Le Mans ’66

Filmów o sportach motoryzacyjnych powstaje jak na lekarstwo. Co jest o tyle dziwne, że to wręcz idealny sport do pokazania na ekranie. Pełen dynamiki, odrobiny widowiskowości oraz napięcia. tylko, że tego typu filmy można policzyć na palcach obu rąk. Po „Wyścigu” znowu wracamy na rajdowy tor, tylko że zamiast Formuły 1 jesteśmy na 24-godzinnym wyścigu Le Mans.

ford v ferrari1

Fabuła jest bardzo prosta, a jej bohaterami jest dwóch prawdziwych zawodowców, jeśli chodzi o wyścigi. Carol Shelby w 1959 roku wygrał Le Mans, jednak później nie mógł brać udziału jako kierowca. Coraz słabsze serce zmusza go do przebranżowienia jako sprzedawca oraz konstruktor. Mężczyzna przyjaźni się z brytyjskim kierowcą Kenem Milesem, który rajdami oraz wyścigami wręcz oddycha. Tylko, że jest dość trudny we współpracy, przez co nie zawsze znajduje mu się sponsorów, zaś jego warsztat jest na krawędzi bankructwa. Ale obaj panowie dostają szansę na wykazanie się. Ford Motor Company – w celu podbicia sprzedaży swoich samochodów – zatrudnia obydwu panów do zbudowania rajdowego pojazdu do wyścigu Le Mans w 1966. Żeby wygrać oraz pokonać Enzo Ferrari.

ford v ferrari2

Reżyser James Mangold to pozornie wyrobnik, który na kinie się zna i wiele wkłada serducha w projekty. „Le Mans ‘66” tylko to potwierdza, zaś sama opowieść angażuje do samego końca. Czy trzeba znać się na samochodach czy motoryzacji, by wejść w ten świat? Absolutnie nie, bo sam film pozostaje historią o szorstkiej, męskiej przyjaźni oraz drodze do realizacji swoich pasji. Mimo biurokracji, stawianych ciągle kłód pod nogami oraz zwyczajnej, ludzkiej zawiści. Cała ta motoryzacyjna otoczka jest tylko tłem dla całej tej historii, pozwalając skupić się na bohaterach.  że całość jest dość długa, to na ekranie kompletnie tego nie czuć.

ford v ferrari3

Najważniejsze są także same wyścigi samochodowe, gdzie trzeba pokazać te emocje, jakie się tam ukrywają: adrenalinę, rywalizację oraz wsparcie dla kierowcy. I tutaj reżyserowi udaje się to pokazać znakomicie, w czym pomaga bardzo dynamiczny montaż, dźwięk oraz obecna w tle gitarowo-jazzowa muzyka. Choć nie ma takich momentów jak w w/w „Wyścigu”, gdzie pokazywano jak pracuje sam silnik (niejako od środka), nie można oderwać od tego oczu. A że były to czasy, gdzie takie wyścigi nie były bezpieczne (brak obowiązujących obecnie przepisów BHP) i błąd mógł oznaczać śmierć, więc stawka idzie automatycznie w górę. Nie ważne, czy mówimy o testach pojazdu czy finałowym wyścigu, gdzie nocna część odbywa się w deszczu. Jednak najbardziej zaskakuje bardzo dramatyczne zakończenie, którego raczej w tego typu kinie się nie pojawia. Ale to już przekonacie się sami.

ford v ferrari4

Paliwem tego filmu jest fantastyczny duet Christian Bale/Matt Damon. Pierwszy to wręcz „dziki”, trudny kierowca, który zamiast krwi ma benzynę, a na autach zna się jak nikt. Problem w tym, że jest on dość bucowaty i przekonany o swojej racji. Z kolei Damon wydaje się bardzo spokojny i opanowany, nawet w momentach postawionych pod ścianą i bardziej gra drużynowo. Chociaż pewnie wolałby siąść za kółkiem. Ale mimo tych różnic charakteru, panowie tworzą mocny duet, skupiony na realizacji zadania oraz czuć między nimi przyjaźń. O dziwo nawet drugi plan ma tutaj sporo do zaoferowania: od bardzo zadziornej Caitriony Balfe (żona Milesa) przez solidnego Jona Bernthala (szef sprzedaży, Iacocca) i Tracy’ego Lettsa (Henry Ford II) po przerysowanego Josha Lucasa, grającego śliskiego asystenta Forda, który bruździ strasznie i ma ego większe niż jego wzrost.

Film hollywoodzki, który – mimo pewnych drobnych wad – ogląda się naprawdę świetnie. Mangold potwierdza swoją wysoką formę, dodając wiele serca do znajomego szablonu, tworząc naprawdę świetną rozrywkę na poziomie. I nie trzeba być fanem czterech kółek, by to docenić.

