Osobliwy dom pani Peregrine

Poznajcie Jake’a – chłopca wycofanego i nie mającego żadnych przyjaciół, znajomych, nikogo. Jedyną osobą, z która ma silną więź jest dziadek, opowiadający niezwykłe, choć bardzo mroczne opowieści. Chłopak uważał je kiedyś za prawdę, ale to zostało zachwiane. Aż do momentu śmierci Abe’a, która go coraz bardziej zamyka. W końcu decyduje się dojść do wspomnianego przed odejściem dziadka miejscowości w Walii, gdzie miał być sierociniec, do którego kiedyś trafił Abe. Przypadkowo przez jaskinię wchodzi do tego miasteczka… 3 września 1943, a sierociniec prowadzi pani Peregrine i ma dość nietypową grupkę podopiecznych.

pani_peregrine2

Jeśli jeszcze nie zauważyliście, to ten film mógł zrobić tylko Tim Burton. Powieść Ransona Riggsa wydawała się być niemal skrojona pod wyobraźnię oraz talent tego reżysera-plastyka, potrafiącego czarować swoją magią i posiadającego bardzo charakterystyczny styl. Główny bohater to wycofany outsider, nie potrafiący nawiązać kontaktu z otoczeniem? Jest. Granica między fikcją a rzeczywistością zacierają się jak w „Dużej rybie”? Tak. Piękny wizualnie, ale bardzo mroczny świat? Zgadza się. Sam budynek sierocińca, jak i nietypowi mieszkańcy troszkę kojarzą się z „X-Menami”, jednak to bardzo luźna inspiracja. „Osobliwy dom…” to mieszanka kina przygodowego z horrorem oraz pewną tajemnicą, potrafiącą skupić uwagę.

pani_peregrine1

Muszę przyznać, że początek i cała ekspozycja jest dość wolna, wręcz poprowadzona żółwim tempem. Dopiero po mniej więcej 1/3 filmu trafiamy do domu pani Peregrine i dość szybko poznajemy jej mieszkańców, czyli dzieci mieszkające w czasowej pętli pozwalającej przeżyć jeden, ten sam dzień. Same dzieciaki to zgraja ekscentryków, posiadających pewne nadprzyrodzone umiejętności (ożywianie, oko działające jak projektor filmowy, zęby z tyłu głowy, lekkość jak piórko) i czuć, że są to bardzo zgrane, zżyte z sobą postacie. Potem dość szybko poznajemy historię związaną z panią Peregrine oraz jej wrogami, co zjadają oczy (to wygląda strasznie), przez co zmienia się kompletnie ton, w zamian proponując dynamiczne tempo, pomysłowo zrealizowane potyczki (niewidzialne złe monstra vs ożywione kościotrupy na molo przy lunaparku). Pościgi, akcja i mrok, ale antagoniści pod wodzą tajemniczego Barrona wyglądają zbyt groteskowo, by budzić strach. Na ile wina aktorstwa, a ile charakteryzacji – nie mam pojęcia, bo to zwyczajnie nie zgrywa.

pani_peregrine4

Należy jednak pochwalić reżysera za stronę wizualną, która zawsze była mocną stroną filmów Burtona. Zarówno scenografia odnosząca się do epoki (lata 40.), jak i bardzo wykwintne kostiumy wyglądają bardzo przyjemnie dla oka. Nawet efekty specjalne są na przyzwoitym poziomie, a muzyka delikatnie buduje klimat całości, tworząc odrobinę magii.

Aktorsko jest za to bardzo nierówno. Dzieciaki wypadają całkiem przyzwoicie, chociaż sporo z nich nie zostało zbyt mocno zarysowanych (może w następnej części będzie lepiej), a z tego grona najbardziej zapada w pamięć prześliczna Elle Pernelle (Emma chodząca w stalowych butach) oraz ironizujący Enoch (Finlay MacMillan). Asa Butterfeld jako typowo burtonowski bohater jest całkiem przyzwoity – wycofany, niepewny i odpowiednio blady, a jego przemiana jest dość wiarygodna, bez cienia fałszu. Jednak film kradnie Eva Green jako tytułowa pani Peregrine, czyli opiekunka domu. Wygląda zjawiskowo (ten kostium robi 50% roboty), mówi z uroczym brytyjskim akcentem, sprawia wrażenie kulturalnej, a jednocześnie bardzo szorstkiej. Jednak pod tą warstwą skrywa się osoba, której zależy na innych i niepozbawiona empatii. Kontrastem dla niej jest Samuel L. Jackson jako Barron. Osobnik ten w zamierzeniu miał budzić lęk i grozę, ale aktor prawdopodobnie został spuszczony ze smyczy i niebezpiecznie orbituje w stronę szarży, groteski, wręcz parodii. Brakowało tylko, by Barron zaczął rzucać na prawo i lewo słowem „motherfucker”. Pozostali aktorzy jak Chris O’Dowd (ojciec jake’a), Allison Janney (terapeutka), Rupert Everett (ornitolog) czy Judi Dench (panna Avocet) są ograniczeni do roli statystów i nie mają zbyt wiele do pokazania. Wyjątkiem jest Terence Stamp jako ciepły dziadek Abe.

pani_peregrine3

Dziwny to film i bardzo osobliwy. Z jednej strony czuć mocno rękę Tima Burtona, z drugiej jednak trudno nie zarzucić wtórności oraz pewnego ugrzecznienia, jakby reżyser stępił swoje mroczne pazurki. Na ile jest to wina pierwowzoru, a na ile podejścia do niego – sami musicie odpowiedzieć, bo książki nie czytałem. Nierówne tempo, śmieszni przeciwnicy, nie do końca wykorzystany potencjał, z drugiej niezawodna sfera wizualna, niezłe aktorstwo oraz klimat. Ale poczucie lekkiego niedosytu pozostaje. Może Amerykanin powinien zrobić sobie przerwę na złapanie świeżego spojrzenia? 

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tim Burton – 25.08

02-49981_0x420

Dzisiejszy solenizant to jeden z tych twórców o niesamowitym zmyśle wizualnym. Reżyser, producent, animator, pisarz, syn właścicielki sklepu dla kotów oraz byłego baseballisty. Już jako 10-latek Tim zaczął realizować pierwsze filmy na podwórku swojego domu, lubił oglądać produkcje Rogera Cormana i zaczął rysować. Uczęszczał do liceum w Burbank, ale nie był zbyt pilnym uczniem. Po jej ukończeniu w 1979 roku zapisał się do California Institute of the Arts na wydział animacji. Swoją animacją „Stalk of the Celesty Monster” skupił uwagę Disneya, które przyznało mu stypendium.

