe (i jeszcze dwie zamknięte) oraz dość sprawdzona grupa pracowników z kierownikiem Donaldem Ellisem (Colin Firth) na czele. Inną doświadczoną pracowniczką jest Hilary (Olivia Coleman), czyli kierowniczka sali. Taka pracownica, co przychodzi do pracy pierwsza, a wychodzi ostatnia. Życia prywatnego w zasadzie nie posiada, trzymając się od dłuższego czasu rutyny. Wreszcie pojawia się nowy pracownik, czarnoskóry Stephen (Michael Ward). Tutaj powoli zaczyna między nimi iskrzyć, jednak są pewne problemy. I nie chodzi tylko o różne kolory skóry.

Mendes robi dziwną potrawę, gdzie miesza różne składniki i liczy, że coś z tego smakowitego będzie. Z jednej strony mamy tu kino jako miejsce pracy, ale też miejsce tworzące magię. I pozwalające uciec od szarej, nudnej rzeczywistości. Ale to już wiem od czasów „Purpurowej róży z Kairu”, a także ostatnio obecnego trendu listów miłosnych do X Muzy jak „Fabelmanowie” czy „Belfast”. Sam jest próbuje też być melodramatem z dwójką wykluczonych ludzi. Bo on musi się mierzyć z rasizmem i lubującym miłość do bliźniego swego skinheadom, z kolei ona jest bardzo tajemnicza, wycofana, wręcz zgaszona. A jednak coś zaczyna między nimi iskrzyć, choć przeszłość zaczyna dawać o sobie znać.

No i większość czasu spędzamy z Hilary, którą świetnie gra Coleman. Kobietę pozornie nieobecną, skupioną bardzo na wykonywaniu swoich obowiązków i zdystansowaną wobec całego otoczenia. Trudno nie oderwać od niej oczu, by zobaczyć pęknięcia w jej portrecie, dotrzeć do skrywanego mroku, bólu i cierpienia. To wszystko jednak nie chce się w sensowny sposób połączyć ze sobą. Dramat psychologiczny, romans, kino, nienawiść, nierówność społeczna – dzieje się tu wiele, czasem nagle i niespodziewanie. Z tego powodu nie mogłem w pełni się zaangażować, bo tak wiele się działo w tak krótkim czasie. Do tego jeszcze jest parę pobocznych postaci, z których najciekawsze są dwie: kinooperator Norman (Toby Jones) oraz Ellis, który seksualnie wykorzystuje Hillary.

Mendes nie jest w stanie tego wszystkiego ujarzmić, przez co emocjonalnie nic mnie to nie obchodziło. Choćby nie wiem jak wizualnie by to pięknie wyglądało (a wygląda naprawdę ładnie, co jest zasługą zdjęć, scenografii i kostiumów) oraz całkiem niezłe dialogi, całość wydaje się przedramatyzowana do tego stopnia, że wywołuje to efekt odwrotny. Nie działa ta historia, która niby próbuje być poważna, ale to jakieś za słodkie, zbyt łatwe i chyba naiwne. Coś tu mi zgrzytało, nie pasowało, nie chciało się połączyć w spójną całość. Tego po tak doświadczonym i sprawnym reżyserze jak twórca „American Beaty” nie spodziewałem się. Cóż, może Mendes nie powinien pisać scenariuszy tylko skupić się na reżyserowaniu?

5,5/10

Radosław Ostrowski

Ja, Godard

Uważany za jednego z najbardziej wpływowych filmowców Jean-Luc Godard. Twórca kojarzony z francuską Nową Falą, która bawiła się formą i eksperymentowała z konwencjami kina. Aż dziwne, że nie powstała filmowa biografia zmarłego w zeszłym roku reżysera. Wróć, powstała, ale chyba niewielu widzów ją obejrzało.

Nakręcone w 2017 roku przez Michela Hazanaviciusa „Ja, Godard” oparte jest na wspomnieniach Anny Wiazemsky. Kiedy ją poznajemy, dostaje główną rolę u Godarda w filmie „Chinka”, mocno przesiąknięty maoizmem. Po pewnym czasie, biorą ze sobą ślub w tajemnicy. Negatywny odbiór filmu Godarda doprowadza do mocnego radykalizowania artysty i skrętu w rewolucję. A że jest maj 1968, czyli czas zamieszek i buntu studentów. Dla francuskiego reżysera to punkt zwrotny w jego karierze.

