Piosenki o miłości

Czasami pojawia się taki film, który wygląda jakbyśmy już go znali, widzieli, słyszeli. Trochę tak jak mężczyzna widzi kobietę i na podstawie jej wyglądu zaczyna ją rozpracowywać. Że już wie o niej wszystko. Dopóki się nie odezwie i wtedy się wszystko okazuje – czy jest naprawdę urodziwa, czy to tylko wygląd zewnętrzny. Takie myśli przyszły mi po seansie „Piosenek o miłości” debiutanta Tomasza Habowskiego.

piosenki o milosci1

Zaczyna się banalnie, bo od uroczystości w knajpie. Rocznicy pracy artystycznej aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski), gdzie zebrali się goście i rodzina. Wśród tego towarzystwa znajduje się Robert (Tomasz Włosok), który nie posiada żadnego zawodu, masę ambicji oraz jest niezdecydowany w kwestii, co dalej. I to bardzo działa ojcu na nerwy. Podczas imprezy mężczyzna wychodzi na zewnątrz, gdzie słyszy śpiewającą dziewczynę. Alicja (Justyna Święs) jest kelnerką i udaje się Robertowi umówić z nią. Powoli zaczyna między nimi iskrzyć, a nawet udaje się coś napisać.

piosenki o milosci2

Pierwsze, co uderza to czarno-białe zdjęcia, niemal w całości ruchoma, jakby rozedrgana. Kolorowe ujęcia pojawiają się tylko na kadrach z telefonu komórkowego. Razem z bardzo intymną pracą kamery (ze sporą ilością zbliżeń) buduje to klimat, troszkę ocierający się o melancholię. Jest bardzo delikatnie, wszystko toczy się bardzo spokojnym rytmem, a w tle gra liryczna muzyka. Nie brakuje jednak momentów spięć oraz konfliktów, a wszystkie one dotyczą Roberta. Jego niespełnienia artystycznego, bycia nikim, próby udowodnienia ojcu, że jest do czegoś zdolny. I ta ambicja zaczyna działać jak trucizna, bo jak nie teraz to nigdy.

piosenki o milosci3

I to wewnętrzne spięcie Tomasz Włosok pokazuje na różny sposób: od bardzo drobnych gestów po ekspresyjne wybuchy czy prób ubłagania innych o czas, o pieniądze. Rozumiałem go, choć nie zawsze byłem w stanie go polubić. Po części przez swoją ambicję, przez którą staje się skupionym na sobie palantem. Potrafi to o sobie przypomnieć zarówno podczas kłótni z ojcem (Grabowski tworzy mocną, szorstką kreację), jak i relacji z Alicją. Fakt, że Justyna Święs jest świetną, magnetyzującą wokalistką wie każdy, kto słuchał płyt The Dumplings. Jako aktorka była dla mnie zagadką i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Wypada bardzo naturalnie, uroczo, a chemia między nią a Włosokiem jest wręcz potężna. Z jednej strony wydaje się uzdolnioną dziewczyną, z drugiej bardzo nieśmiałą, trochę obawiającą się kariery wokalistki (choć nigdy nie wiemy z czego to wynika). To jest dla mnie serce tego filmu, bez którego mielibyśmy szablonową historię miłosną.

„Piosenki o miłości” to jest przykład filmu, który na pierwszy rzut oka wydaje się znajomy. Ale różnice widać w szczegółach, bez poczucia pretensjonalności, ze świetnym aktorstwem oraz klimatem. Proste, szczere, czułe, słodko-gorzkie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mitchellowie kontra maszyny

Oddział animowany Sony tworzy jak natchnieni na skrzydłach. Seria „Klopsików” czy „Spider-Man: Uniwersum” pokazały, że są w stanie stanowić konkurencję dla Disneya czy Pixara. Jednak swoje najnowsze dzieło zostało sprzedane dla Netflixa. Czyżby było takie słabe, czy może Sony nie wierzyło w komercyjny sukces tego filmu? Tak czy inaczej, „Mitchellowie kontra maszyny” (początkowo noszący tytuł „Połączeni”) trafili na tą słynną platformę streamingową i zebrali bardzo entuzjastyczne recenzje. Czyżbyśmy mieli hicior?

