Najgorsze filmy 2022 roku

Ktoś patrząc na tą krótką listę może odnieść wrażenie, że nie widziałem zbyt wielu złych filmów. Ale odpowiedź na to pytanie jest chyba o wiele prostsze: zbyt wiele tytułów intuicyjnie odpuściłem sobie, a wielu nie obejrzałem do końca. Bo mnie zbyt zmęczyły, łatwo nudziły i miałem poczucie, że marnuje swój czas. Chyba nie mam już cierpliwości na oglądanie gniotów oraz chłamu. Poniżej znajduje się bardzo krótka lista niekoniecznie najgorszych filmów, ale najbardziej rozczarowujących, przy oglądaniu których wytrwałem do końca. Chociaż szczerze mówiąc żałuję tego czasu przy nich spędzonego. Jeśli czegoś tu brakuje, piszcie śmiało w komentarzach. Oby w roku 2023 lista rozczarowań utrzymała się na tym poziomie albo byłaby jeszcze niższa.

1. Marusarz. Tatrzański orzeł, reż. Marek Bukowski
2. Wesele (2021), reż. Wojciech Smarzowski
3. Śmierć Zygielbojma, reż. Ryszard Brylski
3. Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę, reż. Michał Krzywicki
4. Uncharted, reż. Ruben Fleischer
5. Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności, reż. Elaine Bogan
6. Krime Story. Love Story, reż. Michał Węgrzyn
7. Pajęcza Głowa, reż. Joseph Kosinski
8. Gdzie śpiewają raki, reż. Olivia Newman
9. Podpalaczkareż. Keith Thomas
10. Głęboka woda, reż. Adrian Lyne
11. Plan lekcji, reż. Daniel Markowicz

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2022 roku

Muszę przyznać, że dla mnie rok 2022 był mało filmowy. Obejrzałem mniej filmów i seriali, co nawet dla mnie było nieprzyjemnym rozczarowaniem. Ale nadal trafiało mi się więcej udanych seansów niż rozczarowań, więc nie było tak źle. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w nadchodzącym roku 2023 nie tylko będę miał więcej czasu na wizyty w kinie/platformach streamingowych, ale też lista najlepszych filmów roku następnego będzie dłuższa. Więc bez specjalnego przydługiego wstępu podaję listę filmów, które zrobiły na mnie największe wrażenie w 2022 roku. Ułożone w kolejności chronologicznej. Być może nie będzie zaskoczeń, ale parę punktów stycznych się znajdzie. Jeśli tak, piszcie w komentarzach.

1. In the Heights. Wzgórza marzeń, reż. Jon M. Chu
2. Świnia, reż. Michael Sarnoski
3. Hazardzista, reż. Paul Schrader
4. Klan Sycylijczyków, reż. Henri Verneuil
5. C’mon C’mon, reż. Mike Mills
6. tick, tick… BOOM!, reż. Lin-Manuel Miranda
7. Mitchellowie kontra maszyny, reż. Michael Rianda
8. Piosenki o miłości, reż. Tomasz Habowski
9. Belfast, reż. Kenneth Branagh
10. Spragnieni miłości, reż. Wong Kar-Wai
11. Cyrano, reż. Joe Wright
12. Córka, reż. Maggie Gyllenhaal
13. Inni ludzie, reż. Aleksandra Terpińska
14. Licorice Pizzareż. Paul Thomas Anderson
15. Wszystko wszędzie naraz, reż. Daniel Kwan, Daniel Scheinert
16. Nieznośny ciężar wielkiego talentu, reż. Tom Gormican
17. Wiking, reż. Robert Eggers
18. Film balkonowy, reż. Paweł Łoziński
19. Top Gun: Maverick, reż. Joseph Kosinski
20. Wolny dzień Ferrisa Buellera, reż. John Hughes
21. Pan Wilk i spółka, reż. Domee Shi
22. To nie wypanda, reż. Pierre Perifel
23. Ennio, reż. Giuseppe Tornatore
24. Bohater ostatniej akcji, reż. John McTiernan
25. Ciemne strony rybołówstwa, reż. Ali Tabrizi
26. Powodzenia, Leo Grande, reż. Sophie Hyde
27. Trzy tysiące lat tęsknoty, reż. George Miller
28. IO, reż. Jerzy Skolimowski
29. Carter, reż. Jung Byung-gil
30. Do ostatniej kości, reż. Luca Guadagnino
31. Ucieczka na Srebrny Glob, reż. Kuba Mikurda
32. Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, reż. Nagisa Oshima

Radosław Ostrowski

Home Before Dark – seria 1

Pozornie ten serial to kolejna historia dziennikarskiego śledztwa. W małym miasteczku, gdzie wszyscy się dobrze znają i skrywa pewną bardzo mroczną tajemnicę. Do tego serial oparty jest na reportażach Hildy Lysiak, co nie byłoby niczym niezwykłym, gdyby nie jeden szczegół. Autorka reportażu miała… 9 lat przy jego pisaniu. ŻE CO? Że za młoda? To przyjrzyjmy się szczegółom.