Zaczął pracę dla wytwórni jako scenograf i storyboardzista przy filmach „Pies i lis”, „Taran i magiczny kocioł” oraz „Tron”, choć wiele z jego pomysłów nie zostało ostatecznie wykorzystanych. W międzyczasie zrealizował krótkometrażówkę „Vincent”, do której zatrudnił idola swojej młodości, aktora Vincenta Price’a. Film został pokazany na festiwalu w Chicago, spotykając się ze świetnym przyjęciem. Pozwoliło to Burtonowi zrealizować „Jasia i Małgosię” – pierwszy film z żywymi aktorami, będący japońską adaptacją baśni braci Grimm

Dwa lata później zrealizował krótkometrażówkę z żywymi aktorami „Frankenweenie”. Po ukończeniu realizacji, Burton zostaje zwolniony z Disneya, gdyż film uznano za zbyt mroczny i zbyt straszny dla dzieci. Od tej pory reżyser działa na własną rękę, a od 1989 roku kieruje własnym studiem Tim Burton Productions.

Amerykanin wyrobił sobie w tym czasie markę oraz swój charakterystyczny styl wizualny, pełen mroku, wysmakowany plastycznie, silnie inspirowany surrealizmem, ekspresjonizmem oraz groteską. Bohaterami czynił postacie ekscentryczne, samotników i outsiderów, posiadających ogromną wyobraźnię, dzięki której tworzą przerażające, ale jednocześnie fascynujące światy.

Filmowiec znany jest ze stałej grupy współpracowników, bez których trudno sobie wyobrazić jego dzieła. Tą grupę tworzą: kompozytor Danny Elfman, kostiumolog Colleen Atwood, scenografowie Bo Welch, Alex McDowell i Rick Heinrichs, operatorzy Stefan Czapsky, Philippe Rousselot, Dariusz Wolski i Bruno Delbonnel, charakteryzatorzy Ve Neill, Stan Winston i Rick Baker, montażysta Chris Lebenzon, scenarzyści Wareen Skaaren, Caroline Thompson, John August, Scott Alexander i Larry Karaszewski, producenci Denise Di Novi, Allison Abbate i Richard D. Zanuck oraz aktorzy: Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Christopher Lee, Michael Gough, Michael Keaton, Winona Ryder, Danny DeVito i Martin Landau.

Reżyser ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, nominację do Złotego Globu, dwie nominację do nagrody BAFTA, nominację do Złotej Palmy, Złotego Lwa za całokształt twórczości na MFF w Wenecji i pięć nominacji do Saturnów.

Pora na ranking obejrzanej filmografii Tima Burtona od najgorszego do najlepszego. 3, 2, 1, start!

Miejsce 20. – Planeta małp (2001) – 5/10

Kolejna adaptacja głośnej powieści SF Pierre’a Boulle’a. Innymi słowy, amerykański astronauta trafia w pętle czasową, przez co znajduje się na Ziemi rządzonej przez małpy, a ludzie są niewolnikami. Film jest oczywistym i nudnym blockbusterem, pozbawionym charakterystycznego stylu Burtona. Takie łubu-dubu bez ładu i składu z drewnianym Markiem Wahlbergiem na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – Jeździec bez głowy (1999) – 5/10

Detektyw z dużej metropolii trafia do małego miasteczka, terroryzowanego przez jeźdźca bez głowy. Wydawałoby się, że to odpowiedni materiał dla Burtona i rzeczywiście wizualnie to cudeńko (wiadomo – Lubezki). Jednak sama historia zwyczajnie nie wciąga, a jako horror „Jeździec” się nie sprawdza wcale. I nie pomaga solidna obsada oraz obsadzenie Christophera Walkena w tytułowej roli. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Wielkie oczy (2014) – 5,5/10

Filmowa biografia słynnej malarki Margaret Ulbich, która została żoną Waltera Keana, wykorzystującego talent swojej nowej żony, podpisując się pod jej obrazami z wielkimi oczami. Wydawało się, że Burton rezygnując ze swojego charakterystycznego stylu, odnajdzie świeżość oraz formę. Niestety, film zwyczajnie usypia, a jako dramat jest po prostu zbyt śmieszny. Temat przemocy domowej oraz walki o prawa autorskie zostaje zepchnięty na dalszy plan, a Christoph Waltz w roli czarującego i brutalnego męża balansuje na granicy groteski. Wszystko próbuje ratować świetna Amy Adams oraz finałowe sceny, ale to za mało. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Mroczne cienie (2012) – 6/10

XVII-wieczny wampir Barnabas Collins budzi się po dwustu latach, by odzyskać blask swojego rodu. Jednak Ameryka lat 70. nie jest dla niego zbyt zrozumiała, a dodatkowo jego nemezis i dawna kochanka trzyma się świetnie, rządząc miasteczkiem. Film miał ogromny potencjał, zarówno jako komedia i horror, ale efekt jest połowiczny. Gagi są oczywiste i średnio zabawne, grozy tu jak na lekarstwo, a grający główną rolę Depp sprawia wrażenie znużonego. Silne zmęczenie materiału. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Alicja w Krainie Czarów (2010) – 6/10

Wariacja reżysera na temat dzieła Lewisa Carrolla, gdzie dorosła już Alicja wraca do Krainy Czarów, by kolejny raz pokonać smoka Żaberzwłoka oraz Królową Kier. Prześliczny, miejscami troszkę kiczowaty film, bardziej przypominający grę komputerową oraz kolejne rozczarowanie od Burtona. Nawet zagrana nieźle (błyszczy zwłaszcza Bohnam Carter i Crispin Glover), ale zwyczajnie pozbawione serca oraz mocy. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Osobliwy dom pani Peregrine (2016) – 6,5/10

Tytułowy dom do sierociniec, gdzie przebywają dzieci z nietypowymi umiejętnościami prowadzony przez panią Peregrine (Eva Green), tworzącą pętle czasowe. I właśnie tam trafia Jake (Asa Butterfield) – młody outsider, nieakceptowany przez otoczenie. Ale nad domostwem zbierają się czarne chmury. Brzmi jak kompilacja dzieł Burtona i… „X-Menów”, ale mroczny i gotycki klimat zmienia się w niezłe kino przygodowe. Solidnie zrobione, nieźle zagrane, jednak nie wykorzystujące w pełni swojego potencjału. Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Edward Nożycoręki (1990) – 6,5/10