mitchellowie1

Jak sam tytuł wskazuje, bohaterami jest rodzina Mitchellów, czyli tacy bardzo uwspółcześnieni, jeszcze bardziej ekscentryczni Griswaldowie. Matka (Linda) to bardzo sympatyczna, wspierająca wszystkich członków rodziny, ojciec (Rick) to jedyny członek żyjący w „analogowy” sposób ze smykałką do majsterkowania, syn (Aaron) ma kompletnego fioła na punkcie dinozaurów, zaś córka (Kate) marzy o karierze reżysera filmowego. Dlatego zapisuje się na studia filmowe i kręci masę filmików, które trafiają na YouTube. Każde z nich żyje w swoim świecie, a relacje ojca z córką coraz bardziej się psują. Ona za wszelką cenę chce się wyrwać, on jej nie rozumie. Chcąc naprawić tą relację Rick urządza wycieczkę swoim wozem do uczelni. Z całą rodziną, co wywołuje frustrację. A wtedy AI smartfonów Pal decyduje się doprowadzić do zagłady ludzkości. Jak? Wysyłając ich w kosmicznych kostkach poza Ziemię w pizdu. Zgadnijcie, komu udało się umknąć przed oczami Pal i zostać niewidocznym?

mitchellowie2

Sama historia to miks serii „W krzywym zwierciadle” o Griswaldach z „Terminatorem”. Jak rodzina, która za sobą nie przepada, ma uratować ludzkość? Brzmi niedorzecznie i jednocześnie bardzo znajomo, prawda? „Mitchellowie” to mieszanka kina familijnego z akcyjniakiem SF, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę złapania oddechu. Innymi słowy nie ma tu miejsca na nudę, choć ze względu na inwazję kolorów oraz bardzo dynamiczną realizację najmłodsi widzowie mogą dostać oczopląsu. Poza tym jest parę scen dotykających tematyki dorosłych, a nawet skręcających w bardzo mroczne rewiry (akcja z furby w centrum handlowym). Z jednej strony jest parę zakręconych inscenizacyjnie pomysłów na akcję – głównie w siedzibie Pal, ale z drugiej nadal sercem jest relacja ekscentrycznej rodziny wobec siebie. W szczególności zaś ojca i córki, którzy próbują zrozumieć siebie nawzajem oraz zakopać dzielącą ich przepaść. Jednocześnie próbując uratować świat, co jest karkołomnym zadaniem. Film też podejmuje temat Internetu oraz pewnego uzależnienia od niego. Punktuje wiele ciemnych stron tej relacji człowiek-maszyna, jednak wnioski nie są jednoznacznie negatywne. Wszystko wydaje się zależeć od balansu między życiem wirtualnym a realnym – zdają się nie wprost mówić twórcy. Przy okazji wykorzystując ten wątek do pokazania tej materii w komediowy sposób (szaleństwo po wyłączeniu wi-fi czy reklama „linii lotniczych”).

mitchellowie3

Jednocześnie „Mitchellowie…” pozostają pełnokrwistą komedią, gdzie jest bardzo dużo miejsca na humor. Wynika on zarówno ze zderzenia charakterów, odrobiny sucharowego żartu (pies z absurdalnym wzrokiem), ale też masy popkulturowych odniesień. W końcu nie bez powodu Katie chce być reżyserem. Niektóre są powiedziane wprost, inne mają formę easter eggów, których za pierwszym razem można nie wyłapać. Są też pewne wizualne żarty, gdy mamy stopklatkę i pojawiają się wizualne elementy wzięte z memów, filmików na YouTube czy innych social mediów. Nie jest to może wizualny kolaż w stylu „Spider-Man: Uniwersum”, ale także ubarwia tą wariacką historię.

mitchellowie4

A propos samej animacji, jest ona zachwycająco piękna oraz barwna, ale jednocześnie nie próbuje kopiować stylu Pixara czy Disneya. „Mitchellowie” mają swój własny styl, nie pozbawiony detalów, lecz nie idący w stronę fotorealizmu, troszkę zahaczając o karykaturę. Efekty specjalne też potrafią zachwycić, zwłaszcza podczas konfrontacji z robotami. Nie można oderwać oczu od tych barw, nie doprowadzając do przeładowania sytuacji, akcji oraz kadrów. W tle gra orkiestrowo-elektroniczna muzyka, a voice-over jest fenomenalny (kapitalnie wypada Danny McBride, Maya Rudolph, Olivia Colman czy Abbi Jacobson).

