Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2021

No i zakończył się rok 2021 – rok pełen zarówno wielkich niespodzianek, jak też paru porażek. Bo nigdy nie jest tak, że każdy film jest udany. Czasami takie potknięcia wynikają z przerostu ambicji, słabego wykonania, kilku błędnych decyzji, ale także z powodu chciwości producentów oraz prób dopasowania rzeczy, które do siebie po prostu nie pasują. Albo za bardzo próbują sięgać po sprawdzoną formułę, licząc na znajome twarze aktorów, albo mieli po prostu pecha. No to pora na produkcje, które okazały się (mniejszymi lub większymi) niewypałami. Kolejność chronologiczna według obejrzenia i nie są to produkcje tylko produkcje z 2021 roku. Swoje typy piszcie w komentarzach. Jak myślicie, ile będzie filmów z Polski? 3, 2, 1, START!!!

  1. Polot, reż. Michał Wnuk
  2. Windykator, reż. David Ayer
  3. Zieja, reż. Robert Gliński
  4. Każdy ma swoje lato, reż. Tomasz Jurkiewicz
  5. Nie zostawiaj mnie, reż. Grzegorz Lewandowski
  6. Lot Nawigatora, reż. Randal Kleiser
  7. Cherry: Niewinność utracona, reż. Anthony & Joe Russo
  8. Armia umarłych, reż. Zack Snyder
  9. Ci, którzy życzą mi śmierci, reż. Taylor Sheridan
  10. Ruchomy chaos, reż. Doug Liman
  11. W nieskończoność, reż. Antoine Fuqua
  12. Bez skrupołów Toma Clancy’ego, reż. Stefano Sollima
  13. Pasażer nr 4, reż. Joe Penna
  14. Sztuczki, reż. Andrzej Jakimowski
  15. Obietnica, reż. Anna Kazejak
  16. Reminiscencja, reż. Lisa Joy

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2021

Kończy się rok, a to oznacza czas podsumowań. Choć nadal rok 2021 zdominował pewien wirus z Chin, o którym już nie chcę mi się mówić, był to także powolny proces podnoszenia się kin z kolan. Po wszelkich obostrzeniach, restrykcjach i szczepieniach wróciłem do częstszego odwiedzania tych miejsc (zarówno kino studyjne, jak i multipleks), co mnie bardzo cieszy. Liczę, że w 2022 roku częściej będę chodził na kinowe seanse, chociaż korzystanie ze streamingu też ma swoje plusy. O tym innym razem, bo teraz pora na to, co robię ostatnimi czasy: spis najlepszych filmów obejrzanych (niekoniecznie z premierą w tym roku) filmów w roku 2021. Tytuły, które mnie wzięły z zaskoczenia, zachwyciły, doprowadziły do śmiechu, łez oraz strachu. Komentarze ze swoimi tytułami mile widziane. Kolejność chronologiczna od daty obejrzenia. 3,2,1, START!!!!

  1. Dzikość serca, reż. David Lynch
  2. Chłopcy z Brazylii, reż. Franklin J. Schaffner
  3. Pamięć absolutna, reż. Paul Verhoeven
  4. Infernal Affairs: Piekielna gra 3, reż. Andrew Lau, Alan Mak
  5. Mank, reż. David Fincher
  6. Jestem twoją kobietą, reż. Julie Hart
  7. Książę w Nowym Jorku, reż. John Landis
  8. Sound of Metal, reż. Darius Marder
  9. Co w duszy gra, reż. Pete Docter
  10. Sekret wilczej gromady, reż. Tomm Moore
  11. Mauretańczyk, reż. Kevin Macdonald
  12. Jak feniks, reż. Ian Bonhote, Peter Ettedgui
  13. Ojciec, reż. Florian Zeller
  14. Proces Siódemki z Chicago, reż. Aaron Sorkin
  15. Wniebowzięci, reż. Andrzej Kondratiuk
  16. Na rauszu, reż. Thomas Vinterberg
  17. Jeden gniewny człowiek, reż. Guy Ritchie
  18. Willow, reż. Ron Howard
  19. 36, reż. Oliver Marchal
  20. Nikt, reż. Ilja Najszuler
  21. Spider-Man: Uniwersum, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey, Rodney Rothman
  22. Raya i ostatni smok, reż. Don Hall, Carlos Lopez Estrada
  23. Legion samobójców, reż. James Gunn
  24. Willy Wonka i fabryka czekolady, reż. Mel Stuart
  25. Chłopiec z latawcem, reż. Marc Forster
  26. Nauczycielka, reż. Jan Hrebejk
  27. Najmro, reż. Mateusz Rakowicz
  28. Wcielenie, reż. James Wan
  29. Jeźdźcy sprawiedliwości, reż. Anders Thomas Jensen
  30. Biegnij!, reż. Aneesh Chaganty
  31. Diuna, reż. Denis Villeneuve
  32. Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun, reż. Wes Anderson
  33. Biały Potok, reż. Michał Grzybowski
  34. Żeby nie było śladów, reż. Jan P. Matuszyński
  35. Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię, reż. Janusz Majewski

