Jedna z najsłynniejszych orkiestr muzyki rozrywkowej, grająca nieśmiertelne standardy muzyki światowej powraca. Cudnie śpiewająca China Forbes oraz mózg grupy, pianista Thomas Lauderdale po dwóch latach (i albumie nagranym z The von Trapps) daje kolejnego pozytywnego kopa.
„Je dis oui!” może sugerować, że tym razem spędzimy czas we Francji. Potęgowane jest to wrażenie przez otwierający całość zwiewne „Joli garcon” – zaczynające się delikatnym popisem fortepianu i smyczków, by potem wystrzelić sambą, gdzie dęciaki mają szansę się wykazać. Jednak język francuski nie jest jedynym, który będzie nam towarzyszył w tej eskapadzie, bo jest też angielski i portugalski. Równie lekkie i wręcz taneczne jest „The Butterfly Song”, gdzie wybija się chórek w tle oraz delikatna gra dęciaków. Odrobinę większy rozmach połączony z orientalnym klimatem (perkusja, smyczki, flety) czuć w bajkowym „Kaj Kolah Khan”. Nawet gitara elektryczna brzmi cudownie. I następuje po tym krótkie spowolnienie w sentymentalnym „Ov Sirun Sirun”, tym razem śpiewanym przez… mężczyzn. Bardziej melancholijna jest „Love for Sale”, gdzie dominuje fortepian z oszczędną perkusją. Jedynie końcówka ma większy rozmach, gdy odzywa się trąbka oraz smyczki.
Zmienia się całkowicie klimat, gdy słyszymy „Solidao” zaczynający się rzewnymi smyczkami i trąbkami, by zakręcić w bardziej południowoamerykańskie rytmy. Chociaż ta mandolina i chórek w tle zaskakuje. I kolejna wolta, tym razem w Orient w „Al Bint Al Shalabiya” – chórek, delikatna gitara, flety, nawet akordeon pasuje tutaj idealnie, a także w prześlicznie zaaranżowanym „Askim Baradi”. Odzywa się też klasyczny fortepian w rozmarzonym „Finnisma Di”. I tak mógłbym wymieniać, ale nie byłbym stanie opisać tej palety dźwiękowych barw. Zwłaszcza, że muzyków wspomagają tacy goście jak Rufus Wainwright (czarujący „Blue Moon”) czy Timothy Nishimoto (barwna „Pata Pata”).
„Je dis oui!” potwierdza klasę oraz elegancję zespołu Pink Martini. Mozna wykorzystać ten album jako przewodnik po świecie muzyki światowej i nie ma szansy na znużenie.
Czuć, że się zbliżają święta, bo jest nasyp płyt z kolędami, pastorałkami. Ponieważ każdy już ma i nie wypada być gorszym, swój album okołoświąteczny postanowiła wydać i nagrać Kayah – jedna z najbardziej wyrazistych wokalistek polskiej sceny muzycznej. Wsparta przez Jana Smoczyńskiego, sięgnęła po klasykę, ale postanowiła zrobić ją po swojemu.
Jeśli chodzi o piosenki, to nie ma żadnych niespodzianek, ale bardzo zaskakuje aranżacja i wykorzystanie orkiestry symfonicznej, nadając rozmachu (chór też musi być). I ten rozmach dodaje blasku, jak w przypadku „Cichej nocy”, gdzie poza lekkimi smyczkami przewija się trąbka, harfa oraz orientalna perkusja (na koniec). Bardziej jazzowe „W żłobie leży” z latającym fortepianem, okraszony orientalnym instrumentarium w tle może wywołać szok, ale jest to naprawdę oryginalne podejście. Stonowane jest pianistyczne „Wśród nocnej ciszy”, jednak obecność gitary akustycznej pomaga przy tworzeniu intymnej atmosfery oraz „Jezus Malusieńki”. To jednak zmyłka, by przyspieszyć niczym Pendolino w „Przybieżeli do Betlejem” (końcówka niemal gospelowa).
Żeby jednak nie było, iż jest to tylko odświeżanie kotletów, dostajemy kilka nowych piosenek. Taka jest piosenka tytułowa – bardzo delikatna niczym śnieżny puch, gdzie wybija się żwawa perkusja oraz cymbałki. No i ten chórek dziecięcy śpiewający „Wśród nocnej ciszy” – bezcenne. Drugim zaskoczeniem jest wybrany na singla „Pusty talerzyk” – melancholijna pieśń o tym, żeby samemu świąt nie spędzać (trąbka dodaje smaczku). Przynajmniej tak to odbieram. Także „Nie było miejsca dla ciebie” jest kompletną nowością. A jako bonus dostajemy jeszcze nieśmiertelne „Ding Dong”, czyli klasyka amerykańska, ale z polskim tłumaczeniem. Zgrabnie wykonana.
Kayah czaruje swoim głosem, chociaż w paru miejscach bywało zbyt ekspresyjnie (końcówka „Cichej nocy”) i może to doprowadzić nawet zatwardziałych fanów do bólu uszu. Jazzowo-symfoniczny entourage to strzał w dziesiątkę, przez co nie ma efektu znużenia, irytacji. Smaczne danie, ale czy za rok będę do tego wracał? Czas pokaże.
Reżyser, scenarzysta, aktor, pisarz, muzyk-amator i producent uważany za największego twórcę inteligentnej komedii. Urodził się 1 grudnia 1935 roku w Nowym Jorku jako Allen Stewart Konigsberg, syn Nettie (księgowa) oraz Matina (grawer) – żydowskich emigrantów z Austrii i Rosji. Rodzice chcieli, by został farmaceutą, ale od dziecka pragnął zostać filmowcem. Gdy był dzieckiem, rodzice się rozstali i Woody’ego wychowywała matka. W szkole nie wyróżniał się mocno miał trudne relacje z matką. Już jako 16-latek nauczył się grać na klarnecie i występował w Michael’s Pub. Dodatkowo zaczął zarabiać jako autor żartów dla gazet, by rok później (już jako Woody Allen) pisać dla zawodowych aktorów komediowych.
W 1952 roku rozpoczął naukę na Uniwersytecie Nowojorskim, ale po roku wyrzucono go z powodu niezaliczenia produkcji filmowej. W tym samym czasie podpisał umowę z William Morris Agency. Następnie uczęszczał na zajęcia filmowe do Kolegium Miejskiego Uniwersytetu Nowojorskiego, jednak naukę przerwał po tygodniu.
W latach 60. zaczął karierę stand-upera oraz nawiązał współpracę z telewizją. W tym samym czasie tworzy pierwsze sztuki teatralne, w tym najsłynniejsze: Bóg i Zagraj to jeszcze raz, Sam. Wreszcie, bo w 1965 zaczął flirt z kinem jako aktor i scenarzysta. Debiutem był film Co słychać, koteczku? Clive’a Donnera – jednak efekt końcowy mocno rozczarował Allena, zdecydowanego samodzielnie realizować swoje scenariusze (wyjątkiem od tej reguły była adaptacja Zagraj to jeszcze raz, Sam z 1972 roku zrealizowana przez Herberta Rossa).
Allen przez lata wypracowywał swój własny styl, który uczynił go nieśmiertelnym. Zazwyczaj (choć nie zawsze) miejscem akcji jest ukochany Nowy Jork – ze szczególnym wskazaniem na Manhattan – bohaterem jest (często grany przez samego Allena) neurotyczny intelektualista, obdarzony sarkastyczno-ironicznym poczuciem humoru, hipochondrią, chodzący do psychiatry i przeżywający lęki egzystencjalno-uczuciowe. Otwiera się to bardzo minimalistyczną czołówką z muzyką jazzową w tle. Humor jest oparty na ironii, złośliwościach, ale nigdy bohaterowie nie są mocno antypatyczni.
Woody ma od wielu dekad stałe grono współpracowników, które bardzo rzadko się zmieniało. Do tej grupy należą producenci – jack Rollins, Charles H. Joffe, Henry Robi, Letty Aronson (siostra Allena) i Stephen Tenanbaum, scenograf oraz kostiumolog Santo Loquasto, montażystki Alisa Lepselter i Susan E. Morse, scenarzyści Douglas McGrath i Marshall Brickman, operatorzy Gordon Willis, Carlo Di Palma, Darius Khondji, Sven Nykvist i Vilmos Zsigmond. Jednak reżyser, jeśli chodzi o aktorów, to ma swoje „muzy”, z którymi wielokrotnie współpracował: Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Scarlett Johansson, Emma Stone.
Co do gremium oraz akademii filmowych, jest on jednym z najczęściej nagradzanych twórców. Ma na koncie 4 Oscary (i 20 nominacji), 2 Złote Globy (i 11 nominacji), 9 nagród BAFTA (i 14 nominacji), nagrodę FIPRESCI na MFF w Cannes, wyróżnienia w Berlinie oraz Wenecji, a także 4 nominacje do Saturna oraz Złotej Satelity.