8/10

Radosław Ostrowski

Bosch – seria 3

Miałem dość długą przerwę związaną z oglądaniem „Boscha”. I kiedy wydawało się, że nasz glina z LA ma odrobinę świętego spokoju, bardziej nie można się mylić. Mężczyzna sam zajmuje się nastoletnią córką i jedną z obsesji pokonaną (sprawa zabójstwa jego matki), ale to jedyny problem. Zostaje zamordowany mężczyzna podejrzany o zabójstwo dwóch kobiet, których detektywowi nie udało się rozwiązać. Jakby tego było mało, detektyw przygotowuje się do sądowej sprawy reżysera filmowego oskarżonego o morderstwo kobiety oraz razem z Jerrym Edgarem prowadzą sprawę zabójstwa bezdomnego. Jak się okazuje, to były wojskowy.

bosch3-1

Jeden z flagowych seriali Amazon Prime Video nadal trzyma się dobrze, chociaż jest to niemal klasyczny procedural. Z tą różnicą, że fabuła skupia się na jednym dochodzeniu, czasami wprowadzając poboczne wątki dla ubarwienia. Tytuł, tak jak poprzednia seria, nie jest skupiony tylko na jednym wątku, co zdecydowanie uatrakcyjnia oglądanie serialu. Nawet jeśli takich historii widzieliśmy już wiele: mylenie tropów, coraz bardziej nawarstwiające się problemy, wątki obyczajowe zmieszane ze śledztwami, polityczno-sądowe gry. Innymi słowy: nic nowego w Los Angeles. Ale miasto nie jest tutaj – co jest bardzo konsekwentne – pokazane w sposób pocztówkowy. Bywamy na ulicy, barach, schroniskach dla młodzieży czy posterunku. No i dość poważnie przygląda się niedoskonałości wymiaru sprawiedliwości, gdzie prawda nie ma znaczenia dla jego reprezentantów. Kiedy ważniejsza od prawdy jest statystyka i kalkulacja, mająca pomoc w wyborach na prokuratora czy w karierze. Kontrastem dla tej postawy jest Bosch, choć trzeba przyznać, że coraz bardziej granica odcieni szarości prawa zaczyna się przesuwać. Czyżby nasz bohater zaczął stawać się bandytą z tą różnicą, że nosi mundur? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, przez co nie mogę doczekać się kolejnej serii.

bosch3-2

Realizacyjnie „Bosch” przypomina bardziej klasyczne kryminały czy policyjne dramaty sprzed kilkunastu lat. Klisz tutaj nie brakuje (detektyw z przeszłością, komediowy duet Baryła/Krata, umiarkowanie pobłażliwy szef), jednak nie działają na niekorzyść, co jest bardzo sporym zaskoczeniem. Same śledztwa też potrafią wciągnąć, zwłaszcza zabójstwo Gunna, które ma drugie dno. Nie brakuje paru zaskoczeń i wolt, ale dochodzą też konflikty między policjantami (zwłaszcza Boscha z prowadzącym sprawę Gunna Robertsonem), co jeszcze bardziej buduje suspens. Jedynym problemem był dla mnie wątek p.o. szefa Irvinga i politycznej walki o urząd komendanta policji, który mnie akurat nie zaangażował. Sprawiał wrażenie dość oderwanego od reszty (oprócz tajemniczego zabójcy z Koreatown, którego nie udaje się schwytać), mimo udziału niezawodnego Lance’a Reddicka. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że pewna sprawa dla Harry’ego wraca i tylko pozornie wydawała się zamknięta. Jestem strasznie ciekawy, jak zostanie to rozwiązane.

bosch3-3

Aktorsko nadal całość w ryzach trzyma Titus Welliver, ożywiając bardzo schematyczną postać detektywa z mroczną przeszłością, nieidącego na kompromisy twardziela.  Starzy znajomi nadal prezentują się świetnie (ze wskazaniem na Jamiego Hectora oraz duetu Evans/Cummins), jednak to nowe postacie dodają sporo od siebie. Najbardziej wybija się Paul Calderon jako doświadczony detektyw Santiago „Jimmy” Robertson, który ma zatarg z Boschem i początkowo podejrzewa go o udział w morderstwie Gunna. Dobrze też wypada John Ales (reżyser Andrew Holland), tworząc dość ekscentrycznego łotra, korzystającego z usług śliskiego adwokata (cudny Spencer Garrett) oraz śliskiego ex-gliniarza (zaskakujący Arnold Vosloo), choć pojawia się bardzo rzadko.