Radosław Ostrowski

Reminiscencja

Kino noir wydaje się być gatunkiem martwym, co pokazały choćby wyniki ostatniej próby tego gatunku – „Osierocony Brooklyn”. Ale zdarzały się próby wykorzystania elementów tego gatunku w innej estetyce, choćby SF. „Blade Runner”, „Automata” czy choćby nowa produkcja Warnera „Reminiscencje”.

Akcja osadzona jest w Miami przyszłości, gdzie katastrofa nuklearna oraz wojna doprowadziła do zalania lądu, zaś nieliczni ludzie zamieszkali na najwyższych częściach budynków. Bogaci są oddzieleni od reszty świata zaporami na suchym lądzie, zaś biedni… cóż, nie mieli tyle szczęścia. Jednym z takich ludzi jest Nick Bannister – były wojskowy, obecnie prowadzący firmę pomagającą odzyskiwać wspomnienia ludzi. Wszystko za pomocą odpowiedniej maszyny, która ożywa wspomnienia na obrazie. Kiedyś używano tej techniki podczas przesłuchań. Pomaga mu w tym towarzyszka broni, Watts.

Pewnego dnia w gabinecie pojawia się rudowłosa piękność, piosenkarka Mae. Sprawa wydaje się banalna: zaginęły klucze i trzeba pomóc. Bez dużych problemów udaje się wyjaśnić, a między nią oraz Nickiem zaczyna iskrzyć. I nagle życie mężczyzny wydaje się mieć sens. Ale potem staje się dziwna rzecz: kobieta znika bez śladu, a nasz bohater obsesyjnie odtwarza wspomnienia z tego okresu. Zauważa pewien istotny szczegół i zaczyna prywatne dochodzenie.

Film jest reżyserskim debiutem Lisy Joy, która współtworzy serial „Westworld”. Co innego robić serial, a co innego film – choćby jest o wiele mniej czasu na wykreowanie świata czy bliższego poznania każdego z bohaterów. I to, niestety, bardzo mocno czuć, bo mamy tu klisze znane ze świata czarnego kryminału: femme fatale z przeszłością, piętrowa intryga, skorumpowana policja, brudny świat, gdzie bogaci mają władzę oraz potężne wpływy. Oraz bohater w garniaku z tajemnicą, próbujący zachować twarz w tym nieprzyjemnym świecie. Ładnie wyglądającym świecie, gdzie życie toczy się nocą, by uniknąć upałów dnia słonecznego.

Czy coś poza otoczką SF jest wartego odnotowania? No właśnie niekoniecznie, bo sama intryga jest przewidywalna. Wszystko wydaje się za bardzo znajomo, bez zgłębiania się w szczegóły tego świata. Niby wydaje się oryginalny i ma parę pomysłów, jednak brakuje tu zarówno estetycznego pola do popisu, jak głębszego poznania tego stanu rzeczy. Wspominana jest wojna Jedynie wątek romansu między Nickiem a Mae jest w stanie zaangażować, ze względu na niejasną przeszłość bohaterki, niezłe dialogi oraz solidne role Hugh Jackmana i Rebeki Ferguson. Czuć między nimi chemię, mając najwięcej pola do popisu. Reszta związana z tajemnicą umierającego bogacza idzie jak po sznurku znajomymi (aż za bardzo elementami) – nie brakuje strzelaniny czy pościgu zakończonego mordobiciem. Ale są one wykonane poprawnie, bez żadnego efektu WOW i czegoś powalającego. Nie ma tu żadnej niespodzianki, zarówno treściowo, jak też wizualnie.

