Najgorsze filmy 2019 roku

By zachować balans we wszechświecie obok świetnych filmów powstaje wiele mniej świetnych. Czasami udaje mi się wyczuć smród na kilometr, a czasami trafiam przez przypadek na niewypał. O dziwo nie ma tutaj zbyt wielu filmów polskich, co może wynikać z doświadczenia. Albo z większej tolerancji i dostrzegania zalet niż wad. To bez pieprzenia podaje spis najgorszych filmów (czyli poniżej albo w okolicy 5/10) obejrzanych by Ja w kolejności chronologicznej. Obyście nie popełnili takich błędów jak ja. Zaczynamy.

1. 303. Bitwa o Anglię, reż. David Blair
2. Dywizjon 303. Historia prawdziwa, reż. Denis Delic
3. IO, reż. Jonathan Helpert
4. Zbereźnik, reż. John Huston
5. Emotki. Film, reż. Tony Leonidis
6. Dżungla, reż. Greg McLean
7. Autsajder, reż. Adam Sikora
8. Diablo. Wyścig o wszystko, reż. Michał Otłowski i Daniel Markowicz
9. 41 dni nadziei, reż. Baltasar Mormakur
10. Pass Over, reż. Spike Lee
11. Ciemno, prawie noc, reż. Borys Lankosz
12. Wybryk natury, reż. Robbie Pickering
13. Suspiria, reż. Luka Guadagnino
14. Rany, reż. Babak Anvari
15. Hellboy, reż. Neil Marshall
16. Dzień czekolady, reż. Jacek Piotr Bławut
17. Fighter, reż. Konrad Maximillian
18. Święta w El Camino, reż. David E. Talbert
19. Świąteczny kalendarz, Bradley Walsh
20. Święta Last Minute, reż. Joe Roth
21. 6 Underground, reż. Michael Bay

Cóż wam mogę życzyć? Oby takich rozczarowań i słabizn było jak najmniej. Oraz żeby intuicja nie zawodziła, tak jak reżyserzy. No to zobaczymy, jaka będzie nowa dekada XXI wieku. Pozdrawiam.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2019 roku

Rok 2019 przechodzi do historii. A więc pora na podsumowania, rankingi, bilanse prowadzone przez zapalonych kinomanów, krytyków filmowych oraz blogerów. Pora na moje podsumowanie,czyli krótki – w założeniu – spis obejrzanych przeze mnie filmów z oceną co najmniej 8/10. Z powodu komplikacji związanych z przenoszeniem bloga na tą platformę, miałem BARDZO DŁUGĄ przerwę w oglądaniu. Więc jeśli czegoś brakuje w tym spisie, to z tego właśnie powodu.. Ewentualnie nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak na was. Będą tutaj zarówno nowości kinowe, ze streamingu, ale też i spoko nadrobionej (lub odświeżonej) klasyki. Więc bez zbędnego pieprzenia, przejdźmy do rzeczy. Kolejność chronologiczna, czyli od 1 stycznia do 31 grudnia.