mitchellowie5

„Mitchellowie kontra maszyny” to najlepsza animacja od Sony (a także dostępna na Netflixie). Nie tylko potrafi oczarować animacją, ale jednocześnie serwuje bardzo szerokie spektrum emocji: od wzruszeń do śmiechu. Dzieło zrobione z wielką pasją, odrobiną fantazji oraz wielkim luzem. Nie miałbym nic przeciwko kontynuacji, choć nie wiem, co jeszcze można wymyślić dla tej dziwacznej familii.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Pan Mercedes – seria 2

Detektywistyczny thriller „Pan Mercedes” spotkał się z zaskakująco ciepłym przyjęciem. Rezygnacja z nadnaturalnych elementów na rzecz psychologicznych portretów oraz zabawy w kotka i myszkę opłaciła się, pokazując różnorodność warsztatową Stephena Kinga. Tak też było z serialem, zrealizowanym przez Audience Network. Produkcja odniosła taki sukces, że przeniesienie pozostałych części trylogii było kwestią czasu.

pan mercedes2-1

Jednak drugi sezon nie jest oparty na drugiej części powieści, tylko na trzeciej, co jest sporym zaskoczeniem. Z drugiej jednak strony zakończenie pierwszej serii mogło to sugerować. Hartsfield został zatrzymany i wskutek silnych uderzeń w łeb zapadł w śpiączkę, zaś Hodges trafił do szpitala po zawale serca. Razem z poznaną Holly Gibney zakłada agencję detektywistyczną, głównie zajmując się ściganiem zbiegów oraz dłużników. Jednak Brady ciągle stanowi zagrożenie, a wszystko z powodu dr Babineau. Lekarz razem z żoną współpracują z chińską firmą farmaceutyczną, pracującą nad lekiem pomagającym zregenerować mózg. Psychopata odzyskuje świadomość, ale pozostaje fizycznie martwy. Nie zamierza jednak odpuścić i próbuje „włamać” się do innych mózgów.

pan mercedes2-3

Jak widać, wracamy do elementów nadnaturalnych, co dla wielu może być największym problemem. Pomysł, by Brady (nadal rewelacyjny Harry Treadaway) był więźniem własnego ciała jest świetny, a wnętrze jego głowy wygląda jak jego piwnica z komputerami działa efektywnie. Pewnym zgrzytem tego wątku są sceny „kontrolowania” innych albo za pomocą słabego umysłu (pielęgniarka z epilepsją) lub… komputerowego sprzętu (rozdający książki w szpitalu Al). Brzmi to po prostu niedorzecznie, ale jakimś dziwnym cudem to nie irytuje tak bardzo. Jest parę momentów silnego napięcia jak atak „nawiedzonego” Ala na Hodgesa czy samobójstwo Sadie – tego nie da się wymazać z głowy. Zwłaszcza tego, co dzieje się w „umyśle” Brady’ego – pojawiają się jego ofiary, są nawet dwa nagrobki, nagle pojawia się zamrażarka czy… wóz strażacki. Czyste wariactwo.

pan mercedes2-4

Dodatkowym wątkiem jest działalności dra Babineau (świetny John Huston), niejako napędzanego przez swoją żonę (śliczna, choć diaboliczna Tessa Farrer). Oboje współpracują z chińską korporacją medyczną, testując lek nie wykorzystany w USA. Ona coraz bardziej naciska na niego, by zastosował lek na będącym w śpiączce Brady’m. On coraz ciężej sobie z tym radzi. Niby wydaje się, że ujdzie im to płazem, ale sytuacja coraz bardziej zaczyna się odbijać na ich relacji. Tak jako jak obecność szefa wydziału zabójstw, Antonio Monteza. Zaś samo rozwiązanie wątku Brady’ego oraz procesu sądowego potrafiło zaskoczyć i dać odrobinę satysfakcji.

pan mercedes2-2

To, co nadal działało, czyli Hodges (cudowny Brendan Gleeson) na tropie oraz jego relacja z Holly Gibney, sąsiadką Idą i wracającym na wakacje Jerrome’m działa. Nie tylko dlatego, że jest to świetnie zagrane (bo jest), ale też są to momenty pozwalające na złapanie oddechu, dodając troszkę humoru oraz pokazuje jak wiele się u tych postaci zmieniło. Te interakcje to było serce oraz fundament serialu, a to się nie zmieniło. Pewną niespodzianką jest pojawienie się byłej żony detektywa, Donny i ta relacja jest prowadzona przyziemnie. Oboje już znają się na tyle dobrze, by przebywać ze sobą bez złości czy pretensji, ale nie ma mowy o wspólnym życiu (na szczęście). Drobny, ale przyjemny dodatek.

pan mercedes2-5

Zmiana tonu oraz więcej horrorowych elementów może odstraszyć osoby, które polubiły pierwszą serię „Pana Mercedesa”. Ale ku mojemu zaskoczeniu, drugi sezon nadal potrafi trzymać w napięciu, mimo pojawienia się elementów nadnaturalnych, tak samo wciąga oraz zamyka pewien kluczowy etap. Niemniej jeszcze jeden tom cyklu pozostał.