„Remininscencja” wygląda jak wepchnięty cały sezon w dwugodzinny film. Joy brakuje oddechu oraz opanowania w filmowym świecie. A szkoda, bo jest tu spory potencjał na ciekawy, choć dziwnie znajomy, świat z interesującą technologią.

5/10

Radosław Ostrowski

Ukryte

Są takie filmy, które na siłę komplikują prostą historię, by wprowadzić niejednoznaczność oraz aurę tajemnicy. Wiele osób pewnie zacznie myśleć o kinie Davida Lyncha, ale ja mam tak z reklamowanym jako thriller filmem „Ukryte” Michaela Haneke. Najbardziej znany austriacki artysta od czasów Adolfa Hitlera jest skupiony na tajemnicy, w którą zostaje wplątana rodzina z tzw. klasy średniej.

ukryte2

Ojciec, Georges (Daniel Auteuil) prowadzi program telewizyjny, gdzie recenzuje kolejne książki. Żona Anna (Juliette Binoche) prowadzi wydawnictwo, a syn się uczy. Wszystko idzie swoim powolnym rytmem, bez jakichś poważnych zaburzeń. Dopóki nie zostaje im dostarczona kaseta, gdzie widać… ich dom. Bez żadnego listu, bez wyjaśnień, bez niczego. Czasem dołączona jest kartka z rysunkiem jakby zrobiony przez dziecko. Kto za tym wszystkim stoi? Jaką tajemnicę skrywa Georges? I czy to jest powiązane z kasetami?

ukryte1

Brzmi to wszystko jakbyśmy oglądali dreszczowiec, ale Hanekego nie interesuje rozwiązanie intrygi związanej z kasetami. Obserwuje raczej jak to zagrożenie wpływa na rodzinę Georgesa, a przede wszystkim na niego samego. Jak z inteligentnego, pozornie opanowanego człowieka wyłania się bestia gotowa do ataku. Głownie za pomocą wyzwisk czy obojętności, które kryją się za jego twarz. Policja wydaje się być bezsilna („zajmą się sprawą, gdy dojdzie do tragedii”), a główny podejrzany w sprawie – Majid do niczego się nie przyznaje. A to wywołuje jedną rzecz: frustrację oraz brak kontroli. Przy okazji poznajemy (ledwo pokazaną w kilku scenach) przeszłość naszego bohatera z wyrządzoną krzywdą w tle. Niby był tylko dzieckiem, ale… czy tak wiele się emocjonalnie zmieniło od tego czasu? To jedno z paru pytań, które prowokuje reżyser, bawiąc się także z oczekiwaniami widza. Jednak nie dostaniecie odpowiedzi na wszystkie pytania.

ukryte3

Jak wspomniałem, intryga reżysera nie interesuje, tylko bardziej rysowanie portretu psychologicznego głównego bohatera. Daniel Auteuil absolutnie błyszczy jako pozornie elegancki, ale w rzeczywistości szorstki, uprzedzony wobec imigrantów narwaniec. Takich w szkole nazywano łobuzami i gnębili innych, nie czując odpowiedzialności w ogóle. Te spięcia oraz sprzeczności są wygrywane bezbłędnie przez Francuza, a najmocniej je widać zarówno w konfrontacjach z Majidem (dobry Maurice Benichou) – ostatnie spotkanie kończy się w brutalny, nieprzewidywalny sposób – jak i podczas bardziej nerwowych rozmów z żoną (mocna Juliette Binoche).

Choć „Ukryte” ma wiele mocnych momentów i zaskoczeń (początek filmu czy absolutny brak muzyki), miałem spore poczucie niedosytu. Haneke sili się na artyzm z obowiązkowymi długimi ujęciami, gdzie nie dzieje się praktycznie nic. Ale ilość niedopowiedzeń oraz niejasności była dla mnie za duża i zamiast zmusić do myślenia, wyzwalała tylko irytację.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2020