1. Przebudzenia, reż. Penny Marshall
2. Skarb Sierra Madre, reż. John Huston
3. Asfaltowa dżungla, reż. John Huston
4. Król Lear, reż. Richard Eyre
5. Stan gry, reż. Kevin Macdonald
6. Życie animowane, reż. Roger Ross Williams
7. Walka: Życie i zaginiona twórczość Stanisława Szukalskiego, reż. Ireneusz Dobrowolski
8. Vice, reż. Adam McKay
9. Gun City, reż. Dani de la Torre
10. The Standoff at Sparrow Creek, reż. Henry Dunham
11. Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos
12. Moby Dick, reż. John Huston
12. Pierwszy człowiek, reż. Damien Chazelle
12. Ogród rodzinny. Dezerter, reż. Jan Hrebejk
13. Mary i kwiat czarownicy, reż. Hiromasa Yonebayashi
14. Skłóceni z życiem, reż. John Huston
15. Perfekcja, reż. Richard Shephard
16. Zachłanne miasto, reż. John Huston
17. Golem, reż. Piotr Szulkin
18. Zabij mnie glino, reż. Jacek Bromski
19. Remo: Uzbrojony i niebezpieczny, reż. John Guillermin
20. Ona się doigra, reż. Spike Lee
21. Bez znieczulenia, reż. Andrzej Wajda
22. Tam i z powrotem, reż. Wojciech Wójcik
23. Człowiek na torze, reż. Andrzej Munk
24. Akcja pod Arsenałem, reż. Jan Łomnicki
25. John Wick 3: Parabellum, reż. Chad Stahelski
26. Przychodzi po nas noc, reż. Timo Tjahjanto
27. Rocketman, reż. Dexter Fletcher
28. Człowiek z marmuru, reż. Andrzej Wajda
29. Okręt, reż. Wolfgang Petersen
30. Krew na betonie, reż. S. Craig Zahler
31. Avengers: Koniec gry, reż. Anthony i Joe Russo
32. Parasite, reż. Bong Joon-ho
33. Mission: Impossible – Ghost Protocol, reż. Brad Bird
34. Mission: Impossible – Rogue Nation, reż. Christopher McQuarrie
35. Salwador, reż. Oliver Stone
36. Serce jak lód, reż. Claude Sautet
37. Harry Angel, reż. Alan Parker
38. Dzika banda, reż. Sam Peckinpah
39. Upadek, reż. Joel Schumacher
40. Anioł, reż. Luis Ortega
41. Hellboy: Złota Armia, reż. Guillermo del Toro
42. As w potrzasku, reż. Billy Wilder
43. Le Mans ’66, reż. James Mangold
44. Irlandczyk, reż. Martin Scorsese
44. Na noże, reż. Rian Johnson
45. Małe kobietki, reż. Gillian Armstrong
46. Klaus, reż. Sergio Pablos
47. Cud na 34. ulicy, reż. George Seaton
48. Diego, reż. Asif Kapadia

Wyróżnienia:
Gentleman z rewolwerem, reż. David Lowery
Noc iguany, reż. John Huston
Dzieciak, który został królem, reż. Joe Cornish
Alita: Battle Angel, reż. Robert Rodriguez
Wilkołak, reż. Adrian Panek
Córka trenera, reż. Łukasz Grzegorzek
Paddleton, reż. Alex Lehmann
Poważny człowiek, reż. Joel i Ethan Coen
Ludzie-koty, reż. Paul Schrader
Oculus, reż. Mike Flanagan
Jabberwocky, reż. Terry Gilliam

Życzę wam, aby rok 2020 był jeszcze bardziej bogaty w fantastyczne filmy. I żeby nadal można było wyłuskiwać perełki, które wywołają w nas same pozytywne emocje.

Radosław Ostrowski

Diego

Nie było drugiego takiego piłkarza w historii tego sportu jak Diego Maradona. Argentyński piłkarz z nizin społecznych stał się megagwiazdą, mistrzem świata. Kochany i znienawidzony. Jak każda sławna osoba, miała dwa oblicza. To bardziej prywatne oraz niejako publiczne, medialne. Jak więc możliwe, że osoba kochana i traktowana jak Bóg, zostaje potem odrzucona przez tych samych ludzi i staje się obiektem nienawiści?

diego3

Dokumentalista Asif Kapadia w „Diego” korzysta ze sprawdzonej przez siebie formuły. Innymi słowy, na ekranie widzimy tylko archiwalne materiały, a tzw. gadające głowy są tylko słyszalne. Nie spodziewajcie się klasycznej biografii, bo skupia się na okresie, gdy piłkarz grał we włoskim Napoli. Po nieudanych negocjacjach z Barceloną, tylko podrzędny klub z Neapolu był zainteresowany zakupem tej gwiazdy. A Neapol był uważany we Włoszech jako ten gorszy, brudny, śmierdzący rewie, gdzie łapę na wszystkim trzymała Kamorra. Bida, nędza i rozpacz oraz on – chłopak z nizin, co został supergwiazdą, a miał być zbawcą miasta. Ale sława to jest broń obosieczna. Z jednej strony pozwala pomóc, z drugiej może być wielkim obciążeniem. Zwłaszcza, kiedy zaczyna się być troszkę ponad. Dopóki wygrywał i prowadził klub do zwycięstw, wybaczano mu wiele: branie narkotyków, korzystanie z dziwek, znajomości z mafijną rodziną. Problem jednak w tym, że coraz więcej brudów zaczyna wychodzić, a na Mistrzostwach Świata we Włoszech dochodzi do najgorszego: mecz Włochy-Argentyna w ćwierćfinale. Po tym już nie ma odwrotu.