Reżyser nie idzie w stronę klasycznego biopica, próbując w nieco ponad półtorej godziny opowiedzieć całą karierę Godarda. Zamiast tego skupia się na konkretnym wycinku z życiorysu filmowca, próbując pokazać punkt graniczny w jego karierze. Do tego jeszcze poznajemy tą historię z perspektywy osoby z zewnątrz, co pozwala na nabranie dystansu. I dzięki temu nie dostajemy nudnej, banalnej laurki o tym, że Godard wielkim artystą był.

Hazanavicius jednocześnie opowiada tą historię jakby była filmem w stylu Godarda. Już na samym początku mamy narrację z offu od Anny, jak i (parę sekund później) od samego Godarda. A dalej jest jeszcze ciekawiej: przejście taśmy na negatyw, łamanie czwartej ściany, napisy na murach w tle, rozjazd dźwięku (sceny, gdy Godard rozmawia z Anną podczas pisania na maszynie – on się odwraca do niej i mówi, ale parę sekund jeszcze słychać maszynę), całkowite wyciszenie tła podczas rozmowy. Jest nawet scena, mocno inspirowana otwarciem „Kobiety zamężnej” (nie powiem jaka). Z jednej strony to bardzo odświeżająca i oryginalna forma, która pasuje do tematu oraz głównego bohatera, z drugiej to źródło sporej dawki humoru (scena dyskusji na temat nagości w filmie, po której następuje… o nie, to trzeba zobaczyć samemu).

To wszystko nie tylko pokazuje klimat epoki, gdzie mogło dojść do przewrotu oraz wiary w siłę sztuki jako narzędzia do przemian społeczno-politycznych. Cały czas w tle padają pytania o kino jako sztukę, czy może być wykorzystywana politycznie oraz rolę artysty. Jednak najbardziej emocjonalnie angażująca jest tu relacja Godarda z Anną i jej dynamika. Od początkowej fascynacji troszkę dziwnym, ale interesującym twórcą aż do coraz większej korozji, spięć i rozpadu. Wszystko przez coraz większą radykalizację oraz odrzucenie filmowca od środowiska i widzów. Ale czy mogło się to skończyć inaczej? Te chwile aż do mocnego finału były dla mnie sercem „Ja, Godard”.

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie rewelacyjny duet na pierwszym planie. Louis Garel sprawdza się kapitalnie w roli Godarda. Bardzo wycofany, niemal nie wpuszczający do swojego umysłu, jednak coraz bardziej dostrzegalna jest jego niepewność siebie, bufonada, narcyzm oraz coraz większe zatracenie się w ideologii. Oraz pieprzenie coraz większych bzdur, przez które traci szacunek wszystkich. W kontrze do niego stoi Stacy Martin jako Anna, która nie tylko zjawiskowo wygląda (i reżyser nie boi się tego pokazać), ale nie jest tylko ładnym ozdobnikiem. To kobieta z krwi i kości, która choć początkowo wspiera swojego męża, dochodzi do granicy swojej wytrzymałości. Ale wszystko w bardzo subtelny sposób, bez wrzasków, krzyku, w półtonach. Wierzy się w tą relację od samego początku, bo jest silna chemia między aktorami.

„Ja, Godard” to bardzo zaskakujące i świeże kino biograficzne, które bawi się konwencją i formą. Mocno w duchu Godarda, ale też niepozbawione ironii, dystansu oraz humoru. Chyba to pozwala spojrzeć na tego filmowca jak na człowieka, zamiast stawiania kolejnego pomnika czy jednostronnej laurki. Tak oryginalnego podejścia do biografii nie widziałem od czasu „Love & Mercy”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Duchy Inisherin

Martin McDonagh dla mnie jest cholernie interesującym reżyserem, mocno klimatem przypominające braci Coen. Dużo czarnego humoru, wielowymiarowe postacie oraz głębokie tematy. Po tym jak „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” powaliły mnie na kolana, oczekiwania wobec kolejnego filmu wystrzeliły powyżej sufitu. Do tego jeszcze wraca duet Colin Farrell/Brendan Gleeson znany z debiutu reżysera. Jak nie czekać i nie wierzyć, że będzie hicior?