Bohaterką serialu jest Hilde Lisko (Brooklyn Prince) – 9-letnia dziewczynka, dla której dziennikarstwo jest silną pasją. Matka pracowała jako adwokat z urzędu, ojciec pisał reportaże. Niestety, mężczyzna zostaje zwolniony i wraca w swoje rodzinne strony. Jak się okazuje, reporter ma pewną tajemnicę związaną z miejscowością. Mianowicie 31 lat wcześniej zaginął jego przyjaciel i nadal nie wiadomo, co się z nim stało. Nikt z rodziny nie znał tej historii, ale przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Już pierwszego dnia zostaje znaleziona martwa dawna znajoma ojca Hildy, której brat odsiaduje wyrok za porwanie i zabójstwo sprzed 31 lat. Czy te dwie sprawy są ze sobą powiązane? Hilde próbuje wyjaśnić sprawę, choć łatwo nie będzie. I to nie tylko z powodu wieku bohaterki.

Na pierwszy rzut oka „Home Before Dark” może wydawać się kryminałem, gdzie zostajemy zderzeni z mroczną tajemnicą. Tajemnicą, która rzuca cień na mieszkańców całego miasteczka i podzieliła ludzi na dwie grupy. Pierwsi dla świętego spokoju chcieli zostawić dawną sprawę jak było, drudzy wyczuwali, że coś jest nie tak i prawda została zakopana. Próbując coś zrobić zderzają się z biernością i uporem ludzi u władzy. Powrót Matthew Lisko (Jim Sturgess) staje się szansą do skonfrontowania z zapomnianą, wypartą przeszłością, która go ostatecznie ukształtowała i sprawiła, że został dziennikarzem. Przeszłość, z którą musi zderzyć się także cała rodzina, nie mająca zielonego pojęcia o niczym. I jak w klasycznym kryminale mamy tropy i poszlaki, poznanych sojuszników i wrogów, zmowę milczenia oraz kolejne tajemnice. Jednocześnie rodzina próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu, gdzie traktowana jest z pewną nieufnością oraz ukrywaną wrogością.

Ta dwutorowa narracja (śledztwo + wątki obyczajowe) potrafi wciągnąć, stymulując komórki mózgowe. Pomaga w tym kreatywnie pokazane sceny podczas dochodzenia, kiedy nasza bohaterka próbuje sobie przypomnieć pewne szczegóły (szybki montaż plus oznaczenie wizualne) albo wizualizuje pewne wydarzenia (wtedy całe otoczenie jest z papieru). Czy podczas przeprowadzania rozmów pojawiają się retrospekcje (podejrzany opowiadający zastępcy szeryfa o dniu zaginięcia, gdzie obaj są pokazani w chwilach z przeszłości) – kreatywna forma zdecydowanie uatrakcyjnia seans tak jak parokrotnie użyty montaż równoległy. Nawet jeśli niektóre wątki mogą wydawać się tylko zapychaczami (relacja starszej siostry z poznanym chłopakiem), ostatecznie wszystko układa się w zgrabną mozaikę.

Plus przy okazji jeszcze kluczowa jest relacja Hilde z ojcem, gdzie ona widzi w nim nie tylko rodzica, lecz mentora. Bohaterka fantastycznie zagrana przez Brooklyn Prince nie jest chodzącym ideałem dziennikarza: błędnie wyciąga wnioski, czasami pewne rzeczy zdobywa podstępem, niejako goniąc za sensacją. I ma na tym polu kompletną fiksację, wręcz za bardzo skupiając się na pisaniu, zamiast na konsekwencjach jakie może to przynieść. Jednocześnie jej upór oraz determinacja doprowadza do rozwiązania (częściowo) tajemnicy sprzed lat, jednak potrzebuje pomocy ojca (bardzo dobry Jim Sturgess) i jego wspomnień do znalezienia kolejnych tropów. Ta dynamika oraz próbujący się odnaleźć w nowej sytuacji rodzice to dla mnie najjaśniejsze sceny tego serialu. Jak dodamy do tego bardzo wyrazisty drugi plan, gdzie błyszczą m.in. Michael Weston (skonfliktowany i zagubiony zastępca szeryfa, Frank Briggs Jr.), Joelle Carter (dyrektor Kim Collins) oraz Louis Herthum (szorstki szeryf Frank Briggs), dostajemy bardzo żywy, wciągający świat. Nawet jeśli wydaje się on początkowo zbyt znajomy.

