Duże zwierzę

Znowu wskoczyłem do małego miasteczka, gdzie ludzie żyją ze sobą dobrze i każdy zna każdego. Jednym z takich zwykłych ludzi jest Zygmunt Sawicki – bankowy urzędnik, mieszkający z żoną-przedszkolanką. I dalej by prowadzili swoje zwykłe, szare życie, ale pojawił się… wielbłąd z cyrku. Jak się pojawia po raz pierwszy, wręcz wynurza się z mgły niczym istota nie z tego świata. I wtedy życie państwa Sawickich zmienia się. I to bardziej niż mogliby sobie wyobrazić.

duze_zwierze1

To, że Jerzy Stuhr jest świetnym aktorem, nie trzeba nikogo przekonywać. W którymś momencie aktor stwierdził, iż samo granie to za mało i – jak wielu aktorów przed nim oraz po nim – sam chwycił za kamerę. Nakręcone w 2000 roku „Duże zwierzę” to było czwarte podejście, tym razem oparte na zaginionym (przynajmniej tak się wydawało) scenariuszu Krzysztofa Kieślowskiego, który został poddany sporym modyfikacjom. Ale nadal czuć tutaj ducha kina moralnego niepokoju, czyli filmów, gdzie bohater stara się żyć po swojemu, mimo presji otoczenia, płacąc za to (zazwyczaj) sporą cenę. Tutaj symbolem tej inności staje się wielbłąd – zwierzę bardzo egzotyczne, jak na nasze położenie geograficzne. Samo w sobie nie musi być przyczyną spięć, ale postawa Sawickiego wobec tego zwierzaka. Że nie chce się z nim dzielić – a to fotograf chce go wykorzystać jako „narzędzie”, a to reżyser proponuje udział w reklamie, a to strażacy by go chcieli jako fant na loterii, a to dzieci chcą na nim usiąść albo chociaż pogłaskać. A pan Sawicki mówi nie, więc trzeba mu dołożyć, bo to NASZ wielbłąd.

duze_zwierze2

I reżyser krótkimi scenkami pokazuje zmieniający się stosunek ludzi do wielbłąda, jak i do jego właściciela: od zwykłej ciekawości przez ogromne zainteresowanie aż po wrogość. Wizyty w urzędzie, na sesji rady, wreszcie zmniejszenie się ilości dzieci w przedszkolu. To wszystko jest skontrastowane z niemal poetyckimi ujęciami dnia codziennego Sawickich (obiad przy oknie czy spacer z wielbłądem poza miastem), co budziło we mnie skojarzenie z… Jimem Jarmushem. Nawet te czarno-białe zdjęcia nie są zbiegiem okoliczności: w tych kadrach wielbłąd wybija się jeszcze bardziej, wnosząc w rodzinę Sawickich – co jest pewnym paradoksem – więcej kolorów do ich życia. I ta właśnie radość staje się źródłem zawiści, wrogości oraz kolejnych szykan (urzędnicy, weterynarz, nawet orkiestra). Niby to już znamy i było multum razy, jednak Stuhrowi udaje się zaangażować w tą całą opowieść, mimo iż jest schematyczna oraz dość krótka (nieco pond godzinę). Zaś ostatnia scena wręcz porusza – tak samo jak muzyka debiutującego Abla Korzeniowskiego.

duze_zwierze3

Ten film jednak by się nie udał, gdyby nie trzy fantastyczne kreacje. Po pierwsze: Jerzy Stuhr – bardzo empatyczny wobec zwierzęcia, które traktuje tak, jak członka rodziny (te rozmowy na spacerach – poezja), ale jednocześnie pozostaje prostolinijny i nie zapatrzony w zysk czy wykorzystywanie do własnych celów. Podobnie życzliwa jest Anna Dymna w roli żony, tworząc bardzo piękny duet na ekranie. No jak nie polubić tej pary? Jednak nawet oni musieli ulec znakomitemu Fabio, czyli tytułowemu bohaterowi. Zwierzę wygląda przepięknie, kamera bardzo go uwielbia, a porusza się z godnością niczym monarcha. Od dawna nie pamiętam tak świetnej kreacji zwierzęcej.