duchy inisherin1

Jesteśmy na wyspie Inisherin gdzieś w Irlandii roku 1923. Na lądzie (stałym) trwa wojna domowa, ale na naszej wysepce jest spokój, nuda i monotonia. Tutaj też mieszka dwóch przyjaciół, choć różnych jak noc i dzień: poczciwy Padrick (Colin Farrell) oraz bardziej myślicielski Colm (Brendan Gleeson). Pewnego dnia jednak dzieje się coś dziwnego, bo Colm nie chcę już się przyjaźnić z Padrickiem. Mało tego, nie chce od nie słyszeć ani jednego słowa. Ani jednego wypowiadanej sylaby. Bo po prostu przestał go lubić. Że co? Padrick nie potrafi tego zrozumieć, jest bardzo prostoduszny i chcę odkryć przyczynę tego stanu. Colm jednak coraz bardziej się zamyka i przez opór dawnego przyjaciela sięga po środki radykalne.

duchy inisherin2

„Duchy Inisherin” na pierwszy rzut oka wydają się mieć wszystko, co było u McDonagha. Jednak przyglądając się bliżej nie mogłem pozbyć się jednego, dziwnego wrażenia. Bo czegoś tu mi zabrakło. Pozornie znowu reżyser dotyka poważnych spraw. Tym razem mówi o samotności, marazmu, odcinaniu się od pewnej relacji, poczucia śmiertelności. W dużym skrócie McDonagh pokazuje ludzi szukających sensu w absurdalności życia. ALE tutaj reżyser chyba za bardzo skupia się na folklorze i symbolice. To już sugeruje oryginalny tytuł – banshees (duchy) są w irlandzkiej kulturze zjawami o wyglądzie kobiety, których obecność zwiastuje śmierć. I jest tu jedna postać pasująca do tego charakteru, ale tego nie zdradzę.

duchy inisherin3

Największe skupienie reżysera jest na trzech postaciach: Padricku, jego siostrze Siobhan (Kerry Condon) oraz Colma. Każdy z nich niejako ma inne postawy życiowe. Pierwszy wydaje się mocno przywiązany do otoczenia, dba o zwierzęta i może nie jest zbyt lotny umysłowy, budzi sympatię. Kobieta jest oczytaną, o wiele inteligentniejszą niż reszta mieszkańców, przez co czuje się wyobcowana i chce się stąd wyrwać. Bo po co przebywać w tej wiosce, gdzie nie czeka na nią żadna przyszłość? Z kolei Colm ma duszę bardziej artystyczną i czuję potrzebę zostawienia czegoś dla potomnych. Niby rozumiem każdą z tych postaci i trudno mi się przyczepić do aktorstwa, ale miałem jeden problem. Z gatunku tych poważnych. Nie czułem żadnej więzi emocjonalnej i nie obchodziło mnie to wszystko. Zaskakująco poważno-depresyjny ton dobił mnie, zaś powolne tempo zmieniło seans w mękę. I ani piękne krajobrazy, ani lekko bajkowa muzyka nie są w stanie zmienić.

duchy inisherin4

Co tu się stało, panie McDonagh? „Duchy Inisherin” są pierwszym filmem w dorobku Irlandczyka, który mnie rozczarował. Zupełnie jakby reżyser skupiał się na symbolach, alegoriach i zapomniał dać do tego świata ludzi z krwi i kości. Dziwne, prawda?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Central Park – seria 2

Wracamy do rodziny Tillermanów oraz knowań Betsy, by przejąć Central Park. To ostatnie może wydawać się bzdurne, ale bogacze nie takie szalone decyzje podejmowali. Sprawy jednak się komplikują, bo brakuje dowodów. Ale mamuśka-dziennikarka Paige determinację ma wymalowaną na twarzy.

central park2-1

Tym razem odcinków jest aż 16 i jest – jak w klasycznym serialu komediowym – zbiorem osobnych historii, z głównym wątkiem gdzieś w tle. Bardzo w tle, że niemal można o nim zapomnieć. Każdy ma pewne swoje chwile do rozgryzienia: nadmierne wspieranie chłopaka przed zawodami latawca, nadmierne mikrozarządzanie parkiem, pierwsza miesiączka (i jak sobie z nią poradzić), nauka geometrii idąca opornie itd. A poza tym Betsy niemal cały czas kombinuje jak znaleźć inwestorów do swojego szalonego planu i musi uporać się z takimi banalnymi rzeczami jak: zepsuty rolls-royce, pszczoły przed hotelem, powrotem legendarnego złodzieja. Takie typowe rzeczy z życia zepsutych bogaczy. Jak zawsze w bardzo absurdalnym humorze, pełnym złośliwości, ale bez przemocy czy wulgarności.