„Home Before Dark” to bardzo sprawnie wykonana mieszanka dramatu obyczajowego z kryminałem. Nawet jeśli początkowo wydaje się grać znaczonymi kartami, wielokrotnie zaskakuje, zaś grająca główną rolę Prince wznosi całość na wyższy poziom. Inteligentnie napisane, świetnie wykonane oraz bardzo klimatyczny tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Gray Man

Przekonania, że do zrobienia dobrego filmu potrzeba bardzo dużo pieniądzorów, wydaje się bardzo złudne. Chyba, że jako dobry film zrozumiemy produkcję bardzo bezpieczną, pełną znajomych schematów oraz większej skali, godnej superprodukcji. Do tego parę znajomych (czytaj: bardzo drogich) twarzy, kupa efektów specjalnych, popisów pirotechniczno-kaskaderskich i wystarczy. Tak chyba pomyślał Netflix, dając braciom Russo ponad 200 baniek na ich nowy film. Bo czy można nie zaufać reżyserom jednego z najbardziej kasowych filmów wszech czasów?

szary czlowiek1

„Gray Man” (albo jak ja to tłumaczę: „Szary człowiek”) opowiada historię niejakiego Szóstki (Ryan Gosling) – kiedyś skazańca, a obecnie cyngla pracującego dla CIA. Mając do wyboru odsiadkę lub współpracę z tajnymi służbami też bym wybrał pracę killera. I tak działa przez 18 lat, kasując ludzi bez zadawania pytań. Teraz jednak dostaje zadanie pozbycia się delikwenta w Bangkoku, jednak nie decyduje się na strzał. Niemniej udaje się pozbyć celu, przy okazji odkrywa dwie istotne rzeczy. Po pierwsze, cel to… inny członek tajnego oddziału Sierra, do którego należy nasz bohater. Po drugie, Czwórka (bo tak się on zwie) wręcz mu wisiorek, gdzie znajduje się pendrive. Co sprawia, że obecnie Szóstka jest na celowniku swoich przełożonych. Jakie dane zawiera ten dysk? Kto za tym stoi? I czy nasz heros poradzi sobie?

szary czlowiek2

Odpowiedzi na ten pytanie wydają się w zasadzie zbędne, bo nowe dziecko braci Russo jest kalką wszelkich Bondów, Bourne’ów i innych tajnych agentów, których nazwisk oraz pseudonimów nie jestem w stanie sobie przypomnieć. Wiadomo, czego należy się spodziewać: wielu lokacji, strzelanin, wybuchów, popisów kaskaderskich oraz… bardzo prostą i tylko pozornie zaskakującą układankę. Wszystko idzie jak po sznurku, przez co sama akcja (choć technicznie wykonana bez zarzutu – zwłaszcza zadyma w Pradze) sprawia wrażenie przeładowanej, przesadnie efekciarskiej (te szybkie loty kamery) oraz zaczyna męczyć. Brakuje jakiegokolwiek emocjonalnego zaangażowania, w czym na pewno nie pomagają skoki po lokacjach, rwane retrospekcje oraz zbytnie skupienie na akcji. Postacie w zasadzie są płaskie, z mało ciekawymi dialogami (może nie na poziomie „Avatara”, lecz blisko), ze śladowymi ilościami humoru.

szary czlowiek3

Aktorzy próbują coś tam ugrać, ale wszystko się skupia na trzech osobach: Ryanie Goslingu, Chrisie Evansie oraz Anie de Armas. Pierwszy jako małomówny Szóstka wypada solidnie, zwłaszcza w scenach wymagających sporego wysiłku fizycznego, drugi jako psychopatyczny tropiciel Hansen ma najwięcej frajdy i bawi się rolą, z kolei ona jako jedyna wydaje się najmniej wyrazista. Drugi plan zazwyczaj się marnuje (szczególnie Billy Bob Thornton i Rege-Jean Paul), choć drobne epizody Alfie Woodard, Dinesha oraz Wagnera Moury wnoszą troszkę życia, lekkości i spuszczają balonik powagi.

„Szary człowiek” jest taki jak kolor go opisujący – nie wyróżnia się mocno z tłumu innych herosów kina akcji pokroju Bonda, Bourne’a czy Ethana Hunta. Efekciarskie, szybkie (za szybkie), może nawet zbyt proste i – nie wiem, czy to dobrze – jest szansa na kontynuację.