8/10

Radosław Ostrowski

Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

Zaułek koszmarów

Wiele jest gatunków, które lata świetności mają dawno za sobą. Jednym z nich jest kino noir (albo jak kto woli czarny kryminał) – mroczne opowieści pełne tajemnic, morderstw, zdrad i oszustw. Wszystko przyprawione fatalistyczną atmosferą, cynicznymi twardzielami, pięknymi femme fatale oraz osadzone w męskiej dżungli, gdzie wygrywa ten, co ma więcej siły i/lub sprytu. Szczyt popularności przypadł na lata 40. i 50., by przypomnieć o sobie na przełomie lat 60. i 70. (z pewnymi modyfikacjami).

Nie oznacza jednak, że nie próbowano wrócić z tą konwencją. Czasami udanie („Tajemnice Los Angeles” czy niedawny „Osierocony Brooklyn”), a czasem nie („Czarna Dalia”). Jak do sprawy postanowił podejść Guillermo del Toro? Postanowił zmierzyć się z napisaną w 1946 roku powieścią Williama Lindsaya Greshama (oczywiście, nie czytałem jej), która skupia się na ambitnym człowieku, Stantonie Carlisle’u (Bradley Cooper). Jednak po kolei.

Kiedy poznajemy naszego bohatera, wrzuca zawiązane zwłoki do zakopanego dołu w domu, a następnie podpala to miejsce. Cel: ruszyć przed siebie, zacząć nowe życie i zarobić kupę szmalu. Tylko gdzie? Jako kto? Czy posiada on jakieś umiejętności? Przypadkiem trafia do wędrownej trupy cyrkowej. Zaczyna jako fizyczny pracownik, ale szybko się uczy i obserwuje, w końcu trafia pod skrzydła małżeństwa, które opanowało czytanie w myślach. Po opanowaniu techniki decyduje się zadziałać na własną rękę i podbić świat, w czym pomaga zakochana w nim Molly – dziewczyna przewodząca prąd. W końcu trafiają do miasta i stają się sensacją śmietanki towarzyskiej, gdzie Wielki Stanton wpada w oko pani psycholog, z którą wchodzi w pewien intratny układ.

Więcej wam nie zdradzę, ale nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Historia w zasadzie dzieli się na dwie części, których granicą jest odejście Stantona z cyrku. Pierwsza część, ta jarmarczno-cyrkowa wygląda niesamowicie, w czym pomagają zarówno stylizowane zdjęcia, jak i szczegółowe odtworzenie epoki. Wesołe miasteczko nie jest wcale wesołe, gdzie jej mieszkańcy – o aparycjach charakterystycznych aktorów – to grupa outsiderów, żyjących w brudzie, smrodzie oraz scenografii przypominającej koszmar. Poznajemy ich umiejętności, troszkę przeszłości, ale też pewien rodzaj silnej więzi. Ten świat wciąga, choć nie pozbawiony jest mrocznych zdarzeń (ucieczka „świra” czy tragiczna historia telepaty Pete’a). Gdzieś w powietrzu czuć tą fatalistyczną atmosferę, a jednocześnie trudno oderwać od tego wszystkiego oczu.

Druga – miejska część – jest pełnym wejściem w świat noir, gdzie coraz bardziej napędzana ambicja, żądza pieniądza oraz niebezpieczna kobieta doprowadzają naszego bohatera prosto w przepaść. Wizualnie też jest to zaznaczone: przestrzeń wydaje się coraz większa, tempo pozornie wolne i wszystko wydaje się przytłaczające. Jakby świat zamierzał go przetrawić, przełknąć oraz wypluć. Szansa na zarobek za pomocą żerowania na naiwności bogatych, złamanych przez życie ludzi przez kontakt z duchami. Ale czy taki kant jest możliwy do zrobienia? Uda się dokonać przekrętu doskonałego? Coraz bardziej zacząłem odczuwać napięcie, mimo iż wyczuwałem jaki finał przewidział dla niego los/tarot/diabeł/jego akcje (chociaż zakończenie potrafiło uderzyć).