Pierwsze spotkanie Burtona z Deppem, które rozkręciło karierę tego drugiego. Reżyser zrobił własną wersję „Frankensteina”, a aktor zagrał fantastycznie. Szkoda, że ja już wyrosłem z takich baśni – najlepsze sceny to zmieniająca się relacja między Edwardem, co nożyczki zamiast palców miał z Kim (niezawodna Winona Ryder) oraz próby wejścia Edward w inny świat. Może i przewidywalne, ale kilka scen zostało w pamięci na długo. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Sok z żuka (1988) – 7/10

Czarna komedia, gdzie duchy próbują wyrzucić zmarłych ze swoich domów. Ale kiedy wszelkie metody zawodzą, wtedy pojawia się nietypowy egzorcysta – Beetlejuice. Pokręcone, oryginalne i szalone dzieło, w którym widać potencjał reżysera. Absurdalny humor (zaświaty), rozbrajające próby wykurzenia niechcianych gości, chwytliwa muzyka i – lekko archaiczne – efekty specjalne. To wszystko jest nieważne, gdy na ekranie pojawia się kapitalny Michael Keaton w roli tytułowej. Szkoda, że pojawia się tak rzadko, aż chciało się więcej. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Charlie i fabryka czekolady (2005) – 7/10

Roald Dahl to jeden z ukochanych pisarzy Tima Burtona, więc przeniesienie powieści „Karol i fabryka czekolady” było tylko kwestią czasu. Zwiedzanie fabryki Willy’ego Wonki sprawia ogromną przyjemność także widzowi, gdzie mamy mieszankę mroku, bajkowej oprawy, a nawet musicalu i postmodernistycznej zabawy. Depp jest w formie, ale i tak wszystko kradnie Freddie Highmore, dla którego był to debiut. Małe cudeńko. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Marsjanie atakują! (1998) – 7/10

Jedna wielka zgrywa oraz żart z kina SF. Fabuła przypomina „Dzień Niepodległości”, tylko w wersji humorystycznej – Marsjanie chcą zniszczyć Ziemię, a ludzie zachowują się różnorodnie. Od wiary w pokojowe posłannictwo po walkę. Dla wielu taka dawka groteskowości i kiczu może być ciężkostrawna (tandetne efekty specjalne), ale mimo to ogląda się to dobrze, doprowadzając kilkakrotnie do stanu śmiechu. Plus jeszcze ta obsada: Nicholson, Close, Parker, Bening, Brosnan, DeVito, a nawet… Tom Jones. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Duża ryba (2003) – 7/10

Wielki hołd dla ludzkiej wyobraźni. A wszystko to przez opowieści Edwarda Blooma, którego losy próbuje zrozumieć jego własny syn. Tu wydarzenia nieprawdopodobne mieszają się z czystą fantazją i zdarzyć się może wszystko. Do tej pory pamiętam wizyty w Spectre oraz pierwsze zakochanie się w przyszłej żonie. Piękna wizualnie opowieść z cudowną muzyką oraz wspaniałym Ewanem McGregorem. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street (2007) – 7/10

Mroczne, krwawe i brutalne kino, próbujące mieszać horror z… musicalem. Tłem jest historia słynnego golibrody, planującego zemstę na skorumpowanym sędzi, który „zawłaszczył” żonę oraz opiekuje się jego córka. Sceny śpiewane mogą wywołać ból uszu, jednak sama historia zaślepionego zemstą człowieka (fantastyczny Johnny Depp) po prostu wciąga, porusza i daje wiele do myślenia, dodając odrobinę smolistego humoru. Świetnie zagrane (Rickman, Spall, Bohnam Carter) z dobrymi piosenkami oraz przewrotnym finałem. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Vincent (1982) – 7,5/10

6-minutowa krótkometrażówka, której bohaterem jest nadwrażliwy i samotny chłopiec o imieniu Vincent. Sam filmik to małe dzieło sztuki, które zwyczajnie skupia uwagę do samego końca. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Wielka przygoda Pee-Wee Hermana (1984) – 7,5/10

Pee-Wee Herman to facet o umyśle i mentalności dziecka. Jego spokojne i stabilne życie ulega rozbiciu, gdy zostaje mu skradziony jego rower. Sam film to kompletnie odjechana jazda i wariacka komedia, mieszająca kreskówkowy styl, zmieszany z nieokiełznaną wyobraźnią Burtona. Plus jedyny w swoim rodzaju Paul Reubens. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Frankenweenie (2012) – 8/10

Najpierw był krótkometrażowy film, który został przerobiony na animację. Punkt wyjścia jest taki sam: mały chłopiec po śmierci swojego psa, postanawia go wskrzesić. Animacja jest śliczna (na swój sposób), niepozbawiona elementów horroru i trzyma w napięciu do samego finału. Dla mnie zakończenie jest odrobinkę przesłodzone, nie mniej ta krzyżówka „Lassie” z „Frankensteinem” działa. Recenzja tutaj

Miejsce 5. – Frankenweenie (1984) – 8/10

Chociaż bardzo mi się podobała animowana wersja „Frankenweenie”, to jednak krótkometrażowa wersja bardziej mi odpowiada. Dlaczego?  Jest bardziej zwarta, prostsza w formie i – mimo udziału żywych aktorów – ogląda się to przyjemniej. Tak jak remake jest to silnie inspirowana horrorami historia o przyjaźni silniejszej od śmierci. Porządnie zagrane, z kilkoma fajnymi pomysłami. Jedna z lepszych rzeczy Burtona. Recenzja tutaj

Miejsce 4. – Ed Wood (1994) – 8/10

Biografia oraz hołd złożony najgorszemu reżyserowi wszech czasów. Ed Wood (genialny Johnny Depp) miał pasję, kochał kino, ale miał problemy z zebraniem funduszy i za grosz talentu. Burton w tej biografii pokazuje portret człowieka próbującego mimo wszystko oddać się swojej pasji. Niepozbawiona humoru, ale bez szyderstwa, jest także historią przyjaźni filmowca z Belą Lugosim (nagrodzony Oscarem Martin Landau) oraz hołdem dla kina klasy B. Recenzja tutaj