bosch3-4

Jeśli szukacie klasycznego w stylu serialu kryminalnego, to „Bosch” jest absolutnie pozycją obowiązkową. Ma świetny klimat, wyrazistych bohaterów oraz na tyle interesującą intrygę, że można serię obejrzeć w jeden/dwa dni. Dobrze, że do tej serii wróciłem, bo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Zgubiłam swoje ciało

Sam początek filmu jest mocno dezorientujący. Najpierw widzimy muchę, a obok wiele krwi i jakiś leżący chłopak. Cięcie. Potem słyszymy jak ktoś próbuje się z czegoś wyrwać nie wiadomo skąd. Kiedy dostajemy obraz okazuje się, że tym czymś jest… zawinięta w folię ludzka ręka. Czyja ręka? Co ona tam robi? Do kogo ona należy? I jak została ona rozdzielona od reszty ciała?

zgubilam swoje cialo1

Już sam początek tej francuskiej animacji stawia pytania oraz intryguje. Reżyser Jeremy Clapin stosuje tutaj dwutorową narrację, gdzie od razu zaczynamy poznawać dwójkę naszych bohaterów, czyli rękę oraz jej właściciela. A jest nim młody chłopak, który po śmierci rodziców trafia do dalszej rodziny i nie może znaleźć sobie miejsca. Marzenia o karierze muzyka czy astronauty zastępuje dowożenie pizzy. Ale nie jest on w tym dobry. Jednak jedna rozmowa zmienia jego życie, zaś pewien pociągający głos (i jego właścicielka) mogą być początkiem czegoś więcej.

zgubilam swoje cialo3

Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale sposób jej opowiadania czyni ją niezwykłym doświadczeniem. Przeplatana narracja oraz droga jaką przeżywa dłoń fascynuje, choć początkowo może wywoływać dezorientację. Same przeszkody są pomysłowo pokazane: od ucieczki z lodówki przez walkę z gołębiem na dachu czy szczurami w metrze. Pomaga w tym fakt, że niektóre sceny są pokazywane niejako z perspektywy dłoni oraz serwując masę zbliżeń. Nie brakuje też momentów niemal surrealistycznych (sen o rodzicach, próba przejścia na drugą stronę ulicy) czy bardzo subtelnego humoru (pierwsza rozmowa z Gabriellą przez domofon), dodają uroku do tej pokręconej opowieści.

zgubilam swoje cialo2

Jeszcze bardziej zaskakuje niemal klasyczna forma animacji, bez metod stosowanych przez Disneya, Pixara czy innych gigantów zza Wielkiej Wody. Prosta kreska, wyglądająca jak ręcznie rysowana jest dość umowna. Z drugiej strony przy zbliżeniach widać sporo detali, szczególnie przy wyglądzie zwierząt. Wydaje się bardzo proste, ale zgrabnie uzupełnia się z samą opowieścią, pełną nostalgii oraz melancholijnego klimatu. Jedyne, co wywołuje we mnie niedosyt to zakończenie. Nie chodzi nawet o to, że nie ma (klasycznie rozumianego) happy endu, jednak rozminęło się ono z moimi oczekiwaniami.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Zgubiłam swoje ciało” to jednak z ciekawszych rzeczy dostępnych na Netflixie. Prosta w treści, ale oryginalna w formie animacja posiadający tzw. french touch.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nazywam się Dolemite

Ruby Ray Moore – słyszeliście o tym skurwielu? Bo ja nie, ale w Stanach to jedna z najważniejszych postaci dla czarnoskórej społeczności. Wokalista, stand-uper, tancerz, a nawet jasnowidz. Ten facet próbował wszystkiego, by osiągnąć sukces, tylko że teraz pracuje w sklepie płytowym jako sprzedawca. A przecież miało być inaczej, były plany, sława, chwała i kasa. Powoli jednak zaczyna przebijać się, dzięki inspirowaniu się dialogami meneli, tworząc nową postać o ksywie Dolemite. I to jest początek, ale Moore’owi ciągle mało, więc planuje zrobić… film o Dolemacie, nie mając o tym zielonego pojęcia.