I jak to jest cudownie zagrane. Pierwsza część to dominacja znajomych twarzy na drugim planie – Ron Perlman, Willem Dafoe, Toni Collette i, najlepszy z tego grona, David Strathairn. Cała ta ferajna tworzy bardzo zgrany kolektyw, gdzie każdy ma szansę zawłaszczyć samą obecnością ekran. Jest jeszcze Rooney Mara, czyli bardzo delikatna oraz naiwna Molly. W drugiej połowie przebija się mroczny duet, czyli Cate Blanchett (dr Lilith Ritter) i Richard Jenkins (biznesmen Ezra Grindle). Oboje z niepokojącą przeszłością, gdzie jego dręczy śmierć żony i desperacko chce ją znowu zobaczyć (fizycznie!!!), z kolei ona chce wykorzystać wiedzę o pacjentach dla własnych celów.

No i jeszcze jest on, czyli Bradley Cooper jako Stanton. Aktor tutaj pokazuje kilka twarzy swojej postaci: z jednej strony uroczego czarusia, z drugiej przebiegłego manipulatora. I to wszystko jest wygrywane za pomocą drobnych gestów, niewypowiedzianych słów oraz spojrzeń. Jednocześnie znakomicie pokazana jest jego determinacja, a także coraz brutalniejszy upadek, łamanie kolejnych granic w jednym celu: kasa, władza, prestiż.

Wielu mówi, że „Zaułek koszmarów” to nowe rozdanie w karierze meksykańskiego reżysera, bo nie pojawiają się potwory i elementy nadnaturalne. Niby trudno się z tym nie zgodzić, ale prawda jest taka, iż monstra mają (dosłownie) ludzką twarz. Bardzo stylowe kino, mimo pewnych chwil przestoju oraz przewidywalności.

7,5/10

Radosław Ostrowski

C’mon C’mon

Joaquin Phoenix to taki aktor, który bardzo lubi zaskakiwać i zadziwiać swoim wyborami. Każdy z nas się zastanawiał nad kolejną rolą tego znakomitego odtwórcy po nagrodzeniu Oscarem za „Jokera”. Nie był to wysokobudżetowy blockbuster, ale kameralna produkcja studia A24. Po kolei jednak.

W „C’mon C’mon” aktor gra Johnny’ego – prezentera radiowego, prowadzącego sondę z dziećmi/nastolatkami w różnych miastach, podczas której zadaje pytania. Są one w rodzaju: jaką chciałbyś mieć supermoc, jaką widzisz przyszłość, co myślisz o dorosłych itd. Mężczyzna mieszka sam w Nowym Jorku, nie utrzymuje relacji ze swoją siostrą po śmierci matki. Jego powolne egzystowanie zmienia się, gdy siostra do niego dzwoni. Prosi go o pomoc w zaopiekowaniu się swoim synem (Jesse), gdy będzie zajmowała się swoim mężem. Jej facet dostał pracę, ale nasiliły się pewne problemy. Johnny się zgadzać, choć chłopak nie pamięta go i jest dość dziwny.

Za film odpowiada Mike Mills, reżyser świetnych „Debiutantów”, który na ludziach się zna. Tutaj też to potwierdza, choć filmów o relacji dziecko-dorosły widzieliśmy wiele. Obaj próbują zbudować więź i lepiej się poznawać. Myk jednak polega na tym, że twórcy pozwalają naszych bohaterom rozmawiać jak ludzie. W sensie, że traktują się poważnie (choć nie zawsze), pozwalając sobie na odrobinę humoru dla balansu. Tak jak w życiu, a ich wspólne rozmowy potrafią skłonić do przemyśleń, a nawet poruszyć. Tak samo jak wykorzystanie w formie offu fragmenty różnych książek, których tytuł pojawia się na ekranie. A wszystko w bardzo niespiesznym tempie, niczym w kinie obyczajowym.