6/10

Radosław Ostrowski

Apollo 10 1/2: Kosmiczne dzieciństwo

Co się stanie jak swoje siły połączy Netflix i reżyser Richard Linklater? Kolejna inicjacyjna historia, tym razem mocno czerpiąca ze wspomnień samego reżysera. Czyli skupiamy się na wakacjach roku 1969, gdy Amerykanie szykowali się do lądowania na Księżycu.

Sama nazwijmy to historia toczy się dwutorowo. Po pierwsze, skupiamy się na Stanie – młodym chłopaku z Houston oraz jego rodzinie. Po drugie, naszego bohatera odwiedzają w szkole dwóch facetów w czerni. To agenci FBI współpracujący z NASA, którzy proszą o przetestowanie… kosmicznego pojazdu mającego lądować na Księżycu. Pojazd jest za mały dla dorosłego, lecz dla dziecka w sam raz. Propozycja nie do odrzucenia, o której nie może nikomu powiedzieć. Czyli misja Apollo 10 ½, gdzie te historie się przeplatają.

apollo 10.5-1

Chociaż nazwanie tego historią jest bardzo na wyrost. Bo to wszystko przypomina zbiór anegdotek, niejako pełniących zapis wspomnień oraz wskrzeszeniem dawnej epoki. Czasów, gdzie wierzono w nieskończone możliwości człowieka. Kiedy wierzono, że to będzie początek podboju kosmosu i wkrótce będziemy na Księżycu mieszkać. Czasy rock’n’rolla, spędzania czasu przed telewizorem (zwłaszcza jak były takie seriale jak „Strefa mroku”, „Dark Shadows” czy „The Andy Griffith Show”), z sąsiadami, ich dziećmi. To wszystko wydaje się ciągiem świadomości, gdzie wyobraźnia i rzeczywistość mieszają się ze sobą. Przypomina to obserwowanie albumu ze zdjęciami, co uruchamia pewne wspomnienia. A jeśli do jakiegoś filmu musiałbym porównać „Apollo 10 ½”, to najbliżej byłoby do… „Boyhood”. Tylko nie rozpychając się tak mocno w czasie.

apollo 10.5-2

Film zrealizowano uwielbianą przez reżysera mieszanką rotoskopii z ręcznie rysowaną animacją. I ta zbitka czyni ją bardzo unikatowym doświadczeniem. Animacja jest zarówno bardzo płynna, zaś sceny z użyciem archiwalnych materiałów czy fragmentów filmów/seriali nie wywołują dezorientacji. Trudno mi było oderwać wzrok, zaś wiele ujęć (m. in. szkolenie w NASA czy przygotowanie posiłków) są wręcz przepiękne. Całości dopełnia offowa narracja dorosłego bohatera, mówiącego głosem Jacka Blacka.

apollo 10.5-3

„Kosmiczne dzieciństwo” potwierdza tylko, że połączenie Linklater + kino inicjacyjne/animacja gra i buczy. Jest bardzo nostalgicznie, migawkowo, jednak jest w tym pewna autentyczność oraz szczerość. Bo każde wspomnienie nie jest odtworzeniem danej sytuacji, tylko jej interpretacją, co może sugerować ostatnie zdanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Cinema verite

Jakaż ta telewizja jest podła, okrutna i żerująca na najniższych instynktach – powtarzało się to zdanie, kiedy jeszcze to medium miało wielką siłę. Kiedy były kontrowersyjne programy pokroju Jerry’ego Springera czy reality show obecne u nas na początku XXI wieku. Prawda jednak jest taka, że obrzydliwsze oblicze telewizji (przynajmniej w USA) pokazywało już dużo wcześniej. Co pokazuje m.in. nakręcony dla HBO film „Cinema verite”.

Wszystko zaczęło się w 1971, kiedy producent Craig Gilbert (James Gandolfini) wpadł na pomysł produkcji dokumentalnej. Miało ona obserwować zwykłą amerykańską rodziną w formie odcinkowego serialu. Bez ingerencji od strony ekipy czy producenta. Udaje się znaleźć odpowiednich kandydatów, czyli rodzinę Loudów. Matka (Diane Lane) to kobieta wyzwolona i pewna siebie, ojciec (Tim Robbins) głównie pracuje w firmie, rzadko przebywając w domu, jest jeszcze trzech synów (najstarszy, bardzo wyzwolony Lance oraz dwóch chłopaków marzących o karierze rockowej) oraz dwie córki. Sporo osób, prawda? Pozornie wszystko wydaje się idealnie, ale powoli ekipa zaczyna zauważać pewne pęknięcia w tym obrazku.