diego2

Reżyser dostał do dyspozycję pewne archiwaliów: zarówno ze zbioru rodziny Maradony, zrekonstruowane fragmenty meczy, rozmowy z dziennikarzami, trenerami i jeszcze nie wiadomo kim. Wygląda to imponująco, a z tego zaczynają się wyłaniać kolejne oblicza piłkarza: wielbionego przez tłum gwiazdora, zmęczonego sławą sportowca, człowieka czerpiącego z nocnego życia, jak i zależnego od potężniejszych słabeusza. Bóg, geniusz czy oszust? Mit naszego bohatera zostaje naznaczony podczas meczu z Anglią, gdzie jedna bramka została wbita… ręką. Boską ręką, można by rzec. Wszystko się zmienia niczym w rollercoasterze, zwłaszcza dla osób niezainteresowanych piłką nożną. Zdarzają się pewne retrospekcje, dodając pewne detale do życiorysu Argentyńczyka.

diego1

Jak to możliwe, że znajoma formuła (wcześniej użyta w „Sennie” i „Amy”) nie wywołuje jeszcze znużenia? Kapadia znowu tworzy fascynujący i złożony portret człowieka, który stał się mitem. Bez osądzania, bez stawiania tez, a wciągający niczym rasowe kino gatunkowe. Tylko, że mówimy o dokumencie, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Listy do M. 3

Dla mnie pierwsze „Listy do M.” to była jedna z niespodzianek na naszym podwórku. Jasne, to było skopiowanie pomysłu z „To właśnie miłość” (choć wtedy jeszcze tego filmu nie wiedziałem), ale była w tym pewna magia, sporo humoru oraz ciepła, który w tego typu produkcjach jest potrzebne. I nawet ograne twarze (Adamczyk, Karolak, Dygant) miały tutaj sporo do pokazania oraz zagrania. Nagle ktoś się zorientował, że można na tym zbudować franczyzę. Powstała nawet kontynuacja, ale to już był tylko skok na kasę. Widownia jednak tłumnie poszła, więc można było zrealizować kolejną część. I ja miałem bardzo wielkie obawy, ale za kamerą stanął Tomasz Konecki – reżyser kultowego „Pół serio” oraz „Ciała”. Czy może tym razem będzie zwyżka formy, a może jest to dalszy skok na kasę?

listy do m3-1

Powiem tak: jest progres, chociaż do części pierwszej troszkę brakuje. Nasi starzy bohaterowie znowu mają masę wydarzeń. Szczepan z Kariną próbują się odnaleźć w roli dziadków, co kobiecie idzie z oporami. Melchior razem z synem, niejako wbrew swojej woli, szuka swojego ojca, który zostawił go, gdy był dzieckiem, zaś Wojciech nie może się pozbierać po śmierci żony. Do tego stopnia, że zwalnia gosposię, a jej córka z zemsty kradnie laptopa. Ale pojawią się jeszcze nowe postacie w tej potrawie: pracujący w schronisku jako wolontariusz Rafał, bardzo skuteczny glina Gibon polujący na bandziorów oraz na serducho pewnej prezenterki radiowej, dziewczyna związana z pewnym korpo-szefem.