Ten post powinien w zasadzie ograniczyć się wpisania tylko jednego tytułu, mianowicie Koronawirus: The Movie. Najgorsze jest w nim to, że wywrócił nasze życie do góry nogami. Krążą jednak plotki, iż wkrótce dobiegnie on końca, ale reperkusje tego seansu będą dalekosiężne. Konkurencja jest jednak spora, a co najgorsze, wiele z tych tytułów to kino z naszego podwórka (spokojnie: nie będzie Patryka Vegi, bo jego filmów nie oglądam) oraz największa wytwórnia filmowego śmiecia – Netflix. Tak jak w przypadku najlepszych filmów, będą one ułożone chronologicznie. Jeśli czegoś tutaj nie będzie, to tylko z jednego powodu: bo prawdopodobnie nie widziałem i nie zamierzam obejrzeć. Oto filmowe piekło minionego roku:

1. Lighthouse, reż. Robert Eggers
2. Sługi wojny, reż. Mariusz Gawryś
3. Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, reż. Ari Sandel
4. Czarny Mercedes, reż. Janusz Majewski
5. Ostatni samotnik, reż. Amadeusz Kocan
6. Kroniki Riddicka, reż. David N. Twohy
7. Bloodshot, reż. Dave Wilson
8. Kamerdyner, reż. Filip Bajon
9. Syberiada polska, reż. Janusz Zaorski
10. Playmobil. Film, reż. Lino DiSalvo
11. Sekretne życie zwierzaków domowych 2, reż. Chris Renaud
12. TRON: Dziedzictwo, reż. Joseph Kosinski
13. Król Artur, reż. Antoine Fuqua
14. Sonic. Szybki jak błyskawica, reż. Jeff Fowler
15. The Old Guard, reż. Gina Prince-Bythewood
16. Interior, reż. Marek Lechki
17. Solid Gold, reż. Jacek Bromski
18. Rysa, reż. Michał Rosa
19. Córka Boga, reż. Małgorzata Szumowska
20. Antebellum, reż. Gerard Bush i Christopher Renz
21. O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, reż. Ana Lily Amirpour

I tym sposobem żegnamy rok 2020, a witamy 2021 z nadzieją, że nadal będę częściej trafiał na filmy udane niż słabizny, średniaki oraz niewypały. Pozdrawiam ciepło i zapraszam do komentowania tego postu. Jakie filmy was zawiodły najbardziej?

Radosław Ostrowski

Niezwykła podróż fakira, który utknął w szafie

Kino od zawsze lubiło opowiadać bajki, a ludzie zawsze lubili je słuchać. Ale potem niektórzy zaczęli z tych bajek wyrastać, traktując je jako coś naiwnego, infantylnego, głupiego. Bo to nieprawdziwe, zmyślone, nie mogące mieć prawa wydarzyć się, zbyt nieprawdopodobne. To dlaczego w niektóre z tych opowieści wierzymy, a niektóre nie? Nie wiem, a czy uwierzycie w opowieść zaserwowaną przez Kena Scotta? Przekonajmy się.

Tytułowym fakirem jest niejaki Ajatashatru Patel – hinduski chłopak, który marzył o dwóch rzeczach: byciu bogatym oraz pojechać do Paryża. Myśl o bogactwie pojawiła się odkąd zaczął chodzić do szkoły, a nasiliła się w chwili, gdy do rąk Ajy trafił katalog Ikei. Pracując jako fakir na ulicy zbiera wystarczająco dużo pieniędzy, by polecieć do Paryża. Tylko, że mafiozo rządzący ulicą ma inne zdanie, zaś nasz bohater wyrusza mając tylko paszport i fałszywe 100 euro. Nieźle jak na początek wielkiej przygody, prawda?

podroz_fakira1

Reżyser od samego początku zapowiada, że będziemy mieli do czynienia z bajką. Nie oznacza to jednak, że nie będzie scen mrocznych, dramatycznych czy lekko brutalnych. Trudno oderwać oczy od barwnych ulic Indii, ale po drodze zwiedzimy Paryż, Londyn, Barcelonę (a właściwie lotnisko, co przypominało „Terminal”), Rzym, a nawet trafimy do Afryki – przejścia między tymi rejonami niemal żywcem zostały wzięte z „Indiany Jonesa”. Ale to nie wszystko, co spotkamy, bo ta wyprawa będzie bardzo ważną nauką dla naszego bohatera. Odczuje miłość, poczucie znaczenie bycia uchodźcą, pozna kilku przyjaciół, zdobędzie duże pieniądze oraz… wykona swoją największą sztuczkę w całej karierze iluzjonisty. Umowność wydarzeń pokazują choćby tak absurdalna scena w brytyjskim urzędzie imigracyjnym, gdzie oficer… wyśpiewuje i tańczy o dalszych losach swoich podopiecznych (rozbrajająca scena).