Do filmu podchodziłem ze sporymi oczekiwaniami, ze względu na realizatorów. Czyli reżyserski duet Shari Springer Bergman/Robert Pulcini odpowiedzialny za znakomite „American Splendor”, a ostatnio pracujący przy serialach jak „Sukcesja”. Z kolei scenariusz to robota Davida Seltzera znanego ze skryptu do „Omenu”. Wszystko zrealizowane w dość nietypowy (czyli kreatywny) sposób, gdzie przeplatane są archiwalia (także z programu „An American Family”) oraz sytuacje niejako zza kulis. Nawet nie chodzi o to, że kamera obserwuje rodzinę i początkowo nie są w stanie zachować się swobodnie. Czyli nie patrzeć na nią, nie rozmawiać z realizatorami.

Ale problemy zaczyna się w chwili, gdy producenci grozą Gilbertowi wycofaniem funduszy. Dlaczego? Bo nic interesującego się nie dzieje, brakuje emocji, „mięsa”. Więc co należy robić? Gilbert zaczyna bardziej naciskać na swoich współpracowników, by filmowali i podążali za bohaterami podczas kłótni czy pokazania rzeczy mniej wygodnych. Tutaj dotyczy to najstarszego syna, Lance’a (Thomas Dekker), który mieszka na Manhattanie i nie wstydząc się swojej homoseksualności, który zostaje także sfilmowany w Paryżu. Jeszcze ciekawiej robi się jak głowa rodziny wyrusza z naszym producentem poza miastem. Chodziło o zaprezentowanie producentowi pewnej podobno zdolnej kobiety. To zdarzenie stanie się zapalnikiem, mogącym rodzinę wysadzić od środka.

Cała ta historia wydaje się pokazywać dwie istotne kwestie. Po pierwsze, co to znaczy być „amerykańską rodziną”? I czy istnieje taki „idealny” przykład takiej rodziny? Odpowiedź na to wydaje się być prosta: nie ma. Każdy ma pewne swoje niedoskonałości, ale pytanie jak bardzo to niszczy/scala rodzinę. Jednak obecność kamer potrafi wszystko jeszcze bardziej podkręcić. I tu pojawia się kolejne pytanie: gdzie jest granica? Co wolno filmować, a co powinno zostać poza jej okiem? Jak wiele kamera/montaż mogą zniekształcić lub przefiltrować każdą postać? Uczynić z niej karykaturę na podstawie tylko wycinka albo wypaczyć. I to pokazuje niebezpieczną siłę telewizji, która kreuje rzeczywistość zamiast pokazywać.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane przez przewodzące trio: Diane Lane-Tim Robbins-James Gandolfini. Każde z nich stworzyło o wiele bardziej złożone postacie niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Zapracowany mąż, bardzo empatyczny producent oraz mająca wszystko na głowie inteligentna żona. Wrażenie zrobiła na mnie Lane, zwłaszcza odkrywając i konfrontując się ze swoim mężem. Także Gandolfini bardzo przekonująco balansuje między empatycznym człowiekiem a manipulantem. Jedyny problem mam taki, że reszta dzieci (poza Lance’m) zostaje zepchnięta do roli tła. Bo chciałoby się poznać ich perspektywę na całą sytuację.

„Cinema verite” jest bardzo (a nawet więcej) solidnym filmem o telewizji, kiedy jeszcze traktowali to medium dość pobłażliwie. Jak jeszcze telewizja nie pokazywała swej mrocznej, bardziej złowieszczej strony, która eksplodowała przez kolejne dekady. Nadal mocna rzecz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny prezent po choinkę

Kto by się spodziewał, że po tylu latach dostaniemy kontynuację jednego z klasyków świątecznego kina z USA. Bo po drodze powstało jeszcze sześć sequeli. Tym razem twórcy postanowili je olać i stworzyć bezpośrednią kontynuację do „Prezentu pod choinkę”. Mało tego, wróciła część oryginalnej obsady, więc jest bardziej niż legitnie. Ale czy warto było robić to po tylu latach?