„Duże zwierzę” nie jest, jak się wydaje, wypocinami po kinie moralnego niepokoju, nie mającym już dzisiaj racji bytu. To historia ludzi, którzy starają się żyć po swojemu, lecz małe miasteczko nagle staje się dla nich za małe, za ciasne. A wszystko z powodu pewnego wielbłąda, będącego tutaj pięknym ptakiem, dodając wiele życia w szarej rzeczywistości. Małe, ale piękne kino.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

Zwierzęta nocy

Już sam początek filmu jest dziwaczny i wprawia w konsternację – kobiety o kształtach niemal żywcem wziętych z obrazów Dudy-Gracza tańczą w rytm bardzo lirycznej muzyki, trzymając w dłoniach iskierki. Dopiero po zakończeniu czołówki okazuje się, że to była wystawa w galerii sztuki. Jej autorką była Susan Morrow. Kobieta sukcesu, piękna, bogata, z przystojnym mężem i szczęśliwa. Prawda? Niestety, nie, bo to jej życie po piękna i złota, ale klatka. I właśnie z tego marazmu wyrywa ją prezent – powieść „Zwierzęta nocy”. Jej autorem jest Edward Sheppard – były mąż Susan, z którym rozstała się 20 lat temu. Książka jest bardzo mroczna i opisuje losy profesora Tony’ego Hastingsa. Mężczyzna razem z rodziną wyjeżdża na weekend i wtedy dochodzi do drobnej sprzeczki miedzy nimi a redneckami z Teksasu. Spotkanie kończy się porwaniem żony i córki Tony’ego, które zostają zamordowane.

zwierzeta_nocy1

I od tej pory reżyser Tom Ford zaczyna przeplatać krwawą i mroczną historię opisaną w powieści z przeszłością samej Susan. I wierzcie mi, nie ma tutaj przypadków. Można odebrać historię z powieści jako zemstę autora za brutalny i ostry rozwód. Mieszanka dwóch różnych styli i konwencji wywołuje strach, poraża, intryguje. Zderzenie słonecznego, surowego krajobrazu Teksasu ze sterylnym, wręcz idealnie wymarzoną willą Susan jest nieprawdopodobne. Wszystko jest to świetnie tasowane bardzo rytmicznym montażem, dzięki czemu nie ma poczucia dezorientacji i chaosu. Kolejne elementy układanki dają wiele do myślenia, a jednocześnie podskórnie czuć niepokój, krew wisi w powietrzu. Reżyser nie szokuje brutalnymi scenami (samego gwałtu i morderstwa nie widzimy), jednak wyobraźnia ma taką siłę, a podane jest to tak sugestywnie, że autentycznie się bałem.

zwierzeta_nocy2

Ford wszystko trzyma pewną ręką, ale tak naprawdę „Zwierzęta nocy” to autentycznie mroczny thriller zmieszany z melodramatem i krwawym kinem zemsty. Wystarczy wspomnieć nocną scenę stłuczki i pierwszego spotkania rodziny z redneckami pod wodzą Raya. Nocna jazda niemal do złudzenia przypominająca „Zagubioną autostradę” Lyncha z „Nędznymi psami” Peckinpaha. Nawet to, ze żona Tony’ego wygląda podobnie do Susan, nie jest przypadkiem. Śledztwo toczy się dość spokojnie, szybko pojawiają się podejrzani, a analogie do życia prywatnego Susan coraz bardziej zaczynają uderzać. Przeplatanka miłości i zemsty szarpie za nerwy, prowokuje do refleksji na temat życia w klatce, odpowiedzialności. Jedyne, co mi mocno przeszkadzało to zakończenie – jakby urwane, niedokończone.

zwierzeta_nocy3

Wizualna perła, ze świetną muzyką, ale Ford jeszcze trzyma w ręku wybitne (nie waham się tego słowa użyć) aktorstwo. Kompletnie zaskakuje tutaj Jake Gyllenhaal w podwójnej roli, czyli Edwarda i Tony’ego. Pierwszy wydaje się nie do końca poukładanym, pozbawionym ambicji pisarzem, nie mogącym stworzyć swojego dzieła. Wyciszony, bardzo stonowany. Drugie oblicze, czyli Tony to słabeusz, postawiony przed sytuacją ekstremalną. Pozostaje mu tylko zemsta, której nie jest w stanie podźwignąć (skojarzenie z „Nedznymi psami” jest mocne). Za to znakomicie wybija się Michael Shannon jako prowadzący śledztwo szeryf Dares. Niby taki prowincjusz, ale to spojrzenie i opanowanie robią niesamowite wrażenie. Od razu widać, że to facet nie patyczkujący się i jakby wzięty wprost z niezrealizowanego filmu Tarantino. Podobnie niepokoi Aaron Taylor-Johnson jako nieobliczalny redneck Ray.

 

zwierzeta_nocy4

Tak naprawdę jednak film kradnie Ona – zjawiskowa Amy Adams. Właściwie film mógłby się nazywać „Samotna kobieta” i nie jest to podobieństwo wzięte z nieba. Susan sprawia wrażenie spokojnej, opanowanej kobiety sukcesu. Jednak kamera mocno skupia się na jej twarzy, oczach, obserwując jej rozedrganie, strach, nerwy. Bezsenność mocno się odbija na jej życiu, a kilka scen w jej wykonaniu jest rewelacyjnych (rozmowa z pracownicą i obejrzenie jej telefonu – perła czy rozmowa z matką). Po tym filmie pokochałem tą aktorkę i czekam na kolejne jej role.