dolemite1

Filmy Netflixa zazwyczaj są śmieciowym gniotem, który ma zapchać miejsce w ich bibliotece. Ale zdarzają się ciekawsze rzeczy, tylko ciężko je wyłuskać. Taki jest właśnie film Craiga Brewera, oparty na prawdziwej historii Moore’a. Od razu miałem skojarzenia z „Ed Woodem”, gdzie też mamy człowieka próbującego odnieść sukces, tylko za grosz nie mającego talentu. Moore ma o tyle problem, że nie potrafi odnaleźć się w realiach lat 70., próbując znaleźć swoją widownię. Jednak nie można facetowi odnaleźć pasji, umiejętności obserwacji i chęci dostarczania rozrywki, nawet opartej na wulgarności, chamstwie oraz prostych przyjemnościach. Jakby myśląc, że jak coś było dobre dawno, to będzie dobre zawsze. O dziwo, to zaczyna działać, zaś Moore coraz bardziej ryzykuje dla większego przebicia. Reżyser bardzo lubi tego bohatera i pokazuje go z sympatią, nawet w chwilach zwątpienia.

dolemite2

Bo Moore’a znienawidzić się nie da, a swoją energią i pasją jest w stanie zarazić innych, co widać w scenach przygotowania występu w domu (by następnie go nagrać na płytę) czy podczas kręcenia filmu. Niby takich historii było wiele i wiemy, co się wydarzy, ale to wszystko angażuje oraz bawi do końca. Czuć ten klimat lat 70., zarówno w bardzo bogatej scenografii, jak i rewelacyjnych kostiumach czy bardzo funkowej w duchu muzyce a’la Isaac Hayes czy Lalo Schifrin. Wszystko to wydaje się tak naturalne, jakbyśmy dokładnie byli w tym okresie. No i jeszcze te zdjęcia, z mocnymi kolorami. Realizacyjnie to wielka frajda.

dolemite3

Prawdziwym skarbem oraz sercem tego filmu jest wracający po przerwie Eddie Murphy, który jest tutaj prawdziwą petardą. Aktor w roli Moore’a absolutnie błyszczy, przypominając swoje największe występy w swojej karierze. Ta energia, pasja oraz szczerość biją z ekranu, nieważne czy występuje przed mikrofonem w klubie, występuje w filmie czy walczy o realizację swoich projektów przed szychami. Murphy’emu towarzyszy galeria świetnych postaci drugoplanowych jak wokalista Ben Taylor (świetny Craig Robinson), ambitny scenarzysta Jerry Jones (dość zaskakujący Michael-Keegan Key) czy dostająca szansę na swoje 5 minut Lady Reed (fantastyczna Da’Vine Joy Randolph). Ale dla mnie największą niespodziankę zrobił Wesley Snipes jako D’Urville Martin, który ma duże ego oraz wywyższa się z całej ekipy. Kradnie szoł swoim głosem i pokazuje, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.

„Nazywam się Dolemite” to dla mnie przede wszystkim aktorskie zmartwychwstanie Eddie’ego Murphy, który pokazuje dawny pazur oraz energię z czasów świetności. A i sam film to biografia zrobiona z jajem, pasją oraz klimatem lat 70. O takiego Netflixa nic nie robiłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Joker

Jeden z najbardziej ikonicznych łotrów w historii komiksu. Na ekranie pojawiał się wielokrotnie, a dla każdego aktora była to szansa na wykazanie się, którą wykorzystywali (Jack Nicholson, Heath Ledger, Mark Hamill). Albo i nie (Jared Leto). Kiedy pojawiły się wieści, że nowego Jokera zagra Joaquin Phoenix, ekscytacja była wielka. Nawet reżyser Todd Phillips nie budził zbyt wielkich obaw. Ale tym razem miało być zupełnie inaczej.

joker1

Jest rok 1981, Gotham City. Wielka metropolia dusi się we własnych śmieciach i brudzie, a bezrobocie osiąga niebezpiecznie wysoki poziom. Jednym z ludzi próbujących się utrzymać jest Arthur Fleck. Pracuje jako błazen. Mieszka razem z matką, która coraz bardziej zaczyna żyć swoim życiem. Nikt go nie traktuje poważnie, otoczenie traktuje go jak dziwaka i parę razy bywa pobity. Kobieta kiedyś pracowała u Thomasa Wayne’a, który obecnie kandyduje na urząd burmistrza, zaś sam Fleck marzy o karierze komika. Jednak życie Flecka coraz bardziej zaczyna go dobijać, w czym nie pomaga mu gwałtowny śmiech, na którym nie ma kontroli. Najpierw zostaje zwolniony, a następnie zaatakowany w metrze, co kończy się śmiercią agresorów.