Miejsce 3. – Batman (1989) – 8/10

Drugi (po „Supermanie” Donnera) film pokazujący jak należy dokonywać filmowych adaptacji komiksu. Jednak zapomnijcie o quasi-realizmie Nolana, reżyser wydaje się wierniejszy komiksowej wersji balansując między realizmem, groteską oraz estetyką noir i surrealizmu. Nasz dzielny bohater walczy z Jokerem i ta konfrontacja pełna humoru, świetnych scen akcji (finałowa konfrontacja na dzwonnicy czy niszczenie obrazów przez ludzi Jokera) oraz precyzyjnie opowiadanej intrygi. A najmocniejszym atutem są kapitalna muzyka Danny’ego Elfmana z niezapomnianym tematem przewodnim, a także życiowa rola Michaela Keatona i rewelacyjny Jack Nicholson jako Joker. Recenzja tutaj

Miejsce 2. – Gnijąca panna młoda Tima Burtona (2005) – 9/10

Animacja zrealizowana wspólnie z Mikiem Johnsonem. Bohaterem jest młody i niezdarny mężczyzna, który chce poślubić wybrankę swojego serca. W skutek pewnych zdarzeń trafia do zaświatów, gdzie czeka na niego tytułowa panna młoda. Wariacka mieszanka horroru, musicalu i czarnej komedii (podobnie jak wyprodukowane przez Burtona w 1993 roku „Miasteczko Halloween”). Kino wzruszającego (śliczna animacja), ale i niepozbawione smolistego humoru, zaskakujących zwrotów akcji oraz finału, jakiego nie powstydziłby się sam Neil Gaiman. Plus świetny dubbing. Recenzja tutaj

Miejsce 1. – Powrót Batmana (1992) – 9/10

Rzadko zdarzają się udane sequele, które przebijają oryginał, ale to taki przypadek. Burton przebija poprzednika pod każdym względem. Jest mroczniej, niepokojąco, dwuznacznie i z odrobiną ukrytego erotyzmu. A że akcja toczy się w Święta Bożego Narodzenia wydaje się być żartem. Tym razem Batek (jeszcze raz Michael Keaton) musi zmierzyć się z tajemniczym Pingwinem (Danny DeVito w najciekawszej roli w swojej karierze – nominacja do Złotej Maliny to jakiś dowcip jest), wspieranym przez biznesmena Maxa Shrecka (niezawodny Chistopher Walken). No i jest jeszcze enigmatyczna Kobieta-Kot (zjawiskowa Michelle Pfeiffer), chodząca własnymi ścieżkami. Inteligentne kino rozrywkowe, które nie chce się zestarzeć. Recenzja tutaj


Jakim reżyserem jest Burton? Oryginalnym, tajemniczym i trzymającym w napięciu, naznaczonym wizualnym stylem. Nie bojącym się sięgać po różne konwencje, ale najlepiej czujący się w czarnych komediach oraz produkcjach z elementami mroku i grozy. Może ostatnie lata to nie jest wysoka forma, ale zawsze jest to fascynujący twórca.

Radosław Ostrowski

Wielkie oczy

Margaret Ulbrich jest kobietą, która w 1958 roku postanowiła odejść od swojego męża, razem ze swoją córką. Próbuje utrzymać się z malowania, jednak zarabia mało pieniędzy. I wtedy poznaje Waltera Keana – malarza z dużym dorobkiem. Po pewnym czasie zostaje jego żoną, jednak mężczyzna przypisuje sobie jej dzieła.

wielkie_oczy1

Tim Burton postanowił mocno przebudować swój filmowy świat. Po pierwsze, zrezygnował z udziału Johnny’ego Deppa oraz Heleny Bohnam Carter. Po drugie, nakręcił biografię – tym razem jest to historia malarki zmuszonej niejako żyć w cieniu męża, który zawłaszcza wszystko, co miała do tej pory. Niby „Wielkie oczy” wydaja się świeższą produkcja od dotychczasowych filmów Amerykanina, jednak mam problem z tym tytułem. Dotyka problemu życia kobiet na przełomie lat 50. i 60., gdzie feminizm i parytet może jest znany, jednak w małżeństwie to mężczyzna miał decydujący głos, a kobieta miała być u jego boku, posłuszna oraz lojalna. Jednak brakuje tutaj głębszego wejścia w tej problem – bo cała historia jest podana w tonie bardziej humorystycznym, co psuje silne wrażenie. Przydałby się tutaj bardziej pełnokrwisty dramat, gdzie wszelkie emocje trzymałyby za gardło. Jedynie gdzieś pod koniec, gdy nasza bohaterka odkrywa kłamstwa swojego męża i decyduje się w końcu wyznać prawdę, robi się wtedy gorąco.

wielkie_oczy2

Choć bohaterką jest tutaj Margaret, miałem nieodparte wrażenie, że Burton opowiada o Walterze, niepotrzebnie spychając ją na dalszy plan. Przy okazji są stawiane pytanie o sztukę, rolę mężczyzny czy potencjale komercyjnym (obrazy przerabiane na plakaty czy umieszczane na pocztówkach, torebkach – Keane był prekursorem), jednak zarówno komediowy ton, jak i kolorowa warstwa wizualna rozsadza ten film od środka.

wielkie_oczy3

Od strony aktorskiej najlepiej prezentuje się Amy Adams, jednak jest ona mocno stonowana i wyciszona. Taka szara myszka, z niską samooceną – kiedy ona się pojawia, to film nabiera rumieńców. Szkoda tylko, że zostaje zepchnięta przez grającego na granicy autoparodii Christopha Waltza. Ten austriacki aktor, który robił największą jatkę u Quentina Tarantino, tutaj wydaje się szyderczy i demoniczny, jednak jest to mocno groteskowe – niby jest tutaj czarującym dżentelmenem, jednak za tą fasadą jest mitoman, oszust i szantażysta. Nieświadome Waltz szkodzi temu filmowi i brakuje tutaj kontroli nad tą rolą. Poza tą dwójką, reszta aktorów niespecjalnie się wyróżnia.

wielkie_oczy4

Wydawałoby się, że odejście Burtona ze swojego baśniowego świata, pomoże mu odzyskać wenę. Niestety, „Wielkie oczy” to kolejny artystyczny niewypał reżysera, gdzie niewiele się tu klei. Gdyby cała historia była przedstawiona w bardziej dramatycznej konwencji, efekt byłby o wiele mocniejszy. Wielka szkoda – coraz bardziej martwię się o Burtona, który przechodzi kryzys twórczy.