Ten ranking był najtrudniejszym ze wszystkich, jakie do tej pory zrobiłem, więc na pewno będą kontrowersje. Chętnie piszcie w komentarzach o swoich doświadczeniach z nowojorskim okularnikiem.
Miejsce 49. – Crisis in Six Scenes (2016) – 4/10
Produkcja zrealizowana dla Amazona, to kompletnie zaprzepaszczona szansa. Osadzona w latach 60. opowiada o pisarzu Sidneyu Munsingerze, planującym zrealizować serial telewizyjny. Wtedy do jego życia wchodzi ukrywająca się ścigana przez władze Lenny Dale. Jest tu parę wątków i pomysłów, ale zostają brutalnie zabite w zarodku. Sama postać Sidneya (w tej roli sam Allen) drażni i irytuje, humor jest praktycznie miałki, całość za krótka, a aktorsko jest bardzo średnio. Recenzja tutaj.
Miejsce 48. – Jak się masz, koteczku? (1966) – 5/10
Lipny debiut Allena, który tak naprawdę podłożył angielski dubbing i napisał własne dialogi do japońskiego filmu szpiegowskiego. Cała intryga opiera się tutaj na zdobyciu… przepisu na jajeczną sałatkę zapisanego w mikrofilmie. Jeśli lubicie absurdalny, purnonsensowy humor, to jest to idealna zabawa. Mnie to nie kupiło.
Miejsce 47. – Zakochani w Rzymie (2012) – 5/10
Cztery opowiastki dzieją się w Wiecznym Mieście (pięknie sfotografowanym), ale są one nierówne. Przebłyskiem jest historia zwykłego faceta (Roberto Benigni), który zostaje celebrytą oraz spotkania przyszłych teściów młodej pary, powiązane z eksperymentalnym wystawieniem opery. Jednak dwie opowieści miłosne to już lekkie rozczarowanie, pozbawione ciekawej puenty. Nawet gwiazdorska obsada (Cruz, Eisenberg, Stone, Baldwin) nie ratuje. Recenzja tutaj.
Miejsce 46. – Scoop – Gorący temat (2006) – 5/10
Kryminał z Londynu ubrany w lekką historię. Młoda dziennikarka Sondra (Scarlett Johansson) szuka gorącego tematu, który będzie przełomem w karierze. Duch zmarłego dziennikarza Johna Stromble’a objawia się podczas występu iluzjonisty (Allen we własnej osobie) i prosi ją o dokończenie sprawy Tarotowego Zabójcy. Mieszanka komedii, kryminału i romansu, ale kompletnie pozbawiona napięcia, a dowcip jest letni. Aktorstwo niezłe, ale chemii między Johansson a grającym podejrzanego o morderstwa Hugh Jackmana brak. I nawet ładnie sportretowany Londyn to za mało. Recenzja tutaj.
Miejsce 45. – Koniec z Hollywood (2002) – 5/10
Val Waxman od 10 lat nie wyreżyserował ani jednego filmu. W końcu dostaje szansę na realizację następnego projektu, jednak… traci wzrok. Tym razem Allen bawi się prostymi (dla mnie za prostymi) gagami związanymi ze ślepotą oraz zachowaniem tego w tajemnicy. Aktorsko najbardziej wyróżnia się Tea Leoni jako była żona Vala. Mogła być z tego satyra na środowisko filmowe, a wyszła błahostka. Recenzja tutaj.
Miejsce 44. – Magia w blasku księżyca (2014) – 5,5/10
Tym razem przenosimy się do przedwojnia. Słynny iluzjonista Stanley Crawford (uroczy Colin Firth) demaskuje osoby uważające się za medium. Tym razem jego celem jest Sophie Baker (śliczna Emma Stone), zamieszkująca u rodziny Cathridge’ów. Ładny obrazek prowincji (scena w obserwatorium to mała perła), ale tak naprawdę magii nie czuć. Intryga jest tylko pretekstem do zderzenia dwóch postaw oraz opowiedzenia historii miłosnej o przyciąganiu się przeciwieństw. Gdyby nie aktorstwo, byłoby kiepsko. Recenzja tutaj.
Miejsce 43. – Jej wysokość Afrodyta (1995) – 6/10
Niemłode małżeństwo (Lenny i Amanda) decyduje się adoptować dziecko. Trafia im się wybitnie inteligentny Max, a Lenny próbuje na własną rękę poznać biologicznych rodziców. Mężczyzna odkrywa, że jego matką jest prostytutka. Woody wraca do ulubionych motywów – relacje damsko-męskie, przewrotność losu. Smaczkiem jest tutaj wplecenie antycznego chóru, niejako parodiując konwencję greckich dramatów. Wyróżnia się zasłużenie nagrodzona Oscarem Mira Sorvino. Recenzja tutaj.
Miejsce 42. – Bananowy czubek (1971) – 6/10
Na początku swojej drogi Allen uwielbiał absurd, jednak nie zawsze panował nad tym. Nie inaczej jest w przypadku opowieści Fieldinga Melisha, który – by zaimponować dziewczynie – wyrusza do bananowej wysepki rządzonej przez bezwzględnego dyktatora. Wskutek okoliczności zostaje nowym prezydentem. Tutaj wyobraźnia Allena jest dzika (domowa kłótnia małżeńska komentowana jakby to było wydarzenie sportowe i bohater jako dyktator wyglądający niczym Fidel Castro), ale tak duża dawka absurdu może być niestrawna. Recenzja tutaj.
Miejsce 41. – Wnętrza (1978) – 6/10
Pierwsze oblicze Woody’ego bardziej na serio. Psychodrama o trzech siostrach oraz toksycznej relacji z matką jest bardzo chłodna emocjonalnie, ma ogromny dystans wobec swoich bohaterek (dobrze zagranych, co prawda m.in. przez Dianę Keaton, Geraldine Page i Mary Beth Hurt), jednak jest to męczący i trudny w odbiorze. Recenzja tutaj.
Miejsce 40. – Sen Kasandry (2007) – 6/10
Ian i Terry to bracia z biednej familii, wspieranej przez wuja Howarda. Kiedy wujek przyjeżdża prosi chłopców o pomoc, dzięki czemu skończą jego kłopoty. Muszą tylko zabić takiego jednego człowieka, który bruździ Howardowi. O ile wtórność Allena w przypadku komedii nie zawsze wywołuje poczucie zmęczenia materiału, o tyle w przypadku poważnych filmów nie ma ucieczki. Znowu mamy Londyn, znowu morderstwo, temat winy i kary. Brakuje tu napięcia, ale sytuację ratuje przewrotny finał oraz świetne role Ewana McGregora i Colina Farrella. Recenzja tutaj.
Miejsce 39. – Nieracjonalny mężczyzna (2015) – 6/10
Zmęczony życiem Abe Lucas przyjmuje posadę wykładowcy filozofii na uniwersytecie. Powrót do normalnej egzystencji zapewnia podkochująca się w nim studentka Jill. Przypadkowo podsłuchana rozmowa, powoduje, że Abe planuje dokonania zbrodni doskonałej. Znowu kryminał, zmieszany z romansem i to nawet nieźle się to ogląda, co jest zasługą wybornego Joaquina Phoenixa i czarującej Emmy Stone. Jednak wątek kryminalny nie angażuje (poza przewrotną woltą finałową), a romans też idzie dość przewidywalnym torem. Recenzja tutaj.
Miejsce 38. – Seks nocy letniej (1980) – 6/10
Gdybym miał wskazać najładniejszy wizualnie film Allena, to „Seks nocy letniej” znalazłby się w ścisłej czołówce. Tocząca się na początku XX wieku historia miłosna, rozgrywa się w rajskiej przestrzeni, czarując przestrzenią oraz muzyką Mendelssona. Zmieniające się układy, rozterki oraz czarujący finał (aczkolwiek z archaicznymi efektami specjalnymi) potrafią zaintrygować, jednak brakuje napięcia. Obsada czaruje (Ferrer, Steenburgen, Hagerty, Allen, Farrow), zdjęcia prześliczne i sympatycznie spędza się czas. Recenzja tutaj.
Miejsce 37. – Vicky Cristina Barcelona (2008) – 6/10
Allen postanowił zrobić własną wersję „Rozważnej i romantycznej”, przenosząc ją do pocztówkowej Hiszpanii. Tą pierwsza jest Vicky, mająca wkrótce zostać mężatką, tą drugą jest Cristina. Los tej parki zmieni się, gdy poznają przystojnego malarza, Juan Antonia. Znowu związki, znowu miłość, czyli nic nowego pod słońcem. Tym razem swoje dorzuca irytujący narrator, za to dla kontrastu mamy wielką Penelope Cruz jako passive-agressive była żona Hiszpana. Recenzja tutaj.
Miejsce 36. – Melinda i Melinda (2004) – 6/10
„Melinda” ma bardzo ciekawy punkt wyjścia, ale nic poza tym nie serwuje. Spór dwóch literatów o to, która konwencja (dramat czy komedia) mówi bardziej prawdę o człowieku jest pretekstem do opowieści o Melindzie (świetna Radha Mitchell), która ma problemy ze znalezieniem faceta. Destylacja stylu Allena z ciekawym drugim planem (Eljofor, Lee Miller, nawet Will Ferrell pokazuje się z dobrej strony). Recenzja tutaj.