central park2-2

Pomaga w tym jak zawsze cudna kreska oraz bardzo chwytliwe piosenki. O muzyce, szukaniu klucza, możliwych wizjach przyszłości, upokorzeniu itp. Jak oni to robią, że to wszystko nie tylko nie wywołuje zgrzytu, ale brzmi fantastycznie. Po prostu FANTASTYCZNIE, pełne zabaw językowych (w wersji angielskiej) oraz wizualnych popkulturowych odniesień (m.in. do „To my” Peele’a czy „Przypadku Harolda Cricka”). Jednak z nimi nie przesadza, doprowadzając do przesytu. Wizualnie też twórcy się bawią podczas piosenek, gdzie ciągle zmienia się tło (choćby pojawiające się nuty, figury i bryły geometryczne czy wyobrażenia przyszłości przez perspektywę zmiany pracy w formie… klocków prawie Lego). Czas mija szybko, a finał w pełni satysfakcjonuje. Nie mogę doczekać się zakończenia.

central park2-3

Głosowo nadal jest świetnie, choć doszło do jednej kluczowej zmiany. Molly (córka Tillermanów) nie mówi już głosem Kristen Bell, lecz Emmy Raver-Lampman. Od razu jednak uprzedzam: zmiana nie jest zbyt mocno odczuwalna, jednak decyzja spowodowała była negatywnymi komentarzami. Z czego wynikały? Że Molly (dziecko białej i czarnoskórego, czyli mieszana) jest podkładana przez białą aktorkę. No ja pierdolę, przepraszam za język, ale to już jest absurdalne. Nie chce mi się nawet strzępić języka. Ale jest parę zaskakujących epizodów, gdzie można usłyszeć m. in. Keitha Davida (dr Ward Wittingher), Catherine O’Harę (Gwendolyn Swish), Henry’ego Winklera (detektyw Hank Zevansky) czy… Dana Stevensa (kompletnie nie do poznania jako ojciec Bitsy).

central park2-4

Nie mogę się nachwalić drugiej serii. Dzieje się dużo, wygląda cudnie i słucha się jeszcze lepiej. Jakim cudem przeoczyłem ten tytuł? Wszystko w nim działa jak w dobrze zarządzanym parku. Skromne, lecz bardzo bogate. Finał musi być świetny.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy 2022 roku

Ktoś patrząc na tą krótką listę może odnieść wrażenie, że nie widziałem zbyt wielu złych filmów. Ale odpowiedź na to pytanie jest chyba o wiele prostsze: zbyt wiele tytułów intuicyjnie odpuściłem sobie, a wielu nie obejrzałem do końca. Bo mnie zbyt zmęczyły, łatwo nudziły i miałem poczucie, że marnuje swój czas. Chyba nie mam już cierpliwości na oglądanie gniotów oraz chłamu. Poniżej znajduje się bardzo krótka lista niekoniecznie najgorszych filmów, ale najbardziej rozczarowujących, przy oglądaniu których wytrwałem do końca. Chociaż szczerze mówiąc żałuję tego czasu przy nich spędzonego. Jeśli czegoś tu brakuje, piszcie śmiało w komentarzach. Oby w roku 2023 lista rozczarowań utrzymała się na tym poziomie albo byłaby jeszcze niższa.