5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne cienie

XVIII-wieczny Liverpool. Tam do Ameryki wpłynął ród Collinsów, gdzie założył własne miasto i zbudował morskie imperium. Ich syn, Barnabas przejmuje interesy, jednak jego szczęśliwy los, odwraca się od niego. A to z powodu Angelique – służącej, w której się zakochał i złamał jej serce. Nie przewidział jednak, że kobieta jest wiedźmą i rzuciła klątwę na cały jego ród. Barnabas zostaje przemieniony w wampira i zakopany żywcem w trumnie. Przypadkowo zostaje odnaleziony po niemal 200 latach i próbuje przystosować się do nowych czasów, a także przywrócić blask swojej dawnej fortunie.

mroczne_cienie1

Tim Burton przez ostatnie lata raczej prezentuje zniżkę formy, zachwycając jedynie stroną wizualną. Tym razem postanowił przenieść na ekran koncepcje ze starego (i popularnego w USA) serialu z lat 60., gdzie do rodziny trafia dawny przodek-wampir. Problemem „Mrocznych cieni” jest tak naprawdę w jakim tonie ma być utrzymana cała historia. Bo niby to horror, niby komedia (czasami pikantna), niby kino familijne – miesza się wszelkie konwencje, ale żadna z nich nie zostaje wygrana do samego końca. Jako horror ma mroczny klimat (stylowe zdjęcia Bruno Delbonnela – zwłaszcza nocne ujęcia w lesie) i imponującą scenografię domostwa Collinsów, jednak nie trzyma w napięciu, nie strasząc. Największym źródłem humoru jest zderzenie XVIII-wiecznej mentalności i języka Barnabasa do realiów lat 70., choć dalej bywa różnie z poziomem żartów. Sama intryga dość wolno się wlecze i idzie w przewidywalnym kierunku (konfrontacji wampira z wiedźmą), a finał tylko połowicznie zadowala.

mroczne_cienie2

Reżyser zmierza w oczywistym kierunku oraz rozpoznawalnym stylu, jednak coraz bardziej czuć zmęczenie materiałem – przewijają się tu sprawdzone motywy (szaleństwo, odmienność), jak i bardziej kojarzony z produkcjami Wesa Andersona portret dysfunkcyjnej rodziny. Wszystko to już znam z innych filmów Burtona i zwyczajnie brakuje tutaj czegoś świeżego, oryginalnego oraz po prostu dobrego.

mroczne_cienie3

Sytuacji nawet nie ratuje przyzwoite aktorstwo. Etatowy współpracownik Burtona, Johnny Depp powoli zaczyna skręcać w stronę autoparodii, wygląda groteskowo (chyba tak miało być), a zmanierowany głos arystokraty wywoływał irytację. Podobnie wypadła Helena Bohnam Carter, tym razem jednak na drugim planie jako dr Hoffman. Najjaśniejszym blaskiem błyszczy Eva Green jako klasyczna femme fatale – apetyczna, seksowna i przebiegła Angelique, która sieje strach. Kontrastem dla niej jest głowa rodziny Collinsów, Elizabeth. Grająca ją Michelle Pfeiffer jest jednocześnie łagodna, ale i twardo stąpająca po ziemi kobieta walcząca o swoje.

mroczne_cienie4

Kryzys coraz bardziej dosięga Burtona, a „Mroczne cienie” tylko potwierdzają słabszą dyspozycję Amerykanina. Trudno powiedzieć, czy reżyser przełamie brak weny, ale rzeczywiście cień nad nim jest wielki i nie wiadomo jak dalej potoczy się kariera tego zdolnego reżysera.

6/10

Radosław Ostrowski

Alicja w Krainie Czarów

Pamiętacie Alicję, co jak była mała dziewczynką trafiła do krainy przypominającej sen? Powieść Lewisa Carrola była (i nadal jest) klasykiem literatury, nie tylko dziecięcej. Świat w niej wykreowany wydawał się idealnym materiałem filmowym, o czym wiedział wcześniej Walt Disney. Obecnie tylko dwóch reżyserów było w stanie przenieść na ekran wizję Carrolla – Terry Gilliam i Tim Burton. Dla Disneya swoją wersję w 2011 przedstawił ten drugi, ale jego film jest co najwyżej inspirowany literackim pierwowzorem.

alicja_1

Alicja tym razem jest 19-letnia dziewczyną, której ojciec zmarł wiele lat wcześniej. Gdy ją widzimy, jedzie na przyjecie, podczas którego ma się jej oświadczyć młody lord Hamish. Dziewczyna waha się i… wtedy dostrzega białego królika. Goniąc go wpada do dziury, za którą trafia do krainy terroryzowanej przez Czerwoną Królową. Jednak już nie pamięta, że była tu wcześniej znana jako „ta” Alicja, która pokonała Żaberzwłoka. I musi to zrobić jeszcze raz, ale potrzebuje do tego paru przedmiotów.

alicja_2

Brzmi troszkę jak gra komputerowa? Poniekąd ta wariacja opowieści o Alicji tym właśnie jest – grą z prosta fabułą na poziomie gry (zwłaszcza finałowe starcie, gdzie dochodzi do potyczki między dobrem z złem), gdzie Alicja musi odnaleźć się na nowo w starym miejscu. A to trzeba zdobyć klucz (gdy jest się mniejszym, to znalezienie go staje się trudne), znaleźć miecz do pokonania potwora itp., zaś Szalony Kapelusznik, Marcowy Zając i Kot z Cheeshire są spiskowcami planującymi pomóc Białej Królowej. Wędrówka Alicji staje się dla niej motorem do przewartościowania swojego życia oraz kierowania się swoimi potrzebami – problem w tym, że to nie jest absolutnie nic nowego i w dodatku jest to mało wciągające.

alicja_3

Plastycznie to jest film Burtona – widać tutaj barwną kolorystykę, uwielbienie groteski (nienaturalny wygład Królowej czy Kapelusznika) oraz imponującą scenografię. W obiektywie Dariusza Wolskiego Kraina Czarów prezentuje się z jednej strony bajkowo, z drugiej mrocznie i niepokojąco (siedziba Czerwonej Królowej), przez co film wygląda pięknie. Nawet charakteryzacja jest tutaj bez zarzutu, chociaż na granicy przerysowania. Burtonowi cała historia po prostu nie klei się, a sam reżyser gubi się w tym wszystkim i… nudzi. Prawie jak w „Planecie małp” z 2001 roku. I nawet komputerowo stworzone postacie Zająca, Kota czy straży Czerwonej Królowej nie są w stanie tego filmu uratować przed porażką.