Miejsce 35. – Wrzesień (1987) – 6,5/10
Kolejna allenowska psychodrama, zrealizowana niemal jak Teatr Telewizji. Jeden dom, pięć postaci oraz gorzki portret niespełnienia, toksycznych więzi oraz mrocznej tajemnicy dotyczącej Lane (Mia Farrow) i jej matki (Elaine Stritch jest wyborna). Problem w tym, że jako takiej rozumianej akcji w zasadzie nie ma, a wszystko opiera się na dialogach (takich średnich dość). Recenzja tutaj.
Miejsce 34. – Wspomnienia z gwiezdnego pyłu (1980) – 6,5/10
Najbardziej nieoczywisty Allen, gdyż bardziej autorefleksyjny. Reżyser gra filmowca Sandy’ego Batesa, przechodzącego kryzys twórczy filmowca, przybywającego na retrospektywę swojej twórczości do hotelu „Gwiezdny pył”. Sam Allen rozlicza się ze swoich niespełnionych ambicji (wyrwanie się z klatki twórcy komedii) i mierzy się z dawną miłością. Wszystko to w bardzo onirycznej oprawie wizualnej, tworząc bardzo specyficzny klimat (fantastyczny wstęp). Z drugiego planu zdecydowanie wybija się Charlotte Rampling (jej uśmiechu pod koniec nie da się wymazać). Recenzja tutaj.
Miejsce 33. – Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać (1972) – 6,5/10
Nowelowe kino, opowiadające o życiu erotycznym człowieka. I jak każda tego typu składanka jest nierówna, a czego tu nie ma. Miłość lekarza do owcy, tragiczne losy błazna marzącego o przeleceniu królowej, mąż-transwestyta, quiz o perwersji, a i tak najbardziej pamiętana jest sekwencja pokazująca zbliżenie z perspektywy ludzkiego organizmu (Allen jako niepewny siebie plemnik rozbraja). Recenzja tutaj.
Miejsce 32. – Cienie we mgle (1991) – 6,5/10
Tutaj zabawa w kino ekspresjonistyczne połączone z kryminałem oraz problemami natury egzystencjalnej. Max Klemmer (Allen) jest zlęknionym człowiekiem, który wbrew swojej woli, zostaje włączony do straży obywatelskiej, mającej schwytać seryjnego dusiciela. W końcu sam Max staje się głównym podejrzanym. Dla mnie problemem było zbyt wiele pobocznych wątków, które rozpraszają od głównej intrygi i nawet gwiazdorska obsada (Pleasence, Foster, Malkovich, Cusack, Farrow) stanowiły pewien balast. Recenzja tutaj.
Miejsce 31. – Wszyscy mówią: kocham Cię (1996) – 7/10
Na hasło Allen i musical można by się zacząć pukać w czoło. Jest to rodzina opowieść przedstawiona z perspektywy niejakiej Djunii, lat 17. I tutaj mamy galerię interesujących postaci: ojciec dziewczyny mieszka w Paryżu i poznaje interesującą Amerykankę. Matka ponownie wyszła za mąż za prawnika i konserwatystę Boba, a siostra chce się związać z Holdenem. Mieszanka wątków, prosto zainscenizowane sceny śpiewane to plusy. Dodatkowo jest parę fajnych wątków (próba zdobycia serca Von z pomocą porad córki Allena czy resocjalizacja, polegająca na zaproszeniu do domu gangstera), lekki klimat oraz znowu pięknie wyglądający Nowy Jork (aczkolwiek finał w Wenecji się toczy). Bardziej to scenki z życia rodziny, ale nie przeszkadzało mi to. No i ta obsada: Norton, Hawn, Roberts, Roth, Barrymore, Portman, Allen. Recenzja tutaj.
Miejsce 30. – Nowojorskie opowieści (Kompleks Edypa) (1988) – 7/10
Nowelowy film, gdzie poza Allenem, uczestniczyli Martin Scorsese oraz Francis Ford Coppola. I to właśnie Woody zamyka całość, realizując najlepszą nowelkę dotyczącą trudne do urwania więzi z nadopiekuńczą matką (niesamowita Mae Questel). Nawet jej zniknięcie podczas występu iluzjonisty nie jest w stanie tej więzi zniszczyć. Autentycznie zabawna i pokazująca błysk allenowskiego poczucia humoru. Recenzja tutaj.
Miejsce 29. – Nie wkładaj palca między drzwi (1994) – 7/10
Telewizyjna adaptacja sztuki samego Allena. Tym razem wszystko toczy się wokół ambasady amerykańskiej, kierowanej przez mało doświadczonego dyplomatę w jednym z krajów komunistycznych. Tam ukrywa się oskarżona o szpiegostwo rodzina Hollanderów. Urocza błyskotka skopana o oparach absurdu (spięcia między pracownikami ambasady, a rodziną iskrzą humorem), niepozbawiona ciętych ripost. A wszystko kradnie dla siebie Michael J. Fox jako lekko safandułowaty i pocieszny tymczasowy ambasador. Recenzja tutaj.
Miejsce 28. – Śmietanka towarzyska (2016) – 7/10
Najświeższe dzieło mistrza, który wraca w czasy retro i balansuje między Nowym Jorkiem oraz Los Angeles. To do tego ostatniego miasta, przybywa marzący o karierze w branży filmowej wrażliwy Bobby (Jesse Eisenberg), któremu postanawia pomóc wuj Phil (Steve Carrell). Ale wtedy pojawia się miłość w postaci kelnerki Vonnie. Gdy na początku reżyser pokazuje ten światek filmowy, wraca dobra forma i nie brakuje złośliwostek wobec targowiska próżności. Ale w momencie powrotu do Nowego Jorku i pracy w klubie brata-gangstera (rozbrajający Corey Stoll i jego rozmowy z wrogami… za pomocą cementu), wraca wszystko do romansowego trójkąta. Niemniej ogląda się to dobrze, co jest zarówno zasługą pięknych zdjęć Vittorio Storaro, zabawnych sytuacji (próba skorzystania z usług prostytutki) oraz pięknie wyglądających w obrazku Kristen Stewart (nie do końca wierzę w to, co piszę, ale tak właśnie było) i zjawiskowej Blake Lively. Recenzja tutaj.
Miejsce 27. – Poznasz przystojnego bruneta (2010) – 7/10
London calling again. I kolejna historia o życiu, miłości, magii i całej reszcie. Wszystko skupia się wokół Heleny, którą porzuca mąż dla młodszej kobiety i zawierza swój los wróżce. Poza nią jest jeszcze jej córka Sally, pracująca w galerii sztuki oraz przeżywający kryzys twórczy pisarz Roy. Kilka rozwiązań jest zaskakujących (Roy kradnie książkę koledze, który miał zejść z tego świata, ale przeżył), Londyn pięknie wygląda. Tutaj Allen bardziej przypomina Mike’a Leigh, przyglądającego się swoim bohaterom, błądzącym po swoim życiu. I znowu uwagę skupiają gwiazdy: Watts, Hopkins, Banderas, Brolin. Recenzja tutaj.
Miejsce 26. – Bierz forsę i w nogi (1969) – 7/10
Właściwy debiut reżyserski ubrany w konwencję dokumentu. Jego bohaterem jest kompletny pierdoła – Virgil Starkwell. Nic mu nie wyszło, więc postanowił zostać gangsterem, jednak pech go non stop prześladował. Nawet poznana dziewczyna nie była w stanie go nawrócić. To na razie zbiór gagów na temat i parodia retro kryminału, a kilka dowcipów (napad na bank, gdzie w skarbcu znajdują się… Cyganie czy ucieczka z pomocą pistoletu zrobionego z mydła) autentycznie bawi. Od tego zaczął się nurt mockumentary. Recenzja tutaj.
Miejsce 25. – Drobne cwaniaczki (2000) – 7/10
Tytułowe drobne cwaniaczki to Ray Winkler, jego żona i dwaj kumple, którzy chcą dokonać podkopu pod bank. W tym celu wynajmują lokal i zakładają ciastkarnię, która przynosi niezły dochód, jednak plan nie zostaje zaniechany. Zaczyna się to jak komedia kryminalna, a kończy się satyrą na nowobogackich, którzy pieniędzmi są zamaskować swoje prostackie zachowanie i niedopasowanie do reszty otoczenia. Jest lekko, z błyskiem w oku oraz dowcipem. Tu wyróżnia się niezawodna Tracey Ullman jako żona naszego masterminda. Recenzja tutaj.