listy do m3-2

Innymi słowy, troszkę do śmiechu oraz do wzruszenia, zaś zmiana reżysera działa bardziej na plus. Nie ma tu nachalnego product placementu, nie jest to aż tak pocztówkowe jak dwójka, zaś zniknięcie paru postaci (zwłaszcza tych nowych z „dwójki”) zdecydowanie pomaga w seansie. Także poziom humoru, choć nadal oparty na charakterach i odrobinie slapsticku, potrafi bardziej rozbawić. Jasne, że wszystkie wątki muszą skończyć się dobrze, ale nie oznacza to, iż twórcy nie serwują kilku niespodzianek po drodze. Wszystko toczy się w jednym dniu, zamiast Warszawy jest Kraków (też ładny), śniegu jest od groma (tego akurat dawno nie widziałem na ulicy o tej porze roku), w tle gra bardzo sympatyczna muzyka. To nie wywołuje odruchów wymiotnych, czego troszkę się obawiałem, choć jest parę momentów odlotu (finałowy wątek Gibona), ale Koneckiemu udaje się zbalansować powagę, lekkość oraz przywrócić magię znaną z pierwszej części.

listy do m3-3

I aktorzy też się postarali, nawet ci już zużyci oraz przemieleni przez kino. Z tej tzw. starej ekipy najlepiej prezentuje się tutaj Tomasz Karolak jako Melchior oraz jego relacja z synem, gdzie coraz bardziej zaczyna dojrzewać, co już było widać w poprzedniej części. Drugim mocnym punktem jest Malajkat, coraz mocniej naznaczony przeszłością, z którą musi się zmierzyć. Z nowych postaci wiele uroku dodaje Filip Pławiak (Rafał) oraz Katarzyna Zawadzka (Zuza), choć sam wątek jest bardzo przewidywalny. Nawet Borys Szyc (Gibon) czy niezbyt lubiana przeze mnie Magdalena Różczka (Karolina) sprawdzają się tutaj dobrze, pokazując troszkę komediowe oblicze.

Pojawiły się słuchy, że ma powstać część czwarta, choć szczerze mówiąc nie wiem, co jeszcze można w tym cyklu wymyślić. Trójka jest o wiele lepsza od części drugiej (co akurat nie było takie pewne), ale nie jest w stanie dorównać oryginałowi. Jest tak odpowiednio po środku oraz wraca tej fajny klimat.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Świąteczny kalendarz

Bohaterką tego dzieła jest niejaka Abby – dziewczyna zajmująca się fotografowaniem, czego nie bardzo popiera jej rodzina. Bardziej traktują jej pracę (może oprócz dziadka) jako hobby niż źródło utrzymania z powodu niezbyt wysokich zarobków. Nie jest zbyt zadowolona i chce się bardzo rozwijać, a w okolicy pojawia się dawny znajomy, Josh. Wszelkie jej zmiany zaczynają się od chwili, gdy dostaje od dziadka staroświecki kalendarz adwentowy. Ten każdej nocy otwiera drzwiczki z zabawkami.

swiateczny kalendarz1

Chyba na jakiś czas sobie odpuszczę filmy „kristmasowe”, przynajmniej te od Netflixa. Dlaczego? Bo wydają się pozbawione własnego charakteru, wtórne i jakieś takie wysilone. Nie inaczej jest ze „Świątecznym kalendarzem” od Bradleya Walsha. Sama historia okraszona jest pewnymi magicznymi momentami, gdzie jest niemal zbiegów okoliczności jak podczas sceny z butami czy pewną laską. Ale taka masa wydarzeń zaczyna się przewijać zbyt często (cała akcja ze zdjęciami dla pani burmistrz), czyniąc całą historię mniej ciekawą, strasznie przewidywalną i strasznie nudną. Pozornie jest zabawna, ale ja nie śmiałem się w ogóle. Oczywiście, jest biało od śniegu, w tle grają dzwoneczki oraz kolędy, a także lekko popowe kawałki w tym tonie. Pojawia się nawet potencjalny kandydat na męża, jednak w połowie zostaje to urwane nagle oraz dość bzdurną kłótnią. Ale to wszystko wydaje się bardzo sztuczne, mechaniczne oraz pozbawione jakiegoś głębszego zaangażowania. Z obowiązkowym finałem i wyznaniem miłości na koniec.

swiateczny kalendarz2

O aktorstwie nie bardzo chce się wypowiadać, bo nie zapada za bardzo w pamięć. I nawet nie chodzi o to, że nie ma znajomych twarzy, ale te postacie sprawiają wrażenie wziętych z kartonu. Żadna z nich nie jest pogłębiona, zaś postaci pobocznych jest wręcz za dużo (koledzy pomagający Abby w świątecznej pracy, siostra organizująca licytację charytatywną czy przystojny lekarz Ty). Można byłoby się paru pozbyć i nie byłoby zbyt wielu różnic.