podroz_fakira2

Choć na początku zostaje poruszona kwestii tego, jakie czynniki decydują o twoim życiu (pochodzenie, wygląd, rozmiar czy kim są nasi rodzice), to jednak reżyser wierzy w dość prostą, oczywistą, lecz czasem zapominaną przez nas prawdę: że to my jesteśmy kowalami naszego losu i jak zagramy kartami danymi przez los. Może przypadkiem nie zdobędziemy walizki ze 100 tysiącami euro, ale w końcu uda się znaleźć swoje miejsce oraz sens życia. Może i prawdy mogą wydawać się dość banalne, jednak reżyser sprzedaje je w tak bezpretensjonalny sposób, że nie czułem jakiejkolwiek manipulacji.

podroz_fakira3

Największą siła tego filmu jest niejaki Dhanush, który jest rozbrajająco sympatyczny do samego końca, mieszając łobuzerski urok z prostolinijnością oraz pakowaniem się (i wyplątywaniem się) w różne tarapaty. Nawet powtarzające się gagi nie wywołują znużenia dzięki niemu (nieważne, czy czaruje jako fakir, wychodzi z szafy/kufra czy tańczy niczym gwiazdor bollywoodzkich hitów – cudna choreografia), co jest wielką sztuką. Równie zjawiskowa jest Berenice Bejo (dość ekscentryczna aktorka Nelly), a drugi zapełniają wyraziste kreacje Gerarda Jugnota (taksówkarz), Barkhada Abdiego (imigrant Wiraj) czy Bena Millera (kapitan Smith).

Jeśli świat za oknem wydaje się tak brzydki i mroczny, a potrzebujecie zastrzyku pozytywnej energii to „Niezwykłe przygody fakira…” są skierowane właśnie dla was. Czysta zabawa, pełna niesamowitej magii wykreowanej ze szczerości, lekkości, a nie tylko za pomocą efektów komputerowych. Dzisiaj to rzadko się zdarza.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzikie róże

Mała wioska gdzieś w Polsce, gdzie wszyscy się znają. To tutaj mieszka Ewa – młoda kobieta, zbierająca dzikie róże, opiekująca się dwójką dzieci. A jej mąż wyjechał za chlebem poza kraj i pojawia się raz na rok. Kobieta sprawia wrażenie bardzo wycofanej, nie kontaktowej oraz nieufnej, a my powoli zaczynamy odkrywać, co się naprawdę stało.

dzikie_re1

Film Anny Jadowskiej to dramat obyczajowy, który stara się nie iść na łatwiznę i nie pokazywać polskiej wsi w jeden z dwóch znanych sposobów. Pierwszy to „wieś sielska, anielska”, gdzie wszyscy są sobie życzliwi, przyjaźni i każdemu można zaufać. Drugi sposób to wizja znana z dorobku Smarzowskiego, czyli piekło, patologia oraz wszelki możliwy koszmar. Reżyserka jest tutaj gdzieś pośrodku, bo nie brakuje plotek i życia na pokaz, ale kiedy zdarza się tragedia, mieszkańcy rzucają się na pomoc. To pierwsze pokazują przygotowania do komunii oraz poczucie, by żyć tak, żeby nie dawać pretekstu do plotek. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać tajemnicę związaną z Ewą, do której na początku bardzo trudno się przekonać, polubić, zrozumieć. Ale z czasem widzimy jej klincz z resztą otoczenia (apodyktyczna matka, pyskata i krnąbrna córka, coraz bardziej oddalający się od niej mąż czy pewien namolny chłopak), gdzie musi odgrywać pewne role i coraz bardziej zaczyna jej to ciążyć. Pytanie tylko, co zrobi – dalej będzie się kisić czy w końcu podejmie próbę wyrwania się z tej dziury?

dzikie_re2

Jadowska nie ocenia swoich postaci, ale traktuje ich ze zrozumieniem oraz sympatią. Jednocześnie portret tej wsi (mimo dość luźnej konstrukcji fabularnej) nie sprawia wrażenia złagodzonego czy przerysowanego, ale jest też bardzo autentyczny, bardzo przyziemnie. Wszystko to jest zaskakująco pięknie wizualnie (zdjęcia pokazujące las z dzikimi różami), tylko muzyka potrafi rozdrażnić uszy. Wiele wątków może sprawić wrażenie pourywanych (komunia, zaginięcie, romans), ale później to wszystko zaczyna się kleić w jedną, sprawnie połączoną układankę. Nawet to pourywane zakończenie daje pewną nadzieję i szansę na nowy rozdział.