joker2

Reżyser ubiera cała opowieść w konwencję psychologicznego dramatu, więc fani herosów w lateksach, spuszczający sobie nawzajem łomot będą zdziwieni i rozczarowani. „Joker” skupia się na postaci Flecka oraz jego powolnej drodze ku szaleństwu. Jest poważnie, ale nie w stylu Zacka Snydera. Bliżej jest do mrocznych dramatów Martina Scorsese pokroju „Taksówkarza” czy „Króla dowcipu”. Tutaj nasza wiedza na temat głównego protagonisty zostaje poddana weryfikacji. Bo czy to, co naprawdę widzimy jest naprawdę, czy to tylko wytwór jego wyobraźni (jego dzieciństwo i przeszłość). A i sama rzeczywistość jest nieprzyjazna, brudna, lepka wręcz. Tutaj ludzie są źli, podli i okrutni (może nawet za bardzo), a do popadnięcia w gniew, szał, obłęd wystarczy tak niewiele.

joker3

Philips potrafi wręcz przerazić odkrywając kolejne elementy układanki, zaś wiele scen (m.in. Fleck w szalecie, wizyta w Arkham, pierwsze zabójstwo czy zamieszki) trzyma za gardło. Napięcie niczym w rasowym thrillerze potrafią spotęgowane wyprane od kolorów, znakomite zdjęcia oraz wrzynająca się w uszy muzyka. A sam finał potrafi przerazić i w każdej chwili może wydarzyć się naprawdę. Jedynym poważnym problemem dla mnie było troszkę nadmierne wykorzystywanie przez reżysera łopaty. Pewne rzeczy są zbyt często powtarzane, jakbyśmy nie do końca zrozumieli za pierwszym razem.

joker4

Jednak najmocniejszą kartą w talii reżysera jest Joaquin Phoenix. Jego Fleck magnetyzuje niemal od samego początku. Niemal rozedrgane ruchy nóg, pozorne opanowanie i spokój w głosie pokazują, że coś się tutaj kiełkuje. I jego przemiana z zagubionego, delikatnego człowieka w coraz bardziej obłąkanego, niebezpiecznego psychopatę robi piorunujące wrażenie. O ile na początku Fleck budzi współczucie i jego go zwyczajnie żal, to jako Joker budził we mnie tylko lęk oraz przerażenie. Ale najbardziej zadziwia fakt, że to on staje się symbolem ludzi wykluczonych, odrzuconych przez społeczeństwo i czujących się jako ci gorsi. Brzmi to jak żart, tylko że jakoś nikt się z niego nie śmieje. Reszta obsady robi tutaj tak naprawdę za tło, ale cieszy mnie dobra forma Roberta De Niro (prowadzący show Murray Franklin) oraz Frances Conroy (Matka Flecka), tworząc bardzo wyraziste kreacje.

„Joker” pokazuje troszkę inne oblicze kino superbohaterskiego, próbujące bardziej skupić się na psychologicznym portrecie niż na bijatyce i sianiu rozpierduchy. I to pokazuje jak bardzo w temacie superherosów i superłotrów jeszcze można pokazać. Mroczny, brudny, przerażający, niezapomniany.

8/10

Radosław Ostrowski

Shazam!

Billy Batson pozornie jest zwykłym nastolatkiem mieszkającym w Filadelfii. 14-latek, który trafia do rodzin zastępczych, ale ciągle z nich ucieka. Ciągle szuka swojej matki, która zniknęła. Postawiony przed ścianą trafia do nowej rodziny zastępczej, co jest bardzo patchworkowa. Kilkoro adoptowanych dzieci, bardzo otwarci rodzice, jednak nasz Billy pozostaje nieufny. Uciekając przed szkolnymi rozrabiakami, trafia do metra, gdzie trafia – na chwilę – do miejsca, gdzie przebywa Czarodziej. Przekazuje chłopakowi swoją moc, w zamian musi pokonać nawiedzonego naukowca, opętanego przez Siedem Grzechów Głównych. Stwory są okrutne, a ich nosiciel niebezpieczny. Tylko, czy Billy rzucający słowo „Shazam” da sobie radę?

shazam3

DC i Warner nie decydują się ma budowanie uniwersum, lecz konsekwentnie tworzą osobne filmy, mające stan na własnych nogach. I znowu przed kamerą reżyser z horrorowym CV, czyli David Sanberg. Shazam (w pierwszy komiksach postać nazywała się… Kapitan Marvel) to w zasadzie troszkę parodia superbohatera, opierająca się na prostym pomyśle. Mamy dzieciaka w ciele dorosłego, który musi dorosnąć i dojrzeć do opanowania swoich umiejętności. Czyli w sumie jakich? Latanie, używanie piorunów, duża siła w rękach i takie tam. Ale tak naprawdę jest to bardzo samotny, zagubiony i niepewny siebie chłopiec. Czy taki osobnik jest w stanie pokonać dorosłego, potężnego mężczyznę z obsesją na punkcie magii? W teorii wynik wydaje się dość oczywisty.

shazam1

Może i historia jest znajoma, ale reżyser bardzo bawi się konwencją, tworząc bardziej ugrzecznioną wersję… „Deadpoola”. Jest wiele meta-żartów oraz odniesień do kina superbohaterskiego (ze światem DC), które dla naszego bohatera jest kompletnie nieznane. Odkrywanie swoich mocy, wsparcie od strony brata-nerda z fiołem na punkcie superherosów, powolne dołączanie do rodziny. Chyba to ostatnie wydaje się najważniejszym motywem dla tego filmu. Czym jest rodzina? Grupą ludźmi połączone więzami krwi czy ludzie, którzy cię wspierają i są dla ciebie ważni?