„Kalendarz” jest kolejnym netflixowym filmem, który po obejrzeniu kompletnie nie zapada w pamięć. Nuda, szablonowość, nijakość oraz ogólny brak charakteru, przez co całość nie wyróżnia się z tłumu. Szkoda.

4/10

Radosław Ostrowski

Klaus

Poznajcie Jespera. Chłopak jest synem dyrektora Królewskiej Szkoły Listonoszy, który zwyczajnie robi wszystko, by wylecieć i wrócić do swojego wygodnego życia. Ojciec jednak stawia mu ultimatum, by zmienil się: mianuje go listonoszem i wysyła na prawdziwy wygwizdów zwany Smeerinsburgiem. Ma z niego zostać wysłane 6 tysięcy listów albo zostanie wydziedziczony. Wydaje się sprawą łatwą, prawda? Nic z tego, bo w miasteczku są dwa rody, które nawzajem się nienawidzą, wykorzystując wszelkie możliwe narzędzia: widły, harpuny, włócznie itp. Zadanie wydaje się niemożliwe, ale wszystko zmienia pewien przypadek.

klaus1

Mało miałem styczności z animacjami Netflixa, ale kiedyś musi być ten pierwszy raz. „Klaus” to produkcja hiszpańska od Sergio Pablosa, czyli scenarzysty „Jak ukraść księżyc” i rysownika związanego kiedyś z Disneyem oraz Blue Sky. Sama historia jest wariacją genezy św. Mikołaja oraz idei związanej z prezentami. I jest to prosta historia zderzenia cynicznego listonosza z bezwzględnym miasteczkiem, gdzie wrogość i niechęć są na porządku. Poza Jesperem są tutaj dwie istotne postacie: miejscowa nauczycielka (szkoła przerobiona na sklep z rybami) Alva, która pragnie wyrwać się stąd oraz mieszkający poza miastem drwal Klaus. I ta relacja między tymi bohaterami staje się intrygującym spoiwem dla całego filmu. Intryga idzie w łatwym do przewidzenia kierunku, ale sama droga wciąga jak zaspy nogi. Nie brakuje tutaj humoru (pierwsze spotkanie z mieszkańcami czy próba schwytania reniferów), który dodaje lekkości i pokazuje jak jeden gest może doprowadzić do zmiany mentalności. Co równie ważne, nie jest to ani naiwne, ani wyłożone w sposób łopatologiczny.

klaus2

Jeszcze większe wrażenie zrobiła na mnie sama animacja. Sprawia wrażenie rysowanej ręcznie, choć jedynym elementem trójwymiarowym były budynki, zaś same postacie były dwuwymiarowe, ale bardzo szczegółowe. To bardzo pomaga w budowaniu klimatu, tak samo jak wręcz epicka muzyka czy gra światłem czy wykonane wnętrza (szkoła na początku bardziej by pasowała do świata Tima Burtona), a nawet momenty zmiennego nastroju (pierwsza prezentacja Klausa, skupiona na detalach i ostrych przedmiotach przypominała troszkę horror). Jednocześnie twórcy cały czas balansują między humorem (dostarczanie prezentów), dramatem (powolna przemiana Jaspera) a akcją (finałowy pościg za saniami). Nie brakuje też momentów wzruszenia, a wszystko jest takie ciepłe, że już może stać się gościem wigilijnych seansów.

klaus3

„Klaus” ujmuje i chwyta za serducho już od pierwszych minut, co osiągają tylko nieliczni. Ciepły, mądry, a jednocześnie wierzący w dobrą stronę ludzi. Takie filmy na Święta są idealne. I nie tylko na ten okres.