1. Marusarz. Tatrzański orzeł, reż. Marek Bukowski
2. Wesele (2021), reż. Wojciech Smarzowski
3. Śmierć Zygielbojma, reż. Ryszard Brylski
3. Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę, reż. Michał Krzywicki
4. Uncharted, reż. Ruben Fleischer
5. Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności, reż. Elaine Bogan
6. Krime Story. Love Story, reż. Michał Węgrzyn
7. Pajęcza Głowa, reż. Joseph Kosinski
8. Gdzie śpiewają raki, reż. Olivia Newman
9. Podpalaczkareż. Keith Thomas
10. Głęboka woda, reż. Adrian Lyne
11. Plan lekcji, reż. Daniel Markowicz

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2022 roku

Muszę przyznać, że dla mnie rok 2022 był mało filmowy. Obejrzałem mniej filmów i seriali, co nawet dla mnie było nieprzyjemnym rozczarowaniem. Ale nadal trafiało mi się więcej udanych seansów niż rozczarowań, więc nie było tak źle. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w nadchodzącym roku 2023 nie tylko będę miał więcej czasu na wizyty w kinie/platformach streamingowych, ale też lista najlepszych filmów roku następnego będzie dłuższa. Więc bez specjalnego przydługiego wstępu podaję listę filmów, które zrobiły na mnie największe wrażenie w 2022 roku. Ułożone w kolejności chronologicznej. Być może nie będzie zaskoczeń, ale parę punktów stycznych się znajdzie. Jeśli tak, piszcie w komentarzach.

1. In the Heights. Wzgórza marzeń, reż. Jon M. Chu
2. Świnia, reż. Michael Sarnoski
3. Hazardzista, reż. Paul Schrader
4. Klan Sycylijczyków, reż. Henri Verneuil
5. C’mon C’mon, reż. Mike Mills
6. tick, tick… BOOM!, reż. Lin-Manuel Miranda
7. Mitchellowie kontra maszyny, reż. Michael Rianda
8. Piosenki o miłości, reż. Tomasz Habowski
9. Belfast, reż. Kenneth Branagh
10. Spragnieni miłości, reż. Wong Kar-Wai
11. Cyrano, reż. Joe Wright
12. Córka, reż. Maggie Gyllenhaal
13. Inni ludzie, reż. Aleksandra Terpińska
14. Licorice Pizzareż. Paul Thomas Anderson
15. Wszystko wszędzie naraz, reż. Daniel Kwan, Daniel Scheinert
16. Nieznośny ciężar wielkiego talentu, reż. Tom Gormican
17. Wiking, reż. Robert Eggers
18. Film balkonowy, reż. Paweł Łoziński
19. Top Gun: Maverick, reż. Joseph Kosinski
20. Wolny dzień Ferrisa Buellera, reż. John Hughes
21. Pan Wilk i spółka, reż. Domee Shi
22. To nie wypanda, reż. Pierre Perifel
23. Ennio, reż. Giuseppe Tornatore
24. Bohater ostatniej akcji, reż. John McTiernan
25. Ciemne strony rybołówstwa, reż. Ali Tabrizi
26. Powodzenia, Leo Grande, reż. Sophie Hyde
27. Trzy tysiące lat tęsknoty, reż. George Miller
28. IO, reż. Jerzy Skolimowski
29. Carter, reż. Jung Byung-gil
30. Do ostatniej kości, reż. Luca Guadagnino
31. Ucieczka na Srebrny Glob, reż. Kuba Mikurda
32. Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, reż. Nagisa Oshima

Radosław Ostrowski

1970

Grudzień 1970 roku to jedna z najczarniejszych dat w powojennej historii Polski. Strajk robotników przeciwko podwyżkom cen na Wybrzeżu (i to przed Bożym Narodzeniem) zmieniły się w zamieszki. W ich trakcie spalono budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, zmieniając protest w poważną demonstrację. Władza postanowiła ją stłumić w najbrutalniejszy sposób. Filmowcy już wielokrotnie opowiadali o tych wydarzeniach, więc co nowego można pokazać w tym temacie?

1970-1

Reżyser dokumentu „1970” Tomasz Wolski chyba znalazł patent. Postanowił pokazać wydarzenia z perspektywy ówczesnych aparatczyków na Wybrzeżu. Wszystko za pomocą odnalezionych archiwalnych nagrań z rozmowami tych ludzi podczas feralnych wydarzeń. Pokazane zostają w formie animacji poklatkowej, używając makiety i lalek. Wszelkie wydarzenia „poza budynkiem” to archiwalia m.in. z Instytutu Pamięci Narodowej czy Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pozbawione komentarza oraz jakiejkolwiek narracji z offu próbuje pokazać dlaczego doszło do tej sytuacji. Dlaczego władza zamiast podjąć jakiekolwiek rozmowy, próbować nawiązać jakikolwiek dialog, decyduje się rozgonienie oraz brutalną konfrontację. Wszystko to z brutalną obojętnością, wręcz niedowierzaniem.