Tom Ford po siedmiu latach powraca ze spektakularnym filmem, gdzie wszystko się tak zgrabnie miesza. Nikt nie spodziewał się tak mrocznego, gęstego klimatu oraz gwałtownych emocji między bohaterami. Nie jest to czysto hollywodzka rozpierducha, ale bardzo inteligentne, działające na zmysły audio-wizualne. Ciekawe, czy na następny film Forda trzeba czekać 7 lat.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ziarno prawdy

Trylogia o prokuratorze Teodorze Szackim autorstwa Zygmunta Miłoszewskiego to idealnie skrojony materiał na film, gdzie nie brakuje skomplikowanego dochodzenia, wyrazistych postaci, ironicznego humoru oraz trafnej diagnozy społecznej. Wiedział już o tym Jacek Bromski, który – w dość nieudolny sposób – przeniósł na ekran pierwszą część, czyli „Uwikłanie”. Reżyser wtedy uznał, że jest mądrzejszy i pozmieniał wszystko – od rozwiązania i intrygi, po miejsce akcji i płeć głównego bohatera. Jak można było tak świetną książkę przenieść w tak beznadziejny sposób? Do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć. Dlatego gdy pojawiły się wieści o planach ekranizacji „Ziarna prawdy”, miałem pewne nadzieje, ale i spore obawy.

Tym razem prokurator Teodor Szacki zostaje przeniesiony na zadupie, czyli do Sandomierza. Nie jest to jednak tak pięknie wyglądające miasto jak w „Ojcu Mateuszu”. Zamiast spokoju, ciepła oraz wyciszenia, mamy trupa, znalezionego na ulicy. Ofiarą jest Elżbieta Budnik – działaczka społeczna, żona niezbyt lubianego Grzegorza Budnika. Przy śledztwie prokuratorowi pomaga koleżanka z pracy – Basia Sobieraj oraz stary policyjny wyga Leon Wilczur.

ziarno_prawdy1

Lankosz w przeciwieństwie do Bromskiego, ogląda współczesne kryminały i mocno się na nich wzoruje. Najbardziej widoczne jest podobieństwo do Davida Finchera – od czołówki przez stronę wizualną, pełną mroku i półmroku aż po elektroniczną muzykę. Sandomierz pokazany jest tutaj jako miasto tajemnic, nierozliczonej oraz skomplikowanej przeszłości, gdzie nienawiść do Żydów, nacjonalizm są iskrą zapalną. Pod tym względem Lankosz (razem z Miłoszewskim, który jest współautorem scenariusza) trafnie diagnozują naszą mentalność. Intryga dość wolno, ale konsekwentnie jest poprowadzona (środek bywa troszkę usypiający), dialogi pełne ironicznego humoru, chociaż rozwiązanie całej łamigłówki nie należy do łatwych i zaskakuje. Problemem może być łatwa dezorientacja z powodu nadmiaru tropów, ale na to już nie poradzę.

ziarno_prawdy2

Reżyser zna materię i zaskakująco dobrze prowadzi aktorów, chociaż nie wszystkich. Trudno było dobrze wybrać aktora do roli prokuratora Szackiego, zwłaszcza że jest to dość niesympatyczna postać. Chłodny profesjonalista, zdystansowany i pewny siebie służbista, dla którego prawo jest świętością, traktujący kobiety dość przedmiotowo – jak wzbudzić sympatię u takiego ponuraka? Robert Więckiewicz dobrze oddaje charakter Szackiego, który dobrze odnajduje się tylko podczas prowadzenia śledztwa i chyba nie zależy mu ani na szacunku, poklasku czy prestiżu, ale na wykonaniu swojego zadania. I to jest oddane przekonująco, ale jak takiemu facetowi kibicować? No nie da się. Znacznie ciekawszy jest Jerzy Trela jako miejscowy gliniarz Wilczur, który służy mu za przewodnika po mieście. Także epizody Arkadiusza Jakubika (kolekcjoner broni białej Janek Wiewiórski), Piotra Głowackiego (wariat) czy Jacka Poniedziałka (profiler Klejnocki) zapadają mocno w pamięć.