Miejsce 24. – Manhattan (1979) – 7/10
Allenowski list miłosny do Nowego Jorku – trudno zapomnieć początek, gdzie widzimy miasto w czarno-białych kadrach Gordona Willisa, a w tle leci George Gershwin. A punktem wyjścia jest stan zakochania Isaaca Davisa do 17-letniej Tracy. Dalej mamy to, co w Allenie najlepsze: portret nowojorskiej socjety, skomplikowane życiorysy i poszukiwanie miłości. Allen odtwarza typowego dla siebie intelektualistę, a wspiera go wspaniała Muriel Hemingway, Diane Keaton i Meryl Streep. Recenzja tutaj.
Miejsce 23. – Alicja (1990) – 7/10
Żyjąca od 16 lat w związku Alicja Tate nagle czuje ostry ból pleców. Znajoma poleca jej chińskiego medyka, dr Yanga, który przepisuje jej zioła. Od tej pory życie wywraca się do góry nogami. Tutaj reżyser opowiada o poczuciu niespełnienia i próbie odzyskania dawnej siebie. Mimo poważnych wątków, całość jest bardzo lekka i przyjemna w odbiorze. Farrow odnajduje się w tej roli dobrze, a wspierają ją tacy mistrzowie jak William Hurt, Alec Baldwin i Joe Mantegna. Bardziej refleksyjna tragikomedia. Recenzja tutaj.
Miejsce 22. – Mężowie i żony (1992)
Reżyser niczym maniak wraca do tematu związków, ale tym razem jest bardziej poważny i realistyczny. Mamy tu dwie zaprzyjaźnione pary, a iskrą w prochu jest rozstanie jednej z nich. Bohaterowie próbuje się na nowo odnaleźć i zdefiniować swoje potrzeby. Uderza tutaj dokumentalna forma i zdjęcia kręcone wręcz od ręki. Wszystko trafnie, uważnie zaobserwowane, ale bez drwiny i szyderstwa. Allen z Farrow tworzą ciekawy duet, ale to wątek drugiej pary (Judy Davis oraz Sydney Pollack) jest znacznie ciekawszy. Recenzja tutaj.
Miejsce 21. – Złote czasy radia (1987) – 7/10
Nostalgiczny – to słowo w pełni oddaje klimat „Złotych czasów radia”. Przenosimy się do lat 40. i przekonujemy się na własnych oczach i uszach, jak wielką siłą było radio – teatr wyobraźni, który scalał rodziny, sąsiadów i miało wpływ na życie ludzi. Nie zapomnę scenek pokazujących przygotowania audycji oraz porządnego aktorstwa (William H. Macy, Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Wallace Shawn, Julie Kavner). Recenzja tutaj.
Miejsce 20. – Śpioch (1973) – 7/10
Woody tym razem w kostiumie SF. Jego bohater Miles Monroe budzi się po 200 latach hibernacji w antyutopii, gdzie ludzie żyją w świecie bez emocji („Nowy, wspaniały świat” się kłania). Mężczyzna przebrany za robota zakochuje się w swojej właścicielce, Lunie. Z jednej strony parodia kina SF z niesamowitą, świadomie kiczowatą stroną wizualną (scenografia z gigantycznymi roślinami czy seksmaszynami), a jednocześnie drwina z pędu ku technice i refleksjami nad człowiekiem, niepozbawiona slapstickowych gagów. Sam Allen błyszczy na równi z Diane Keaton (zaślepiona nowoczesnością Luna). Recenzja tutaj.
Miejsce 19. – Tajemnica morderstwa na Manhattanie (1993) – 7/10
Małżeństwo z długim stażem coraz bardziej pogrąża się w rutynie. Punktem zwrotnym staje się śmierć sąsiadki. Żona uważa, że to było morderstwo, ale mąż-racjonalista stoi mocno na ziemi i nie wierzy w to. Jednak postanawia wesprzeć żonę w wyjaśnieniu sprawy, gdy zaczyna wokół niej (żony, nie sprawy) pisarz Ted. Mieszanka kryminału, komedii i dramatu obyczajowego zaskakuje powoli, lecz konsekwentnie prowadzoną intrygą kryminalną (zdjęcia pachną klasycznym filmem noir), jazzową muzyką oraz konfrontacji w opuszczonym kinie. Allen tym razem wspierany przez Diane Keaton tworzy bardzo cudowny duet, a wzajemne przekomarzania ogląda się z dużą frajdą. A na drugim planie szaleje Alan Alda z Anjelicą Huston. Recenzja tutaj.
Miejsce 18. – Zelig (1983) – 7/10
Leonard Zelig to prawdziwy człowiek-kameleon, potrafiący zmienić się w kogokolwiek (Żyda, Murzyna, Araba), byle tylko być kochanym przez innych. Jego walkę o bycie sobą podejmuje psychiatra, dr Fletcher. Tutaj Allen bardziej skupia się na człowieku, próbującym się dostosowywać do otoczenia, by zyskać jego akceptację. Lekiem na to jest miłość (proste, nie?), ale tutaj najważniejsza jest realizacja – niesamowita stylizacja na przedwojenny film (celowo postarzone kadry, ziarno, zadrapania) robi ogromne wrażenie. Podobnie jak Allen w roli tytułowej oraz (już drugi raz) partnerująca mu Mia Farrow. Recenzja tutaj.
Miejsce 17. – Życie i cała reszta (2003) – 7/10
Mój pierwszy Allena, który widziałem. I stąd pewnie tak wysoka pozycja w rankingu. Bohaterem jest Jerry Falk – młody autor tekstów dla komików, próbujący ogarnąć swoje życie. Związek z Amandą przechodzi kryzys, agent nie jest w stanie rozwinąć jego kariery, dodatkowo wprowadza się matka-wokalistka. Na szczęście Falk może liczyć na Davida Dobela, którego rady są wsparciem. I ten odkrywa, że Amanda zdradza Jerry’ego. Nadal mamy Nowy Jork – bardziej mroczny, stonowany, poraniony 11 września. Wszystko to zmusi Falka do przewartościowania swojego życia. Jest lekkość, obyczajowa obserwacja oraz kompletnie zaskakujący Jason Biggs w roli głównej. Sam Allen jest na drugim planie i jego obsesja na punkcie antysemityzmu to petarda. Recenzja tutaj.
Miejsce 16. – Celebrity (1998) – 7,5/10
Tutaj Woody wraca do satyrycznego spojrzenia na środowisko gwiazd i gwiazdeczek, aspirujących na coś więcej. Przewodnikiem po tym świecie jest Lee Simon (dobry Kenneth Branagh), który przeprowadza wywiady z celebrytami i marzy o byciu pisarzem. W końcu decyduje się rozstać ze swoją żoną (Judy Davis). Oboje kompletnie się zmieniają, pragnąc zrealizować swoje zerwane kariery. Allen nie ma jednak złudzeń, że to środowisko jest targowiskiem próżności oraz pustogłowiem. Poza głównymi rolami, nie można zapomnieć o epizodach Charlize Theron i Leonardo DiCaprio. Recenzja tutaj.
Miejsce 15. – Purpurowa róża z Kairu (1985) – 7,5/10
Film o miłości oraz kinie, które zawsze było lekarstwem na depresję, poprawę samopoczucia w czasach kryzysów. Tym jest kino dla Cecilii w latach 30., a jej ulubionych bohaterem jest archeolog Tom Baxter. Ale nawet ona nie spodziewała się, że podczas seansu bohater wyjdzie z filmu i wejdzie do prawdziwego życia. Reżyser sięga po tęsknotę za dawnymi czasami (ciepłe zdjęcia Gordona Willisa), ale ostrzega przed życiem iluzją, gdyż najważniejsze jest życie tu i teraz. Chociaż czy mając u boku takiego przystojniaka jak Jeff Daniels będziemy o tym pamiętać? Recenzja tutaj.
Miejsce 14. – Miłość i śmierć (1975) – 7,5/10
Allen tutaj znowu robi sobie jaja i tworzy zbiór gagów na temat. Tym razem na celownik trafiła Wielka Literatura Rosyjska. A bohaterem jest Borys Gruszenka (Allen), który ma wkrótce zejść z tego świata. Tołstoj idzie ręka w rękę z Dostojewskim, miesza się „Wojna i pokój” z „Anną Kareniną” oraz… Bergmanem. Nadal dominuje slapstick (próba zniszczenia obozu Francuzów z użyciem Borysa jako żywej kuli armatniej czy nieudolny taniec kazaczoka), ale jest i sporo aluzji do odczytania. I znowu błyszczy duet Allen-Keaton. Recenzja tutaj.
Miejsce 13. – Zbrodnie i wykroczenia (1989) – 7,5/10
Dwie opowieści, w których przeplata się humor z dramatem, a zbrodnia z miłością. W pierwszej znany i ceniony lekarz dr Judah Rosenthal (fantastyczny Martin Landau) musi wybrać między stabilnym związkiem z żoną, a szantażującą go kochanką Dolores (Anjelica Huston) i decyduje się ją zabić. W drugiej ceniony dokumentalista Clifford (sam Allen) dostaje propozycję nakręcenia filmu o swoim szwagrze, bogatym producencie filmowym (świetny Alan Alda) i zakochuje się w jego asystentce (Mia Farrow). Bardziej słodko-gorzko niż zazwyczaj, trzyma w napięciu, ale też prowokuje do pytań o ludzką psychikę, bezwzględność losu oraz roli przypadku. Recenzja tutaj.