To wszystko nie miałoby takiej siły rażenia, gdyby nie fantastyczna Marta Nieradkiewicz. Jej Ewa to bardzo wycofana kobieta, tłumiąca w sobie masę niekiedy bardzo sprzecznych emocji: od zmęczenia przez obojętność po walkę. Bardzo trudno grać postać, sprawiającą wrażenie biernej emocjonalnie, ale wszystko zostało tutaj wygrane drobnymi spojrzeniami, niewielkimi ruchami, pauzami czy „łapaniem” oddechu. Nie potrafiłem oderwać oczu i z czasem zacząłem coraz bardziej rozumieć tą bohaterkę. Drugą niespodziankę zrobił Michał Żurawski, czyli Andrzej – żywiciel domu, pan i władca. Ale to bardziej złożona postać, próbująca na nowo odnaleźć więź z żoną, której nie rozumie, atakuje, grozi. Czuć w tym pewną miłość, ale dla niego coraz trudniej jest ją wyrazić. Ten duet nakręca „Dzikie róże”, pozbawiając poczucia fałszu. Nawet role dziecięce wypadają bardzo przyzwoicie, ale największą skazą jest Konrad Skolimowski (kochanek), który samym głosem wywołuje irytację.

dzikie_re3

To zaskakująco delikatny, spokojny film, ale nie jest to chłodna wiwisekcja polskiej wsi. To bardzo przekonujący dramat osoby nie potrafiącej dostosować się do norm społecznych, mimo wszelkich starań. Jaki będzie kolejny etap Ewy? Dojdźcie do ostatniej sceny i sami wyciągnijcie wnioski.

7/10

Radosław Ostrowski

Logan Lucky

Poznajcie braci Logan, którzy mieszkają w jakimś wygwizdowie gdzieś w Zachodniej Wirginii. I nie są oni spokrewnieni z TYM Logan aka Wolverine. Jimmy pracuje jako górnik w robotach fizycznych, kuleje na jedną nogę oraz próbuje utrzymać kontakt z córką, którą wychowuje jego była żona. Poza tym został zwolniony z pracy.  Z kolei Clyde walczył na wojnie, co przyniosło mu stratę dłoni i obecnie pracuje jako barman w knajpie. Dodatkowo ich cała rodzina jest „naznaczona” klątwą. Ale w końcu Jimmy ma plan na poprawę sytuacji – skok na tor wyścigowy NASCAR. Trzeba tylko zebrać zespół i zrealizować każdy element układanki.

lucky_logan1

Pamiętacie, jak Steven Soderbergh pięć lat temu się zarzekał, że nie nakręci więcej filmów i skupi się na pracy dla telewizji? Skłamał albo po prostu nie wytrzymał i musiał wrócić. „Lucky Logan” wydaje się takim typowym heist movie, gdzie mamy grupę ludzi przygotowujących duży skok na wielką kasę. Czuć tutaj mocno ducha „Ocean’s Eleven”, co jest na pewno zasługą pewnej i stylowej realizacji oraz eleganckiej muzyki jakby żywcem wziętej z lat 60. i 70. Z nieśmiertelnym Johnem Denverem oraz Credence Clearwater Revival na czele. Ale reżyser jest troszkę za sprytny, by skupić się tylko na kryminalne intrydze. Bo próbuje się skupić także na pokazaniu życia na prowincji oraz portrecie bohaterów, których marzenia nigdy nie miały zostać spełnione. Pozornie takie scenki poboczne (konkurs na Mała Miss Virginii, spotkania z córką czy wyścig NASCAR) mogą wydawać się odciągające od całej intrygi. Jednak to wszystko jest bardzo sprawnie poprowadzoną układanką, gdzie każdy detal ma znaczenie.