Clou są też sceny wywiadów z dzieciakami, które zostają wplecione do narracji. One bardzo pokazują, że dzieci nie powinny być traktowane jak… dzieci przez dorosłych. Czyli jak idioci, a ich głos zasługuje na wysłuchanie. Poniekąd widać to także w relacji Johnny’ego z Jessem, gdzie obaj próbują udźwignąć wiele poważnych problemów. Wszystko to brzmi bardzo naturalnie, bez żadnego skrętu w fałsz, o co byłoby bardzo łatwo (mam wrażenie, że wiele dialogów było improwizowane). To wszystko działa dzięki rewelacyjnym rolom Phoenixa oraz debiutanta Woody’ego Normana. Chemia między nimi jest namacalna, obaj się fantastycznie uzupełniają, dominując całkowicie nad resztą.

Dla tego cudownego duetu, klimatycznych (czarno-białych!!) zdjęć oraz braku emocjonalnego szantażu. Delikatne niczym rysowany kredkami obrazek, chwytający za serducho kawałek małego, lecz wielkiego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mr. Mercedes – seria 1

Pierwsze skojarzenie przy nazwisku Stephen King jest dość oczywiste: horror. Najczęściej skupiony wokół postaci (głównie dziecka) posiadającego nadprzyrodzone moce, z którymi musi egzystować. Czasami jednak ten autor lubi parę razy wyjść poza swoją strefę komfortu. Taki jest właśnie „Pan Mercedes”, czyli pierwsza część trylogii detektywistycznej, gdzie mamy grę w kotka i myszkę. Cykl tak się przyjął, że adaptacja wydawała się tylko kwestią czasu. I tak powstał serial, za który odpowiada David E. Kelley – jeden z lepszych telewizyjnych twórców, kojarzonych głównie z produkcjami sądowymi jak „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy ostatnio „Goliath”.

Wszystko zaczyna się bardzo niepozornie. Późną nocą zbierają się ludzie przed targami pracy. To 2014 rok, czyli po potężnym kryzysie ekonomicznym, więc zbiera się spory tłum. Oczekiwanie, marzenia i potencjalna perspektywa szansy na lepsze jutro. Wtedy podjeżdża czarny Mercedes – nie wiadomo czego oczekiwać. Wtedy staje się najgorsze: wóz wjeżdża w sam środek tłumu, dokonując masakry. Ginie 16 osób, wóz okazuje się skradziony, a sprawca ucieka. Prowadzący sprawę detektyw Bill Hodges jest bezradny i wkrótce przechodzi na emeryturę. Wiadomo jak z takimi ludźmi: nie potrafią się odnaleźć poza pracą, która była jedynym celem w życiu.

I wydaje się, że nasz ex-glina będzie przechodził w stan wegetacji. Aż nagle dostaje wiadomość od… no właśnie. Naszego zbrodniarza, Pana Mercedesa. Koleś włamuje się do jego komputera, serwując niepokojące pliki video, od razu usuwane. Cel wydaje się być jeden i konkretny, czyli wywołać tak silne poczucie winy, by nasz gliniarz odebrał sobie życie. Paradoksalnie jednak daje mu to cel życiowy i zamierza zamknąć swoją ostatnią sprawę.

„Pan Mercedes” to w zasadzie psychologiczny thriller, gdzie obserwuje akcję z perspektywy obu antagonistów. Pozornie wygląda on zwyczajnie, na spokojnie odkrywając kolejne elementy układanki i przyglądając się życiu naszych głównych bohaterów. Nawet jeśli początkowo wydają się znajomymi typami (stary, zmęczony glina z połamanym życiem prywatnym oraz psychopatyczny morderca nie rzucający się mocno w oczy), ale z czasem zaczynami poznawać ich coraz lepiej. Przestają być znajomymi schematami, a zostają ludźmi z krwi i kości. Obaj prowadzą poważną grę, gdzie stawka jest bardzo wysoka, a gdzieś w powietrzu czuć wiszące zagrożenie. Choć panowie mają niewiele wspólnych, zaczyna się tworzyć bardzo niepokojąca więź.

Twórcy spokojnie prowadzą narrację, skupiając się zarówno na kryminalnej intrydze, jak i przede wszystkim życiu prywatnym obu panów. Hodges (absolutnie rewelacyjny Brendan Gleeson) powoli zaczyna wracać do żywych. Pomagają mu w tym zarówno sąsiedzi (energiczna Ida oraz specjalizujący się w komputerach – dodatkowo koszący trawnik Jerome), jak i poznana podczas sprawy siostrzenica właścicielki skradzionego auta, Janey Patterson (cudowna Mary-Louise Parker) oraz ekscentryczną kuzynką, Holly (kradnąca szoł Justine Lupi). Z drugiej strony mamy bardzo wycofanego Brady’ego Hartsfielda (kapitalny Harry Treadaway) – komputerowego nerda, z niepokojącą, bardzo obojętną twarzą i żyjącego w dziwacznej relacji z matką-alkoholiczną (mocna Kelly Lynch). Wszystko poprowadzone bardzo pewnie, trzymając w napięciu do bardzo mocnego finału. Ten zaś zapowiada kolejną część (w końcu King napisał trzy książki).