Miejsce 12. – Słodki drań (1999) – 7,5/10
Kolejny lipny dokument, tym razem opowiadający historię najwybitniejszego gitarzysty jazzowego, czasów przedwojennych – Emmeta Raya (genialny Sean Penn). Trudno odmówić wizualnego stylu, wiernie odtwarzającego ten okres, ale tak naprawdę jest to historia o człowieku, który nie potrafił otworzyć się na innego człowieka. Narcyza, co lubił strzelać do szczurów, miał wielkie mniemanie o sobie (nie bez podstaw) oraz jak skomplikowanym wynalazkiem jest człowiek. Mamy cudowną muzykę, lekki humor oraz kradnącą ekran Samanthę Morton w roli niemej Hattie. Już bardzo wysoka półka. Recenzja tutaj.
Miejsce 11. – Blue Jasmine (2013) – 7,5/10
Ze wszystkich filmów Nowojorczyka, ten wydaje się najbardziej gorzki i ponury. Nie jest to komedia, tylko dramat obyczajowy skupiony na tytułowej Jasmine (genialna Cate Blanchett), która pozbawiona środków do życia, przenosi się z Nowego Jorku do San Francisco. Nie polubicie jej, uznacie za psychicznie stukniętą, ale pod koniec filmu zrobi wam się jej żal. Tak zwyczajnie i uczciwie. Naprawdę mocny dramat okraszony cierpkim humorem. Recenzja tutaj.
Miejsce 10. – Danny Rose z Broadwayu (1984) – 8/10
Chyba jeden z najbardziej niedocenionych filmów mistrza. Tytułowy bohater (Allen) to impresario dość ekscentrycznych postaci szołbiznesu, który nie potraf przebić swoich podopiecznych. Wyjątkiem jest wokalista Lou Canova (Nick Apollo Forte), który prosi go pewną przysługę. I wtedy następuje zapętlenie – dziewczyna, gangsterzy, pieniądze, pościg, czarno-białe zdjęcia oraz gorzka refleksja nad bezwzględnością szołbiznesu, gdzie przyjaźń jest towarem deficytowym. Recenzja tutaj.
Miejsce 9. – Inna kobieta (1988) – 8/10
Allen znowu myśli, że jest Bergmanem, ale tym razem jest bardzo przekonujący i najbardziej przystępny. Tutaj bohaterką jest czująca pustkę kobieta w średnim wieku (wielka Gene Rowlands), dla której przypadkowa rozmowa i spotkanie z niejaką Hope (najdojrzalsza kreacja Mii Farrow) skłoni ją do weryfikacji swojego życia. Wszystko wygrywane jest na dialogach oraz melancholijnym klimacie, ale pozostawia sporą nadzieję. Wspaniałe aktorstwo, wiarygodna psychologia postaci oraz masa trafnych refleksji czynią ten film wyjątkowym. Recenzja tutaj.
Miejsce 8. – Klątwa skorpiona (2001) – 8/10
Niby jest wątek kryminalny, ale to czerpiąca garściami z tradycji screwball comedy, starcie charakterów. On, C.W. Briggs (Allen), jest doświadczonym detektywem firmy ubezpieczeniowej, geniuszem w swoim fachu. Ona, panna Fitzgerald (Helen Hunt), reorganizuje pracę w firmie i jest na pieńku z Briggsem. Jednak oboje zostają wplątani w poważną aferę kryminalną, za którą stoi hipnotyzer Voltan. Sama intryga jest prosto opowiedziana, ale to zażarte i ironiczne docinki między parą bohaterów to prawdziwe clue tej wybornej komedii kryminalnej. Poza chemią między bohaterami, jest stylizacja na film noir oraz bardzo złośliwy humor. Recenzja tutaj.
Miejsce 7. – Wszystko gra (2005) – 8/10
Pierwsza wizyta Allena w Londynie i powstał znakomity thriller. Jego bohaterem jest Chris Wilton (wspaniały Jonathan Rhys-Meyers), który uczy tenisa ludzi z wyższych sfer. Zaprzyjaźnia się z jednym z bogatych dzieciaków i dołącza do tego nowobogackiego świata, biorąc ślub z siostrą Toma. I wtedy na horyzoncie pojawia się szwagierka. Niby powtórka „Zbrodni i wykroczeń” połączona z „Karierą Nikodema Dyzmy”, ale tym razem śmiertelnie poważnie. Sceny przygotowania do morderstwa trzymają za gardło, choć rozgrywa się ono bardzo spokojnie (wręcz iście operowo), a świetną puentą i metaforą jest sam początek z odbijaną piłeczką tenisową. Recenzja tutaj.
Miejsce 6. – O północy w Paryżu (2011) – 8/10
Kolejne tournee reżysera po Europie, tym razem zatrzymał się w Paryżu, bo tam przebywa Gil (zaskakujący Owen Wilson) ze swoją przyszłą żoną. Mężczyzna marzy o napisaniu powieści dziejącej się w Paryżu lat 20. Pewnej nocy trafia do starego Peugeota i… trafia do przedwojennego Paryża. Klimat retro zbudowały utrzymane w sepii zdjęcia Dariusa Khondji. Niby sięgamy po stare wątki, ale brzmi to zaskakująco świeże. Refleksja jest jedna, ale trafna: człowiek od zawsze chce żyć w dawniejszych czasach niż żyje obecnie, dla przeszłość jest tak silnie koloryzowana. Za to mamy najbogatszy drugi plan: Marion Cotilliard (Adriana), Tom Hiddleston (Fitzgerald), Corey Stoll (Hemingway), Adrien Brody (Dali). I jak nie ulec magii Paryża? Recenzja tutaj.
Miejsce 5. – Co nas kręci, co nas podnieca (2008) – 8/10
Najbardziej cyniczny bohater Allena – Borys Jelnikow (cudowny Larry David) jest geniuszem z fizyki, mającym mocno swoje lata i widzącym w ludziach wszystko, co najgorsze. Ale stosunek do swojego życia zostanie zmieniony, gdy pojawi się małolata o imieniu Melody (zjawiskowa Evan Rachel Wood), która zostaje jego… żoną. Powrót Allena do Nowego Jorku to także powrót do formy – nadal mamy cudownie komplikujące się relacje damsko-męskie, cudownie sfilmowany Nowy Jork, masa ironicznego humoru plus… przełamywanie czwartej ściany. Jakby nie było, trzeba się cieszyć życiem i być sobą. Recenzja tutaj.
Miejsce 4. – Strzały na Broadwayu (1994) – 8,5/10
Film retro o teatrze i gangsterach. Młody dramaturg David Shayne (John Cusack) postanawia zrealizować swoja własną sztukę. Całą imprezę sponsoruje gangster Nick Valnti (Joe Vitarelli), który w zamian chce obsadzenia w jednej z ról swojej dziewczyny. Prawdziwa realizatorska bomba, gdzie poza refleksjami o życiu i całej reszcie, stawiane są pytania o sztukę, inspiracje, jej sens oraz o to, czy należy iść na kompromisy, by zrobić dobre dzieło? Świetny klimat retro (cudowna muzyka), błyskotliwe dialogi oraz zaskakujące zwroty akcji. No i genialne aktorstwo, któremu przewodzi… Dianne Wiest, Chazz Palminteri i Jennifer Tilly. Cusack John zaledwie dobry. Recenzja tutaj.
Miejsce 3. – Przejrzeć Harry’ego (1997) – 8,5/10
Harry Block (Allen) to strasznie popularny i genialny pisarz, który przeżywa kryzys twórczy, nie ma przyjaciół (bo wszystkich opisał w powieściach). Teraz otrzymuje nagrodę od swojej szkoły. Wędrówka stanie się szansą do autorefleksji, odzyskania weny oraz pogodzenia się z sobą i swoimi demonami. Tutaj reżyser najbardziej bawi się formą – stosuje powtórzenia scen (czołówka), miesza świat fikcji z rzeczywistością (wizyta Harry’ego w piekle – mistrzostwo świata), bezlitośnie rozprawia się z samym sobą. Genialne, chociaż poczucie humoru i pomysły są nieoczywiste (spotkanie ze śmiercią czy aktor, który staje się niewyraźny), ale trudno nie powstrzymać się od śmiechu. I kolejny wianuszek gwiazd na dalszym planie: Billy Crystal, Demi Moore, Stanley Tucci, Tobey Maguire, Robin Williams, Kirstie Alley. Recenzja tutaj.