alicja_4

Także poziom aktorski jest dość nierówny. Przyzwoicie radzi sobie Mia Wasikowska – zagubiona, trochę nieporadna Alicja, próbująca odnaleźć reguły gry panujących w tym pokręconym świecie, aczkolwiek granie niemal przez cały film dwiema minami nie jest do końca tym, czego oczekuję. Depp, choć w pstrokatych kolorach i postrzelonej charakteryzacji, ma w sobie obłęd Szalonego Kapelusznika. Podobnie najlepsza z całej obsady Helena Bohnam Carter – antypatyczna, wyglądająca na granicy karykatury oraz zabawna, gdy ciągle żąda ścięcia głowy. Natomiast najsłabsza była Anne Hathaway – Biała Królowa w jej wydaniu jest manieryczna, mdła i irytująca.

Niestety, ale „Alicją…” Burton wpadł w dołek tak głęboki jak królicza nora. Problem w tym, że poza dołem nie widać niczego więcej. Nawet głębia jest tutaj pozorowana i gdybym miał 10, może 12 lat pewnie chwyciłoby mnie za gardło. Ale już chyba wyrosłem z takich bajek.

6/10

Radosław Ostrowski

Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street

XIX-wieczny Londyn. W nim żył kiedyś fryzjer (wtedy tą profesję zwano golibrodą) Benjamin Barker, który miał piękną żonę i śliczną córeczkę. Jednak wskutek intrygi sędziego Turpina, zostaje skazany na kolonię karną. Po 15 latach wraca do Londynu i odkrywa, że jego żona nie żyje, a córkę wziął pod opiekę Turpin. Zrozpaczony golibroda planuje zemstę. By jej dokonać idzie w spółkę z panią Lovett, która robi najgorsze ciastka w mieście.

sweeney_todd1

Tim Burton znany jest z opowiadania mrocznych opowieści, tym razem jednak sięgnął po musical Stephena Sondheima z lat 70. opowiadający o krwawej zemście. Owszem, reżyser czasami wykorzystywał wstawki śpiewane (m.in. w „Charliem i fabryce czekolady”), jednak nie na taką skalę, a zmieszanie tego z horrorem mogło wydawać się ciężkostrawną mieszanką. Jednak reżyser nie tylko trzyma rękę na pulsie, ale potrafi wciągnąć w swoją ponurą historię zemsty. Londyn tutaj pokazany jest jako ponure miasto (całość wizualnie jest utrzymana w czarnych kolorach i toczy się w nocy), pełne brudu, korupcji i nieuczciwości. Ludzie władzy są zepsuci, a biedota żyje w strasznej nędzy. A sprawiedliwość trzeba wymierzyć na własną rękę. Pod tym względem, miasto przypomina Gotham City, gdzie działały te same reguły gry. Atmosferę grozy, poza znakomitymi zdjęciami, jeszcze bardziej nasila scenografia (niemal gotycka) oraz utrzymana w jaśniejszych kolorach kostiumy. Jasne kolory pojawiają się jedynie w retrospekcjach i w scenie wizji przyszłego związku pani Lovett z Toddem.

sweeney_todd2

Skoro jest to musical, to nie można nie zwrócić uwagi na sceny śpiewane, bo tutaj nie ma zbyt wielu scen tańca (najlepsza to, gdy Todd krąży po mieście szukając klientów), co dla mnie jest pewną zaletą. Natomiast sam śpiew jest co najwyżej średni i może wywołać rozdrażnienie dla uszu i pod tym względem „Sweeney Todd” rozczarowuje. Horrorem jest troszkę lepszym, zwłaszcza w dramatycznym finale.

sweeney_todd3

O ile partie śpiewane nie są zadowalające, o tyle sama gra aktorska jest na zupełnie innym poziomie. Znakomicie poradził sobie Johnny Depp w dość nietypowej dla siebie roli mściciela, pełnego mroku w sobie, pozbawionego wiary w dobroć człowieka. Zemsta jest robakiem, które gnije jego duszę, stając się jedynym sensem jego życia. Nigdy później aktor nie grał tak skrytej postaci. Równie ciekawa jest Helena Bohnam Carter jako pani Lovett. Wdowa jest sprytną kobietą, która wie jak ożywić swój interes i zakochuje się w golibrodzie, co będzie miało dla niej tragiczne skutki (nieodwzajemnione uczucie). Ten duet jest siłą napędową tego krwawego musicalu. Poza tym duetem, jest kilka równie interesujących ról. Bezwzględny sędzia Turpin (świetny Alan Rickman), woźny Beadle (odpychający Timothy Spall) czy włoski mistrz Pirelli (barwny i najlepiej śpiewający Sacha Baron Cohen) to bardzo wyraziste i zapadające w pamięć postacie.

sweeney_todd4

„Sweeney Todd” jest bardzo mrocznym i stylowym filmem Burtonem, pełnym krwi, zabijania oraz okropności. Brutalne przypomnienie do czego może doprowadzić miłość lub zemsta.

7/10

Radosław Ostrowski

 

Gnijąca panna młoda Tima Burtona

XIX-wieczny Londyn. To w nim ma dojść do ślubu między dwójką młodych ludzi, którzy wcześniej się nie znali. Tak naprawdę ten związek jest pewnego rodzaju kontraktem dla rodziców państwa młodych, by poprawić swoją sytuację finansową. Victor jest synem handlarzy rybami, Victoria córką zubożałych arystokratów. Jednak próba przed ślubem kończy się kompromitacją, a młodzieniec idzie poćwiczyć powiedzenie przysięgi. Wkłada ślubną obrączkę do drzewa, ożywiając martwą pannę młodą i tak Viktor zostaje jej mężem.

panna_mloda1

Tim Burton w roku 2005 zaatakował kina aż dwoma tytułami. Pierwszym był „Charlie i fabryka czekolady”, a drugim omawiana teraz animacja zrealizowana razem z Mike’em Johnsonem. Efektem jest elegancka, zrealizowana metodą poklatkową, staroświecka animacja w bardzo wyrazistym stylu Burtona. Mocno groteskowe postacie (żywi są strasznie długonodzy i mają duże głowy z wyłupiastymi oczami), duża dawka czarnego humoru oraz wciągająca fabuła składają się na jedną z najbardziej pokręconych nominacji tego wieku. Nie da zapomnieć się zaświatów, gdzie nieboszczycy są – paradoksalnie – pełni życia i energii. Także wyglądają lepiej od żywych, mimo iż są mocno przy kości, a zaświaty wyglądają barwnie, kolorowo i jest to galeria niezwykłych postaci (barman Paul, który jest… głową czy pięknie wyglądający piesek Sparky).