ziarno_prawdy3

Tego nie da się powiedzieć o rolach żeńskich. Irytująca Aleksandra Hamkało (Klara, kochanka Szackiego) pojawia się tutaj tylko po to, żeby się rozebrać. Owszem, jest na co popatrzeć, ale kiedy zaczyna mówić, to chce się, żeby jak najszybciej się zamknęła. Z Magdaleną Walach problem jest inny – prokurator Barbara Sobieraj po ścięciu materiału wyjściowego (była kluczową postacią w życiu prywatnym Szackiego), jest tutaj zwyczajnie niepotrzebna i zbędna. I te dwa błędy, psują frajdę z oglądania.

ziarno_prawdy4

Gdybym miał porównywać „Ziarno prawdy” do „Uwikłania” Bromskiego, film Lankosza jest jakieś tysiąc razy lepszy. Ale powiedzmy to sobie wprost – reżyser miał bardzo nisko zawieszoną poprzeczkę, więc przeskoczenie jej nie było żadnym problemem. Sam film podobał mi się, jednak książka (jak zawsze) była lepsza. Sami zobaczcie (przeczytajcie), bo wyszedł co najmniej przyzwoity kryminał, nawet jeśli jest kalką tego, co najlepsze.

7/10

Radosław Ostrowski

Penny Dreadful – seria 1

Lubicie horrory? Ale mam na myśli takie prawdziwe strasznie, a nie o horroropodobne filmy jak “Zmierzch”. Stacja Showtime ostatnio zrobiła taką stylową produkcję grozy. Tytuł oznacza takie powieści pełne mroku, okrucieństwa i krwi, można rzecz, że to tanie horrory. Ale jeśli myślicie, że serial jest robiony tanim kosztem, mylicie się grubo.

penny_dreadful2

Witajcie w Londynie za panowania królowej Wiktorii. Właśnie w tym mieście została porwana córka wybitnego odkrywcy, sir Malcolma Murraya. Jak się domyślacie, dokonały tego siły nadprzyrodzone. Sir Malcolm korzysta z usług spirytualistki, Vanessy Ives. Do współpracy zostają też ściągnięci amerykański strzelec Ethan Chander oraz naukowiec, dr Viktor Frankenstein.

penny_dreadful3

Stylowa groza i popkulturowa zabawa postaciami ze znanych książek? Tworzący całość John Logan bawi się postaciami (pojawia się także największy narcyz Dorian Gray) tworząc bardzo ponury i mroczny klimat w czasach, gdy nauka zderzała się z magią i czarami. Nie brakuje tutaj zarówno bardziej klasycznego straszenia („opętanie” głównej bohaterki niemal jak u „Egzorcysty”), jak i krwawej jatki i konfrontacji z demonami. Chociaż jest lepsze określenie – wampir. Imponuje zarówno scenografia i kostiumy z epoki, odtworzenie mentalności, jak i ponure lokalizacje pełne brudu, smrodu i nędzy. Intryga, choć prowadzona dość powoli, budowana jest konsekwentnie, odkrywając elementy układanki i nakreślając głównych bohaterów. A są to postacie, które maja swoje wewnętrzne demony i tajemnice – tu nikt nie jest czysty. Może trochę irytować skupianie się na pobocznych wątkach, jednak wszystko jest mocno szyte i twardo się trzyma jak nić. Więcej zdradzić nie mogę, ale pewne jest, że druga seria wkrótce powstanie. Trzeba będzie tylko trochę poczekać.

penny_dreadful1

Klimat – jest, groza – jest, mrok – jest. Postacie? Są i to zagrane naprawdę świetnie, przez bardzo dobrze dobranych aktorów – muszę to przyznać. Siłą napędową, która magnetyzuje od początku do końca jest Eva Green, czyli Vanessa Ives. Jest to kobieta pełna tajemnic i mroku, o której można powiedzieć, że mrozi krew i posiada nadprzyrodzone moce, gdyż demon w niej siedzi (sceny opętania i próby wyleczenie czy podczas seansu – mocne i autentycznie przerażające). Drugim mocnym punktem jest sir Murray, w wykonaniu kapitalnego Timothy’ego Daltona. Jest to na pewno postać światowa, która dla swojego celu (odnalezienie córki z zaświatów) jest w stanie iść po trupach, bez względy na cenę. Gniew, determinacja i wściekłość bardzo wyraźnie malują się na twarzy aktora. Poza tym duetem grającym pierwsze skrzypce jest tutaj bogaty drugi plan. Najbardziej tkwią w pamięci trzy postacie: rewolwerowiec Chandler (pozytywnie zaskakujący Josh Hartnett) – uciekinier mający szybkie palce i pewną rękę, doktor Frankenstein (bardzo dobry Harry Treadway) – tak, TEN Frankenstein, który wskrzesił monstrum i to go dręczy oraz monstrum zwane tutaj Kalibanem (Rory Kinnear) – odczuwający jak człowiek trup, marzący o miłości. Oni kradną i wzbogacają ten serial.