Jedyną rzeczą, do której muszę się przyczepić: finałowa konfrontacja jest dość nudna, a i jakość efektów specjalnych jest średnia. To drugie można wyjaśnić niezbyt dużym budżetem, ale to drugie wynikało z braku pomysłu. Nawet w tych słabszych momentach jest to rozładowywane żartem i humorem, przez co te wady nie denerwują tak bardzo.

shazam2

I to by nie zadziałało, gdyby nie absolutnie fantastyczny Zachary Levi jako Shazam. Czułem oglądając go, że w tym ciele znajduje się ten dzieciak zafiksowany na punkcie swoich mocy. A jego przemiana w odpowiedzialnego herosa jest przekonująca do samego końca. Równie świetni są Asher Angel (Billy) oraz kradnący szoł Jack Dylan Grazer (Freddy), tworząc bardzo dynamiczny duet. Nie chodzi tylko o komediowe momenty, ale bardziej poważne momenty. Nieźle radzi sobie Mark Strong w roli antagonisty, choć sama postać nie jest zbyt ciekawa (może oprócz momentu, gdy na początku poznajemy jego dzieciństwo).

shazam4

„Shazam” to zdecydowanie najlżejszy film DC ostatnich lat. Być może bardziej dla młodego widza, ale dorośli widzowie nie będą się nudzić. Tylko i/aż fajna zabawa z obietnicą czegoś więcej na przyszłość.

7/10

Radosław Ostrowski

Aquaman

Arthura Curry poznaliśmy w niesławnej „Lidze Sprawiedliwości” (nadal nie obejrzałem), jednak sam odbiór filmu był bardzo ostry. Zamiast budowy uniwersum DC, doszło do zmiany warty (stery w sprawie produkcji filmów z tego świata przejął Walter Hamada, a Zack Snyder został zwolniony) oraz tworzenia filmów niekoniecznie ze sobą powiązanych. Być może kiedyś zostaną one połączone jak produkcje Marvela, ale wyniki box office na razie są zadowalające w kwestii obranego kierunku. Oznaką nowego stał się film Jamesa Wana, twórcy „Piły” i „Obecności”.

aquaman1

Arthur mieszka w mały miasteczku na wybrzeżu razem z ojcem latarnikiem. Jego matka była królową podwodnej Atlantydy. Problem w tym, że ci pod wodą nie przepadają za nami lądowcami, a wszelkie kontakty z nimi są traktowane jak zdrada. Dlatego matka musiała wrócić do siebie, a Arthurek został na lądzie. Z czasem zaczął odkrywać pewne umiejętności (rozmowy z podwodnymi zwierzętami czy zanurzanie się bardzo głęboko pod wodę) i przechodził treningi pod okiem przyjaciela matki. Przychodzi jednak moment w życiu każdego bohatera, że – niczym słynny elektryk z wąsami – nie chce, ale musi. Nasz Człowiek-Rybak musi objąć tron Atlantydy, inaczej jego przyrodni brat doprowadzi do wojny. Jednak by odzyskać swoje dziedzictwo, trzeba odnaleźć mityczny trójząb pierwszego władcy.

aquaman2

Reżyser Wan kompletnie nie udaje, że robi film oparty na komiksie. Żadnego realizmu a’la Nolan czy mrocznych i ciężkich klimatów a’la Snyder. To samoświadome, kiczowate kino klasy B, gdzie fabuła może i jest schematyczna, ale ważniejsza jest realizacja oraz sama wizja świata. Czy może być poważny film, gdzie mamy ludzi jeżdżących na delfinach czy wielorybach z laserowo strzelającą bronią, zaś jedną z ról gra Dolph Lundgren? Sama historia to klasyczna droga bohatera, który musi pokonać swoje demony, zmierzyć się z wrogami oraz osiągnąć cel. Tylko, że nasz bohater to taki heros mimo woli, zmuszony przez inne czynniki. Nie chce korony i władzy, lecz chronić swoich najbliższych. Może wydawać się to przewidywalne, jednak zaskoczyła mnie realizacja.