lucky_logan2

Jestem pod dużym wrażeniem pracy kamery – pozornie statycznej, opartej na długich kadrach oraz bardzo dobrym montażu, podbijającego rytm całych wydarzeń. Klimatyczna muzyka współgra idealnie ze sposobem realizacji, jakby żywcem wziętej z lat 70. Nie mogło zabraknąć pewnych drobnych komplikacji, finałowej wolty pokazującej skąd dochodzi do zmiany, bez zgrzytu, fałszu, ale za to z humorem (bomba czy bunt w więzieniu oraz reakcje naczelnika – perełki) czy nawet wzruszeniem (występ córeczki podczas konkursu).

lucky_logan3

Za to Soderbergh ma dobrą rękę do obsady, która daje z siebie wiele. Kolejny raz zaskakuje Channing Tatum (może to zasługa tej brody) jako Jimmy – prosty facet z dobrym sercem, zmuszony do przejścia na ciemną stronę życia. Trudno nie polubić takiego prostego faceta. Partneruje mu Adam Driver jako brat i czuć chemię oraz silne więzi między nimi. I jeszcze ten akcent, co brzmi cudnie. Ale i tak film bezczelnie kradnie Daniel Craig jako spec od eksplozji Joe Bang. Sam widok aktora w tlenionych włosach, lekko przypakowany i mający dużo luzu wobec całej reszty daje ogromną frajdę. Nawet drobne epizody Katherine Waterston (lekarka), Sebastiana Stana (kierowca rajdowy)  czy Hilary Swank (agentka FBI) są małymi wisienkami na torcie.

lucky_logan4

Czy „Lucky Logan” może mierzyć się z „Ocean’s Eleven” oraz jego sequelami? Myślę, że tak. To najbardziej komercyjny film Soderbergha jaki widziałem, ale jednocześnie posiadający jego własny styl wizualny. Inteligentnie poprowadzony, wodzący za nos daje nie tylko świetną rozrywkę, ale i pokazuje troszkę inne oblicze Ameryki.

8/10

Radosław Ostrowski

Tom Chaplin – Twelve Tales of Christmas

91QzvLuBVML._SY355_

Pewnie dla wielu z tu obecnych nazwisko Tom Chaplin może nie mówić zbyt wiele. Ten wokalista wcześniej był frontmanem popularnej na początku tego wieku formacji Keane, która obecnie zawiesiła działalność. W zeszłym roku wydał swój debiutancki album (o nim opowiem innym razem), a teraz wydaje album świąteczny. Pytanie, czy będą to covery czy może jednak własne dzieła?

Więcej jest autorskich dokonań wokalisty, co zasługuje na wyróżnienie, a całość to mieszanka pop-rockowa. Przeróbek jest cztery I brzmią bardzo pięknie jak otwierająca całość “Walking in the Air” brzmi niczym zaginiony numer z lat 60. (stylowa gitara, piękne smyczki), dodając eleganckiego sznytu I klimatu. Autorskie “Midnight Mass” oparte jest wyłącznie na fortepianie oraz jadącym na wysokich rejestrach sile Chaplina. Także gdzieś w tle przygrywają smyczki, nadając podniosłego charakteru. Urocze są “2,000 Miles”, mieszające łagodną elektronikę z gitarą oraz “Under a Milion Lights”, które – po lekkich modyfikacjach – mogłoby się pojawić w macierzystej formacji wokalisty (ale chórek w tle pod koniec – wow!!!). Przyzwoicie wypada “River” (od Joni Mitchell), chociaż bardziej rozbudowany I mniej intymny od oryginał, a magia wraca w “London Lights” z akustycznym wstępem gitary. Nawet ta elektronika w tle nie drażni tak jak w ślicznym “Stay Another Day”, a oszczędne “For the Lost” daje możliwość dźwiękowego wehikułu czasu, podobnie jak w gitarowym, pełnym ducha Jeffa Lynne’a “Another Lonely Christmas”.

Sam Chaplin śpiewa bardziej delikatnie, współgrając z dźwiękami instrumentów, przez co można poczuć się bardzo spokojnym. Brzmi to tak pięknie, że za rok znowu sięgnę po ten album, nie zawierającym tylko 12 opowieści o świętach – od radości po smutek.

8/10

Radosław Ostrowski