penny_dreadful4

Powiedziałem już, że będzie II seria, a zakończenie przedstawia przyszłe wątki, mogące dominować w tym niezwykłym przedsięwzięciu. Nie wiem jak wy, ale ja czekam z ciekawością, choć horrory mnie nie kręcą. A o czymś to chyba świadczy, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Patricia Kaas – Kaas chante Piaf

Kaas_chante_Piaf

Kim była Edith Piaf? Właściwie można by było długo na ten temat, bo od niej zaczęła się francuska muzyka rozrywkowa. I do dzisiaj wielu artystów czerpie z jej piosenek. Do grona osób składających hołd, dołączyła Patricia Kaas, która swoje lata świetności miała na przełomie wieków.

Album zawiera 16 szlagierów, a wokalistce towarzyszy orkiestra symfoniczna (autorem aranżacji jest Abel Korzeniowski). I to właśnie brzmienie orkiestry jest najmocniejszym atutem, która nadaje zarówno rozmachu („Padam, padam”), jak i bardziej intymnego charakteru („Avec ce soleil” z delikatna gitarą akustyczną na początku). Nie brakuje też trochę kabaretowego sznytu („Milord” ze staroświecko brzmiącym fortepianem – jakby był niedostrojony, a w połowie klimat zmienia się w lekko baśniowy), silnych emocji (trąbki i kotły w walczyku „La belle histoire d’amour”), odrobiny magii (gra fortepianu, harfy w „T’es beau tu sais”), a nawet mroku (kotły i gra dęciaków na początku „La foule”, które potem staje się skoczna piosenka graną na gitarę, bas i cymbałki) i aranżacje sa tutaj naprawdę piękne i nie ma mowy o monotonii.

Do tego zaskakująco dobrze pasuje wokal samej Kaas, która jest w dobrej dyspozycji. Jak widać, orkiestra czasem potrafi zrobić cuda i uszlachetnić każdy utwór. Bez względu na wiek.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Romeo & Juliet

Ta historia jest tak powszechnie znana, że opowiadanie jej w zasadzie mija się z celem. To tak jakby streścić „Kevina samego w domu”. Ta niespełniona miłość dwojga ludzi pochodzących z nienawidzących się rodów była przenoszona przez filmowców wielokrotnie, zaś najbardziej znanych adaptacji dokonali Franco Zeffirelli (rok 1968 – bardzo klasyczna) i Baz Luhrmann (rok 1996 – uwspółcześniona, postmodernistyczna jazda). I wydawało by się, że kręcenie kolejnych wersji tej samej historii mija się z celem. Inne zdanie miał Włoch Carlo Cerlei, który razem ze scenarzystą Julianem Fellowsem postanowili jeszcze raz opowiedzieć o najsłynniejszym romansie w historii literatury.

romeo1

W zasadzie to też klasyczna forma, z renesansowymi realiami (kręcona w autentycznych plenerach) i całą tą resztą, z językiem włącznie. Więc powinno być dobrze? Niekoniecznie, bo film ten jest tak naprawdę jest esencją przeciętności. Warstwa wizualna nie specjalnie porywa (poza grotą ojca Laurentego z pięknymi freskami), zaś realizacja była dość statyczne i – nie wahajmy się użyć tego słowa – teatralna, nawet sceny walk na szpady były jakieś mało angażujące. Postacie mówią, mówią i mówią, czasami coś robią, ale to wszystko mało angażuje. Owszem, mogą podobać się kostiumy i scenografia, pięknie wybrzmiewa muzyka Abla Korzeniowskiego, jednak coś tutaj nie wypaliło i po prostu nudziłem się jak jeszcze nigdy.

romeo2

Obawiam się, że po części to wina grający główne role. Hailee Steinfield i Douglas Booth chyba nie udźwignęli tych postaci i brzmią po prostu sztucznie. Każda kwestia jest wypowiadana wręcz monotonnie, bez emocji, jakby nie były one mówione, tylko czytane z kartki. Owszem, ładnie wyglądają, ale miedzy nimi nie ma żadnego zaangażowania, żadnych emocji – nic. A chyba nie o to tu chodziło. Z młodej grupy najlepiej sobie poradzili Ed Westwick (porywczy i unoszący się honorem Tybalt) oraz Kodi Smit-McPhee (poczciwy Benvolio). Za to bardziej doświadczeni aktorzy mieli tutaj wielkie pole do popisu. W pełni wykorzystał bardzo dobry Paul Giamatti, tworząc naprawdę pełnokrwistą postać, która wzbudza sympatię i jest powiernikiem obojga bohaterów. Równie mocny jest Damian Lewis (lord Capulet – żądający posłuszeństwa, surowy ojciec), który sprostał swojemu zadaniu.

romeo3

Chciałbym, naprawdę chciałbym powiedzieć, że adaptacja Cercei jest naprawdę udana i warta uwagi. Ale muszę was bardzo rozczarować, to zaledwie poprawne dzieło, które niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, a drugi plan to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Skierowane do dużo młodszego widza, powiedzmy w wieku góra 15 lat. Ja ten wiek już dawno osiągnąłem.