Miejsce 2. – Annie Hall (1977) – 9/10
Film-legenda i duchowa matka niezależnych komedii romantycznych. Alvy Singer opowiada o swoim czteroletnim związku z Annie Hall. Reżyser po raz pierwszy wprowadza swoje charakterystyczne elementy: terapeutów, relacje z kobietami, ironiczny humor, jazz, neurotyczny bohater, Nowy Jork. I po raz pierwszy zadaje pytania o miłość: czemu nagle odchodzi, dlaczego nie zostaje na dłużej. Dodatkowo została rozbita chronologia, Allen zwraca się bezpośrednio do widza i pojawia się w wydarzeniach, w których nie uczestniczył. I tutaj czuć najsilniej chemię między Allenem a Diane Keaton, która zagrała rolę życia. Recenzja tutaj.
Miejsce 1. – Hannah i jej siostry (1987) – 9/10
Zapewne wielu z Was zastanawia się, czy nie zwariowałem wybierając Hannę najlepszym dziełem Allena. Ta obyczajowa tragikomedia opowiadają o rozterkach trzech sióstr (Hannah, Lee, Holly) oraz byłego męża Mickeya, który ociera się o śmierć (podejrzenie raka) i gdy wszystko okazuje się być fałszywym alarmem, przeżywa załamanie nerwowe. Kompletna mieszanka opowieści o rodzinie, która może i przysparza czasami kłopotów, ale też może na siebie liczyć. Każdy wątek jest prowadzony w sposób wyważony, refleksyjny i przypomina prostą prawdę: z życia trzeba czerpać garściami. Cudownie jest to zagrane (Farrow, Hershey, Wiest, Allen, Caine, von Sydow), zrealizowane z dużym sercem, ciepłem oraz kolejnym zmysłem socjologa. Recenzja tutaj.
Pewnie widać to, ze jestem wielkim fanem Woody’ego Allena – człowieka zdystansowanego, ironicznego, ale też bardzo ciepłego wobec swoich postaci. Bardziej od kina kocha jazz i Nowy Jork, którego obecność jest silnie obecna w latach 70. i 80. – najlepszym okresie. Nawet jeśli nie jest ostatnio w najlepszej formie, to nie można odmówić mu pasji, konsekwencji (raz na rok kręci i scenariusze pisze w dwa tygodnie), ale potrafi czasem zaskoczyć. Czego można życzyć mistrzowi? Zdrowia i dalszej chęci tworzenia.
Mafia kojarzy się głównie albo z honorowymi przestępcami zabijającymi w imię rodziny, honoru, przyjaźni albo bezwzględnymi gangsterami za nic mającymi ludzkie życie i poczucie przyzwoitości. Ten pierwszy został spopularyzowany przez takich amerykańskich twórców jak Francis Ford Coppola czy Brian De Palma, drugi kojarzy się raczej z Martinem Scorsese. Jednak najbardziej realistyczne filmy o włoskiej mafii robią… Włosi. Przekonałem się o tym, gdy trafiłem na głośną „Gomorrę”.
Na początku było słowo, a dokładniej książka Roberto Saviano – zapis śledztwa prowadzonego przez wiele, wiele lat. Za jej opublikowanie mafia wydała wyrok śmierci na autorze. To jednak nie przestraszyło debiutującemu Matteo Garrone, by zmierzyć się z tą potencjalna bombą. Co więcej, zatrudnił Saviano jako jednego z autorów scenariusza. Właściwie trudno opisać ten film, bo to zbiór pięciu opowieści, gdzie mafia pojawia się w tle. Przeskakujemy z wątku na wątek, by zobaczyć pełny włoski krajobraz.
Kogo tutaj mamy? Jest Toto (Salvatore Abruzzese) – młody chłopiec, który otoczony jest kumplami powiązanymi z gangsterką i sam chce do nich się przyłączyć. Dwaj kumple: Marco (Marco Macor) i Ciro (Ciro Petrone), zafascynowani „Człowiekiem z blizną”, pyskaci, krnąbrni i nieposłuszni, co nie podoba się jednemu z szefów. Dochodzi nawet do tego, że kradną ich broń. Jest też krawiec Pasquale (Salvatore Cantalupo), którego szef ma powiązania z gangsterami. Mężczyzna zgadza się (w tajemnicy) uczyć swojego fachu konkurencji z Chin. Poza tym kręci się roznoszący pieniądze mieszkańcom bloku don Ciro (Gianfelice Imparato). Wśród jego „podopiecznych” jest Maria (Maria Nationale) – żona jednego z bonzów, mieszkająca z synem, który zdradzi. A na samym szczycie tej hierarchii stoi Franco (Toni Servillo), zajmujący się zwożeniem śmieci. Pomaga mu w tym nowy protegowany – Roberto (Carmine Paternoster), syn starego znajomego mężczyzny.
Pierwsze, co rzuca się w oczy filmu Garrone to surowa, paradokumentalna stylistyka. Ujęcia z ręki, nieostre kadry to tworzy bardzo chropowany klimat, przedstawiający jak głębokie są macki gangsterów, dla których liczy się tylko forsa. Bo forsa to władza, a tej nigdy nie ma się dość. Chcesz się wycofać? Jesteś z nami albo przeciw nam, śmierć pojawia się przypadkowo i gwałtownie, nie można być na nią przygotowany. Sceny egzekucji oraz morderstw mrożą swoją dynamiką i nieprzewidywalnością. Może się to zdarzyć podczas jazdy samochodem, może być skutkiem otwarcia drzwi i zaufania albo zdrady czy zaplanowanej intrygi. Tutaj każdy szaraczek w tej bezwzględnej pustyni próbuje przetrwać. Ta wizja przeraża, pod warunkiem, że będziecie chcieli dotrwać do samego końca.
Tylko jedna rzecz mi przeszkadzała – chaotyczność i przeskakiwanie z wątku na wątek. Na początku można poczuć się zdezorientowanym, to jednak przechodzi. Reżyser wymaga dużego skupienia, bo przeoczenie jednego szczegółu może doprowadzić do jeszcze większego chaosu. I mamy jeszcze kompletnie nieznane (poza znanym z filmów Sorrentino Tonym Servillo) twarze, co też zmusza do skupienia na historiach. Nie zmienia to faktu, że jest to mocna, brutalna demitologizacja gangsterskiego mitu, zrealizowana w ojczyźnie gangsterów. Trzyma to za gardło i nie pozwala o sobie zapomnieć.
Pamiętacie pewnego psychiatrę, co zabijał i zjadał swoje ofiary? Kiedyś Hannibala Lectera prosiła o pomoc agentka Clarice Starling, ale 10 lat temu uciekł z więzienia. Agentka wykonuje swoją robotę w FBI, ale jej ostatnia akcja zakończyła się krwawą jatką. Wtedy zgłasza się niejaki Mason Verger – bogaty miliarder i jedyna ofiara Lectera, która przeżyła. Oszpecony mężczyzna planuje zemstę na Lecterze i wyznaczył ogromną nagrodę za jego głowę (2 miliony dolarów). W tym samym czasie Lecter przebywa we Florencji i stara się o posadę kustosza. Na jego trop wpada inspektor Pazzi, który chce go sprzedać Vergerowi.
„Milczenie owiec” to był jeden z najlepszych thrillerów wszech czasów, a siłą nie była tylko intryga kryminalna czy wyrazisty czarny charakter, czyli doktor Lecter. Wszyscy pamiętamy psychologiczną rozgrywkę między prowadzącą śledztwo agentką Starling a kanibalem-psychiatrą. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by zrealizować ciąg dalszy (a dokładniej Thomas Harris) i nakręcić sequel. Niestety, nie podjął się tego Jonathan Demme, a w roli Clarice nie wróciła Jodie Foster. Zamiast tego mieliśmy Ridleya Scotta pilotującego to przedsięwzięcie, zaś niestrudzona agentkę zagrała Julianne Moore. Efekt wydawał się prosty do przewidzenia i z góry skazany na niepowodzenie.
O dziwo „Hannibala” ogląda się nieźle i to z kilku powodów. Po pierwsze, interesująco się zaczyna i nie brakuje tutaj suspensu (obława na przestępczynię zakończona strzelaniną czy zdobycie odcisków palców Lectera przez Pazziego). Scott wie, jak opowiedzieć i trzymać w napięciu, w czym pomaga mu świetny montaż oraz znakomita muzyka Hansa Zimmera. Schody zaczynają się jednak w momencie, gdy nasz bohater przenosi się z Florencji do USA i wtedy wszystko szlag jasny trafia. Pięknie sfotografowane włoskie miasto ma swój uroczy klimat i tajemnicę, ale reżyser za bardzo zaczyna gustować w makabrycznych i (moim skromnym zdaniem) niepotrzebnie krwawych, brutalnych scenach takich jak powieszenie Pazziego i wyjęcie wnętrzności na zewnątrz czy zjedzenie mózgu wyjętego z głowy jednej z postaci. To zbyteczne i czyni z Lectera lubującego się w wyrafinowanym mordowaniu sadystę.
Także chemia między Lecterem i Starling zawodzi. Anthony Hopkins nie schodzi poniżej swojego pułapu powtarzając postać inteligentnego mordercy-erudyty. Za to Julianne Moore stara się jak może, by godnie zastąpić Jodie Foster, ale materiał nie pozwala jej na wiele. Tutaj jest twardą służbistką, a jej psychologiczna motywacja bywa nieczytelna. Za to wszystkim ekran skradł Gary Oldman, kompletnie nie do poznania w roli Vergera. To równie sadystyczny i perwersyjny zbrodniarz (bardziej zarysowano jego postać w książce oraz serialu), dla którego zemsta na Lecterze jest jedynym sensem istnienia.