1970-2

Całość jest krótka (nieco ponad godzinę) i nie ma miejsca na znużenie. Film wciąga i mimo znajomości zakończenia potrafi strzelić między oczy. Bo mechanizmy władzy są przedstawione w sposób pozbawiony złudzeń. Ważniejsze było wykonanie rozkazu z centrali (rozgonienia tłumu, a jeśli to nic nie da strzał ostrzegawczy i potem walić w nogi) oraz wykorzystanie sytuacji propagandowo. Stąd masowe aresztowania po wszystkim, próba blokowania informacji – nawet pada pomysł kradzieży teczki lub aparatu fotograficznego od… duńskiego dyplomaty, który opuszcza Wybrzeże. Po co? By nie wyciekły żadne niewygodne informacje. To jedna z pokazanych sytuacji, że decyzja władzy (robotniczej) nie podlega dyskusjom czy negocjacjom.

1970-3

„1970” byłby pewnie przeze mnie wyżej oceniony, gdyby nie jeden poważny problem – dźwięk. Nie chodzi o dźwięki z filmów archiwalnych, lecz z rozmów telefonicznych. Wiele razy nie byłem w stanie zrozumieć padających słów i nawet wielokrotnie cofanie oraz podkręcenie głośności w odtwarzaczu nie rozwiązywało tego problemu. Przydałyby się tutaj napisy. Ale nawet ta poważna wada nie pozwala zignorować tego oryginalnego podejścia do już znajomego tematu. Bardzo kreatywnego podejścia.

7/10

Radosław Ostrowski

Sauna

Zrobienie kina politycznego jest bronią obosieczną. W zależności od konwencji (przez dramat po satyrę) może zadziałać emocjonalnie i dostarczyć przyjemności, ale wszystko zależy zarówno od wiedzy widza na dany temat, jak też podejścia reżysera do kwestii wydarzeń epoki. Najczęściej jest pod górkę, co pokazał mi seans „Sauny” – telewizyjnej komedii politycznej w reżyserii Filipa Bajona z 1992 roku.

Akcja toczy się w tytułowej saunie na terenie jednego z hoteli w Helsinkach podczas sympozjum naukowych. Tutaj trafiają Polak, Węgier, Czech, Niemiec z NRD, Rusek (a właściwie dwoje Ruskich), Fin i Amerykanin. Jesteśmy świadkami trzech takich spotkań – w 1981 roku podczas karnawału Solidarności, w 1982 roku w trakcie stanu wojennego oraz w 1989 roku, gdy dochodzi destabilizacji bloku wschodniego. Reprezentanci bardziej zachodniej strony świata (Amerykanin Stewart oraz Fin Jussi) nie rozumieją całego funkcjonowania systemu komunistycznego, przez co nabierają dystansu podczas rozmów. Rozmów pełnych aluzji, odniesień do wydarzeń, prztyczków w nos i docinków. Ile wyciągnie się z tego zależy od wiedzy z historii współczesnej, czyli po 1945 roku. Gdzie Jurij (rewelacyjny Marian Opania) wydaje się władczy, narzucający ton rozmowom i tylko Janek (Bogusław Linda wchodzący na wyżyny możliwości) staje z nim do konfrontacji otwarcie. Czuje się mocny, pewny siebie, wręcz bezczelny w sadzeniu wobec pozostałych „towarzyszy”. Jak skończą się te pogaduszki? Tego ja wam nie zdradzę, ale Bajon pisze pyszne dialogi, niepozbawione aluzyjnego czy wręcz gorzkiego poczucia humoru lub ponurych obserwacji (głównie od Jurija jak choćby rozmowa o „oswojeniu” Boga).

Pewną zagadka może wydawać się postać Maszy (Gabriela Kownacka) – co kobieta robi w męskiej saunie? Jej rola nie jest w ogóle wspomniana ani wytłumaczona, co może irytować. Ale z czasem ta postać staje się wyrazistsza i dynamika z Jankiem nabiera silniejszych barw. Wydaje mi się, że to zgrabna metafora skomplikowanych relacji polsko-rosyjskich, gdzie miłość, nienawiść i nieufność przeplatają się w nieopisywalnym, niezrozumiałym klinczu. Czy w ogóle jest możliwe wyrwanie się z tego toksycznego kręgu?