5/10

romeo4

Radosław Ostrowski


Abel Korzeniowski – Romeo & Juliet

Romeo__Juliet

Kto z nas nie słyszał albo nie czytał o tej dwójce nieszczęśliwych kochanków z nieśmiertelnego dzieła Williama Szekspira? Filmowcy na pewno, a ilość adaptacji tego dzieła nie jest w stanie zmieścić się na palcach obu rąk. Dlatego nie będzie zaskoczeniem, że powstała kolejna adaptacja. Tym razem z klasykiem postanowił się zmierzyć reżyser Carlo Carlei, zaś scenariusz napisał Julian Fellows („Gosford Park” i „Downton Abbey”). A główne role dostali Douglas Booth („Filary Ziemi”) oraz Hailee Steinfield („Prawdziwe męstwo”). Co tym razem z tego wyjdzie, czas pokaże, a film jeszcze nie ma w Polsce dystrybutora. Za to śmiało możemy przesłuchać ścieżki dźwiękowej do tego filmu.

korzeniowskiI tutaj się robi ciekawie. Początkowo reżyser zatrudnił Jamesa Hornera, jednak jego praca została w czasie post-produkcji odrzucona. A ponieważ do premiery zostało niewiele czasu, więc trzeba było kogoś wziąć na szybko. I tak zadanie napisania muzyki dostał Abel Korzeniowski, który jeszcze nie robi furory, nie zatrudniają go hollywoodzcy producenci, ale brzmienie kompozytora jest na tyle rozpoznawalne, że nie można go pomylić – bardzo kameralne i klasyczne jednocześnie, świadomie niedzisiejsze, co już słychać od początku do końca.

Wydany przez Relativity Music album zaczyna „Juliet’s Dream” – bardzo liryczna kompozycja z „płynącymi” smyczkami oraz delikatnym fortepianem, trochę przypomina dokonania Michaela Nymana czy Philipa Glassa. „Forbidden Love” to temat miłosny, który porusza pięknymi smyczkami (skrzypce mają też swoje solo, tak jak wiolonczela), zaś rozmachu dodają bębny.

Klimatu epoki nadaje „The Cheek of Night” – walc z ładnymi smyczkami (plumkanie na początku), fletami oraz piękną wokalizą  sopranistki Tamary Bevard, zaś piękna dodają jeszcze grające w tle pianino. Tak samo piękne jest „First Kiss”. Zaczyna się od delikatnego fortepianu, dołączają smyczki, które w połowie nabierają siły i pod koniec wyciszają się, ustępując pianinu. Równie pięknie brzmią klasyczne „Come, Gentle Night”, gdzie poza naprawdę popisującym się fortepianem, wybijają się flety oraz bardzo delikatne „Wedding Wovs” z mocnym solo wiolonczeli oraz anielską wokalizą Bevard, no i dzwonami w tle.

Choć jest to film o miłości, Korzeniowski napisał parę tematów pod mocniejsze i dynamiczniejsze ujęcia. Na pewno czymś takim jest „Trooping with Crows” ze złowrogimi, wręcz marszowymi smyczkami  fortepianem – na początku szybkim i dynamicznym, by potem nabrać delikatności i wyciszenia. Ten chwyt się zapętla, dodatkowo urozmaicona żeńską wokalizą. Następne „Fortune’s Fool” bazuje na nerwowych smyczkach, nieprzyjemnych trąbkach, dużym chórze oraz bardzo poruszającą wiolonczelą, by pod koniec wyciszyć się. W tym samym tonie jest piekielnie szybkie „From Ancient Grunge”, gdzie smyczki i fortepian idą na złamanie karku, zaś temu wszystkiemu towarzyszą jeszcze ponure dęciaki.

Jednak najlepszymi fragmentami partytury są prawie 7-minutowy „A Thousand Times Good Night” oraz finał, który trwa 15 minut i jest podzielony na parę utworów, a tam emocje są wyciśnięte do samego końca. Najdłuższy „A Thousand…” zaczyna się delikatnym brzmieniem fortepianu, do którego potem dołączają flety oraz smyczki grające temat miłosny, gdzie jeszcze pojawia się harfa. Finał zaś zaczyna się od „Tempt Not a Desperate Man”, a kończy się na „Eternal Love”.