Nie będę oryginalny mówiąc, że „Hannibal” to słaby sequel i jeden z gorszych filmów Scotta. Solidnie zrealizowany, z kilkoma prostymi trickami (rozmazane kadry w retrospekcjach oraz co brutalniejszych scenach) oraz piękną oprawą audio-wizualną. Sama historia mocno kuleje i to największy mankament, za co sam zainteresowany zaprosiłby ekipę na obiad. 😉
Tytułowy adwokat ma wszystko to, o czym zwykły śmiertelnik może sobie pomarzyć: kupa szmalu, piękne garnitury, piękna kobieta. Ale pod tym pięknym obrazkiem czai się facet z długami, a wierzyciele nie są zbyt cierpliwi. Prawnik wpada na pomysł wyjścia z kłopotów, czyli zrobienie małej kradzieży. Małej w sensie 20 milionów dolarów od kartelu, jednak coś poszło nie tak i zarówno mecenas, jak i wszyscy zamieszani w sprawę (właściciel nocnego klubu Reiner, pośrednik Westrey) mogą za to zapłacić.
Krążą plotki, że „Adwokat” to najgorszy film Ridleya Scotta. Nie byłem w stanie sobie wyobrazić filmu gorszego od „Prometeusza”, brzmiało to jak czysta fantastyka. A kooperacja ze scenariuszem autorstwa Cormaca McCarthy’ego brzmiała elektryzująco. I wiecie, co zagrało? Niewiele. Historia jest bardzo szczątkowa i niby gdzieś toczy się gdzieś w tle, ale prowadzone jest to w tak hermetycznie i niezrozumiałe, że trudno się to ogląda. Niby jest to miks czarnego kryminału z westernowymi plenerami oraz pełna filozoficznych refleksji na temat zbrodni, winy, kary i konsekwencji. Słowo niestrawny wydaje się najbardziej odpowiednim – każdy z bohaterów tutaj filozofuje, prowadzi „głębokie” dialogi w stylu, że „Prawda nie ma żadnej temperatury” i że „Każde działanie wywołuje konsekwencje”. Jeśli ciśnie wam się słowo bełkot i pretensjonalność, to jest to trafne stwierdzenie, odwracające uwagę od intrygi. Mamy jeszcze bardzo ślamazarne tempo, przeskoki z postaci na postać oraz kompletnie słabą reżyserię.
Wyjątkiem są tutaj całkiem niezłe zdjęcia Dariusza Wolskiego oraz klimatyczna, lekko westernowa muzyka Daniela Pembertona, który wypłynął dzięki temu tytułowi. I dwie sceny są tutaj świetne: przygotowanie do zabicia kuriera z dekapitacją w tle oraz niezapomniany seks Maliki z… samochodem. Tego nie powstydziłby się sam David Cronenberg w „Crashu”. I jeszcze strzelanina na pustkowiu z kartelem przebranym za policjantów. Oraz odrobina humoru, tylko trzeba to wyłuskać.
Pod względem aktorskim jest… nienajlepiej. Zawodzą praktycznie wszyscy: Michael Fassbender elegancko wygląda, bez względu na to, co nosi na sobie, ale cierpi niemiłosiernie. Nie ma tak naprawdę specjalnie grać. Podobnie pięknie wyglądająca Penelope Cruz jako słodka idiotka oraz Javier Bardem z „postrzeloną” fryzurą jako Reiner. Jedynie wyróżniają się dwie postacie: wyluzowany i zdystansowany Westray (wyglądający bardziej jak Mickey Rourke Brad Pitt) oraz wspinająca się na wyżyny możliwości Cameron Diaz jako chłodna i bezwzględna Malkina.
Musiałem sam się przekonać, co jest prawdą w kwestii „Adwokata” i niestety, to najgorszy film Ridleya Scotta. Reżyser nie panuje nad materiałem, aktorami i realizacją, psując wszystko, co tylko się dało, a aktorzy zwyczajnie męczą się i są tacy poważni, że aż robi się to niestrawne. „Adwokat” powinien zostać zakopany, zniszczony, spalony i wymazany ze świadomości wszystkich widzów.
Rok 1977 dla Wielkiej Brytanii miał być rokiem, w którym objawił się pewien debiutant. Człowiek ten wcześniej realizował tylko reklamy i krótkie metraże, by zmierzyć się z samym Josephem Conradem. Filmowiec ten nazywał się Ridley Scott, a jego debiutem był ciepło przyjęty w Cannes „Pojedynek”.
Wszystko toczy się w trakcie wojen napoleońskich. Bohaterów jest dwóch i obydwaj są porucznikami huzarów. Armand d’Hubert jest spokojnym i opanowanym służbistą, podczas gdy Gabriel Feraud to porywczy i pełen temperamentu człowiek, szukający sobie każdego celu do konfrontacji. D’Hubert zostaje wyznaczony do przekazania aresztu domowego na Ferauda za pojedynkowanie się z siostrzeńcem burmistrza, ten jednak unosi się honorem i żąda pojedynku, gdyż tylko w ten sposób może zmazać plamę na honorze. Dla przełożonych ta sprawa staje się ością w gardle i próbują wszelkich sposobów, by zatrzymać tą bzdurę.
Scott przenosi całą opowieść na przestrzeni 15 lat, gdzie panowie chcąc nie chcąc pojedynkują się ze sobą, chociaż ważniejszy od nich jest pojedynek Napoleona z całym światem. Jak wspomniałem przełożeni stosują różne sztuczki: awans, przeniesienie do innych jednostek (w sensie grupy), nawet w inne miejsca. Bezskutecznie, jakby czuwało nad nimi fatum, a błahostka staje się źródłem nieskończonej obsesji. Reżyser, trzyma się Conrada w pokazaniu jak bardzo cienka jest granica między honorem a dumą, rozsądkiem a głupotą. Widać też, że twórcy mieli bardzo skromny budżet (zaledwie milion funtów), dlatego postawiono na naturalne plenery. Trudno nie zachwycić się pięknymi krajobrazami ruin zamku, gdzie dochodzi do finałowego starcia czy syberyjskich mrozów niszczących ludzkie życie. Także same sceny pojedynków kręcone z pietyzmem i niepozbawione dynamiki, nawet jeśli do starcia dochodzi w piwnicy.
Więc czemu film oceniam jako zaledwie niezły? Ta ścinka i przeskoki w czasie wywołują zwyczajne znużenie oraz dezorientację. Bo przechodzimy z jednego pojedynku do drugiego, jedynie w połowie pozwalając sobie na dokładniejsze skupienie się na bohaterach oraz ich otoczeniu. Obydwaj bohaterzy (naprawdę dobrzy Harvey Keitel oraz Keith Carradine) wydają się być pionkami tej absurdalnej sytuacji. Jak pisał w jednym z utworów Conrad: „Honor to coś, czego nie da się wyjaśnić, ale bez niego życie nie ma sensu”. Porywczy Feraud trochę za mocno się sobie te słowa do serca, co doprowadza do bezsensownego sporu, gdzie nie ma w zasadzie żadnego dobrego wyjścia. Ale sam „Pojedynek” nie do końca wytrzymał próbę czasu i dopiero następne filmy pokazały talent Scotta.
To jeden z dziwniejszych filmów, jaki ostatnio widziałem, więc po kolei. Pozornie jest to kolejne dzieło świąteczne, gdzie mamy spotkanie rodzinne. A wiadomo, że z rodziną najlepiej wychodzi na zdjęciu. Rodzice nie mają zbyt dobrego kontaktu ze sobą, jest babcia mówiąca po niemiecku, wujostwo będące typowymi wsiokami. Nic dziwnego, że nasz główny bohater – Max przestaje wierzyć w Święta. Drze kartkę do świętego Mikołaja, co doprowadza do lawiny wydarzeń: zaczyna szaleć śnieżyca, siada prąd, światło. Okolica wydaje się dziwnie opustoszała i wtedy pojawia się On.
„Krampus” obejrzany, a ja nadal nie wiem, czy to miał być mroczny horror und groza czy jedna wielka zgrywa a’la Sam Raimi i jego „Martwe zło”. Wsadzenie bohaterów do domu i zamknięcie ich na śnieżycę dawało spore pole do popisu, zaś sama postać Krampusa została wzięta z mitologii germańskiej. To taki Mikołaj z rogami, który zamiast dawać prezenty zabiera życie i każe każdego, co przestał wierzyć w Boże Narodzenie. Sam Krampus pojawia się rzadko i to buduje aurę tajemniczości, za to jednak widzimy jego sługusów – elfy z paskudnie dużymi gębami, chodzące miasteczkowe ludziki (!!!), małe robociki, nawet pozytywkę. Brzmi to idiotycznie, ale to przez pewien moment daje radę w straszeniu. Rzuca się w oczy fakt, że nie ma tutaj komputerowych efektów, tylko postawiono na klasyczne efekty praktyczne, tworząc specyficzny klimat.