Każda postać jest na tyle wyraziście zarysowana, dając każdemu aktorowi szansę na wykazanie się. Tego jest zwyczajnie za dużo, by wymieniać wszystkich. Co najbardziej zaskakuje to absolutny brak elementów nadprzyrodzonych (na razie). Inną niespodzianką jest brak muzyki, oprócz wykorzystanych piosenek w wybranych scenach. Tylko i aż tyle. Pierwszy sezon jest – tak jak książka – bardzo wciąganym thrillerem w bardzo współczesnym stroju noir. Postacie są wyraziste, dialogi świetne, a napięcie budowane z wyczuciem. Przecież nie każdy serial musi być przełomową, odmieniającą reguły gry produkcją, tylko wystarczy jako dostarczyciel rozrywki. I to „Pan Mercedes” robi najlepiej – zacieram ręce przy kolejnym spotkaniu.

8/10

Radosław Ostrowski

Titane

Są takie filmy, że po ich seansie słowa nie są w stanie połączyć się w jakiekolwiek sensowne zdania. Myśli krążą po głowie z prędkością szybszą niż światło, przez co ciężko poskładać to wszystko w jakiekolwiek sensowne zdanie. Zawsze dotyczy to filmów dziwnych, tajemniczych, idących poza schematem, bardzo wymagającym od widza. Nie inaczej jest z zeszłorocznym zwycięzcą Złotej Palmy w Cannes, czyli francuskim „Titane”.

Bohaterką jest Alexia – kiedy ją widzimy pierwszy raz jest jeszcze dziewczynką. Wskutek wypadku samochodowego zostaje umieszczona w jej głowie tytanowa blaszka. Nie, jest ojcem nie jest RoboCop, ale od tego momentu wiele się zmienia. Wyrasta na piękną kobietę, ALE… coś dziwnego wokół niej zaczyna się dziać. Nawet nie chodzi o erotyczne tańce przy samochodach, lecz o… zabijanie ludzi. Podczas stosunku, choć nie zawsze jest to reguła. Po kolejnych zbrodniach decyduje się zmienić tożsamość i ukrywa się podszywając się pod zaginionego przed dekadą… syna strażaka.

To już wiecie, że Julia Ducournau idzie w różne rewiry, przez co ciężko zorientować się dokąd to wszystko zmierza. Domniemane połamanie mentalne, morderstwa, body horror w stylu Cronenberga oraz pokręcona psychologiczna relacja między „ojcem” a „synem”. Brzmi jak pokręcony kocioł i misz-masz gatunkowy, który powinien rozsypać się ze sobą. Ale reżyserka posiada jakiś magiczny klej, by to wszystko ze sobą połączyć, zaskoczyć, a nawet zszokować. Sceny przemocy są gwałtowne, niespodziewane oraz krótkie (poza drugą zbrodnią, gdzie ofiar jest kilka), pokazane w pierwszej połowie.

Jednocześnie ta wizualna otoczka ma coś takiego w sobie, że można tylko patrzeć, choć niektóre pomysły mogą mocno skonsternować jak choćby seks z autem (!!!) oraz skutkiem tego jest ciąża. i nie wygląda to tak ohydnie jak podpowiada wyobraźnia. Potem jednak ze zmianą tożsamości (także – symbolicznie – płci) następuje wolta tonalna oraz tematyczna. Gdzieś między wierszami poruszane są kwestie seksualności czy bycia/niebycia płcią, ale potem dostajemy dwójkę pokiereszowanych ludzi, dla których trauma jest jedynym łącznikiem. Albowiem Alexia (magnetyzująca Agathe Rousselle) ma traumę wskutek wypadku, zaś ojciec zaginionego chłopca (niesamowity Vincent Lindon) nie mogę pogodzić się z tym, że jest już facetem w wieku średnim, nie twardym macho w stanie młodych chłopaków. Ta relacja, gdzie czułem podskórne napięcie (czy oszustwo zostanie zdemaskowane) zaczyna powoli nabierać kształtów, by w finale wręcz wzruszyć.