„Tempt” zaczyna się od szybkich, wręcz skocznych smyczków, przerywanymi uderzeniami bębnów, dęciakami i fletami, by w połowie nagle zmienić klimat na mroczniejszy, dęciaki ciągną się, brzmią prawie jak u Hansa Zimmera, a kotły jeszcze bardziej potęgują atmosferę. Znacznie mroczniejszy jest dwuczęściowy „The Crypt”. Pierwsza część, dzięki chórowi nabiera sakralnego charakteru (tutaj trochę zajeżdża Hornerem), spotęgowanego przez smyczki i gitarę, zaś druga jest bardziej smutna (skrzypce i wiolonczela grające pod koniec temat miłosny) i poruszająco ilustruje tragiczny finał. I na sam koniec „Eternal Love” grane na smyczki i fortepian oraz przeplatające się wiolonczelę z żeńską wokalizą, brzmi sakralnie i potężnie.

Korzeniowski może i miejscami jedzie trochę na autopilocie, ale nadal pokazuje, że jest w stanie wcisnąć odrobinę świeżości w skostniałą trochę muzykę filmową. Jest elegancko, lirycznie i dostojnie, a jednocześnie mam wrażenie, że ta praca pasuje do filmu (choć go nie widziałem). Czy Korzeniowski tym zachwyci producentów z dużymi cygarami i wybije się tworząc muzykę do filmów z większymi budżetami? Mam nadzieję, że tak. Ale obawiam się, że to zajmie jeszcze kilka lat. Niemniej potwierdza tą pracą, że jest jednym z najważniejszych kompozytorów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Abel Korzeniowski – Battle for Terra

Battle_for_Terra

Kiedy pochodzący z Polski kompozytor Abel Korzeniowski wyruszył podbić Hollywood, straciliśmy bardzo dobrego twórcę. Napisał niewiele, ale już był bardzo kojarzony i rozpoznawalny („Duże zwierzę”, „Anioł w Krakowie”, „Pogoda na jutro”). Ale początki nie były wcale łatwe, bo zaczął od pisania do bardziej kameralnych filmów. Jednym z nich była animacja SF „Terra” – historia podboju tytułowej planety, gdzie mieszkają pokojowo nastawieni kosmici przez Ziemian, którzy potrzebują miejsca do zamieszkania oraz surowców. Kojarzy wam się z „Avatarem”? Mnie też, choć nie widziałem tego filmu.

korzeniowskiA jak brzmi sama muzyka? Jednym słowem – epicko, a zarazem z etnicznymi wstawkami i klasycznie. Jest orkiestra, są chóry, więc czego trzeba więcej? Kompozycji, a te są piekielnie dobre, zaś suspens też jest budowany dość klasycznymi środkami (szybkie smyczki, rozciągające się dęciaki i perkusja w „Hijacking the Ship”). Nie brakuje też chórów (m.in. „Mala Finds Father”), zaś wyczuwalna jest inspiracja m.in. Jamesem Hornerem, głównie w utworach z wojną w tle („War Begins”, „Battle”) z podniosłymi dęciakami, werblami i etnicznie brzmiącą perkusją. Z kolei tematy poświęcone tytułowej planecie są bardzo delikatne, wręcz baśniowe. Wystarczy posłuchać choćby „Flying with Whales”, gdzie dominują harfa, flety i delikatne chórki. Później wyraźniejsze są smyczki, kotły i perkusja. Podobnie jest w „Life on Terra/First Strike”, gdzie bardzo delikatny początek (flet, klarnet, chór, harfa, smyczki) w połowie zostają zastąpione werblami, nerwowymi smyczkami i ciągnącymi się dęciakami. Równie zaskakujące są dwa krótkie tematy – „Oxygen Test” z różnego rodzaju dzwonkami, cymbałkami i delikatną elektroniką oraz etniczne „Ceremony of Life”.

Mógłbym jeszcze tak się rozpisywać na temat tego soundtracku, ale powiem tylko tyle: Korzeniowski po raz kolejny pokazał poziom, świetny warsztat oraz kreatywność. Można wręcz stwierdzić, że taka muzyka praktycznie zanika. Świetnie to brzmi, po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

W.E. Królewski romans

Wally Wintrop jest młodą kobietą zafascynowaną losami Wallis Simpson. Zbiera ona wszelkie pamiątki na temat Wallis, zauważając pewne podobieństwa między nią a sobą. Zwłaszcza że jej małżeństwo (pozornie szczęśliwe i bogate) nie jest udane. Intensywnie chodzi na wystawę poświęconej Wallis i Edwardowi, gdzie przykuwa uwagę rosyjskiego ochroniarza.

w.e.