Akcja „Świątecznego prezentu pod choinkę” toczy się w roku 1973. Ralphie Parker (wracający do roli Peter Billingsley) mieszka w Chicago z żoną i dwójką dzieci. Próbuje swoich sił jako pisarz, jednak nikt nie chce wydać jego powieści. Być może dlatego, że jest za długa (ponad 2 tysiące stron) no i jest to science-fiction. Do tego jeszcze za kilka dni Wigilia, a przygotowań nie zrobiono. Ale nasz bohater będzie musiał wrócić do rodzinnego miasteczka w stanie Indiana. Wszystko z powodu śmierci jego ojca. Więc Ralphie z rodziną wraca do siebie, chcąc pomóc matce oraz zorganizować niezapomniane święta tego roku.

Krótko mówiąc, jest to mocno zmodyfikowana część pierwsza. Nadal Ralphie jest narratorem całości, odnosząc się wielokrotnie do oryginału. Na szczęście, twórcy nie ograniczają się tylko do tego. Bo ten sequel skupia sobie na wchodzeniu naszego bohatera w rolę ojca. Czyli zorganizowanie świąt, kupno prezentów, napisanie nekrologu. A wszystko to w miejscu pozostawionym dawno za sobą. Przy okazji odkryjemy co się stało z dawnymi kolegami, poznamy nowe miejsca, odwiedzimy Mikołaja. A wszystko w atmosferze lat 70., ze sporą dawką humoru (uruchomienie chłodnicy w aucie za pomocą… jajka) oraz świątecznym klimatem. Tylko wtedy mogą dziać się rzeczy niezwykłe, gdzie wszystko ostatecznie układa się po myśli (zdobycie gwiazdy na choinkę czy kradzież prezentów). Wracają też m. in. sceny, gdzie Ralphie wyobraża sobie różne rzeczy (m. in. wygranie Nobla czy – konfrontacja na śnieżki w formie… zwiastuna westernu).

Trudno się przyczepić także aktorsko. Zaskakująco dobrze sobie radzi Billingsley (czy tylko mi przypominał z wyglądu… Macieja Orłosia?), nadal mający w sobie urok dziecka w ciele dorosłego. Dźwiga film na swoich barkach, tak jak powracający aktorzy jako dorośli (m.in. Scott Schwartz i R.D. Robb). Jedyną zmianą jest Julie Hagerty jako matka Ralphiego (grająca tą postać w oryginale Melissa Dillon przeszła na emeryturę), ale zmiana nie jest aż tak odczuwalna i jej relacje z synową dodają odrobinę pieprzu.

„Świąteczny prezent pod choinkę” to kolejny przykład porządnie zrobionej kontynuacji po latach, czerpiąca z nostalgii oryginału, ale jednocześnie stojąca na własnych nogach. Bardzo sympatyczny i dorównujący oryginałowi, co nie jest łatwą sztuką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prezent pod choinkę

Są takie świąteczne klasyki, które w USA osiągnęły status kultowych dzieł, ale u nas nie należą do zbyt znanych. Takim dziełem jest nakręcony w 1983 roku film „Prezent pod choinkę” w reżyserii Bob Clarka. Nietypowa produkcja zważywszy na filmografię Kanadyjczyka, kojarzonego głównie z horrorami.

prezent pod choinke1

Akcja osadzona jest gdzieś w latach 40., może 50. w małym miasteczku. Wszystko widzimy z perspektywy Ralphie’ego (Peter Billingsby), który mieszka z rodzicami oraz młodszym bratem. Chłopiec marzy o jednym prezencie na święta – karabinku Red Ridera. Ale czy nie jest on troszkę za młody na taką zabawkę? Nie ma to dla niego znaczenia, bo już zaczyna działać. Jak? Choćby podrzucając rodzicom do ich gazet reklamy broni czy próbując to powiedzieć w subtelny sposób. Wszystko jednak wydaje się działać przeciwko niemu – matka jest przeciwko, nauczycielka prosząca o wypracowanie nt. Prezentu na Święta, a nawet sam św. Mikołaj. I co zrobić w tej sytuacji?

prezent pod choinke2

Sam film w zasadzie jest wspomnieniami naszego bohatera, opowiadanymi z narracją z offu już przez dorosłego. Więc jest bardzo nostalgicznie, bardziej skupiając się na różnych scenkach związanych albo ze szkołą, albo z przygotowaniami do Świąt. Czyli mamy zakup choinki, dekorowanie jej czy nawet wygraną z krzyżówki. Humoru jest zaskakująco dużo: od prostych gagów (zakład o to, czy jeden z chłopaków dotknie językiem zamarzniętego słupa czy naprawy psującego się pieca) aż po różne fantazje bohatera (że oślepnie od mydła w ustach po zachwyt nauczycielki nad wypracowaniem). Sama narracja też nie jest pozbawiona humoru, pokazując sposób myślenia dziecka. Z jednej strony obsesję na punkcie prezentu, ale też obaw, lęków, ekscytacji, rozgoryczenia czy wściekłości. To ostatnie najmocniej pokazuje scena, kiedy Ralphie konfrontuje się z miejscowym łobuzem.