8/10

Radosław Ostrowski

Święta nie na bogato

Rush Williams jest wielką gwiazdą radiowej stacji, gdzie gra „czarną” muzykę. Żyje mu się dość dobrze w wielkim domu, z czwórką dzieci oraz swoją mamą, która pomaga w wychowaniu dzieci. I żyłby tak sobie spokojnie, tylko jest jeden mały szkopuł. Parę tygodni przed świętami zostaje zwolniony, więc to oznacza zaciśnięcie pasa oraz powrót na stare śmieci. Czyli do starego domu, gdzie zmarła żona Rusha oraz szukanie nowej pracy.

holiday rush1

Kolejne tegoroczne dzieło spod znaku bombek, choinek i Świąt. W zamierzeniu miał to być komediodramat z morałem: że najważniejsze w świętach jest to z kim je spędzasz, a nie co dostajesz. Tą lekcję musi przejść cała rodzina (zwłaszcza rozpuszczone dzieci), jak i bardzo zapracowany ojciec. Tylko, że w przeciwieństwie do reszty rodziny, on poznał smak życia w biedzie i jest na tym polu zaprawiony. Nawet wszelkie problemy (brak możliwości uruchomienia własnej wytwórni, zaginięcie syna czy kwestia prezentów) wydają się groźne tylko na papierze. Bo rozwiązanie zostaje szybko odnalezione – czy to za pomocą rozmowy, życzliwości innych czy sprytu. A i sama przemiana postaci następuje dość szybko. Nawet jak na produkcję familijną. Wszystko wydaje się tutaj wymuszone, mechaniczne, sztuczne i naiwne. To ostatnie jeszcze można zrozumieć (bo są Święta), jednak przewidywalność i nuda towarzyszą nam aż do samego końca.

holiday rush2

Realizacyjnie film jest po prostu poprawny. Ani nie wyróżnia się niczym szczególnym, ani nie jest nic zrobione źle. Zdjęcia poprawne, montaż nie rzuca się w oczy, a muzyka jest tak świąteczna jak powinna być. Także aktorsko nie ma tutaj zbyt wielkiego pola do popisu. Jest tylko poprawnie, choć nie ma poczucia żenady. Ale chciałoby czegoś więcej, bardziej angażującego.

5/10

Radosław Ostrowski

W śnieżną noc

Netflix jak co roku serwuje kilka pozycji o tematyce świątecznej i nie odpuszcza także w tym roku. jak można krótko opisać „W śnieżną noc”? To taka młodzieżowa wersja „To właśnie miłość”, tylko po amerykańsku. Czyli gorzej? Nie do końca.

w sniezna noc1

Tutaj najważniejsze wątki są trzy. Pierwszy dotyczy bardzo nieśmiałego Tobina, który przyjaźni się z Angie, ale czuje do niej o wiele więcej. Drugi segment to przypadkowe spotkanie między gwiazdą popu Justinem a Julie. Oboje utknęli w pociągu i zamiast czekać, uciekają. Ona dostała się na studia, lecz ma poważnie chorą mamę, a on promuje nowy album ze świątecznym kawałkiem. I jeszcze jest trzecia sprawa, czyli kelnerka Dorrie, która podkochuje się w cherleaderce. A na dodatek ma ona kumpelę, która boi się, że chłopak ją zostawi i oczy ma niemal przyspawane do telefonu, co komplikuje sprawę mocno.

w sniezna noc2

Wszystkie te trzy opowieści przeplatają się ze sobą i toczą się podczas Wigilii Bożego Narodzenia. Innymi słowy niemal klasyczne kino młodzieżowe, tylko że w innym tle. Same historie są dość prościutkie (mamy tylko półtorej godziny), ale mają w sobie tyle uroku, że łatwo wejść w te historie. Ten ciepły klimat, gdzie jest od groma śniegu, są drobne świąteczne dodatki w tle. Ale tylko w tle. I o dziwo, jest parę zabawnych momentów (kłótnia z dziadkiem na temat Jaggera czy pasterka – to ostatnie to wariactwo totalne), pozwalających bardzo miło spędzić czas. W tle mamy świetną muzykę (od popowych kawałków po The Clash i Waterboys), która niekoniecznie kojarzy się z Bożymi Narodzinami. Jasne, jest to uproszczone, lekkie, zaś wszelkie problemy rozwiązywane są pod sam koniec filmu. Ale w gruncie, spodziewaliście się czegoś innego? Bo ja nie, a najważniejsze jest to, że humor nie jest ani żenujący, ani wulgarny, ani prostacki. A o to było tutaj bardzo łatwo.