aquaman3

Sama akcja jest odpowiednio widowiskowa, a najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wiele z tych scen jest kręconych w jednym ujęciu. Kamera wręcz tańczy dookoła, ale wszystko jest jasne i czytelne. Największe wrażenie były starcia Aquamana z Black Mantą oraz Mery ze ścigającymi ją ludźmi z Atlantydy. Ponieważ oboje są rozdzieleni, kamera przeskakuje z postaci na postać i robi to tak płynnie, że nie ma dezorientacji w terenie. Czuć wielki rozmach, a samo podwodne miasto wygląda imponująco. I nie chodzi tylko o komputerowe efekty, ale także o scenografię (m.in. ukryta na Saharze kuźnia czy miejsce spotkania króla Orma z Nereusem) czy nasycone kolorami stroje. Nie można oderwać oczu od filmu, zaś zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

aquaman4

Aktorzy świetnie się bawili, co także czuć, a nie udaje się to każdemu. Jason Momoa do tej roli pasuje idealnie, pozornie sprawiając wrażenie osiłka, co wszelkie problemy rozwiązuje pięściami. Albo głową (nie w sensie, że myśli, choć ma przebłyski), budząc sympatię aż do ostatniej minuty. Chcę go więcej. Partnerująca mu Amber Heard jako Mara jest równie cudowna, zaś ich relacja oparta na docinkach, sarkazmie to coś troszkę innego niż spodziewalibyśmy się po kinie superbohaterskim. Jest też aż dwóch łotrów, których motywacja jest prosta (walka o władzę oraz klasyczna zemsta), lecz efektywna. Zarówno Patrick Wilson (król Orm), jak i Yahya Abdul-Mateen II (Czarna Manta) wypadają bardzo dobrze, co w przypadku czarnych charakterów nie jest takie łatwe. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli Nicole Kidman jako matka Arthura. Na ile jednak to wina scenariusza, a na ile pozbawionej mimiki twarzy (jak się wstrzykuje botoks, by zatrzymać urodę, tak to się kończy – o tym może kiedy indziej) nie umiem stwierdzić. Wiem za to, że aktorka wypadła sztucznie, nawet jej głos sprawiał wrażenie wypranego z emocji. Ale na szczęście pojawia się bardzo krótko, więc można to przeboleć.

„Aquaman” to prosta, bezpretensjonalna rozrywka, która nie udaje czegoś, czym nie jest. A jest drogim widowiskiem, ze świetnie sfilmowanymi scenami akcji, charyzmatycznym bohaterem oraz pasją. Takie połączenie zdarza się niezbyt często i jest tak wyważone. Czekam na sequel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy 2019 roku

By zachować balans we wszechświecie obok świetnych filmów powstaje wiele mniej świetnych. Czasami udaje mi się wyczuć smród na kilometr, a czasami trafiam przez przypadek na niewypał. O dziwo nie ma tutaj zbyt wielu filmów polskich, co może wynikać z doświadczenia. Albo z większej tolerancji i dostrzegania zalet niż wad. To bez pieprzenia podaje spis najgorszych filmów (czyli poniżej albo w okolicy 5/10) obejrzanych by Ja w kolejności chronologicznej. Obyście nie popełnili takich błędów jak ja. Zaczynamy.

1. 303. Bitwa o Anglię, reż. David Blair
2. Dywizjon 303. Historia prawdziwa, reż. Denis Delic
3. IO, reż. Jonathan Helpert
4. Zbereźnik, reż. John Huston
5. Emotki. Film, reż. Tony Leonidis
6. Dżungla, reż. Greg McLean
7. Autsajder, reż. Adam Sikora
8. Diablo. Wyścig o wszystko, reż. Michał Otłowski i Daniel Markowicz
9. 41 dni nadziei, reż. Baltasar Mormakur
10. Pass Over, reż. Spike Lee
11. Ciemno, prawie noc, reż. Borys Lankosz
12. Wybryk natury, reż. Robbie Pickering
13. Suspiria, reż. Luka Guadagnino
14. Rany, reż. Babak Anvari
15. Hellboy, reż. Neil Marshall
16. Dzień czekolady, reż. Jacek Piotr Bławut
17. Fighter, reż. Konrad Maximillian
18. Święta w El Camino, reż. David E. Talbert
19. Świąteczny kalendarz, Bradley Walsh
20. Święta Last Minute, reż. Joe Roth
21. 6 Underground, reż. Michael Bay

Cóż wam mogę życzyć? Oby takich rozczarowań i słabizn było jak najmniej. Oraz żeby intuicja nie zawodziła, tak jak reżyserzy. No to zobaczymy, jaka będzie nowa dekada XXI wieku. Pozdrawiam.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2019 roku