Realizacyjnie trudno powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś wyrazistym. To produkcja telewizyjna, niemal ograniczona do jednego miejsca – sauny. Sporadycznie trafiamy też do szatni z prysznicem, co nie zmywa poczucia pewnej teatralności. Muzyka też pojawia się bardzo rzadko, a dźwięk czasami – jak w wielu polskich filmach – nie wychwytuje wszystkich wypowiadanych słów. Ale te problemy nie psują pozytywnego wrażenia.

Bo „Sauna” jest bardzo zgrabnie napisana oraz rewelacyjnie zagrana (poza w/w Lindą, Opanią i Kownacką, jeszcze mamy Piotra Machalicę, Władysława Kowalskiego, Henryka Bistę, Marka Kondrata oraz Zbigniewa Zamachowskiego), co jest sporą zasługą Bajona. Trudno jednak w tym mikroportrecie przemian politycznych lat 80. nie dostrzec wielu trafnych obserwacji oraz soczystych dialogów, trafnie opisujących relacje międzysąsiedzkie. A także zderzenie kapitalizmu z wymuszonym komunizmem, które musi doprowadzić do kolizji.

7/10

Radosław Ostrowski

Top Gun

Dziwny to przypadek sequel po kilkunastu latach. Bo zawsze rodzi się pytanie, czy jeszcze żyją fani pierwszej części i będzie ich tylu (w sam raz tylu), by zarobić kupę piniondzorów. Dotyczy to każde filmów uznawanych za kultowe. Takie jak choćby „Top Gun”, nakręcony w 1986 roku przez Tony’ego Scotta i wyprodukowany przez (obecnie) legendarnego Jerry’ego Bruckheimera. Zanim jednak pójdę na sequel, postanowiłem sobie przypomnieć to dzieło.

top gun1-1

Film nie jest specjalnie skomplikowany i skupia się na dwóch kumplach, co razem latają w samolotach US Navy. Pete „Maverick” Mitchell (Tom Cruise) oraz Nick „Goose” Bradshaw (Anthony Edwards) są tak różni jak noc i dzień. Pierwszy jest pilotem i leci miejscami bardzo ryzykancko, drugi radiooperatorem, starającym się zachowywać w sposób rozsądny. Tworzą bardzo zgrany duet i obaj trafiają do tytułowego Top Gun – elitarnej szkoły lotniczej dla najlepszych pilotów Marynarki Wojennej. Ale tam takie ryzykanckie jazdy mogą skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. A wtedy – żegnajcie przestworza, witajcie asfaltowe drogi. Zwłaszcza, że w szkole znajduje się Iceman (Val Kilmer), co jest bardzo opanowany i nigdy nie traci zimnej krwi. Więc walka będzie zacięta, do ostatniego zadania. I nie tylko tam.

top gun1-2

Od pierwszych kadrów oraz dźwięków muzyki wiadomo w jakich czasach jesteśmy i z czym mamy do czynienia. Synth popowa i rockowa muza podbijają adrenalinę, a kolory walą po oczach. Tak wyglądają przygotowania myśliwca do lotu podczas wschodzącego słońca. Scott nie udaje, że swoje dzieło skierował do nastolatków płci męskiej, by pokazać jak bardzo cool jest bycie w armii. Że będąc tam nie tylko możesz robić cuda wianki (choć brawura może zakończyć się niebezpiecznie), zyskać szacun kumpli, mentorów, a nawet wyrwać najpiękniejszą kobietę na dzielnicy. Wszystko dzięki uporowi, determinacji, ryzyku oraz pewności siebie. Sława, prestiż i pieniądze, prawda? O nie, tak łatwo nie jest.

top gun1-3

Historyjka jest banalna, pełna miejscami banalnych dialogów i ociera się o kicz. O aktorstwie w zasadzie nie chcę mówić, bo postacie są płaskie jak podłoga, o którą się potykasz po wypiciu kilku głębszych. Nadmiar klisz jest niemal porażający: nieodpowiedzialny ryzykant o mocnej reputacji oraz mierzący się z tajemniczą śmiercią ojca, wspierający kumpel, opanowany rywal (nie antagonista), twardy mentor, seksowna pani instruktor. Wszystko to bezczelnie sparodiowane parę lat później w „Hot Shots!” (polecam gorąco!).