w sniezna noc3

Do tego mamy przekonujących, młodych aktorów, z których najbardziej znana jest Kiernan Shipka. Wszyscy wypadają co najmniej przyzwoicie i trudno tu kogokolwiek wyróżnić z tłumu. Z drugiej strony to pozwala bardziej wejść w historię, mimo pewnej ilości klisz.

„W śnieżną noc” brakuje tylko utworu „Let It Snow”, ale o dziwo jest to naprawdę niezły film z gatunku dla nastolatków. Świąteczny klimat działa na plus, bohaterowie są sympatyczni, a czas mija naprawdę szybko. Sympatyczne kino, sprawdzające się w tym okresie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Upalne święta

Kate kiedyś studiowała weterynarię, ale od lat zajmuje się domem, zaś mąż pracuje w branży ekonomicznej. Małżeństwo jednak nie układa się zbyt dobrze, zaś kiedy ich syn idzie na studia, mężczyzna decyduje się zakończyć związek. Tuż przed wyruszeniem w nową podróż poślubną do Afryki. No cóż, bilet się zmarnuje, więc kobieta wyrusza sama. Na miejscu poznaje niejakiego Dereka, który pracuje w ośrodku chroniącym słonie. I ta zmiana otoczenia zaczyna mieć wpływ na jej życie.

upalne swieta2

Romansidło od Netflixa – brzmi bardzo groźnie? Nie jest to jednak aż taka katastrofa, jakiej można się było spodziewać. film Erniego Barbarasha to klasyczny, ograny do bólu melodramat, gdzie od razu wiadomo jaki jest finał opowieści. Nawet jeśli pojawią się problemy (groźba braku finansowania czy syn pragnący rzucić studia), zostają one rozwiązane szybciej niż lot samolotem z jednego miasta do drugiego. Wszyscy tutaj wydają się być albo sympatycznym tłem, albo są tak drobnymi postaciami, że nie zwraca się na nich uwagi. A żeby jeszcze fajniej się oglądało w tle mamy niemal pocztówkowe obrazy Afryki, które – nie ma innej opcji – zwyczajnie się podobają.

upalne swieta1

Bardziej jednak od tego romansu interesował mnie wątek opieki nad słoniami, które padają ofiarą kłusowników. Albo chciwych ludzi, co pragną ich kłów. To, jak funkcjonuje całe to miejsce było dla mnie bardzo ciekawą odskocznią od wątku romantycznego. Strasznie żałuję, że twórcy nie skupiają się na tym aspekcie. Wiem, że wtedy byłby to zupełnie inny film, a nie świąteczny melodramat. Jednak mnie to strasznie boli i mogłoby przy okazji skupić się do zaprezentowania poważnego problemu. A tak zostaje on spłycony i pozbawiony silnego znaczenia, co jest ogromnym błędem. Niemniej ten ciepły klimat („Silent Night” śpiewane z afrykańskim akcentem – cudne!) czyni ten film zjadliwym.

upalne swieta3

Aktorko to wyższe stany średnie, czyli wstydu nie ma, ale pochwalić też nie za bardzo jest kogo. Kristin Davis (Kate) oraz Rob Lowe wypadają na tyle w porządku i jest nawet odrobina chemii, by skupić na siebie uwagę. Ale reszta postaci to w zasadzie tło, pozbawione charakteru i zwyczajnie rzadko pojawiające się na ekranie.

„Upalne świata” to kolejny netflixowy średniak, będący ckliwym romansem w nietypowym tle. Ogląda się go bezboleśnie, jest nieźle zagrany, jednak tuż po seansie wychodzi z głowy. Dla poprawienia nastroju można włączyć, ale nic ponad to.

5/10

Radosław Ostrowski