panna_mloda2

Przy okazji jest to film o odpowiedzialności, miłości i poświęceniu, okraszone intertekstualnymi żartami i charakterystycznym poczuciem humoru (przygotowania do ślubu w zaświatach czy piosenka opowiadająca o tragedii panny młodej) – uczta dla oka i ucha ogromna.

panna_mloda3

Reżyser nie tylko z maestrią opowiada tą szaloną historię, ale też dobrał znakomitych aktorów do pokładania głosów pod te nietuzinkowe postacie. mógłbym w zasadzie ograniczyć się do wymienienia nazwisk (Johnny Depp, Helena Bohnam Carter, Emily Watson, Albert Finney, Michael Gough), bo każdy nadał swojej postaci osobowości i charakteru – pogubionego i wrażliwego Victora, tragicznej panny młodej (Emily), uroczej Viktorii czy nie wierzącego w zaświaty księdza.

panna_mloda4

„Gnijąca panna młoda” to Tim Burton w najlepszym wydaniu – piękny plastycznie, z czarnym humorem, a jednocześnie bardzo poruszający i chwytający za emocje. Można na siłę się przyczepić, że cała ta historia jest bardzo krótka (niecałe 80 minut), jednak jest to bardzo intensywne 80 minut pozbawione dłużyzn i nudy. Połączenie idealne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Charlie i fabryka czekolady

Dawno, dawno temu działała fabryka czekolady, której właścicielem był ekscentryczny Willy Wonka – człowiek o nieskrępowanej wyobraźni, tworzącego niezwykłe słodycze. Jednego jednak fabryka wznowiła działalność i właściciel zaproponował grę. W pięciu opakowaniach czekolady, ukryte są złote bilety, które są „wejściówkami” do fabryki, za którą czeka nagroda.

willy_wonka1

Jeśli „Duża ryba” była przebudzeniem Tima Burtona, to adaptacja powieści dla dzieci Roalda Dahla wydaje się potwierdzeniem formy reżysera. Znów nakręcił film w bardzo charakterystycznym dla siebie stylu, mieszając surrealizm, bajkową oprawę plastyczną i specyficzny humor. Tak, jest to bajka opowiadająca o tym, że warto być dobrym dzieckiem. Historia jest prosta i droga, jaką się ona toczy jest bardzo przewidywalna, jednak niesamowity styl Burtona tutaj sprawdza się znakomicie. Nie przeszkadzał mi ani narrator z offu, ani moralizatorstwo, które jednak wprowadzono w dość niekonwencjonalny sposób (musicalowe wstawki wykonywane przez pracowników fabryki – Umpa-Lumpy, swoją drogą sama ich realizacja to mały majstersztyk). Każde pomieszczenie fabryki wygląda po prostu zjawiskowo – czy to obrabiarka orzechów, czekoladowy wodospad czy pokój, gdzie można czekoladę przenieść do telewizji – jest to wielka robota scenografów oraz specjalistów od efektów specjalnych. Całości towarzyszy szalona muzyka Danny’ego Elfmana oraz bardzo dobre, pełne kolorów zdjęcia Philippe’a Rousselota, tworzące baśniowy klimat.

willy_wonka2

Pochwalić też trzeba grę aktorska, która – jak to u Burtona – jest na naprawdę wysokim poziomie. Reżyser bardzo polubił Johnny’ego Deppa i znów go zatrudnił w głównej roli. Wonka w jego interpretacji to ekscentryczny jegomość o wrażliwości dziecka, który nie przepada za dorosłymi, co wynika z przeszłości naszego bohatera. Ale największą niespodzianką jest Freddie Highmore – młody aktor, który grał już u boku Deppa w „Marzycielu”. Tu potwierdza swój potencjał. Choć jego rola wydaje się mocno „kryształowa” (niemal idealne dziecko), jednak jest on w tym całkowicie naturalny i wiarygodny. Poza tym duetem na ekranie pojawia się także druga twarz kina Burtona – Helena Bohnam Carter. Tym razem bez charakteryzacji, a jej rola matki troszkę przypominała tą z „Jak zostać królem” – wspierająca, empatyczna i zachowująca pogodę ducha mimo okoliczności. Taką matkę chciałoby na pewno wiele dzieci. Najbardziej w pamięci utkwił mi energiczny David Kelly (dziadek Joe) oraz pojawiający się w epizodzie Christopher Lee (chłodny ojciec Wonki).

willy_wonka3

Burton potwierdza powrót do wysokiej formy, co dostrzegła też widownia, tłumnie idąc do kin. Bajka skierowana raczej dla młodszego odbiorcy, choć i starsi widzowie znajdą coś dla siebie (aluzja do „2001: Odysei kosmicznej”). Jednak następna produkcja Burtona miała być jego najlepszym dziełem XXI wieku, ale o tym jeszcze opowiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Duża ryba

Poznajcie Edwarda Blooma – faceta, będącego duszą towarzystwa w swojej okolicy. Jako młody chłopak opuścił swoją miejscowość  i wyruszył w wielką podróż, przeżywając wiele niezwykłych przygód. Jednak jego syn Will, który przyjeżdża, by zająć się swoim ojcem nie wierzy w jego opowieści. I próbuje ustalić, jak to było naprawdę.

duza_ryba1

Tim Burton na przełomie wieków próbował eksperymentować z gatunkami, co wychodziło mu dość średnio. Jednak tym razem adaptacja powieści Daniela Watersa jest powrotem do formy. W każdym razie mamy Burtona baśniowego, fantastę oraz opowiadacza historii. O czym tak naprawdę jest ten film? Próbą poznania prawdy o człowieku, który miał wielkie ambicje i opowiadał o swoich przeżyciach opowieści na granicy fikcji. Co jest prawdą, a co tylko wymysłem wyobraźni i czy da się oddzielić te dwa elementy? Opowieści Blooma przeplatają się z obecną rzeczywistością, co tylko uatrakcyjnia ten film i pozwala „pobawić się” w detektywa. A opowieść jest niezwykła – wiedźmy, olbrzym, wielka miłość, praca w cyrku, działalność wojskowa – wydarzenia coraz bardziej zaskakują, okraszone są dużą ilością humoru.