top gun1-4

A jednak jest w tym coś uroczego i ma swój klimat. To, co godnie zniosło próbę czasu to dwa elementy: muzyka z niezapomnianym gitarowym tematem przewodnim oraz sceny powietrzne. Walki są miejscami chaotyczne, ale czuć tutaj skalę maszyn i umieszczenie kamer w samolotach (także pod różnymi kątami) nadaje rozmachu. W połączeniu z dynamicznym montażem oraz dźwiękiem tworzy to imponujące widowisko.

Szanuję to podejście, choć z perspektywy dorosłego widzę więcej zgrzytów. Nie jestem w stanie się obrazić na ten film, niemniej ocena jest naciągana. Baaaaaaaardzo naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza

Gdyby ktoś zapytał, kim był Władysław Kozakiewicz, najprawdopodobniej padła by odpowiedź: lekkoatletą, który pokazał wała Związkowi Radzieckiemu podczas olimpiady w Moskwie. Ten moment zapamiętał cały świat, a gest stał się symbolem politycznym. Ale przecież było coś więcej niż tylko ten wycinek – moment chwały. Sylwetkę tego sportowca postanowił pokazać reżyser Ksawery Szczepanik w dokumencie „Po złoto”.

Forma może nie jest powalająca, bo to klasyczne gadające głowy plus archiwalia. ALE jest to zbyt solidnie zrobione, by zignorować. Mimo krótkiego czasu trwania, nie ma tu miejsca na znużenie. Przede wszystkim ze względu na samego Kozakiewicza, którego szczerość jest wręcz brutalna. To nie jest laurka, pokazująca momenty chwały i samych sukcesów. To byłoby za proste, zbyt nudne oraz nieciekawe. Olimpiada w Moskwie oraz ten słynny gest jest kulminacją tego dzieła, stanowiąc punkt graniczny, niejako środek tego filmu. Przed tym wydarzeniem „Kozak” był najpierw młodym chłopakiem z Wilna, który dzięki starszemu bratu został lekkoatletą. Ze względu na pochodzenie ciągle musiał udowodniać, że nie jest od nich gorszy. Nie bez problemów (przez kontuzję stracił szansę na medal w Montrealu), ale osiąga to, o czym każdy sportowiec marzy.

Jednak to, co potem się dzieje – czyli 15 minut sławy. Imprezy, bankiety, sława, prestiż i pieniądze. Oraz bardzo poważna obniżka formy, co doprowadza do konfliktu między „Kozakiem” a Polskim Związkiem Lekkoatletyki. A były to czasy, gdy wszystko było polityczne, zaś każdy sportowiec był niejako „własnością” związku i nie miał nic do gadania. Stąd taka decyzja o wyjeździe do RFN, odebrana przez wielu (oraz przedstawiana w mediach) jako zdrada. Wszystko to ogląda się z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza jeśli nie zna się życiorysu Kozakiewicza.

Poza samymi rozmowami, dużą wartością jest spora ilość archiwaliów. I nie chodzi tylko o fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej czy wycinki z gazet, ale przede wszystkim ze zbiorów Kozakiewicza. Zarówno treningi, sporo prywatnych zdjęć, do tej pory niepokazywane. To pozwala wejść tam, gdzie nie wchodziły media, gdzie wiele rzeczy się działo za kulisami. Nie brakuje tutaj słów rozgoryczenia oraz pewnego żalu za szansami, które ciągle były odbierane, niweczone z powodu absurdalnych zasad jak choćby dyskwalifikacja za… przyjście na zawody w stroju od firmy, z którą tyczkarz miał kontrakt. Takich absurdów było więcej, ale nie będę zdradzał.

Jedyne, co wywołuje pewien niedosyt, to brak pokazania tego „życia po życiu”, czyli okresu po zakończeniu kariery. Jak się potoczyły losy Kozakiewicza, czym się zajął po karierze, czy wrócił do kraju. Te momenty byłyby puentą dla całości. Nie zmienia to faktu, że „Po złoto” jest fascynującym portretem człowieka, dla którego wygrywanie było sensem życia. Niby krótko, ale treściwie.

7/10

Radosław Ostrowski