prezent pod choinke3

Reżyser portretuje tą historię z dużą czułością, przypominając i próbując obudzić w każdym z nas dziecko. To wewnętrzne dziecko, czekające na ten dzień z wielką radością oraz ekscytacją zmieszaną z obawami. Nawet jeśli nie wszystko poszło jak trzeba, bo do domu wlazły psy sąsiadów i zjadły dania ze stołu, to nie miało w ostatecznym rachunku takiego znaczenia. Chociaż z dzisiejszej perspektywy taki prezent jest dyskusyjny. Sam film pozostaje pełnym uroku, bez popadania w skrajny sentymentalizm. Aż przypominają się obrazki z własnych świąt czasów młodości i to chyba jest spora zaleta.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence

Jesteśmy na wyspie Jawa w roku 1942, gdzie znajduje się obóz jeniecki kierowany przez kapitana Yonoi (Ryuichi Sakamoto). Znajdują się w nim brytyjscy jeńcy poddawani psychicznym torturom. Najbardziej obrywa za jeńców pułkownik John Lawrence (Tom Conti), mimo że nie jest dowódcą jeńców, tylko tłumaczem. Wszystko przebiega względnie spokojnie do chwili, gdy do obozu trafia nowy żołnierz. Major Jack Celliers (David Bowie), choć mocno ranny i schorowany, przykuwa uwagę komendanta.

plk lawrence1

Dziwne to kino, które niby jest wojenne, ale sama wojna toczy się nie na froncie czy placu boju, lecz w głowie. Japoński reżyser Nagisa Oshima skupia się na psychologicznej grze między jeńcami a strażnikami i komendantem. Zderzenie dwóch różnych kultur i mentalności, gdzie honor, lojalność znaczą zupełnie coś innego. Dla Japończyków jest to tradycja oparta na przemocy, dla Brytyjczyków (głównie) nieufność oraz trzymanie się Konwencji Genewskiej. Czyli nie zdradzanie wrogowi żadnych informacji oraz próbom ucieczek. To ostatnie jest utrudnione z powodu znajdowania się na wyspie.

plk lawrence2

Jednak reżyser skupia się najbardziej na czwórce postaci: Celliasie, Lawrencie, Yonoi oraz sierżancie Hara (Takeshi Kitano). Tutaj mamy silny klincz dwóch kultur, gdzie fascynacja, nienawiść, zrozumienie i wrogość mieszają się w niebezpieczną, niejednoznaczną mieszankę. Pierwszy wydaje się być buntownikiem, pozwalającym sobie na więcej i świadomy jaki wpływ ma na komendanta. Sam komendant jest wewnętrznie rozdarty między tradycją i posłuszeństwem a fascynacją Celliersem, nie potrafiąc się odnaleźć w żadnej z tych sytuacji. Kontrastem dla niego jest Hara – wręcz sadystyczny podoficer, który uwielbia gnębić więźniów. Brutal, choć w jednej scenie („wigilii”) potrafi pokazać bardziej ludzką stronę. A w tym tyglu jest jeszcze Lawrence – wydaje się pragmatyczny, próbujący bardziej zrozumieć wroga i być może coś na tym ugrać.

plk lawrence3

Oshima zderza te dwa światy, próbując znaleźć człowieczeństwo w tym pokręconym otoczeniu. Czy jest tutaj w ogóle miejsce na współczucie, zrozumienie? Czy musi tutaj dominować tylko wrogość i nieufność? Kto tak naprawdę jest katem i ofiarą? A gdzieś tu jeszcze wyczuwalne jest wręcz erotyczne napięcie – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystko to podkręcone jest bardzo atmosferyczną muzyką Sakamoto oraz oszczędnymi zdjęciami. I jest to fantastycznie zagrane przez kwartet Bowie/Sakamoto/Kitano/Conti. Każdy z nich tworzy bardzo złożone, wyraziste postacie z krwi i kości, szczególnie Bowie.

plk lawrence4

Brytyjsko-japońska koprodukcja Oshimy jest jednym z mniej oczywistych dramatów z wojną w tle. Głęboko humanistyczny, mniej jednoznaczny i pokazujący z innej perspektywy życie w japońskim obozie jenieckim. Takie tytuły zostają w pamięci na dłużej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dzika noc

Nasz Miki ma ostatnio mocno pod górkę. Kiedyś radosny, pełen energii i pasji w swojej profesji, teraz jest coraz bardziej rozgoryczony, przygnębiony i wolałby się schować w jakiejś knajpie. Świat zasuwa jak szalony, wszyscy chcą kasy, kasy i kasy, zaś duch Bożego Narodzenia coraz bardziej umiera. Wszystko się skomercjalizowało, a Miki (czyli Mikołaj) zaczyna mieć wyjebane na to wszystko. Obiecuje sobie, że to będą ostatnie Święta. Co może pójść nie tak?