Dlaczego to jednak jest zgrywa? Już czołówka, gdzie widzimy ludzi kupujących i niemal walczących jak zwierzęta o prezenty, a w tle leci świąteczny klasyk Binga Crosby’ego potrafi rozbawić. Reżyser dodaje odrobinę czarnego humoru, a także sylwetki pomocników ducha św. Mikołaja wydaje się być bardziej groteskowe niż straszne. Sam sposób straszenie też jest do bólu ograny, a bohaterowie zachowują się kliszowo (krzyk, strzelanie, agresja) i nie czuć zbyt mocno takiej aury grozy. Sytuację ratuje dopiero finałowa konfrontacja z Krampusem oraz bardzo przewrotne zakończenie, które wywraca wszystko do góry nogami. Niby taka poważna sytuacja doprowadza do scalenia rodziny i zawieszenia animozji, ale takie rozwiązanie może być nietrwałe.
Zagrane jest to naprawdę nieźle (wybija się zwłaszcza Allison Tolman jako ciotka Linda oraz Krista Stadler w roli babci, co chyba jest też zasługą języka niemieckiego – jej opowieść o Krampusie w formie nieszablonowej animacji jest perłą), nawet dzieciaki są bardzo przyzwoicie poprowadzone i nad wszystkim unosi się duch lat 80.
Dziwaczny to film, chociaż wiem, że nie każdemu spodoba się to dziwadło. Mieszanka komedii z horrorem i Bożymi Narodzeniami jest bardzo rzadkim kolażem, chociaż zaprawieni fani horrorów nie znajdą tu zbyt wiele dla siebie. Jest parę ciekawych pomysłów, ale nie zawsze się to układa w spójną całość.
Jest rok 1995. W Polsce coraz bardziej rozwija się muzyka rockowa, a takie zespoły jak Hey, Wilki, IRA czy Closterkeller stają się mega popularne. Niejako na obrzeżu tych formacji działała progresywna formacja Collage kierowana przez gitarzystę Mirosława Gila (gitara) oraz Wojciecha Szadkowskiego (perkusja). Grupa do tej pory wydała dwie płyty, ale to wydany w tym roku „Moonshine” miał być wielkim hitem.
Album zawiera tylko dziewięć piosenek, ale ilość w tym wypadku mocno poszła w jakość. Początek jest iście epicki i spektakularny. W „Heroes Cry” są i potężne smyczki, szybkie popisy sekcji rytmicznej (środek utworu) z niemal łkającymi riffami Gila. Sześć minut czystego raju, wspartego jeszcze przez anielski wokal Roberta Amiriana. Płynnie to przechodzi do 14-minutowego kolosa „In Your Eyes”. Zaczyna się od refleksyjno-melancholijnych smyczków. Wtedy odzywa się romantyczny fortepian wspierany przez akustyczną gitarę, by po dwóch minutach wszystkie instrumenty eksplodowały pełnią dźwięków, nieopisanych barw, gdzie znowu wybija się Mirosław Gil grający niczym Rothery z Gilmourem razem wzięci oraz szybki, liryczny klawiszowiec Krzysztof Palczewski. Wydaje się, że takich piosenek już się nie robi. Wyciszenie daje nam „Lovely Day” z rozmarzonymi klawiszami (niemal jakbyśmy byli w ogrodzie), fortepianem oraz akustyczną gitarą. Naprawdę można odlecieć na kilka minut, nawet mocniejsze uderzenie (wręcz strzelająca perkusja) w połowie utworu nie zmienia tego klimatu, by przejść do największego przeboju: „Living In the Moonlight”, gdzie Amirian dosłownie szarpie swoim głosem. Bardziej spektakularny, wręcz momentami metalowy jest „The Blues” (szarpiący początek – znowu Mr. Gil robi szoł), by wyleczyć nas wszystkich bajkowym „Wings In the Night”, zmieniającym tempo niczym w kalejdoskopie.
Gwałtowne przyspieszenia, szybkie tempo sekcji, klawiszy przeplata się ze spokojnym głosem Amiriana, dominującym nad wszystkim. Ta zbitka i tasowanie klimatem brzmi po prostu znakomicie, zwłaszcza finał z orientalną perkusją oraz zapętlonymi klawiszami. Równie spektakularna i widowiskowa jest kompozycja tytułowa, zaczynająca się z wysokiego C, by znów zaatakować tnącymi smyczkami w tle, akustycznym środkiem z magiczną elektroniką w tle (moog, flety, smyczki), by wyciszyć się w finale. A w nim dostajemy „War Is Over”. Początek to akustyczna gitara z tańczącym wręcz fortepianem. Nawet gitara elektryczna gra troszkę spokojniej, bez szarży, by od środka nadać pięknego uderzenia, na szczęście bez pójścia w patos.
„Moonshine” to praktycznie kompletne dzieło, które mimo 20 lat na karku pokazuje czym był polski prog-rock. Nadal ma piękne melodie, fantastyczną grę członków zespołu oraz cudowny wokal Amiriana. Krążą pogłoski, że wraca do studia i nagrywa nowy materiał. Troszkę się martwię, bo doszło do kilku roszad (o ile Karol Wróblewski na wokalu jest świetny, o tyle odejście Mirosława Gila wydaje się silnym ciosem). Zobaczymy jak to wyjdzie.
Rok 1929, Nowy Jork. Bohaterem jest Thomas Wolfe – młody i ambitny pisarz, którego debiutanckiej książki nikt nie zamierzał wydać. Nie wiadomo czy to dlatego, ze jest taka miałka czy po prostu nikt się na tym talencie nie poznał. Jednak książka trafiła w ręce Maxwella Perkinsa – bardzo cenionego redaktora, pracującego z Francisem Scottem Fitzgeraldem oraz Ernestem Hemingwayem. Stwierdza, że jest zainteresowany publikacją książki, pod warunkiem przeredagowania tekstu.
Debiut reżyserski Michaela Grandage’a to niemal klasyczne kino biograficzne, które jednak skupia się na wybranym fragmencie życiorysu. Tutaj mamy do czynienia z trudną przyjaźnią między dwoma indywidualistami: nieokiełznanym i nieoszlifowanym talentem literackim oraz cenionym wydawcą, wspierającym swoich podopiecznych, przyjaźniący się z nimi. Jednocześnie twórcy próbują zadać pytanie na czym polega bycie genialnym w świecie literackim. Jak redakcja nad tekstem pozwala kreatywnie wyłuskiwać najlepsze teksty, chociaż sam Perkins miewa wątpliwości czy nie niszczy się w ten sposób literatury. Te pytania jednak giną w toku poplątanych losów, gdzie w rytm jazzowej muzyki dokonuje się korekty, skracania i wyciągania destylatu tego, co można nazwać geniuszem. Ta przyjaźń między panami zostanie wystawiona na ciężką próbę, która potrafi trzymać za gardło na ekranie.
Trudno jednak nie odnieść wrażenia teatralności „Geniusza”. Zdarzenia albo dzieją się w biurze Maxa, w jego domu albo innej przestrzeni, gdzie rozmawiają dwie albo trzy postaci, które rozmawiają ze sobą o sztuce, kłócą się lub prowadzą dialog. Twórcy jednak próbują ubarwić przestrzeń czy to przenosząc nas do jazzowego klubu (fantastyczna rozmowa i zgrabne wplecenie ulubionej piosenki Maxa) czy do szpitala, gdzie kończy swoje życie Wolfe. Mimo to oraz finału znanego fanom literatury, film ogląda się z zainteresowaniem i emocjami, a utrzymane w tonie sepii zdjęcia pomagają stworzyć klimat retro.
Jedna rzecz wybija ten film z grona podobnych biografii artystów – to świetne aktorstwo, ze wskazaniem na takich dwóch zabijaków. Pierwszy to Max Perkins, czyli niezawodny Colin Firth. Aktor jest tu w niemal klasycznym wydaniu, czyli elegancki dżentelmen zawsze w kapeluszu i garniturze, dla którego własna profesja jest prawdziwym powołaniem, a w nowym pisarzu widzi syna, o jakim marzył całe życie. Jednak prawdziwym drapieżnikiem jest tutaj Jude Law. Wolfe w jego interpretacji to nadpobudliwy, pełen słów pisarz, nie do końca radzący sobie z dyscypliną twórczą. I jak każdy autor to egoista, odtrącający wszystkich, na którym mu zależy. Zwłaszcza swojej muzie, scenografce Aline Bernstein (niezła Nicole Kidman).
„Geniusz” nie jest może genialnym i wyjątkowym filmem, ale to ciekawy kawałek biografii, dający wiele do refleksji na temat literatury. To i tak wiele niż można się było po jakimkolwiek filmie spodziewać, a scena na dachu to mała intelektualna perła.