„Titane” początkowo wydaje się brutalne i mocno inspirowane klasykami body horroru, by stać się historią o poszukiwaniu bliskości przez dwoje samotnych ludzi. Zadziwiający, początkowo bezkompromisowy, zmieniający nastrój oraz potrafiący mocno namącić w głowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Annette

Hasło musical dla wielu narzuca jednoznaczne skojarzenia – śpiew oraz taniec, wykonany w taki sposób, by pieściło oczy i uszy. Jeśli jest to zrobione z regułami tego gatunku. Chyba, że przyjdzie Leos Carax i dokona kompletnej destrukcji, demolki, wręcz rozróby. Taka jest „Annette”, która spełnia założenia reżysera lubiącego sztuczność, eksperyment i brak reguł.

Historia stworzona przez duet muzyczny Sparks skupia się na parze ludzi z dwóch światów. Ona (Anna) jest operową diwą, on (Henry) bardzo kontrowersyjnym stand-uperem. Większego przykładu, że miłość jest ślepa nie da się znaleźć. Wydaje się, że to uczucie będzie mocne i podnoszące mocno. W końcu pojawia się w ich życiu córka Annette, która okazuje się mieć niezwykłe umiejętności. Ale dla obojga rodziców życie zawodowe zmienia się ogromnie. Ona odnosi coraz większe sukcesy, wielką widownię, prestiż i kasę, a on wręcz przeciwnie. Dla widowni staje się nieśmieszny, wulgarny, chory i odpychający. Coś wisi w powietrzu, ale czy to miłość?

Już sam początek pokazuje, że to nie będzie konwencjonalny film. Skoro w pierwszej scenie śpiewa zespół Sparks w towarzystwie aktorów oraz ekipy filmowej z kamerą pokazującą ich z przodu. Zaskoczeni? To jak zareagujecie na fakt, że dziecko naszej pary bohaterów jest… kukiełką? Sztuczność oraz rozbuchanie uderzają mocno w głowę, wszystkie (prawie) dialogi są śpiewane, zaś numery Sparks – pozornie proste i mniej rozbuchane – potrafią złapać za ucho. Fabuła wydaje się być prosta, ale czy warta trwania ponad dwie i pół godziny?

Początkowo akcja wydaje się chaotyczna, bez konkretnego kierunku. Wszystko zmienia się w momencie pojawienia się Annette, gdzie skupia się na tej parze. Ich ambicjach, frustracjach, poczuciu niespełnienia, toksycznej relacji, zazdrości oraz sławie. Pozornie wydaje się, że wszystko gra, co słychać. Ale obrazek i zachowanie sugeruje coś zupełnie przeciwnego. Czy to jest satyra na szoł-biznes? Po części – pole do interpretacji jest spore, a realizacyjnie Carax uderza swoim neobarokowym stylem. Czy to podczas tańca na statku podczas burzy (w tle obraz jest pokazany na projektorze), czy jak dyrygent prowadzi orkiestrę i odzywa się bezpośrednio do obracającej się wokół niego kamery. To jest oszałamiające wizualnie doświadczenie, zaś sam śpiew balansuje między melorecytacją a naturalnym fałszowaniem. Więc nie wszystkim się to spodoba.

To wszystko jednak w ryzach trzyma rewelacyjny duet w rolach głównych. Marion Cotillard jako Anna zachwyca swoim głosem oraz kostiumami noszącymi podczas spektakli operowych. Ale prawdziwym szołmenem jest tutaj Adam Driver i to, co on wyprawia przechodzi ludzkie pojęcie. Nieważne, czy występuje jako stand-uper, czy jest sfrustrowanym, niespełnionym „artystą”. We wszystkich tych twarzach jest bezbłędny, zarówno w bardziej ekspresyjnych, jak i tych oszczędniejszych emocjonalnie momentach. A jeszcze gdzieś nad nim skrywa się pewien nieopisany mrok, co tylko czyni go jeszcze bardziej magnetyzującym.

„Annette” to film polaryzujący wszystkich. Jedni będą zachwyceni i oczarowani, drudzy skonsternowani, zmęczeni oraz wkurzeni, że obejrzeli to dziwadło. Bez wątpienia to bardzo interesujący eksperyment dla ludzi odważnych, nie bojących się ryzyka. Ostrożnie, ale polecam.

7/10

Radosław Ostrowski