Ano podczas wizyty w rezydencji strasznie bogatych ludzi, grupa uzbrojonych po zęby bandziorów. Czego oni chcą? 300 milionów dolców ukrytych w skarbcu. Akcja była planowana już dawno i nic ekipy pana Scrooge’a nie powstrzyma. Mikuś pewnie olałby cała sytuację i uciekł w pizdu, gdyby nie jeden mały problem. Najmłodsza domowniczka, czyli Trudy – jedyna wierząca w Mikołaja, idealistka, szczera dziewczyna, której rodzice nie są w zbyt dobrej relacji. Czy rozgoryczony Mikuś odzyska wiarę w Święta? I przy okazji jeszcze skopie parę tyłków?

dzika noc1

Norweski reżyser Tommy Wirkola robi sklejkę znajomych elementów. Zarys fabularny brzmi jak coś a’la „Szklana pułapka”. Mamy walkie-talkie, uzbrojonych po zęby gości, zakładników oraz krwawą jatkę. Nie brakuje też „Kevina samego w domu” oraz na dodatek „Cud na 34. ulicy”. Mikstura z tego powstała miała być krwawym filmem akcji z czarnym niczym smoła poczuciem humoru. Muszę jednak przyznać, że „Dzika noc” nie do końca była tym, na co liczyłem.

dzika noc2

Początek jest świetny, kiedy poznajemy pijącego Mikołaja w barze, a następnie trafiamy do naszej popękanej rodzinki. Poznajemy postacie dość szybko: siostrę Jasona z mężem, gwiazdą kina akcji klasy C i synem youtuberem oraz jego matkę – strasznie dzianą wiedźmę, sarkastyczną i wredną (zaskakująca Beverly D’Angelo, czyli pani Griswold). Potem dostajemy szybki montaż z akcji Mikołaja, a potem wskakuje nasz Scrooge (John Leguizamo) i jego już znajdująca się w środku ekipa. Są twardzi, uzbrojeni po zęby oraz gotowi na wszystko. W drugim akcie akcja wydaje się zwalniać, a nasz Mikuś raczej chce się wydostać. Jednak niczym John McClane zostaje zmuszony do działania, zaś zdobyte walkie-talkie pozwala mu na kontakt z wierzącą w niego Trudy. Traci na tym tempo, za to lepiej poznajemy naszego kumpla w czerwonym wdzianku.

dzika noc3

Wszystko wynagradza chwila, gdy nasz (nie)święty wręcza niegrzecznym złolom potężny kawałek węgla, to nie ma zmiłuj. Ani dla naszych antagonistów, ani dla widzów. Krew leją się w ilościach hurtowych, a zgony brutalnością idą w kierunku slashera. Tego się nie da odzobaczyć, ale adrenalina zaczyna pulsować i przyspieszać. Sceny akcji zrobione są w stylu „Johna Wicka”, czyli z długimi ujęciami, bez szybkich cięć oraz bez kompromisów, za to z szaleństwem w kreatywności. I ogląda się to z wielką frajdą, zwłaszcza gdy mord dokonuje się ze świąteczną piosenką w tle.

dzika noc4

Swoje też robią aktorzy, ale tak naprawdę „Dzika noc” to one man show Davida Harboura, czyli Mikołaja. Rozgoryczony, wypalony i rozczarowany otaczającym światem potrafi wzbudzić współczucie. Powoli jednak odzyskuje pewność siebie dzięki jedynej wierzącej i z szaleństwem w oczach karze kolejnych bandytów. Wspierają go przeurocza Leah Brady (jedyna wierząca Trudy) oraz świetnie bawiący się John Leguizamo (pan Scrooge), którzy najbardziej się wybijają z drugiego planu.

Jeśli czekacie na film z Mikołajem, który jest prawdziwym złodupcem i polaną krwią satyrę na komercjalizację Bożego Narodzenia, „Dzika noc” to propozycja idealna. To jest Mikołaj dopasowany do dzisiejszych porąbanych czasów oraz najlepsza część „Szklanej pułapki” od czasu części trzeciej.

7,5/10

Radosław Ostrowski