Zawsze, gdy za kręcenie filmu bierze się osoba spoza środowiska filmowego, wywołuje to spore emocje i pytanie: po co to jest właściwie robione? Dla zwiększenia sławy, popularności, pokazania, że też potrafię? A może jest to czwarty, rzadko rozważany wariant pt. Jestem artystą i mam w tej formie coś do powiedzenia? Więc dlaczego Madonna – znana piosenkarka, niezbyt dobra aktorka, posiadająca pieniędzy jak lodu na biegunie północnym, w ogóle bierze się za reżyserowanie? Nie mam pojęcia. Jednego zaś nie mogę odmówić – warstwa audio-wizualna jest najmocniejszym atutem tego filmu, zaś przeplatanie wątków Wally i Wallis uatrakcyjnia ten film. Spowolnienia, kolorystyka, a jednocześnie realia lat 30-tych, gdzie za złamanie pewnych reguł groziło wykluczenie – to naprawdę robi wrażenie. A jeśli do tego dodamy muzykę nie tylko Abla Korzeniowskiego, to już jest miód. Ale mimo to czułem się lekko rozczarowany. Dlaczego? Nie czułem tego wszystkiego i oglądałem ten film z kompletną obojętnością. Nie jest to jednak winą aktorów, bo ci zrobili tyle, ile mogli (ze szczególnym wskazaniem na Abbie Cornish i Andreę Risenborough w rolach Wally i Wallis), dialogi też niezłe, scenariusz poprawny. To w czym problem? Żebym to ja wiedział.

w.e.1

Reżyserka mierzyła wysoko i spadła z konia. Niemniej jedno jest pewne – ogląda się to całkiem nieźle, nie ma dłużyzn czy nudy. Gdyby jeszcze to było angażujące kino.

6/10

Radosław Ostrowski

Abel Korzeniowski – Escape from Tomorrow

escape_from_tomorrow

Ten młody zdolny kompozytor z Polski, co ruszył na podbój Hollywood, co udaje mu się dość średnio. Bo większość filmów, do których komponował to niskobudżetowe i skromne filmy („Połowiczny rozpad Timofieja Bierezowa”, „Terra”). Kiedy wydawało się, że „Samotny mężczyzna” będzie punktem zwrotnym to tak naprawdę poza „W.E.” Madonny jakoś nikt nie był nim zainteresowany. Film, do którego teraz napisał muzykę, może nie trafić w ogóle do kin.

„Escape from Tomorrow” to historia mężczyzny, który po stracie pracy ucieka w świat fantazji, przy okazji dostając obsesji na punkcie dwóch dziewczynek z Francji. Potajemnie nakręcony film za pieniądze Disneya, już wywołał w wytwórni konsternacje. A jak sobie radzi muzyka, która została wydana przez Sugar Free Media?

korzeniowskiJest ona piękna, ale bardzo krótka, bo zawiera raptem 9 kompozycji, które razem trwają niecałe 20 minut. Korzeniowski w żaden sposób nie zahacza ani o „Samotnego mężczyznę” ani „W.E.”, jednak nadal partytura brzmi jakby z czasów świetności muzyki Hollywoodu, pełnej rozmachu i epickości. Jest to już słyszalne w „Gates of Tomorrow”, gdzie bardzo delikatnie grające smyczki z harfą oraz fletami buduje bardzo liryczny i wręcz wyciszony. Także „The Fantasy Girl” z werblami, dęciakami i smyczkami brzmi bardzo podniośle, ale jednocześnie pięknie. Pewien niepokój pojawia się w „Fireworks” z zapętlającymi się smyczkami oraz nerwowymi dęciakami, do których w połowie dołączają wrzeszczące dzieciaki i kotły. Wyciszeniem za to są obie części „Magic Kingdom”, które brzmią bardzo lirycznie, jednak podskórnie wyczuwa się pewien niepokój. Bardziej underscore’owe są „Mystery Man” (z wyraźną elektroniką pod koniec idący w lekko jazzową stylistykę) i „Lost in the Caves”, kontynuującym nieprzyjemne, elektroniczne dźwięki. Wszystko to zostaje zwieńczone „Grand Finale”, zahaczającym o temat z „Gates of Tomorrow” z dynamicznym fortepianem oraz bardziej podniosłym brzmieniem oraz „Imaginate!” z werblową perkusją, dziecięcym śpiewem oraz piękną aranżacją.

Korzeniowski tą pracą potwierdza swój nieprzeciętny talent i mam małą nadzieję, że jeszcze nas zaskoczy i zostanie bardziej dostrzeżony przez Amerykanów. Nie wiem jak w filmie ta muzyka się sprawdza, ale brzmi ona bardzo dobrze.

8/10

Radosław Ostrowski