duza_ryba2

Wizualnie jest to piękne kino, które zgrabnie pokazuje lata 60. (młodość Blooma), okraszona poruszającą muzyką Danny’ego Elfmana. Najbardziej urzekły mnie dwie sceny. Pierwsza to zakochanie się Eda w przyszłej żonie, kiedy nagle wszystko się zatrzymuje (dosłownie) i następuje potem gwałtowne przyspieszenie. Drugim była (w zasadzie były) dwie wizyty w Spectre (Widmo, nazwa chyba nieprzypadkowa) – miasteczku idealnym i czarującym, jednak druga wizyta pokazała destrukcyjną siłę czasu, nie omijającego nikogo. A na sam koniec dostajemy dość przewrotny finał (nie zdradzę co, by nie psuć niespodzianki).

duza_ryba3

Burton potwierdza tym filmem, że ma dobrą rękę do aktorów i pozwala wycisnąć z nich maksimum. „Duża ryba” to przede wszystkim popis Ewana McGregora, która gra Amerykanina z południa USA, który jest – no właśnie – fantastą, mitomanem, gawędziarzem czy oszustem? Na pewno jest czarującym, zdeterminowanym człowiekiem pragnącym osiągnąć wielki sukces. Przy okazji ma też nieprawdopodobne szczęście (akcja w Szanghaju czy napad na bank), co budzi wątpliwości co do wiarygodności jego opowieści. Jego starsze wcielenie ma twarz Alberta Finneya, który prezentuje się przyzwoicie, pokazując niezmienność jego charakteru nawet mimo choroby. Być może dlatego ta rola została dostrzeżona przez krytykę zdobywając nominacje m.in. do Złotego Globu.

duza_ryba4

Poza tym duetem nie brakuje równie wyrazistych i ciekawych ról. Taką na pewno gra Helena Bohnam Carter i to wcielając się w dwie postacie – najpierw jest wiedźmą, która potrafi przewidzieć śmierć, a potem nieszczęśliwie zakochaną w Bloomie Jennifer ze Spectre, ciągle tęskniącej i tłumiącej swoje uczucia. Nie sposób nie wspomnieć także niezawodnego Steve’a Buscemi (pisarz Norther Winslow, który zaszedł w kompletnie zaskakującą branżę), uroczego Danny’ego DeVito (właściciel cyrku Amos Calloway) i wiecznie piękną Jessikę Lange (żona Edwarda).

Nie jest to może najlepszy film Tima Burtona, jednak „Duża ryba” pozostaje czarującą, zabawną baśnią o sile naszej imaginacji. Owszem, było wiele filmów o tej tematyce (zwłaszcza produkcje Terry’ego Gilliama), jednak Burton nie jest ani infantylny, ani irytujący. Ma pewna magię, której siła nadal potrafi oddziaływać.

7/10

Radosław Ostrowski

Planeta małp

Jest rok 2029. Na stacji kosmicznej Oberon przeprowadzane są badania nad zwiększeniem inteligencji u nielicznych małp. Podczas podróży stacja obserwuje dziwną burzę magnetyczną z tajemniczą wiadomością. Najpierw małpa zostaje wysłana, jednak po jej zniknięciu kapitan Leo Davidson wyrusza na własną rękę za nią. I wpada w pętlę czasową na planetę, gdzie rządzą małpy.

planeta_malp1

Powieść Pierre’a Boulle’a była inspiracją dla serii filmów SF rozpoczętych w 1968 roku przez Franklina J. Schaffnera z Charltonem Hestonem w roli głównej. Film ten oglądałem dość dawno i niewiele z niego pamiętam, więc bez żadnych kompleksów sięgnąłem po remake Tima Burtona z 2001 roku.  I powiem szczerze, że liczyłem na więcej niż dostałem. Dlatego, że reżyser zrobił typowego blockbustera, gdzie fabuła jest tak przewidywalna (Leo, troszkę wbrew swojej woli staje się zbawcą ludzkości, starcie ludzi z rozwiniętymi małpami), że najciekawsze rzeczy zostają pominięte. Świat rządzony przez małpy przypomina państwo totalitarne, gdzie silną władzę ma armia, a ludzie traktowany są jak niewolnicy, mogłaby budzić przerażenie, gdyby bardziej pozwolono na głębszym przyjrzeniu się. Zamiast tego mamy kino akcji ubrane w szaty SF, gdzie musi dojść do ostatecznego starcia miedzy ludźmi a małpami. Po drodze jeszcze mamy nieudolny wątek romansowy miedzy Leo, a kobietą i małpicą oraz kilka mniejszych lub większych bzdur (działający nadajnik Leo, przejście przez rzekę czy absurdalne zakończenie, będące zapowiedzią sequela, który miał jej wyjaśnić). Burton trzyma to pewna ręką, dzięki czemu film da się obejrzeć, jednak efekt jest mocno rozczarowujący.

planeta_malp2

Najlepiej broni się w tym dziele warstwa audio-wizualna. Zdjęcia, zwłaszcza nocne potrafią zrobić dobre wrażenie, podobnie muzyka Danny’ego Elfmana. Największe brawa należą się charakteryzatorom za wygląd rządzących małp – wyglądają one bardzo realistyczne i jednocześnie potrafią one wyrażać emocje mimiką twarzy. Także aktorsko jest tutaj przynajmniej przyzwoicie, choć aktorzy wcielający się w małpy nosili ciężkie kostiumy i byli mocno ucharakteryzowani. Największe wrażenie zrobił Tim Roth w roli brutalnego generała Thade’a, który nienawidzi ludzi i jest gotów ich wymordować. Przyzwoicie sobie radzi Helena Bohnam Carter jako Ari – naukowiec walczący o równe prawa wobec ludzi i małp oraz stanowiący tutaj o humorze Paul Giamatti jako wplątany w walkę handlarz ludźmi Limbo. Cała reszta jest zaledwie poprawna z nijakim Markiem Wahlbergiem na czele.

planeta_malp3

„Planeta małp” to, obok „Jeźdźca bez głowy” największe rozczarowanie ze strony Burtona. Film przede wszystkim nudny, idiotyczny i za mało w nim samego Burtona, jakby nakazano mu rolę zwykłego rzemieślnika. A tego zdecydowanie nie chcę.

5/10

Radosław Ostrowski