Rok 2019 przechodzi do historii. A więc pora na podsumowania, rankingi, bilanse prowadzone przez zapalonych kinomanów, krytyków filmowych oraz blogerów. Pora na moje podsumowanie,czyli krótki – w założeniu – spis obejrzanych przeze mnie filmów z oceną co najmniej 8/10. Z powodu komplikacji związanych z przenoszeniem bloga na tą platformę, miałem BARDZO DŁUGĄ przerwę w oglądaniu. Więc jeśli czegoś brakuje w tym spisie, to z tego właśnie powodu.. Ewentualnie nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak na was. Będą tutaj zarówno nowości kinowe, ze streamingu, ale też i spoko nadrobionej (lub odświeżonej) klasyki. Więc bez zbędnego pieprzenia, przejdźmy do rzeczy. Kolejność chronologiczna, czyli od 1 stycznia do 31 grudnia.

1. Przebudzenia, reż. Penny Marshall
2. Skarb Sierra Madre, reż. John Huston
3. Asfaltowa dżungla, reż. John Huston
4. Król Lear, reż. Richard Eyre
5. Stan gry, reż. Kevin Macdonald
6. Życie animowane, reż. Roger Ross Williams
7. Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego, reż. Ireneusz Dobrowolski
8. Vice, reż. Adam McKay
9. Gun City, reż. Dani de la Torre
10. The Standoff at Sparrow Creek, reż. Henry Dunham
11. Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos
12. Moby Dick, reż. John Huston
12. Pierwszy człowiek, reż. Damien Chazelle
12. Ogród rodzinny. Dezerter, reż. Jan Hrebejk
13. Mary i kwiat czarownicy, reż. Hiromasa Yonebayashi
14. Skłóceni z życiem, reż. John Huston
15. Perfekcja, reż. Richard Shephard
16. Zachłanne miasto, reż. John Huston
17. Golem, reż. Piotr Szulkin
18. Zabij mnie glino, reż. Jacek Bromski
19. Remo: Uzbrojony i niebezpieczny, reż. John Guillermin
20. Ona się doigra, reż. Spike Lee
21. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda
22. Tam i z powrotem, reż. Wojciech Wójcik
23. Człowiek na torze, reż. Andrzej Munk
24. Akcja pod Arsenałem, reż. Jan Łomnicki
25. John Wick 3: Parabellum, reż. Chad Stahelski
26. Przychodzi po nas noc, reż. Timo Tjahjanto
27. Rocketman, reż. Dexter Fletcher
28. Człowiek z marmuru, reż. Andrzej Wajda
29. Okręt, reż. Wolfgang Petersen
30. Krew na betonie, reż. S. Craig Zahler
31. Avengers: Koniec gry, reż. Anthony i Joe Russo
32. Parasite, reż. Bong Joon-ho
33. Mission: Impossible – Ghost Protocol, reż. Brad Bird
34. Mission: Impossible – Rogue Nation, reż. Christopher McQuarrie
35. Salwador, reż. Oliver Stone
36. Serce jak lód, reż. Claude Sautet
37. Harry Angel, reż. Alan Parker
38. Dzika banda, reż. Sam Peckinpah
39. Upadek, reż. Joel Schumacher
40. Anioł, reż. Luis Ortega
41. Hellboy: Złota Armia, reż. Guillermo del Toro
42. As w potrzasku, reż. Billy Wilder
43. Le Mans ’66, reż. James Mangold
44. Irlandczyk, reż. Martin Scorsese
44. Na noże, reż. Rian Johnson
45. Małe kobietki, reż. Gillian Armstrong
46. Klaus, reż. Sergio Pablos
47. Cud na 34. ulicy, reż. George Seaton
48. Diego, reż. Asif Kapadia

Wyróżnienia:
Gentleman z rewolwerem, reż. David Lowery
Noc iguany, reż. John Huston
Dzieciak, który został królem, reż. Joe Cornish
Alita: Battle Angel, reż. Robert Rodriguez
Wilkołak, reż. Adrian Panek
Córka trenera, reż. Łukasz Grzegorzek
Paddleton, reż. Alex Lehmann
Poważny człowiek, reż. Joel i Ethan Coen
Ludzie-koty, reż. Paul Schrader
Oculus, reż. Mike Flanagan
Jabberwocky, reż. Terry Gilliam

Życzę wam, aby rok 2020 był jeszcze bardziej bogaty w fantastyczne filmy. I żeby nadal można było wyłuskiwać perełki, które wywołają w nas same pozytywne emocje.

Radosław Ostrowski